Biblioteka
ŻYCIE JEZUSA W ROKU LITURGICZNYM
strona 21


JAWNOGRZESZNICA (2)


     Na drugi dzień poszedł pod umówiony adres w otoczeniu chyba koło setki swoich ludzi. Zastał domostwo obszerne, w dużym parku, otoczone potężnym ogrodzeniem. Gdy zgłosił się u niewolnika strzegącego bramy, prawie natychmiast pojawił się w drzwiach domu gospodarz, rozglądnął się po zgromadzonym tłumie i wyraźnie stanął jak wryty. Jakby nie dostrzegł Go - zaproszonego gościa, odwrócił się na pięcie i odszedł.
     - Wrócił po kohortę żołnierzy, którą zostawił w izbie - wybuchnął śmiech.
     - Co my tak będziemy stali na dworze. Chodźmy dalej, brama otwarta - zawyrokował Piotr, zgrabnie wykorzystując trwający impas.
Ujął Go pod rękę i wprowadził za bramę, do ogrodu. Za nimi zaczął się wlewać rozbawiony tłum. Aż weszli wszyscy, rozlokowując się niefrasobliwie na terenie ogrodu.
     - Teraz już się o Ciebie nie boję - szeptał Mu do ucha Piotr - nawet gdy wejdziesz sam do wnętrza. Jedno jest pewne, my bez Ciebie nie opuścimy tego domu. I dlatego uważam, że oni wobec tej sytuacji zmienią plany.
     - Co masz na myśli?
     - Po prostu nie zaproszą Cię do środka.
     - Dlaczegóżby nie?
     - Na ile znam życie, dla tych ludzi jedynie interesującym partnerem do rozmowy byłby Jezus zamordowany - przepraszam za trochę brutalne sformułowanie.
     - Poczekamy, zobaczymy.
     Został przed drzwiami, nie oddalając się. Przyglądał się, co robią Jego towarzysze. A ludzie jak ludzie. Już nie wystarczył im fronton domu. Zaczęli zagłębiać się w dalsze partie ogrodu. Zaglądali do okien. Wymieniali spostrzeżenia i uwagi.
     Już się namyślał, czy by się nie wycofać z tej niewygodnej sytuacji, która w zasadzie nie wymagała komentarzy, gdy wreszcie drzwi się otwarły. Na progu nie zobaczył Szymona, ale niewolnika, który Go zawołał ruchem ręki. Podszedł do niego. Ten bez słowa poprowadził Go do wnętrza domu.
     W pierwszym momencie zdawało Mu się, że zaszło nieporozumienie, że niewolnik wziął Go za kogoś innego. Chciał go zatrzymać i wyjaśnić. Ale ten był już na to jakby przygotowany i tylko machnął ze zniecierpliwieniem dłonią, wziął Go bezceremonialnie, jak swego kolegę, pod rękę i poprowadził w głąb domu.
     Jeszcze liczył na to, że może wewnątrz domu czekał będzie na Niego gospodarz i powita Go - jak zwyczaj każe - pocałunkiem, wyleje na Jego głowę olejek, że jeszcze tam niewolnik obmyje Mu nogi - jakby się należało spodziewać w wypadku oficjalnego powitania. Ale nic z tego. Nagle znalazł się w obszernej sali, gdzie uczta już trwała. Pełno tu było gości, rozmów, śmiechów. W chwili, gdy przekroczył próg, hałas przycichł, oczy wszystkich skierowały się na Niego. Ale tuż zaraz gwar powrócił z tą samą siłą, a może nawet z większą. To wszystko zauważył jakimś brzegiem swojej świadomości, bo w tym momencie został prawie siłą posadzony przy stole. Tenże sam niewolnik już podsuwał Mu jakieś potrawy i gdy On wcale się do posiłku nie miał zamiaru zabierać, przynaglił Go:
     - Jedz, jak Ci dają.
     Płonął ze wstydu i oburzenia. Traktowano Go tak, jak gdyby nie był gościem, ale przybłędą, którego dopuszczono do stołu z litości, aby sobie podjadł i wynosił się stąd jak najprędzej, bo do tego towarzystwa nie dorasta pod żadnym względem. Takiej pogardy, takiego lekceważenia nigdy jeszcze nie doznał. Choć nieprzerwanie trwały rozmowy i wszyscy byli na pozór zajęci sobą, czuł, że jest bezustannie przez zebranych obserwowany i te obelgi, które Go spotykają, są kwitowane z satysfakcją. Najchętniej wstałby natychmiast i wyszedł z tego domu, który Go tak upokorzył. Ale jeżeli tego nie zrobił, to chyba dlatego, że obelga była zbyt wielka i zbyt nieoczekiwana, i nie zdążył przyjść do siebie po tym uderzeniu. Choć był i drugi powód. Gdzieś w głębi serca zapytywał siebie: "Czyżby to był jedyny motyw, dla którego mnie tu zaproszono, czy nie czeka mnie kolejna niespodzianka?" Chciał i temu nieznanemu wyjść naprzeciw, nie uciekać przed nim.
     Teraz, gdy już postanowił pozostać i to wszystko zrozumieć, co Go spotkało i co Go ma spotkać, zaczął rozglądać się po sali. Wyznaczono Mu najgorsze miejsce: przy drzwiach, przez które wciąż wchodzili i wychodzili słudzy, wnosząc posiłki i wynosząc puste półmiski i zużyte naczynia. Coraz prawie ktoś o Niego zawadzał. Może w pośpiechu, a może świadomie, co wydawało Mu się bardziej prawdopodobne po tym wszystkim, co Go dotąd spotkało. Chociaż już się z tym pogodził, wciąż jeszcze nie mógł się otrząsnąć z pytania, które nie dawało Mu spokoju: "Dlaczego?". Przecież nie wpraszał się na to przyjęcie. Przyszedł dokładnie o godzinie, którą Mu podano, a okazało się, że to było za późno. Gospodarz nie tylko Go nie powitał, ale nawet gdy wszedł do sali, nie zechciał Go zauważyć. Wracało wciąż to pytanie, choć przecież odpowiedź była od samego początku oczywista - chciano Go upokorzyć. Mimo że na początku postanowił nie tknąć jedzenia, teraz zmienił decyzję i zaczął spożywać to, co przed Nim nagromadzono.
     Wciąż nie wiedział, jaka Go jeszcze spotka przykrość. Usiłował ją odgadnąć na podstawie tego, co dotąd Go już spotkało, ale nie dochodził do żadnej konkluzji. Dopiero teraz spojrzał na swojego sąsiada. To był żołnierz w cywilnych szatach. Co do tego nie było żadnych wątpliwości. Rzucił okiem na drugiego, trzeciego, czwartego. Sami żołnierze. Sprawdzał kolejnych ludzi siedzących przy stole. Tak! Żołnierze, oprócz paru faryzeuszów w najbliższym sąsiedztwie gospodarza. A więc zorganizowano na Niego zasadzkę, by Go porwać i uwięzić. "Wszedłem w kocioł. Gdyby nie to, że towarzyszy mi setka moich ludzi. Teraz jest kocioł w kotle". O tym wiedzieli dokładnie i żołnierze, przygotowani na inny scenariusz tego, co się tu miało rozegrać. Że ich plany zostały pogrzebane, mogli się o tym przekonać, choćby spoglądając w okna. Były one dokładnie wypełnione Jego ludźmi, którzy nie wytrzymali i wbrew wszelkim dobrym obyczajom tkwili w nich, przyglądając się i przysłuchując temu, co tu się działo. Tym bardziej, że było się czemu przyglądać.
     Nie, teraz już nie. Ludzie dotąd blokujący okna zniknęli jak stado wróbli spłoszone. Coś się stało. Ale co? Oddział żołnierzy? Nie. Słychać by było wrzask ludzi bitych czy uciekających. A na zewnątrz panowała cisza. Co tam się dzieje? Nie tylko On wsłuchiwał się w głosy na zewnątrz domu. Również przy stole przycichło.
     I wtedy weszła kobieta. Nawet się nie zdziwił, że biesiadnicy zamilkli. Była przepiękna. Wprost urzekała swoją urodą. Choć twarz tylko rysowała się za lekką woalką. A przy tym ubrana naprawdę wytwornie, z najwyższą elegancją. A na koniec zachowująca się z taką godnością a zarazem prostotą, jakiej dawno nie spotkał. Stanęła w drzwiach - jak mała dziewczynka i królowa zarazem. Skinęła głową gospodarzowi. Ale ten - czyżby zaskoczony jej wizytą - nie zdążył się podnieść, by ją przywitać. Ona zupełnie na to nie zwróciła uwagi i pilnie rozglądała się po sali, szukając kogoś. Cisza trwała nie tylko wśród siedzących w izbie, ale i stojących w oknach, w których teraz zagęściło się do granic możliwości. A więc ona nie do gospodarza przyszła. Przebiegła oczami wszystkich. I nie znalazła tego, kogo chciała spotkać. Zachwiała się z rozczarowania. Już zdecydowała się opuścić salę. Już była w półobrocie. Choć jakoś przeciw sobie. Zatrzymała się. Jakby się spostrzegła, że popełniła błąd. Może jej woalka przeszkadzała. Odrzuciła więc woalkę w tył głowy.
     Poznał ją - kobieta sprzed kilku dni, przywleczona do świątyni przez faryzeuszów, aby On wydał wyrok śmierci za jej grzech cudzołóstwa. A od początku zdawało Mu się, że ta postać jest Mu bliska, że gdzieś takie ruchy już widział. To była ona. Twarz o jakiejś gorzkiej, pochmurnej, niemniej urzekającej piękności. Teraz już bez woalki jeszcze raz zaczęła swoje poszukiwania. Wciąż szukała tego kogoś w pobliżu gospodarza. Nawet zrobiła parę kroków w jego kierunku, a potem już szła oczami w jedną i drugą stronę - aż Go napotkała.
     Teraz ona nie wierzyła, że to On. Podeszła do Niego parę kroków. Przyglądała Mu się swoimi chmurnymi oczami. Aż się upewniła. Jeszcze nie dowierzała, ale już obejmowała ją fala radości i szczęścia. Jeszcze się obejrzała do tyłu, jakby się nie mogła nadziwić, że najważniejszemu człowiekowi w tej sali wyznaczono najgorsze miejsce, ale to trwało tylko mgnienie oka na drodze ku Niemu. Już była szczęśliwa, że Go znalazła. Jeszcze nie wiedziała, jak się zachować. Ale przecież nie mogła tak dłużej stać i tylko wpatrywać się w Niego z uwielbieniem. Może gdyby było miejsce, odważyłaby się usiąść obok Niego. Dopiero wtedy zobaczył, że przyczyną jej nieporadności i wahania jest flakon alabastrowy, który wciąż trzymała w rękach, a który - jak się domyślił - miał stanowić prezent dla Niego. Ale nie przyszła na to, aby Mu go wręczyć. Wreszcie zdecydowała się. Jednym ruchem usiadła na dywanie obok Jego nóg. W pierwszej chwili nie śmiała Go dotknąć. Ale to wahanie trwało tylko moment. Jakimś najczulszym ruchem nachyliła się i pocałowała Jego stopy. I to było za mało. Za chwilę przytuliła twarz do jego nóg i rozpłakała się na dobre. To był dziwny płacz. Było w nim tyle żalu - co szczęścia, tyle rozpaczy - co radości, że Go spotkała i że już Go nie opuści, nie da sobie Go wydrzeć, że już przy Nim zostanie aż do końca życia.
     Był wzruszony tym jej zachowaniem. Śledził każdy jej krok, każdy gest. Nie potrafił oderwać oczu od twarzy, na której się tyle działo, w której wyczytać mógł wszystko, co ona przeżywała.
     A dziewczyna jakby się wreszcie zorientowała, że nie wykonała dotąd tego, po co przyszła. Otworzyła flakon z olejkiem, ale spostrzegła się, że nogi Jego są mokre od jej łez. Zaczęła szukać wokół siebie czegoś, czym by je mogła wytrzeć, ale nie znalazła, aż w swojej bezradności nachyliła się, zagarnęła swoje długie włosy, spływające prawie do pasa i zaczęła nimi wycierać łzy z Jego nóg. Dopiero teraz otworzyła flakon, wylała na nie pachnący olejek.
     Przyglądał się tym poczynaniom bez ruchu, w niczym nie przeszkadzając. Starał się rozumieć i uszanować intencję tych działań. Skupiony na nich, dopiero gdy ona swoje czynności ukończyła, podniósł głowę i rozejrzał się po sali. Tu już znowu trwała zabawa. Śmiechy, dowcipy, pokazywanie sobie palcami to ją, to Jego. Dosłyszał słowa gospodarza wypowiadane ironicznie do sąsiada, ale tak głośno, by wszyscy słyszeli, również i On:
     - Gdyby On był prorokiem, to wiedziałby zapewne, kim jest ta kobieta, która Go dotyka, że jest grzesznicą.
     Zarechotali zgodnie wszyscy.
     Dowcip wątpliwy. Bez przesady! Ona faktycznie teraz jest niepodobna do tej, którą przygnali do świątyni, ale przecież nie na tyle, by jej nie rozpoznał.
     I nagle wszystko stało się dla Niego jasne. Ona tu nie zjawiła się przypadkowo. To zostało zaaranżowane. Wystarczyło, że ktoś ją poinformował, że w uczcie u Szymona będzie brał udział Jezus, aby ona tu przyszła. Efekt tej informacji oglądają na własne oczy. Doprowadzili do tego, że zostanie rytualnie zanieczyszczony przez człowieka grzesznego, że stał się pośmiewiskiem całej sali. Na tym polega ich zemsta za to, że wyrwał ją z ich rąk. Wybuchło w Nim oburzenie, że tak potraktowano Jego i ją. Opanował się. Spuścił oczy. Przy Jego nogach trwała kobieta. "Przecież tu również o nią chodzi. Ją trzeba uratować, jej godność". Odczekał chwilę, aby się całkowicie uspokoić. "Co im powiedzieć? Nie ma co się wdawać w kłótnię albo przyjmować pozycję obrażonego, ale trzeba wejść - jak to Tomasz zwykł mówić za Rzymianami - in medias res".
     - Szymonie, mam ci coś do powiedzenia.
     Nie podnosił głosu, a cisza w sali zapanowała natychmiast. Najwyraźniej czekali na to, kiedy ich prowokacja wywoła z Jego strony jakąś reakcję.
     - Mów, Nauczycielu - odpowiedział Mu Szymon z przesadną uprzejmością.
     - Pewien wierzyciel miał dwóch dłużników: jeden był mu winien pięćset denarów, a drugi pięćdziesiąt. Ponieważ nie mieli z czego oddać, darował obydwom. Który pokochał go za to więcej?
Patrzył, jak Szymon słucha Go z niewyraźną miną, nie wiedząc, jak powinien się ustosunkować do tego opowiadania. Po krótkiej chwili milczenia zaryzykował wersję najbardziej oczywistą i odpowiedział Mu, ociągając się:
     - Sądzę, że ten, któremu więcej darował.
     Spodziewał się takiej odpowiedzi i potwierdził to:
     - Słusznie osądziłeś.
     I teraz podjął się ukazania prawdy Bożej w oparciu o realia, które Go tu spotkały:
     - Widzisz tę kobietę? Gdy wszedłem do twego domu, nie podałeś mi wody do nóg, ona zaś łzami obmyła mi nogi i włosami swoimi je otarła.  Nie dałeś mi pocałunku, a ona odkąd weszła, nie przestaje całować mi stóp. Nie namaściłeś mi głowy oliwą, a ona wonnym olejkiem namaściła mi nogi. Dlatego mówię ci, odpuszczone są jej liczne grzechy, ponieważ bardzo umiłowała. A temu, kto się zdobył na mniejszą miłość, mniej jest darowane.
     Słuchali tego, co mówił, w milczeniu. Najwyraźniej byli zaskoczeni tą niespodziewaną zamianą miejsc: On, zepchnięty na ostatnią pozycję, na pozycję prawie żebraka, teraz uzyskuje miejsce najważniejsze i poddaje ich postępowanie swemu osądowi. Nie spodziewali się, że wytknie gospodarzowi tego domu jego niegościnne zachowanie się. Tym bardziej nie spodziewali się pouczenia, jakiego im udzielił. Może nawet chcieliby Go zaatakować, ale nie zdążyli, bo zwrócił się do kobiety, która wciąż pozostawała przy Jego nogach:
     - Odpuszczają ci się twoje grzechy.
     Mówił to spokojnym głosem, ale w tej ciszy, która zaległa, był słyszany doskonale. Reakcja była natychmiastowa. Ktoś, chyba Jego gospodarz, wykrzyknął do współsiedzących:
     - Kimże On jest, że nawet grzechy odpuszcza?!
     Tymczasem On mówił dalej:
     - Wiara twoja cię zbawiła. Idź w pokoju.
     Teraz już wybuchł rwetes wielu głosów zgorszonych.
     - Jaka wiara? W co ona uwierzyła?
     - W Niego!
     - W Niego?
     - Tak. Ona uwierzyła w Jego dobroć i mądrość, w Jego miłosierdzie i wielkoduszność. Uwierzyła, że On jest prawdziwym reprezentantem Boga samego. Ale "uwierzyła" to znaczy również "przyjęła", identyfikuje się z Nim, chce być taka jak On. Przynajmniej ja tak rozumiem.
     - Nikodemie! A coś ty, Jego uczeń czy Jego zwolennik?
     - Ja tylko uważam, że przeciwnika należy traktować poważnie, inaczej więcej z tego szkody niż pożytku.
     Kłócili się, skakali sobie do oczu, zupełnie nie przejmując się Jego obecnością. Jakby Go nie było. Jakby nie słyszał.
     - A co powiedział? Powiedział: odpuszcza się jej wiele, bo wiele umiłowała. A więc Jego zdaniem miłość jest powodem odpuszczania grzechów.
     - W tym aspekcie, w jakim On mówi, wiara utożsamia się z miłością. Zachwycić się to również i przyjąć, i zaakceptować te wartości, które stanowi umiłowany.
     - Każda miłość? No bo co ona pokochała? Jego! To znaczy: wystarczy pokochać drugiego człowieka, żeby mieć odpuszczone wszystkie grzechy.
     - Znowu robisz dawny błąd. Nie upraszczaj. Nie chciej wygrywać za tanie pieniądze. On nie jest prywatną osobą. On jest Nauczycielem. Jeżeli ona Go pokochała, to nie tylko jako mężczyznę, ale jako Nauczyciela, z tym wszystkim, co On głosi.
     Coraz bardziej czuł się jak widz, którego nikt nie pyta o zdanie. A przecież był obok nich. Mogli się do Niego zwrócić, by wyjaśnił im to, co wydawało im się niejasne, nie dość precyzyjne czy wprost wieloznaczne. Ale nie. Nie chcieli się poniżać do zadawania pytań. Woleli być samowystarczalni.
     - A gdy Go pokochała tylko jako człowieka? Nawet wtedy?
     - Jeżeli to jest prawdziwa miłość, jeżeli odrywa od zła, od złych czynów i słów, od wad, jeżeli jest motorem życia uczciwego... - odpowiadał znowu Nikodem.
     Zwrócił na niego uwagę. Stosunkowo młody człowiek, z czarną, energiczną brodą, o wyrazistej, pięknej twarzy. Ubrany raczej niekonwencjonalnie, tak jak niekonwencjonalne były jego wypowiedzi.
     - Nikodemie, Nikodemie, ty mi takich rzeczy nie opowiadaj. To jest Galilejczyk, prostak nieuczony z Nazaretu. Skąd by On się mógł zdobyć na takie rozumienie Boga? 
     - Słuchałeś Go kiedyś?
     - Zrozum mnie. To ty tak myślisz. Dlatego, że ty jesteś mądry, podkładasz swoje myśli pod Jego głupie myślenie.
     - Pytam się jeszcze raz: słuchałeś Go kiedyś?
     - Teraz Go słuchałem.
     - To było nic. Zostanie do końca Świąt na pewno w Jerozolimie. Naucza w Krużganku Salomona codziennie. Pofatyguj się tam, bo warto. Ja Go czasem słucham. On nie taki głupi, jak ci się zdaje i jak niektórzy to mówią - co Go nigdy nie słyszeli. Możecie wszystko o Nim opowiadać, ale nie próbujcie z Niego robić idioty, bo wtedy wy tylko sobie wydajecie świadectwo, żeście nie dorośli do takiego przeciwnika. A tak nawiasem mówiąc, to, żeście Go dzisiaj tak potraktowali, to powiem wam tylko tyle, żeście bardzo źle zrobili. Jakbym wiedział, że tak będzie, wcale bym nie przyszedł.
     Nie widział możliwości, by mógł w tej rozmowie uczestniczyć. Nie chciał już dłużej czekać, bo stwierdzał, że się na nic już nie doczeka. Zapamiętał sobie tylko jedno imię - Nikodem. Człowieka, który starał się Go zrozumieć jak rzadko kto. Dźwignął się ze swojego miejsca. Delikatnie wysunął nogi z objęć dziewczyny.
     - Pójdziemy już.
     Podniosła głowę. Spojrzała na Niego. Nie był pewny, czy cokolwiek doszło do niej z tego, co mówił.
     - Chodźmy stąd - powiedział jeszcze raz do niej.
     Wstała i wyszli.
     Przed bramą czekał na nich tłum Jego ludzi i lektyka, w której przybyła nieznajoma. Wyczuł, że najchętniej zostałaby z Nim, choćby tylko na krótko, że ma Mu wiele do powiedzenia, ale nie było jak. Z jednej strony ludzie, z drugiej lektyka. Ukłoniła się Mu i wsiadła do lektyki. Tragarze ruszyli. Jeszcze przez moment widział jej twarz skierowaną w swoją stronę, a potem stracił ją z oczu.


strona: ...[19]  [20]  [21]  [22]  [23]  ...