RÓŻANIEC

strona do druku


TWÓJ RÓŻANIEC

CZĘŚĆ DRUGA - BOLESNA

1. MODLITWA W OGROJCU

Przeczucie nieszczęścia. Nie tylko przeczucie. Już widzisz, jak nadciągają na horyzoncie ciężkie chmury. Przelatują pierwsze błyskawice, z daleka nadciąga odgłos gromu. Zamknąć się w pokoju, zasunąć kotary, zapalić światło. Przeczekać burzę, udając, że się o niej nic nie wie, że się jej nie dostrzega, że jest ona nieważna. Ale widzisz, że to jeszcze gorzej. Za samotnie jest w zamkniętym mieszkaniu. A na ulicach już nie ma ludzi, wymiótł ich strach przed zbliżającą się ulewą. Zapóźnieni przechodnie w pośpiechu przebiegają ulice, byle zdążyć do domu zanim spadną pierwsze krople. Do ciebie już nikt nie przyjdzie. Wyglądasz z utęsknieniem, z tajoną nadzieją, Ze ujrzysz jakąś znajomą sylwetkę, Ze usłyszysz dzwonek do drzwi, że wpadnie do ciebie ktoś bliski, Śmiechem pokrywając utajony lęk. Ale wiesz, Ze to złuda. Do ciebie już nikt nie przyjdzie. Przecież to nad tobą gromadzą się chmury. To nad twoim domem rozsiadła się burza. Pozostałeś sam, jak trędowaty, od którego odsunęli się nawet najbliżsi. Kto chce być świadkiem nieszczęścia? Każdy woli odejść do swoich interesów. A przecież to była wasza wspólna sprawa. A przecież oni w niej uczestniczyli w równej mierze z tobą. Tylko jakoś tak się dziwnie stało, że ty zostałeś na placu, a oni zniknęli. I teraz w ciebie uderzą wszystkie gromy, a oni będą tylko biernymi świadkami tego, co się z tobą stanie, a może nawet przejdą na stronę twoich przeciwników. A przecież to nie był twój prywatny handel, ale chodziło ci o ludzi, o rozsądne działanie w imię Sprawiedliwości, o sprawę. Czas Ogrojca. Wizja konsekwencji, jakie cię czekają za twoje życie. W końcu naraziłeś się. Przekroczyłeś miarę cierpliwości tych, którzy ze swojego piedestału przyglądali się twoim poczynaniom, którzy twoje postępowanie ocenili jako zamach na nich samych, jako próbę zagarnięcia władzy przez ciebie. Czas Ogrojca. Nocne strachy, lęki, niepokoje, rozterki, szarpanina. Czy może chciałbyś, gdyby to tylko było możliwe, przekreślić to, co mówiłeś, to czego dokonałeś, czy chciałbyś się z tego wszystkiego wycofać, w co się wplątałeś. Czy chciałbyś zaprzeczyć temu, co twierdziłeś. Może jest jeszcze czas. Spróbuj, może ci się jeszcze uda. Idź jeszcze tej nocy. Prywatnie, po kryjomu, do tych, którzy przygotowali na ciebie zamach, którzy chcą się teraz na tobie zemścić. Przeproś. Błagaj o przebaczenie, ułaskawienie, o zapomnienie. Może się jeszcze nad tobą ulitują i nad twoim strachem. Przyobiecaj, Ze odwołasz wszystko, coś dotąd głosił. Wytłumacz, że ci o co innego chodziło, że zostałeś źle zrozumiany, że przecież jest wszystko w porządku i nie ma mowy o jakiejś niesprawiedliwości, i wszyscy mają się dobrze, i są jak najbardziej zadowoleni, i nikt o niczym innym nie marzy jak o tym, by wszystko pozostało tak jak jest, na swoim miejscu. Czy naprawdę chcesz się zaprzeć tego, co głosiłeś. Twój czas Ogrojca.

*


2. BICZOWANIE

Uderzenie po uderzeniu. Nic ci się nie udaje. Nie układa się. Fatalne zbiegi okoliczności. Same rozczarowania, zawody. Przede wszystkim co do ludzi. Proszeni o pomoc wykręcają się. Nie dotrzymują słowa. Nie wywiązują się z obietnic. Wykłamują ci się w oczy. Udają zajętych, zafrasowanych. Chcą się ciebie pozbyć. Wyłgują się. Rozmawiają z tobą w przelocie. Nie mają dla ciebie czasu, nawet aby cię wysłuchać. Opowiadają długo i szeroko, ile mają pracy, co jeszcze muszą załatwić. Polecają zgłosić się później. Mówią, że to właściwie od nich nie zależy, że trzeba by do kogo innego się z tym udać. Ale do kogo, to sami dokładnie nie wiedzą. Nie orientują się dobrze w tej sprawie. A ty stoisz na nogach z waty. Boisz się, żebyś nie upadł. Chcesz zachować jakąś postawę naturalną, ale czujesz, jak ci ramiona opadają i jesteś wyraźnie zgarbiony. Starasz się zachować normalny uśmiech, ale wiesz, że ci się twarz zapada. Przechodzą przez ciebie fale zimna i gorąca. Potakujesz. Mówisz: rozumiem, tak jest, oczywiście, z pewnością. Choć ci jest niedobrze, żołądek podchodzi do gardła. Wypychasz z siebie te słowa z największym trudem, żeby tylko coś powiedzieć, Żeby mogli zachować resztkę swojej godności. Nie potrafisz się doczekać, kiedy wreszcie się ta rozmowa skończy, kiedy się skończy ta męka biczowania. Już nieludzkim wysiłkiem zdobywasz się na coś, co się nazywa w potocznej mowie uśmiechem, ale wiesz, że to nie jest uśmiech, tylko grymas kościotrupa. Pozostajesz sam, oparty o ścianę, z szumem w głowie, wyjałowiony ze wszystkiego, z bezradnością dziecka, które nie wie, w jaką stronę iść, by dojść do domu. Przekonujesz się po raz któryś, choć nie chciało ci się w to wierzyć, że jesteś przegrany, spalony. Wszyscy wolą być od ciebie z daleka. I tak spotkanie za spotkaniem, rozmowa za rozmową. Przyjaciel za przyjacielem. Dzień za dniem. Nie widać końca. Biczowanie. Uderzenie za uderzeniem spada na ciebie przywiązanego do słupa niemożności, omdlewającego pod kolejnymi razami z bólu, z rozpaczy, ze wstrętu, z obrzydzenia do ludzi, do siebie, do losu, który ci zgotowano. Biczowanie. Poszturchują cię. Gardzą. Patrzą pogardliwie. Uśmiechają się ironicznie. Są niezadowoleni z ciebie. Nie kryją się z tym. Dają ci to do zrozumienia. Mówią ci o tym wprost. Pouczają. Zwracają uwagę. Napominają. Ostrzegają. Grożą. Karzą. Wygłaszają moralizatorskie kazania. To gorsze niż awantury. Bardziej upokarzające niż nagany. Tłumaczą, jak powinieneś postępować, jak oni sobie ciebie wyobrażają i twoje postępowanie. Biczowanie. Nikt nie potwierdza ani jednym słowem twych osiągnięć. Niewątpliwych zasług. A przecież ty chciałeś jak najlepiej. Starałeś się, jak tylko mogłeś. Zarzuty, które padają, są po prostu niesłuszne. Plotki. Bajki. Oszczerstwa. Może tam jest też jakaś część prawdy, ale niewspółmierna do tego, co ci zarzucają. To, co słyszysz, jest po prostu krzywdzące. Niesłuszne. Niesprawiedliwe. Biczowanie. Milczysz. Bo wiesz, że czekają tylko na to, żebyś się zaczął bronić. Bo milczenie to jedyny sposób, by zachować resztkę swojego człowieczeństwa w tym czasie biczowania.

*


3. CIERNIEM KORONOWANIE

Stoisz przed gawiedzią. Siedzą przy zastawionych stołach, opowiadają dowcipy, śmieją się, a ty stoisz przed nimi. Zmęczony, samotny, prawie niezauważony patrzysz na ich zadowolone miny, na ich piękne ubrania, na ich bogatą zastawę. Bez zazdrości, tylko że ty masz tyle trosk na głowie. Tyle niepokojów, problemów niewyjaśnionych, wątpliwości. Jeżeli cię zauważą, to na to, aby z ciebie uczynić przedmiot dowcipów. Żeś taki idealista, żeś taki naiwny. Czy nie oni mają rację, ci którzy rozmawiają o zaletach swoich samochodów oraz kto gdzie zajął jakie stanowisko i ile zarabia. Czy nie one mają rację. Te dziewczęta - kobiety, które nie wychodzą poza świat najnowszej mody, albo informacje gdzie można taniej i lepiej zaopatrzyć swoją kuchnię. Czy nie one mają rację. Z ciebie zrobili sobie specjalistę od pomagania innym. Gdy tylko pojawi się im ktoś w polu widzenia, jakiś potrzebujący, połamany, to posyłają go do ciebie. Mówią ci o tym z miną dobrodziejów, jakby ci wielką przysługę wyświadczali. A może, gdyby ciebie nie mieli, sami podjęliby się tej pomocy. Bo na co były twoje wysiłki, starania, służenia ludziom. Ile razy okazało się, że ci potrzebujący, skrzywdzeni, nieporadni po prostu cię naciągali, że twoimi rękami wybierali dla siebie upieczone kasztany. Zawracali ci głowę. Zabierali twój czas. Wykorzystywali cię. Ile pieniędzy pożyczyłeś na zawsze. Potem na ulicy udawali, że cię nie widzą. Czy było naprawdę potrzeba twojej dobroci. Czy naprawdę przydały się na coś rozmowy prowadzone w późne noce. Gdyby tak zliczyć te godziny spędzone na słuchaniu, na rozmawianiu, na łataniu, spinaniu, zszywaniu, łagodzeniu, wygładzaniu, na załatwianiu za nich spraw, na wykonywaniu za nich robót. To byłyby już nie na dnie, nie tygodnie, ale grube miesiące, lata nawet. Sens twojego życia. Sens takiego życia. Czy naprawdę pomogłeś tym, którym pomagałeś. Czy naprawdę oni bez twojej pomocy nie daliby sobie rady. Został ci po nich tylko zbiór listów, które w końcu trzeba wyrzucić, i kilka kartek z życzeniami świątecznymi, które od paru lat już zupełnie przestały przychodzić. Czasem nawet spotykasz twoich podopiecznych. Tych, którym życie wtedy ustawiałeś i, jak sądziłeś, ustawiłeś w sposób ostateczny. Właściwie nic się nie zmieniło. Mają nieodmiennie swoje kłopoty. Trochę inne niż za twoich czasów. Może ktoś inny je im rozwiązuje czy sobie sami rozwiązują. W każdym razie ty nie jesteś im już potrzebny. Rozmawiają jeszcze serdecznie, ale już obco. Nawet obiecują zadzwonić, przyjść, ale nie przychodzą. O pieniądzach, które im pożyczałeś, już nie wspominają. Ale następni przychodzą do ciebie nieprzerwanie. Słuchasz, co mówią, wysłuchujesz ich skarg, kłopotów. Usiłujesz wynaleźć jakieś rozwiązanie, wydłubać ze siebie jakiś pomysł, poderwać się, by im ze swojego smutku, zniechęcenia dać trochę optymizmu, pogody, radości, ufności, której sam już nie masz od dawna. Tłumaczysz, wyjaśniasz, prosisz. Nie wytrzymujesz, wybuchasz. Trzymasz się resztkami nerwów, żeby nie dać się ponieść fali gniewu, która w tobie narasta. Znowu gaśniesz rozżalony. Jesteś tylko zmęczony, znużony, w poczuciu trwonionego beznadziejnie czasu. I nie widać zmiany. Masz tyle swoich kłopotów, nierozwiązanych problemów, a nikt się nawet o to nie zapyta. Każdy uważa, że sam sobie znakomicie dajesz radę. A ty nie masz na swoje sprawy czasu. Wiesz, że nie będzie inaczej. Ludzie będą wciąż przychodzili. A ty będziesz spinał, łatał, leczył, zalepiał, głaskał, pocieszał. Popędzany przez nich. Będziesz wciąż dla nich pocieszycielem, nauczycielem, doradcą, wzorem. Ostoją ich kłopotów, problemów, które z rozpaczą w duszy będziesz usiłował jakoś rozwiązać. Nie wierząc w to, co robisz. Pomagając innym, choć sam potrzebujesz pomocy. Pocieszając innych, choć sam potrzebujesz pocieszenia. Prowadzący innych, choć ty sam stoisz spętany, cierniem ukoronowany.

*


4. DROGA KRZYŻOWA

Niewygodnie. Boleśnie. Każdy krok z największym wysiłkiem. Tylko byle nie upaść, ale iść dalej. Ostrożnie, metr po metrze. Pod stopami ostry żwir, na ramionach ugniatający ciężar twojego krzyża. Twoich obowiązków. Codziennego, beznadziejnego zmęczenia. Jak zwierzę w jarzmie. Bez możliwości wyboru. Bez żadnej perspektywy na zmianę. Takie jest twoje życie. Z tego składa się twój powszedni dzień. Ten sam codzienny rytm czynności w miejscu pracy. Ten sam codzienny rytm czynności w domu. Przygotowywanie posiłków, zmywanie, ścielenie łóżka, sprzątanie, porządkowanie, układanie, odnoszenie, przynoszenie, robienie zakupów, kilometry odkładane twoimi nogami w beznadziejnym, codziennym dreptaniu, tysiące szczegółów, drobiazgów, głupstw prawie, które ci zastawiają cały horyzont, zajmują czas. Wreszcie praca zawodowa. Parodia służby anonimowemu bliźniemu, narodowi, ludzkości, której wcale nie widać poza stosami papierków, maszyn, spraw do załatwienia. A ty wciąż musisz być spokojny, pogodny, opanowany. Czy tak ma wyglądać twoje życie? Czy tak ma wyglądać twoja miłość? Czy twoja miłość musi być aż tak rozmieniana na drobne, że znika zupełnie? Twoja droga krzyżowa. Wrzaskliwy terkot budzika. Jedyne marzenie, prośba, błaganie katorżnika, żeby można jeszcze na chwilę, na maleńką chwilkę przyłożyć głowę do poduszki. Żeby jeszcze na małą chwilkę można było zamknąć oczy. Żeby jeszcze na moment można było zapomnieć o tym, co cię czeka. Ale dobrze wiesz, że to nie zostanie ci ofiarowane, ta łaska cię nie spotka. Bat obowiązku uderza cię boleśnie. Nieprzytomne zwlekanie się z pościeli, niechęć otworzenia oczu, wreszcie zajęcie pozycji pionowej. Obrzydzenie do powstającego dnia. Wstręt do życia, które cię czeka. Ruchy jak we śnie somnambulicznym. Zwolniony tok myślenia. Czas podawany przez spikera radiowego popędza cię do przyspieszenia czynności ubierania się i mycia. Narasta pośpiech przekształcający się w panikę w obawie przed spóźnieniem. Śniadanie, którego smaku prawie nie czujesz, które staje w gardle. Wzdrygasz się na samą myśl przed dniem, w który wchodzisz. Wreszcie wyjście z zaduchu domu w smród spalin, w uliczne szaleństwo samochodów i ludzi spieszących się. Jeszcze się bronisz. Ale już cisną ci się do głowy sprawy, które czekają na ciebie od wczoraj. Jeszcze je instynktownie odsuwasz od siebie. Jeszcze przynajmniej chcesz mieć spokojną drogę do pracy, ale już szukasz rozwiązań, sposobów, ścieżek, jak załatwić, jak rozwikłać trudności, które się pojawiły i na które, zdawałoby się, nie ma rady. Jeszcze chcesz pozostać w spokojnym bezruchu, ale już cisną ci się do głowy sformułowania, pomysły, sposoby ujęcia. Jeszcze patrzysz na przewalający się obok ciebie ruch, ale myślami jesteś już na twoim stanowisku roboczym. Rozpędzający się dzień. Podniecenie ranne. Jesteś już rozbudzony, sprężysty. Pierwsze "dzień dobry" z koleżankami i kolegami, pierwsze uśmiechy. Zabierasz się do swojej pracy. Aż sam się sobie dziwisz, skąd tyle w tobie optymizmu, pogody, pewności siebie - ufności, że wszystko będzie bardzo dobrze. Aż po paru godzinach oprzytomni cię ból w boku, drżenie rąk, narastające zdenerwowanie, rozdrażnienie. I poczujesz, że jesteś bardzo zmęczony. Potem już tylko dobijanie na siłę do momentu, gdy wskazówka na zegarze pozwoli zakończyć ten jeszcze jeden odcinek twojej drogi krzyżowej.

*


5. UKRZYŻOWANIE

Już nic nie można robić, już nigdzie nie można iść, już o niczym nie można myśleć. Można tylko cierpieć. Przybite ręce i nogi, głowa w cierniowej koronie. Czas choroby. Bezwład rąk i nóg, ból głowy rozsadzający czaszkę. Twoja samotność. Odciętego od otaczającego świata przez chorobę. Łapiesz z trudnością powietrze. Jesteś wciąż mokry, spocony, lepki, obrzydliwy dla siebie samego. Usiłujesz przewrócić się na bok. Nie ma jednego niebolącego miejsca na tobie. Każda kość, każdy mięsień. Wszystko cię boli. Nie możesz spać, nie możesz myśleć. Nie możesz nie myśleć. Przewalają się przez twoją głowę bezładne wspomnienia. Drażni cię każdy hałas, głos, muzyka, stuk, szum, drażni cię każdy szczegół, który nie jest taki, jak byś chciał, każda uprzejmość i każda nieuprzejmość, przyjście i nieprzyjście. Nie możesz znieść ludzi, którzy wokół ciebie się kręcą, którzy się tobą opiekują, którzy ci powinni pomagać, a właściwie tylko cię denerwują. Jesteś coraz bardziej przekonany, że są brutalni, bezwzględni, niedelikatni, uparci, złośliwi, a przynajmniej nieczuli. Nie zdają sobie sprawy z tego, co ty cierpisz. Drażnią cię odwiedziny przyjaciół. Bo przychodzą z grzeczności. Patrzą na ciebie z wyżyn swojego czerstwego zdrowia. Przesuwają się przez twój pokój zajęci swoimi bieżącymi sprawami, ledwie cię dostrzegając. Zachowują się bezceremonialnie, nie zauważając prawie twojego cierpienia. Zaczynają od pytań o twoje zdrowie i samopoczucie, ale najwyraźniej nie interesuje ich to zupełnie, choć może niektórzy, z trudem zresztą, usiłują zrozumieć sens swojego pytania, a nawet wczuć się w twoją sytuację Łazarza leżącego u ich stóp. Zaraz przechodzą do swoich spraw, opowiadają niezmordowanie o swoich kłopotach, zapytując cię o radę, zdanie, stanowisko, prosząc o pomoc, o interwencję. Tak jak gdyby nic się w twoim życiu nie zmieniło, jak byś był tym samym co przedtem. Słuchasz tego, nie mogąc zupełnie zrozumieć, o co im chodzi. Głowa ci pęka, masz mdłości, zaschnięte gardło, z trudnością patrzysz na oczy. Usiłujesz wyjąkać jakieś słowo, skleić jakieś zdanie. Jeszcze coś pomóc. A równocześnie widzisz morze swoich niezałatwionych spraw, których przecież nie można pozostawić własnemu biegowi, lecz trzeba je jakoś zamknąć, uzupełnić, wykończyć. Ale wiesz, że na to już za późno. Po prostu nie zdążyłeś. Nie udało się. To, co miało być dziełem życia - życie, które miało być wielkim dziełem - przedstawia ci się jako bezładna kupa, powikłany splot, którego już nikt nie będzie w stanie rozplątać, zwinąć na osobne kłębki - jeżeli w ogóle komuś się będzie chciało tego podjąć. Po prostu nie zdążyłeś. Nawet o tym wszystkim nie chcesz myśleć. Nawet na dobrą sprawę już ci na tym nie zależy. Już cię to nie bardzo obchodzi. Chciałbyś tylko żyć. Ale nie za wszelką cenę. Nie za cenę bólu. Chciałbyś być znowu zdrowy. Znowu chodzić po łąkach zielonych. Słuchać, jak ptaki śpiewają. Siadywać nad strumieniem. Kąpać się w morzu. Jeździć na nartach. Nawet nie: znowu, bo właściwie nie bardzo na to wszystko było miejsce w twoim życiu. Może w młodości. Ale ostatnio aniś po tych lasach tak nie chodził, aniś nad tą wodą nie siedział. Ani nad morzem latem, ani w górach zimą. Wciąż było na to wszystko za mało czasu. Wciąż w przelocie, ograniczone do minimum, aby tylko wytchnąć, a i tak prawie zawsze mając w zasięgu kogoś, kim się trzeba było zająć, opiekować. Oczywiście wciąż sobie obiecywałeś, że jeszcze kiedyś przyjdzie taki okres, kiedy znajdziesz na to wszystko czas. Teraz wiesz, że to dla ciebie jest poza zasięgiem możliwości. Teraz chciałbyś już tylko więcej nie cierpieć. Umrzeć. Jak najprędzej umrzeć. Żeby ci ktoś zrobił tę przysługę. Wyświadczył tę łaskę i zadał ci śmierć. Nie chcesz się już dłużej tak męczyć. Nie potrafisz dalej znosić tych bólów ukrzyżowania.