RÓŻANIEC

strona do druku


TWÓJ RÓŻANIEC

CZĘŚĆ PIERWSZA - RADOSNA

1. ZWIASTOWANIE

Zwiastowanie. Powołanie. Do zawodu. Do działania. Do milczenia. Do krzyczenia. Do modlitwy. Powołanie do wyjścia naprzeciw. Do podania ręki. Do uśmiechu. Do dobrego słowa. Do sprzeciwu. Do protestu. Do ofiary. Do poświęcenia się. Powołanie do czegoś, co przekracza twoje wymiary - wymiary, które nałożyłeś sobie: które nałożył ci twój strach przed przeszkodami, strach o utratę tego, do czegoś doszedł, czegoś się dotąd dorobił, coś zyskał, coś posiadł, do czegoś się przyzwyczaił, co nałożyło ci twoje lenistwo, niechęć do wysiłku, do trudu. Zwiastowanie. Otworzenie oczu na to, czegoś dotąd nie dostrzegał, chociaż tyle razy obok przechodziłeś. Otworzenie uszu na to, co tyle razy słyszałeś, ale nigdy dotąd to do ciebie nie doszło. Uwrażliwienie serca na to, co się wokół ciebie dzieje, a co cię dotąd nie obchodziło, czym się nie interesowałeś. Ale to jest dopiero propozycja. Bo ty możesz odpowiedzieć: "Nie". Możesz nie chcieć słyszeć, nie chcieć zauważać. Możesz odwrócić głowę. Z lenistwa. Z wygodnictwa. Z przyzwyczajenia. Wykręcić się, że nie masz czasu. Że nie masz już czasu. Że szkoda, że nie przedtem, że nie potem, że owszem, kiedy indziej, w innych warunkach, w lepszych układach, w lepszych czasach. Wtedy bardzo chętnie. Ale teraz niech ci nikt nie zawraca głowy. Bo już się ustawiłeś. Jesteś przygotowany do czego innego. I szkoda rezygnować z dotychczasowego dorobku. Trzeba się zająć tym. co pewne, nie ryzykować w ciemno. A więc pozostać w dotychczasowych ramach, gdzie się wie dobrze, o której śniadanko, o której obiadek, o której kolacyjka, kawka. Gdzie wiadomo, u kogo można pogadać spokojnie, posiedzieć, poopowiadać. Może nawet kiedyś zdecydujesz się na zmianę, jak ci się to wszystko dostatecznie znudzi, jak wygasną źródła dochodów, jak się nie będzie już więcej nic opłacało. Na razie na to nie wygląda. Interes prosperuje znakomicie. Zresztą  nawet gdyby się coś zmieniło, to nie wiesz, czy ci na to przyjdzie ochota. Przecież do heroicznych cnót nie jesteś powołany. Bohaterem nigdy nie chciałeś być. Pomników nie żądasz ani teraz, ani po śmierci. Czas zresztą dość szybko leci i już chyba pozostaniesz w tym porcie zakotwiczony na zawsze. Choć przyznajesz, że czasem zrywa się w tobie tęsknota za dalą. Żeby zaryzykować. Rozpiąć żagle i popłynąć w daleki świat. Poznać jeszcze, póki czas, nieznane lądy, morza, góry, światy. Jeszcze raz poderwać się, do czego cię Bóg powołuje. Póki jeszcze czas. Póki jeszcze czas przyjąć zwiastowanie.

*


2. NAWIEDZENIE ŚW. ELŻBIETY

Poczucie obowiązku. Odpowiedzialności za kogoś, za coś. Bo ktoś czeka. Ktoś liczy. Ktoś się spodziewa pomocy. A nawet gdy nie na ciebie czeka, gdy nie na ciebie liczy, bo nie ma do tego żadnego prawa, a ty nie masz wobec niego żadnego obowiązku - ale gdy on potrzebuje pomocy? Oczywiście możesz odpowiedzieć, że wokół niego są ci, którzy mają zobowiązania wobec niego, którzy powinni mu służyć pomocą. Ma swoich krewnych, przyjaciół, ludzi, którym pomagał, którzy mają wobec niego długi wdzięczności. Oni biorą odpowiedzialność za to, co się stanie. To będzie ich sumienie obciążało, a nie twoje. To nie twoja sprawa, ciebie to nie dotyczy, ciebie to nie powinno obchodzić. Ale jeżeli ten człowiek coraz bardziej potrzebuje pomocy? Twierdzisz, że to byłoby popieranie lenistwa tych, na których spoczywają obowiązki wobec niego, że to byłoby wbrew sprawiedliwości, że to byłoby wtrącaniem się w nie swoje sprawy, że ty koniec końcem masz dość swoich kłopotów i swoich zobowiązań, z których się potrafisz tylko z trudnością wywiązać. Ale jeżeli on czeka na jakąkolwiek pomoc i wciąż nie otrzymuje jej od nikogo? Bo on jest w potrzebie, w odosobnieniu, w samotności. Jest w sytuacji krytycznej. Może mu nawet nie chodzi o jakąś pomoc materialną, ale po prostu o obecność kogoś życzliwego. Nie mów, że twoja obecność na niewiele przydać się może, bo to człowiek nie w twoim wieku, że stanowicie dwa różne światy, dwie różne epoki i nie widzisz możliwości, abyście się potrafili ze sobą porozumieć, a tu nie wystarczy jałmużna uśmiechu, ciepłego słowa, a nawet serdecznej rozmowy, ale rysuje się potrzeba dłuższego kontaktu, pozostania przy nim, towarzyszenia mu. Nawiedzenie. Bo się na końcu okazuje, że dobroć przekracza granicę wieku, różnic kulturalnych. Po prostu trzeba przyjść do tego, kto jest w potrzebie. Wysłuchać go. To jest pierwsze i najważniejsze. Dać mu się wypowiedzieć. Niech mówi. Niech wyleje się z niego potok żalu, goryczy, smutku, nieszczęść, przygnębienia, rozterki, krzywd, doznanych niesprawiedliwości. A ty słuchaj. Nic nie mów. Nie wtrącaj się. Tylko słuchaj. Niech mówi. Może nawet wcale nie potrzebuje twojej rady, rozstrzygnięcia. Może to mu w zupełności wystarcza, że do ciebie mówi - do ciebie, dobrego człowieka, który jest gotów mu pomóc. Dopiero na końcu sam zobaczysz jego nieporadność, zafałszowane obrazy świata, niesłuszne oceny ludzi, niepotrzebne lęki i strachy, które go opanowały, kompleksy, uprzedzenia, urazy, które nim zawładnęły. - Może nawet on sam to stwierdzi, bez twojej pomocy. - Zobaczysz, jak mało potrzeba, żeby mogło się odmienić jego życie, żeby mógł być normalnym człowiekiem. Tylko musisz cierpliwie rozsupływać to, co się poplątało, wyprostować, co się pomięło, wyjaśnić, co się zaciemniło. To się potem okaże, że w rzeczywistości jest to wszystko bardziej skomplikowane, niż ci się zdawało na pierwszy rzut oka, ale że to nie jest niemożliwe, że da się naprawić, załatać, uładzić, byle tylko trochę pomocy z czyjejś strony. Byle trochę twojego nawiedzenia.

*


3. NARODZENIE

Być matką. Przez dziewięć miesięcy nosić w sobie dziecko. Poczuć pierwsze jego ruchy. Być uczestniczką tajemnicy powstawania dziecka. Urodzić. Posłyszeć pierwszy krzyk swojego dziecka. Zobaczyć je. Przytulić. Karmić własną piersią. Być jego pielęgniarką. Pocieszycielką. Niewolnicą. Żyć już nie dla siebie. Być wciąż do dyspozycji. Na każde zawołanie. Na każdy płacz, uśmiech. Tulić, uspokajać, uciszać, śpiewać kołysanki. Gotować, przecierać, prać, suszyć, prasować. Nosić na rękach. Wciąż przemawiać i wypatrywać zrozumienia na twarzy niemowlęcia. W nocy zrywać się, nadsłuchiwać. Towarzyszyć pierwszym nieporadnie stawianym krokom. Pierwszym spacerom po pokoju. Czuć kurczowy uścisk małej łapki. Usłyszeć po raz pierwszy wypowiedziane najpiękniejsze słowo świata: "mama". Pierwsze: "Co to?" Pierwsze: "Dlaczego?" Opowiadać, wyjaśniać, pouczać. Radzić. Uczyć wszystkiego. Liczenia, czytania, jedzenia, zawiązywania butów i kokard, mycia rąk i zębów, porządku. Bawić się jak dziecko z dzieckiem. Być smokiem, wilkiem, zajączkiem. Udawać płacz, śmiech, oburzenie, gniew. Być matką. Poczuć pierwsze wyrywanie się drobnej łapki ze swojej ręki. Usłyszeć po raz pierwszy: "Ja sam". "Nie, ty nie idź ze mną". "Nie chcę ciebie. Odejdź. Ja sam". "Dam sobie radę bez ciebie". "Wiem lepiej niż ty". "Co ty się znasz". Być matką. Ucieczką. Pomocą. Opieką. Przystanią, gdzie można się wyżalić, wypłakać, uciszyć, uspokoić. Gdzie można usłyszeć słowa pociechy, potwierdzenie egzystencji, sensu swojego istnienia. Na to, żeby za chwilę patrzeć, jak dziecko znowu odchodzi w wir życia, gdzie się walczy o każdą piędź ziemi, o każdy kawałek chleba. Na to, żeby w końcu coraz częściej czekać, oczekiwać powrotu, przyjścia, aż w późne wieczory, aż do późnych godzin nocnych. Być odsuwaną w coraz większą samotność. Stwierdzać swoją niepotrzebność. Bo już samo sobie daje radę. Bo już matka nie wystarcza. Bo już znalazło inne źródła pociechy, pomocy. Potem już tylko zdawkowe odwiedziny, życzenia z okazji urodzin i imienin. Oficjalne wizyty. Obiady. Bo już samo - twoje dziecko - jest matką. Bo już samo musi być dla swoich dzieci źródłem, pociechą, przystanią, pomocą, ukojeniem. Być matką. Pozostać w samotności. Ale mimo tego wszystkiego ty jedna wiesz, co to jest być matką. Ty jedna wiesz, jak bardzo to jest twoje dziecko. Możesz to stwierdzać. Ty jedna wiesz, ile ono od ciebie wzięło. Aż po twoje powiedzenia, twoje uśmiechy, twoje sposoby zachowania się. Nawet się tego nie spodziewałaś, że usłyszysz w ustach twego dziecka zdania, które ty mu wpajałaś, od których ono wciąż się odżegnywało. Zobaczysz, że urządza sobie życie według zasad, których go uczyłaś. Ze zdumieniem i podziwem patrzysz na swoje życie przedłużone w twoim dziecku. Ze zdumieniem stwierdzasz, że to twoje dzieło, twoja twórczość, która rozpoczęła się jego narodzeniem.

*


4. OFIAROWANIE

Ofiarowanie. Zaufać Bogu. Oddać się Bogu. Nie bać się. Ani teraźniejszości, ani przeszłości, ani przyszłości. Nie bać się o siebie. Nie bać się o swoich bliskich. Zaufać Bogu, który jest Teraźniejszością. Przeszłością. Przyszłością. W którym się poruszamy, żyjemy, jesteśmy. Że nie opuści, nie zapomni, nie pozostawi. Zaufać Bogu, który jest Dobrem, Sprawiedliwością, Uczciwością, Prawem. Zaufać - być przekonanym, że tylko tak można żyć. Zaufać - wejść na drogę życia Bogiem, żyć w Sprawiedliwości, Uczciwości, Prawdzie. Niezależnie od tego, co się wokół dzieje. Niezależnie od tego, jak inni ludzie postępują, jak inni ludzie twoje postępowanie oceniają. Zaufać. Podnieść głowę. Oderwać się od siebie. Od swoich strachów z czego żyć, gdzie mieszkać. Bo one prowadzą tylko do drogi, która nie ma końca: aby coraz więcej mieć, więcej pieniędzy, więcej rzeczy. Aby ubezpieczać się nagromadzonymi pieniędzmi, nagromadzonymi rzeczami przed nieszczęściem, nędzą, chorobą. Aby zabezpieczyć się przed śmiercią. Zaufać. Podnieść głowę. Na otaczający świat. Na otaczających cię ludzi. Cieszyć się życiem, ludźmi, światem. Zachwycić się. Zaangażować się. Postawić na takie życie. Zaufaj ludziom. Nie wszyscy są groszorobami, kolekcjonerami tytułów i rzeczy, wyrachowanymi kupcami, którzy tylko liczą, co im z tego i ile za to dostaną. Potrafią być bezinteresowni, szczerzy, otwarci. Możesz stawiać na ich pomoc, na ich przyjaźń. Zaufaj sobie, że nie jesteś taki tchórz, że stać cię na dużo, na więcej niż dotąd zrobiłeś. Że nie jesteś taki wypruty, wypalony, cyniczny, zepsuty, że jeszcze nie powiedziałeś swojego ostatniego słowa. Zaufaj. Szukaj ludzi, świata, a nie pieniędzy, rzeczy, stanowisk, tytułów, godności. Nie obliczaj wciąż, ile za co dostaniesz, ile zarobisz, ile ci zapłacą za twój uśmiech, dobre słowo, ukłon, prezent, pożyczkę, pomoc, ale żyj dla Sprawy samej, dla Rzeczy samej. Zaufaj. Że możesz uczynić dobro. Pomagaj, gdy trzeba pomóc, dźwigaj, gdy ktoś upadł, pożycz, aby poratować, bądź uśmiechnięty, by innych nie wpędzać w przepaść smutku, ale nie na to, by coś za to dostać, ale tylko dlatego, że tak trzeba, że to jest życie Sprawiedliwością, Uczciwością, Prawdą. Podnieś głowę, a zobaczysz, ile spraw nierozwiązanych, ile problemów wokół ciebie. W polu twoich zainteresowań. W polu twoich możliwości. W polu twoich talentów, uzdolnień. Tak życie przeżyć. A będą do ciebie szli ludzie jak pszczoły do miodu. A otoczą cię kołem, aby brać z twojego ognia, z twojego blasku. Nie będziesz samotny. Zaufaj ludziom, światu, sobie. Swoje życie Dobru ofiaruj.

*


5. ZNALEZIENIE PANA JEZUSA

Szukać utraconych lat. Zagubionej drogi. Sensu życia. Drugiego człowieka. Szukać lat spędzonych nieświadomie, niewykorzystanych okazji. Szukać wyjścia z plątaniny ścieżek, rozwiązania w labiryncie pytań. Szukać dzień za dniem zniszczonych lat, ludzi, talentów, prac. Wypatrywać przyjaciela, człowieka, który by z tobą chciał trochę pozostać, który zechciałby cię wysłuchać, doradzić, pokierować, a przynajmniej uśmiechnąć się do ciebie. Wypatrywać go wśród ludzi zajętych swoimi kłopotami, sprawami. Nadsłuchiwać głosu znajomego, bliskiego, przyjaznego, serdecznego, ludzkiego. Czekać, gdy dzień za dniem się wlecze i nic nie zapowiada, że coś się zmienić może. Szukać zagubionej swojej drogi. A przecież był czas, gdyś szedł w słońcu. Wiedziałeś, po co żyjesz. Miałeś wokół siebie ludzi, miałeś przyjaciół. I sam nawet nie umiesz sobie wytłumaczyć, jak do tego doszło, że to wszystko straciłeś. Wyszedłeś na jakieś manowce. W jakieś podejrzane labirynty. Uwiodły cię jakieś złudy, półidee, półprawdy. Zdawało ci się, że odkrywasz nowe światy. I tak coraz bardziej grzązłeś. Na to, żeby wreszcie zobaczyć ze zdziwieniem, z przerażeniem, że ręce masz puste, że tyle lat już poza tobą, a ty wciąż gdzieś na początku drogi, że tyle czasu zmarnowałeś na niepotrzebną błąkaninę. Że twoi koledzy, przyjaciele, rówieśnicy mają jakieś osiągnięcia, zdobycze, a ty dopiero właściwie zaczynasz, gdy w twoim wieku to wszystko powinno być już poza tobą. Gdyby można jeszcze raz rozpocząć życie od nowa, a przynajmniej móc cofnąć się o parę lat, żeby naprawić błędy, wyprostować ścieżki, uratować godziny utracone na niepotrzebnym gadaniu, szukaniu, błądzeniu. A tymczasem wciąż te same ulice, te same domy, ci sami ludzie z przyklejonymi kartotekami na swoich twarzach. Te same uśmiechy, te same "dzień dobry" i "do widzenia", które nic nie znaczą, które nic nie mówią. Czekanie na odnowę, na zmianę, na przemianę, na objawienie. A tymczasem płynie dzień za dniem, miesiąc za miesiącem i czujesz, jak coraz bardziej tępiejesz, coraz bardziej nie wierzysz, żeby się jeszcze coś mogło zmienić. Ale resztką twojego ludzkiego sumienia nie chcesz się zgodzić na takie życie. Ale resztką twojej wrażliwości wierzysz, że tak nie pozostaniesz do końca, do śmierci, że jeszcze coś się stanie w twoim życiu, że nie powiedziałeś jeszcze wszystkiego, że w tobie są jeszcze możliwości niewykorzystane, siły, które drzemią w oczekiwaniu na spełnienie. I znaleźć jak drachmę. Zobaczyć, jak krzak gorejący. Usłyszeć, jak śpiew anielski. Zupełnie niespodziewanie, kiedy zostały wyczerpane wszystkie możliwości, gdy wygasła cała nadzieja, gdy skończyła się cierpliwość. I być znaleziony jak zbłąkana owca. Przytulić się i słuchać, jak tłucze się serce z radości. Z postanowieniem, że już nigdy więcej, że za żadną cenę, że z nikim i do nikogo. A tylko z Tym, który jest Prawdą, Drogą, Życiem pozostaniesz na zawsze, gdyś doznał jeszcze raz łaski znalezienia.