Biblioteka
ŚWIĘCI NA NASZE DNI - Święty Stanisław Szczepanowski
strona 3

 

     Zasłuchany w wykład magistra nagle poczuł rękę na swoim ramieniu. Podniósł głowę. Zdziwiony zobaczył nad sobą twarz famulusa biskupiego.
     - Biskup wzywa cię do siebie.
     - Mnie?
     - Tyś jest przecież Stanisław ze Szczepanowa?
     - Tak.
     - No to chodź.
     Wysunął się delikatnie z ławy i już na palcach do drzwi, żeby nie przeszkadzać.
     - Nie wiecie, po co mnie biskup Aron wzywa?
     Famulus, jak zwykle mrukliwy, odpowiedział krótkim:
     - Nie.
     No to szli przez dziedziniec katedralny wzgórza wawelskiego do dworzyszcza biskupiego, skromnego, mniejszego w porównaniu z książęcym, stojącym po drugiej stronie placu. Szedł, targany niepewnościami. „Po co mnie wzywa. Co się stało. Co się ma stać. Czy chce mnie oddalić ze swojej szkoły katedralnej? Niezadowolony z mojej nauki? Czy z mojego zachowania? Czy z mojej przyjaźni z Bolesławem?”. Wreszcie i kres niepewności. Już stał przed biskupem. Prawie go nie znał. Rozmawiał z nim kiedyś przy przyjęciu do szkoły. Potem parę krótkich spotkań i to wszystko.
     - Potrzeba wciąż księży wysoko kształconych, którzy by zajmowali się dyplomatyczną korespondencją biskupią i książęcą, którzy by mieli rozeznanie w politycznych działaniach władców europejskich jak i dostojników kościelnych.
     W miarę jak biskup Aron mówił – już wiedział. Tak. Wyjazd. A Bolesław? Co on na to. Mój Boże. Niebo wali się na głowę. Nie. „Przecież ja nie mogę jechać w świat, gdy on tu zostanie. Nie chcę żadnych szkół”. Ale jak to powiedzieć. A biskup mówił:
     - Dlatego też wysyłamy co jakiś czas najzdolniejszych kleryków na studia. Zasięgałem języka wśród magistrów naszej szkoły katedralnej. Wszyscy jednozgodnie wskazywali na ciebie. Tak gdy chodzi o twoje walory intelektualne, jak i moralne. Pojedziesz zatem do Leodium, jak to miasto nazywa tamtejsza ludność: Liege. Zostaniesz tam przez parę lat przy klasztorze benedyktynów Świętego Wawrzyńca, który to klasztor prowadzi studium externum dla takich jak ty. Nie wiem, czy ta nazwa coś ci mówi.
     - Owszem, tam kierował tą szkołą od 1042 do 48 Waso. Jego zastępcą jest Fryderyk Lotaryński, archidiakon.
     - Zastanawiałem się, czy nie wysłać cię do Chartres, gdzie jest słynna szkoła założona przez świątobliwego Fulberta, ucznia Gerberta z Aurillac...
     „Trzeba powiedzieć już od razu, bo potem będzie za późno. Potem będzie mu się zdawało, że ja już się zgodziłem i nie będzie można protestować”.
     - ... Inną możliwość stanowi szkoła w Bec założona przez nauczyciela sztuk wyzwolonych, Lanfranca z Pawii. Ale w końcu zdecydowałem się na Leodium, które pod kierunkiem świętej pamięci Notkera (zmarł w 1008 roku) zyskało największą sławę. Właśnie również i dlatego, że Notker był naszym wielkim przyjacielem i po śmierci Świętego Wojciecha wystawił mu w Leodium kościół. Słyszałeś zapewne o tym.
     - Tak, słyszałem. Proszę księdza biskupa, przepraszam bardzo, że ośmielę się zająć stanowisko w tej sprawie, ale niech mi wolno będzie powiedzieć, że jest wielu zdolnych i pracowitych alumnów w naszej szkole. Nie ma większej różnicy, czy to ja pojadę na dalsze studia, czy któryś z nich. Ja wolałbym zostać w kraju.
     - Dziwię się temu, co mówisz – powiedział biskup prawie urażonym tonem. – Taki wyjazd jest najwyższym wyróżnieniem, o którym wielu marzy. A ty odrzucasz. Co kieruje tobą, jakie racje? Czyżby jakieś sprawy rodzinne?
     - Nie, w rodzinie wszystko dobrze. Ale ja uczę księcia Bolesława łaciny.
     - Ach, o to ci chodzi. Owszem, słyszałem o tym. Mogę cię zapewnić, znajdziemy innego studenta, który będzie skrupulatnie prowadził dalej rozpoczętą przez ciebie naukę.
     „Boże, nic nie zrozumiał. Jak to powiedzieć”.
     - Ale my się bardzo przyjaźnimy.
     - A właśnie. Owszem, to też słyszałem. Ale ty masz być księdzem. A ksiądz to człowiek, który oddał się na służbę Bogu i Kościołowi. I jeżeli trzeba, dziś jest tu, jutro tam. Dlatego też nie zakłada rodziny, aby być zupełnie oddany służbie ludziom. Nie, nie. To jest dla ciebie pierwsza być może poważna próba na tej drodze. Umiej ją przezwyciężyć. Nie chcę ci dawać swojego przykładu, bo to nawet i nie wypada. Ale ponieważ zdaje mi się, że ta sprawa cię bardzo przejęła, niechże posłuży ci moje życie. Jak wiesz, byłem zakonnikiem benedyktyńskim w Stablo. Tam mi było bardzo dobrze i byłem pewien, że stamtąd już nigdy się nie ruszę. Gwarantowało mi to stabilitas loci – benedyktyńska, a jednak stamtąd przeniesiono mnie do Brauweiler koło Kolonii – fundacja Ezzonidów. Tu mieszkała królowa Rycheza, matka naszego księcia Kazimierza, jak go lud zwie, Odnowiciela. Gdy przyszło do sprawy obsadzenia krakowskiej stolicy biskupiej, królowa zwróciła się o poradę do swojego brata Hermana, arcybiskupa Kolonii. Wtedy on wskazał na mnie i tak się tu znalazłem. A więc właśnie pojedziesz do Leodium. A twoje rozstanie z Bolesławem złóż Bogu w ofierze. Jeżeli to jest prawdziwa, Boża przyjaźń, wytrzyma próbę czasu. Jeżeli nie wytrzyma, to znaczy, że to nie była przyjaźń. Mnie chodzi jeszcze o co innego. Słuchasz mnie?
     - Tak, słucham.
     - Chcę zwrócić uwagę na jeden szczegół, zresztą bardzo w tej rozmowie istotny.
     A on nie chciał o niczym słyszeć, tylko czekał, kiedy biskup skończy mówić, żeby mógł natychmiast wołać na ratunek Bolesława.
     - Kolonia, pod kierunkiem biskupa Hermana, była i jest centrum odnowy Kościoła powszechnego, a oczywiście niemieckiego w szczególności. Co to jest reforma, długo by trzeba mówić. Chodzi o wysoki poziom duchowieństwa, o jego życie modlitewne, o czystość obyczajów. Co – na ile mnie stać – staram się wprowadzać w życie również i w Krakowie. Zgodzisz się ze mną?
     - Tak, księże biskupie, w całej rozciągłości.
     Ale nie bardzo wiedział, na co się godzi, słowa biskupa dochodziły do niego jak z zaświatów. Dziwił się, że można się przejmować jeszcze jakimiś innymi sprawami ponad tą jedną, która nazywa się rozstanie z Bolesławem. A biskup mówił:
     - A właśnie. Ale nie o taką tylko odnowę chodzi. W jakim stanie zastałem Kościół w Polsce, wszyscy wiedzą. Wiedziałem już wtedy, gdy wyjeżdżałem z Kolonii, bo o reakcji pogańskiej w kraju Polan głośno było w Europie. Wobec tego starałem się o paliusz metropolity, aby uzupełnić te braki w Episkopacie polskim, które wynikły z rzezi, jaka się rozpętała po śmierci Mieszka II. Ale lata lecą. Zdawało mi się, że potrafię doprowadzić do tego, aby Gniezno otrzymało znowu paliusz i miało władzę wyświęcania biskupów. Ale tutaj natrafiłem na stanowczy opór cesarza.
     To, co kiedy indziej poruszyłoby go do granic wytrzymałości, co stanowiło przedmiot ich bezustannych dyskusji i przypuszczeń, tak w gronie studentów, jak i w rozmowach z profesorami, teraz nie zrobiło na nim żadnego wrażenia. Czekał tylko na to, kiedy biskup skończy, kiedy go zwolni. Modlił się o to, prosił Boga i wszystkich świętych, a ten, jakby na złość, nie przestawał:
     - A właśnie. Rozmawiam z tobą jak równy z równym, bo nieprędko się zobaczymy. A może nawet nie zobaczymy się wcale. Niemłody już jestem. I chcę, żebyś wszystko wiedział. Cesarz, po pierwsze, chce upokarzać naszych polskich biskupów, aby jeździli po jego metropoliach i prosili o wyświęcenie – aby uzależniać ich od swoich metropolitów. Najchętniej, gdyby mógł, to zmusiłby wszystkich polskich biskupów, by byli konsekrowani przez Magdeburg i w ten sposób od niego uzależnieni. Ale po drugie, co jest stokroć ważniejsze, otóż cesarz w ten sposób mści się, że Gniezno koronowało Bolesława Chrobrego i Mieszka II, i nie chce dopuścić, by doszło do trzeciej koronacji. Jedź więc do Leodium i ucz się reformy Kościoła od tej strony: styku cesarza i papieża, króla i metropolity, biskupa i księcia, proboszcza i pana.
     Nie, nie będzie się uczył ani tego, ani niczego. To wszystko go nic nie interesuje. Nienawidzi tych spraw.
     - Tu są rzeczy nieuporządkowane, niedoprecyzowane, wymagające na nowo przemyślenia i ustalenia, żeby Kościół nie był parobkiem państwa, bo duchowieństwo ma swoje istotne cele, nie może być na usługach spraw czysto świeckich, bo Kościół jest Chrystusem żyjącym w czasie. A właśnie to, co tam zastaniesz, to dyskusje na temat realnej obecności Jezusa w Eucharystii. Już za moich czasów to się zaczęło. Kij w mrowisko wsadził Berengariusz z Tours.
     Zorientował się, że biskup czeka na jego wypowiedź. Gwałtownie szukał więc w pamięci, o czym była mowa. Natrafił na słowo: Berengariusz. Na szczęście.
     - Do nas te wiadomości też dotarły.
     - A właśnie. Przecież kierownikiem szkoły jest magister Suła, który był jakiś czas w Leodium. Choćby nie chciał, musiał coś o tym opowiadać. Ale ty się tymi sprawami zbytnio nie zajmuj. Pilnuj tych, które ci wskazałem. Możesz już iść.
     Podziękował za rozmowę. Pożegnał się, przyklęknął na kolano, pierścień biskupi z relikwiami pocałował i odszedł, zmuszając się wszystkimi siłami, by iść spokojnie. Ale gdy tylko drzwi zamknął pokoju, pognał jak szalony. Wpadł do Bolesława.
     - Wysyłają mnie na studia zagraniczne!
     - Kto, dokąd?
     - Biskup Aron, do Liege czy Leodium.
     - Wykluczone. Ani mi się waż. Idę do niego.
     - Nie, ty nie pomożesz. Tylko twój ojciec, książę.
     - Jeszcze lepiej. Chodźmy do ojca.
     Nie szli, tylko biegli, ile sił w nogach. Na szczęście książę Kazimierz był sam. Pochylony nad stołem coś pisał.
     - A, Bolesław i Stanisław. Z czym przychodzicie?
     Bolesław referował, machając rękami, wykrzykując „to niemożliwe”. Książę słuchał jego żądań, nie okazując cienia zaangażowania. Jakby mu kto przedstawiał relację z ostatniego spaceru po polach. Gdy Bolesław skończył, zapytał tylko uprzejmie:
     - To wszystko?
     - Chyba tak, Staszek, masz jeszcze coś do dodania?
     - Nie. Powiedziałeś wszystko.
     - Otóż wiem o wszystkim. Długo nawet nad tą sprawą debatowaliśmy z biskupem Aronem. I doszliśmy obaj do takiego wniosku, że te studia są dla Stanisława nieodzowne. Nie wiadomo oczywiście, jak będzie za jakieś dziesięć, dwadzieścia lat – wszystko jest w ręku Boga. Ale po ludzku rzecz biorąc, być to powinno tak, że ty po mojej śmierci zajmiesz stolec książęcy, a Stanisław po śmierci biskupa Arona tron biskupa Krakowa. Ale na to studia zagraniczne są nieodzowne. Jesteście przyjaciółmi teraz, powinniście być nimi w przyszłości i w takim związku, jak dwa konie przy wozie, który się nazywa Polska, wiele dobrego zrobić. Ale, powtarzam, do tego konieczne są studia Stanisława. Możecie odejść.

 

strona: [1]  [2]  [3]  [4]  [5]  ...