Wywiady

strona do druku


Dziennik Polski - PEJZAŻ POLSKI

Andrzej Kozioł
Krakowianie

Tak było...

   Był koniec lat pięćdziesiątych. Już - po stalinowskiej przerwie - i jeszcze - przed usunięciem do punktów katechetycznych - w szkołach wykładano religię, a przed Wielkanocą odbywały się rekolekcje. Rekolekcje - wielka rzecz! Dwa, może trzy dni wolne od szkolnej monotonii, od horroru klasówek, niewolnictwa porannego wstawania. Wybiegaliśmy z domu jak na skrzydłach - i nie zawsze dochodziliśmy do kościoła. Kusiło kino, kusiło (Niech Bóg nam wybaczy, a młodzież niech nie czyta!) owocowe wino - szczere paskudztwo, ale dające lekki szumik w głowie, pasujące na głupią dorosłość. Kiedyś Krzysiek - dzisiaj profesor UJ, który późno doszlusował do nas, starych uczniów "Piątki", bo wcześniej mieszkał w Rabce - powiedział: - Panowie, idziemy do jezuitów, rekolekcje będzie prowadził ksiądz Maliński, świetny facet.
   Poszliśmy, żeby zobaczyć, żeby usłyszeć księdza z Rabki, który jest jednocześnie świetnym facetem i tego dnia nie mieliśmy już ochoty ani na owocowe wino, ani na coś, co z przesadą zwano "aperitifem", słodkie, musujące, niskoalkoholowe świństwo. Ksiądz Maliński rzeczywiście okazał się świetnym facetem. Nie przemawiał, ale mówił - po prostu mówił do nas, gówniarzy pełnych pychy i zarozumialstwa, gości, którzy jak dorośli pili wino i do ochrypnięcia, niczym prawdziwi intelektualiści, dyskutowali o Albercie Camus. Jego głos nie wspinał się bez sensu w górę, aby później - równie bezsensownie - opaść w dół. (Nawiasem mówiąc, tę kaznodziejską manierę, w protestanckim, amerykańskim wydaniu, wyśmiał Mark Twain w "Przygodach Hucka".) Mówił zwyczajnie, ale nie o zwyczajnych sprawach. Na przykład o seksie - rzeczowo, bez dydaktycznego smrodku grzechu, jakim zazwyczaj okadzali te sprawy księża, bez frywolnego przymrużenia oka praktykowanego przez nauczycieli, bez nieporadnych uników typowych dla rodziców. 
   Wyszliśmy oszołomieni z ceglanego kościoła przy ulicy Kopernika. Może nas ksiądz Maliński nie zbliżył wówczas do Boga, ale z pewnością nauczył kilku rzeczy - że zdarzają się rzeczowi, rozumni księża, którzy nas, smarkaczy, traktują jak istoty rozumne, że spokojnie i swobodnie można mówić o wszystkim.
   A później gruchnęła wieść, iż ksiądz Mieczysław jeździ na skuterze, i to nie na jakiejś wiatce lub osie, ale na prawdziwej włoskiej lambretcie, takiej jak w filmie! Mało tego, w Filarmonii, podczas Jam Session, siedzi w pierwszym rzędzie i kiedy jazz niczym wielka, porywista fala wylewa się na widownię - ksiądz przytupuje. 
Ktoś, jakiś szczęściarz niebywały, znalazł się na koncercie, więc wszyscy obskoczyli go z tym samym pytaniem: 
- Widziałeś Malińskiego? 
- Widziałem.

- Przytupywał?
- Przytupywał.
  Od tej chwili akcje księdza Malińskiego wzrosły jeszcze bardziej. Niestety, nie był naszym katechetą, ale powoli, przez lata, stawał się jedną z najpopularniejszych postaci Krakowa. Po mieście krążą legendy o jego krótkich kazaniach, niekiedy tak lakonicznych, że aż jednowyrazowych. Nadchodzi czas kazania, ludzie wygodnie moszczą się w kościelnych ławach, bo głowa jeszcze wytrzyma długie przemówienie, ale gorzej z pośladkami. Ksiądz milczy, milczy (milczenie przed każdym zdaniem, krótki namysł przed wypowiedzeniem każdej kwestii - to jego zwyczaj), wreszcie mówi: Chamiejemy. Cisza, konsternacja, czekanie na dalszy ciąg, a dalszego ciągu nie ma. Po prostu skończyło się kazanie, każdy dostał zadanie domowe, powód do myślenia, może do oburzenia, może do nowego spojrzenia na siebie, na wszystko, co znane, powszednie, zaaprobowane.
   Weryfikuję swoje wspomnienia, opowieści sprzed lat. Ksiądz Mieczysław uśmiecha się: Tak, wygłosiłem kiedyś takie kazanie, ale było też inne, bez słów. Po prostu milczałem. Rzecz się działa w grudniową niedzielę 1981 roku, w niedzielę, która rozpoczęła stan wojenny. Milczenie było bardziej wymowne w czasie, gdy na ulice wyjechały czołgi, społeczeństwo zostało pozbawione wszelkich praw obywatelskich, a nadzieje zduszone...
   Zwyczaj lakonicznych kazań narodził się w Rabce. Może z bardzo zwyczajnego powodu - ksiądz Maliński odprawiał msze o szóstej rano. Zaspani ludzie spieszyli się do pracy i kilka pełnych treści zdań najlepiej trafiało do ich serc i umysłów.
   Rzeczywiście jeździł na skuterze, rzeczywiście przytupywał, a rekolekcje u jezuitów stały się zwrotnym punktem w jego życiu. Wrócił po nich z Rabki do Krakowa, miasta w rzeczywistości rodzinnego, bo wprawdzie urodził się w Brzostku, tuż za Pilznem, ale od pierwszego roku życia mieszkał tutaj, nieopodal Wawelu. Nie obyło się bez kłopotów, których księdzu Malińskiemu nigdy nie brakowało. Nas, uczniów, kazania oszołomiły, powaliły z nóg, nie spodobały się nie natomiast niektórym księżom. Do kurii nadeszła skarga na księdza z Rabki. Jednocześnie nasz katecheta, ksiądz Krzystyniak, albo powodowany podziwem dla pedagogicznych talentów swojego kolegi, albo przezornością, rozdał uczniom ankietę na temat rekolekcji. Wszyscy byli zachwyceni, ksiądz, który okazał się świetnym facetem, zebrał same pochwały. Ze skargą w jednej ręce, z plikiem ankiet w drugiej, rozmawiał z Malińskim Karol Wojtyła, wówczas biskup pomocniczy: Co mam z tobą zrobić? Za to powinienem cię ukarać, za to nagrodzić...

Strona 1 [2] [3