Biblioteka
ŚWIĘCI NA NASZE DNI - Święty Stanisław Szczepanowski
strona 11

 

     - Przyszliśmy, aby was do rozsądku doprowadzić, boście chyba nie byli tego świadom, ile zła wyrządzicie klątwą rzuconą na króla. Przyszliśmy domagać się, abyście klątwę odwołali, króla publicznie przeprosili, aby znowu zgoda zapanowała pomiędzy tronem a ołtarzem.
     Wysłuchał ich posłania w skupieniu, z pochyloną głową. Zapadła cisza. Po chwili podniósł głowę i, patrząc im w oczy, zapytał:
     - Czy przychodzicie od siebie, czy też od króla?
     Zmieszali się:
     - Przychodzimy od siebie, choć mówiliśmy z królem.
     - Pytam was, bo widzę, że to wy sobie nie zdajecie sprawy, czego żądacie. Czy ja mogłem być obojętny na to zło, które król czynił i czyni? Jesteście świadkami bezprawia, które się tu działo i dzieje. Działo się przed moim rzuceniem klątwy i dzieje się nadal.
     - Czy złoczyńcy nie powinni być ukarani?
     - Owszem, powinni, ale nie jesteśmy dzikimi zwierzętami. Niechże będą sądy, które o winie zadecydują, a nie samowola królewska albo jego ludzi.
     - Czy wy się macie, księże biskupie, za kogoś nad króla, że śmiecie jego postępowanie ganić? On też namaszczony olejami świętymi. Tak jak i wy. Ale jego rzeczą sprawować władzę. Waszą rzeczą jest chrzcić, sprawować świętą ofiarę, głosić Ewangelię, a nie wtrącać się do rządzenia.
     W ostatnich dniach usłyszał tyle już brutalnych odezwań, doznał tylu upokorzeń, że ten kolejny nietakt nie zdziwił go. Odpowiedział spokojnie:
     - Nie, mylisz się. Jako chrześcijanin nie mogę patrzeć z pobłażaniem na grzech mojego brata. Czyż w Ewangelii nie jest napisane: A jeśliby zgrzeszył przeciw tobie brat twój, idź, a upomnij go między tobą i nim samym; jeśli cię usłucha, pozyskasz brata twego. Ale jeśli cię nie usłucha, weź z sobą jeszcze jednego albo dwóch, aby na zeznaniu dwóch albo trzech świadków opierała się wszelka sprawa. A jeśliby ich nie usłuchał, powiedz Kościołowi; a jeśliby i Kościoła nie usłuchał, niech ci będzie jako poganin i celnik. Ja króla upominałem, prosiłem wiele razy, żeby powstrzymał niegodziwość. Nie pomogło. Wobec tego postąpiłem tak, jak Jezus polecił w Ewangelii.
     - I jak myślicie dalej czynić?
     - Jeżeli król uspokoi swoich żołnierzy, ukarze tych, którzy źle postępowali, dopuścili się zbrodni, Boga przeprosi, wtedy klątwę odwołam.
     - A jeżeli król tego nie zrobi?
     - Klątwy nie odwołam.
     - Ale wiecie, co się w kraju dzieje przez waszą klątwę. Są miasta, które odmawiają posłuszeństwa, są rycerze, którzy odstępują od króla. A przecież jeszcze nie wszędzie dotarła wieść o waszej klątwie. A gotuje się wojna z Niemcami.
     - Czy to znaczy, że ponieważ zagraża nam Niemiec, ja mam przystać na wszelką nieprawość króla?
     - Wiecie, co o was mówią na dworze?
     - Wiem, że mówią źle.
     - Mówią, żeście zdrajca. Żeście się zmówili z Niemcami, króla chcecie obalić, żeby oni mogli wejść do naszego królestwa, zagarnąć nasze ziemie.
     - A wy w to wierzycie?
     - Nie moja sprawa was sądzić. Ja tylko was ostrzegam. Bo wiecie, co to znaczy.
     - Znowu grozicie.
     - Nie znowu. Po raz pierwszy.
     - Nie po raz pierwszy, a wciąż. Tak, w dzień i w nocy. Cały mój dwór przez wojska królewskie jest otoczony. Żyję od dawna w niewoli. Każdy, kto wchodzi do mnie albo kto wychodzi, jest nagabywany, przeszukiwany, wypytywany, a nierzadko pobity. Pod moimi oknami dzień i noc awantury, pijackie śpiewki, bluźnierstwa, palenie ognisk.
     - Wojska królewskie chcą zapewnić wam bezpieczeństwo, żeby mieszczanie, oburzeni waszą klątwą, nie dopuścili się na was samosądu.
     - Nie kpij, bo się nie godzi, z biskupa. Nie ma dnia, żebyście nie napadali na moje sługi.
     - Nic mi o tym nie wiadomo. Sądzę, że to jakieś burdy uliczne, awantury zwyczajne z miejskim pospólstwem. Jeżeli stwierdziliście, że to było wojsko królewskie, trzeba było donieść do dworu.
     - Powtarzam, nie kpij, bo się nie godzi. Nie dopuszczacie do mnie moich księży. Namawiacie ich do odstępstwa, do wypowiedzenia posłuszeństwa mnie, biskupowi. Zakazujecie im podawać na ambonach wiadomości o klątwie. Grozicie im, straszycie ich. Podsłuchujecie ich kazania. I ty masz śmiałość mówić, że mi grozisz po raz pierwszy.
     Pożałował tego wybuchu. „Nie powinienem się unosić. Nie godzi się to biskupowi. Chyba jestem już bardzo zmęczony”. Wstał.
     - Idź z Bogiem, żebyś nie musiał ty kłamać ani ja się gniewać.
     Gdy odeszli, udał się na poddasze, skąd dobry miał widok na całą okolicę. Jakby po to, aby się upewnić, czy nie skrzywdził króla tym, co powiedział. Czy może się coś zmieniło. Ale nie. Było tak jak poprzednio. A nawet jeszcze gorzej. Namioty rozbite bezczelnie tuż przy bramie wjazdowej, namioty przy wszystkich rogach ogrodzenia. Dymiące ogniska, przy nich ludzie przyrządzający posiłek, śpiewający, grzejący się w ten chłodny ranek. Mysz się nie prześliźnie do dworu bez ich woli. Choć bywały i wyjątki. Kiedyś przyszedł w przebraniu zakonnik z Tyńca. Mówił o rycerzach powracających do domów, którzy odmówili posłuszeństwa królowi. To go zmartwiło. „Nie po to klątwę rzucałem. Ale po to, ażeby król się opamiętał i odbył pokutę”. U nich było spokojnie. Owszem, we wsi są biwakujący żołnierze, ale nie odważają się wchodzić do opactwa. Zresztą zakonnicy nad tym czuwają, by nikt niepowołany nie dostał się do wnętrza. Opactwo było warowne, potężne, bezpieczne. Zakonnik przekazywał zaproszenie opata, aby ksiądz biskup schronił się u nich. To było dawno. Wtedy jeszcze można by pokusić się o ucieczkę stąd. Ale czy zmieniłoby to cokolwiek. Wtedy byłby oblężony Tyniec. „Cierpiałbym nie tylko ja, ale i benedyktyni”.
     Po obiedzie, gdy zajęty był porządkowaniem pergaminów, rozległo się znowu stukanie do drzwi. Wszedł służebny kleryk:
     - Księże biskupie, przyszli wysłańcy od króla.
     „Dzisiaj spokoju chyba już nie będzie” – pomyślał sobie.
     - Wołaj archidiakona. Potem ich wprowadzisz.
     A więc znowu posłowie. Któryż to już raz. Król Bolesław nie przybywał ani też nie zezwalał mu na przybycie, choć o to go prosił za pośrednictwem jego posłów. Dlaczego na to nie chce się zgodzić? Pyszny – odpowiadał za każdym razem Lambert. – Czoła nie ugnie.
     Wołał Lamberta, bo chciał mieć jakiegoś świadka. Wolał sam nie rozmawiać. A on na takiego nadawał się ze wszech miar. Przyszedł prawie natychmiast, jakby czekał w sąsiedniej izbie na wezwanie.
     - Prosiłem cię, bo znowu przybyli ludzie króla.
     - Widziałem, jak jechali.
     - Wiadomo ci, z czym przychodzą?
     - Na pewno z niczym dobrym.
     - Masz nowe wieści?
     - Król wciąż ściąga nowych rycerzy. Choć i tak było ich tutaj dość.
     - Może na jakąś nową wyprawę się sposobi.
     - To nie na wyprawę przygotowania.
     - Myślisz, że to przeciwko nam?
     - Tak.
     - Przecież król wie, że nie będziemy stawiać oporu.
     - My nie. Ale miasto już się burzy. Dlatego jego ludzie są wszędzie. Rozpełzli się z zamku na całe podgrodzie. Zachowują się butnie. Rabują. Biwakują, gdzie chcą. Palą ogniska pod samymi domami.
     - To zwyczajne u żołnierzy.
     - Nie. Król chce wystraszyć miasto. A przy tym i nas.
     - I nas?
     - Żebyśmy zostali samotni.
     - No, posłuchamy ich mowy. Każ prosić.
     Weszli gromadą. Ubrani w zbroje. Z mieczami u pasa, z łukami, jakby gotowi do bitwy. Nie poznawał żadnego z nich: jacyś obcy ludzie. Rodzaj ubioru też to zdradzał.
     - Siadajcie. I mówcie, z czym przychodzicie.
     Wysunął się do przodu starszy ze szczeciniastym zarostem.
     - Nie mamy u was po co siadać. Nie przyszliśmy na rozmowę. Znamy tylko jedną mowę: ot, taką! – Tu rycerz uderzył płasko dłonią w rękojeść miecza.
     - Czas rozmów już się skończył dawno. Teraz już tylko albo – albo.
     W pierwszym momencie chciał odejść. Niech wiedzą, że nie z nim taka rozmowa. Ale opamiętał się. Z tymi ludźmi tak nie można. Nie zrozumieliby takiego gestu. Wstał tylko i zapytał:
     - Jesteście wysłannikami króla czy bandytami?
     I nie czekając na odpowiedź, mówił dalej:
     - Jeżeli zbójcami, to nie mam z wami nic wspólnego. Możecie mnie już zabić. Ale strzeżcie się, bo dosięgnie was ręka króla. Jeżeli was wysłał król, abyście mnie zabili, to zastanówcie się, co chcecie zrobić: zabić biskupa? Pomazańca Bożego? Gdyście chrześcijanie, wiecie, co to znaczy. Gdyście poganie, też dobrze wiecie: świętych dębów się nie ścina.
     Przerwał mu prawie w pół słowa:
     - Albo – albo. Dajemy wam czas do wieczora. Albo odwołacie klątwę, albo zginiecie.
     Wyszli tak jak przyszli, bezładną gromadą, zostawiając zapach dymu i starego tłuszczu. Teraz był pewny, że to już koniec. Lambert też tak to zrozumiał. Ale jak zawsze spokojny i konkretny, podawał sposoby rozwiązania tej beznadziejnej sytuacji:
     - Możemy wysłać do króla posłanie wzywające go do opamiętania. Możemy nad ranem, gdy już się żołnierze pośpią, wyjść cichaczem z dworu wraz z garścią naszych ludzi. Możemy kogoś przebrać, pozorując waszą ucieczkę, a wy tymczasem drugą bramą, w zamieszaniu...
     Przerwał mu:
     - Ludzi nie będę narażał. Nie odejdę stąd nigdzie. Jeżeli mam zginąć, to tu, na miejscu. W Krakowie, w siedzibie biskupiej. Nie gdzieś w drodze, bo znowu powiedzą, że bandyci napadli orszak biskupi i wycięli wszystkich w pień.
     - Czy napadną was w drodze, czy tutaj, we dworze, to dużo nie zmieni. Król i tak się zasłoni. Powie albo, że o niczym nie wiedział, albo że to żołnierze sami was ubili, rozwścieczeni waszym uporem, waszymi konszachtami z Niemcem, waszą bezkarnością czy pobłażliwością króla wobec waszego postępowania. Powie, że król nie był w mocy powstrzymać oburzonych rycerzy. Gdy zginiemy...
     - Nie mów tak. Zabiją mnie, nie was.
     - Nie, księże biskupie. Zginiemy wszyscy, a dwór zostanie spalony, żeby było tak jak po trędowatych, jak po zdrajcach.
     Przerwał mu:
     - Niepotrzebnie rozgadujemy się. Nie targujmy się, ilu zginie. Nie o to chodzi. Chodzi o nasz kraj. Trudno wszystko teraz przewidzieć. Ale może być i tak, że dojdzie do tragedii całkowitej. Już teraz część ludzi na skutek klątwy odmawia królowi posłuszeństwa. Z chwilą, gdy król mnie zgładzi, mogą go odstąpić wszyscy. Zostanie sam, a kraj popadnie w anarchię.
     - I tak z pewnością się stanie.
     - My nie możemy tego obojętnie oczekiwać.
     - A jaka na to rada?
     - Wysyłam posłów do króla, aby mu to niebezpieczeństwo przedłożyli.
     - Czy potrafi mu to kto wytłumaczyć?
     - Jak chcesz, możesz iść i ty. Pójdziesz?
     - Jak każecie, pójdę, choć wątpię, abym coś wskórał.
     Patrzył pełen troski o niego, jak wyjeżdżał przez bramę wraz z garstką sług i kierował się w stronę Wisły. Ubrany w kanclerskie szaty, na pięknie przybranym koniu, wyglądał godnie. Jego wyjazd zaskoczył biwakujących przed bramą. Poderwali się dopiero za chwilę, ale towarzyszyli mu, nie napierając.
     Jeszcze nad samym brzegiem przy przejeździe chwilę stali. Aż przyszedł jakiś potężnie wyglądający woj – najwyraźniej dowódca strzegących Skałkę – i ten się wdał w rozmowę z kanclerzem. Trwało to znowu jakąś chwilę, aż wreszcie wszystko zakończyło się pomyślnie. Kanclerz wsiadł na prom wraz ze swoimi ludźmi i z koniem.
     Potem widział, jak powoli pięli się drogą na Wawel. Słońce chyliło się ku zachodowi. Wisła błyszczała. Wreszcie jeźdźca i pieszych skrył garb góry. Zapatrzył się w to miejsce. – „A mieliśmy razem z Bolesławem budować potężne państwo polskie”. Ile wspólnie przegadanych długich godzin. Ile planów, pomysłów, ile rozwiązań odważnych. Ile wspólnych radości, olśnień płynących ze świadomości, że są w mocy nadać nowy kształt temu dobru, które nazywa się Polska. Skierować jej przyszłość na nową, lepszą drogę. I to nie były fantazje beztroskich dzieci. Plany przybierały realny kształt. Chcieli nareszcie wyrwać naród polski spod tego germańskiego buta, który znowu przygniótł go do ziemi od czasów Mieszka II. Chcieli zerwać ten łańcuch niewolniczy z szyi, uwolnić się od tej upokarzającej zależności, przywrócić państwu polskiemu świetność czasów Bolesława Chrobrego. Zgromadzić pod jednym berłem utracone ziemie – Łużyce, Grody Czerwieńskie, Pomorze, Mazowsze i Śląsk. Droga była długa i mozolna. Trzeba było budować tę niezależność kolejnymi krokami. I budowali. I to się udało.
     Wszedł kleryk.
     - Wieczerza gotowa.
     - Nie, nie jestem głodny.
     Kleryk nie wychodził.
     - Cały dzień nic prawie nie jedliście. Przyniosę przynajmniej zacierki z mlekiem.
     - Dobrze.
     Wziął miskę w ręce. Stanął znowu przy otwartym oknie wpatrzony, jakby zauroczony widokiem góry wawelskiej i wrócił do wspomnień.
     A w tym wszystkim było ważne: sprawa Polski rozgrywała się w płaszczyźnie ogólnokościelnej. Genialny papież Grzegorz VII postanowił zerwać z uzależnieniem Kościoła od władzy cesarza, odrzucić inwestyturę. A to wszystko po to, by Kościół był wolny w głoszeniu prawdy, by nie był uzależniony od władców świeckich, by duchowni nie podlegali ich rozkazom i zachciankom. I to doprowadziło do zatargu z cesarzem Henrykiem IV. Należało wykorzystać tę chwilę, na którą tak długo czekali. I nie przegapili. Wykorzystali. Bolesław został koronowany na króla Polski. Jakże się wszyscy cieszyli.
     Słońce już zaszło. Dołem zapanowała szarość, która coraz bardziej nasycała się czernią. Tylko zamek wciąż jaśniał w promieniach słonecznych potężny, warowny, dumny swoimi basztami i wieżycami.
     Jakże ich ta praca związała. Rozumieli się jak para koni przy dyszlu. Zdawało się, że to przyjaźń na całe życie, na zawsze. Czyżby wtedy mógł uwierzyć, że to się tak skończy – i tak szybko, i tak bezwzględnie. Wszystkiemu winna była wyprawa ruska, która się przeciągnęła ponad wszelkie spodziewanie. Ale czy naprawdę wyprawa kijowska. Czy to nie był dalszy ciąg reformy Grzegorza VII, którą tu, w Polsce, sami wprowadzili. Reformy, której istotą jest niezależne stanowisko Kościoła nawet względem króla. Prawo i obowiązek biskupa mówienia prawdy i upominania nawet króla, aż do obłożenia go klątwą? Jeszcze na początku sporu, jaki między nimi zaistniał – mimo że znał jego porywczość i ambicję – wierzył, że się dogadają, że Bolesław ustąpi, przecież wina jego jest oczywista, bezsporna. Dla dobra sprawy, dla dobra narodu. I tu się pomylił. A zdawało mu się, że Bolesława zna jak swojego brata, był go pewny jak siebie samego. Jeszcze wtedy, gdy opuszczał swoją siedzibę biskupią na Wawelu i przenosił się na Skałkę, był przekonany, że to tylko chwilowo, że to doprowadzi przyjaciela-króla do opamiętania. A tymczasem przepaść pomiędzy nimi powiększała się gwałtownie. Stanęli od siebie tak daleko, że powrót jest już niemożliwy. Aż do rzucenia klątwy. „Tylko Henryk IV poszedł do Canossy 28 stycznia 1077 roku w szacie pokutnej. Ale Bolesław to nie Henryk, a ja nie Grzegorz”. Choć wciąż wierzył, że wreszcie coś się stanie, opadnie z króla to zamroczenie nienawiścią, szatański urok, czary, które go opętały. Że rzucą się sobie w ramiona, że wypłaczą swoje bóle, żal. I będą nadganiać utracone lata, leczyć rany, jakie sobie zadali.
     Zapadł mrok. Pokazał się wąski rąbek księżyca. Dołem znad Wisły podnosiły się długie pasy mgły. „Będzie jutro mglisty dzień” – pomyślał. Mgła zdawała się dźwigać zamek coraz wyżej i wyżej. Świecił on nierzeczywistym, zjawiskowym blaskiem. Raz trupio bladym, raz niebieskawym. Na szczycie góry pojawiły się światła pochodni. Otrząsnął się ze wspomnień. „Wracają. Wreszcie”. Widział, jak płomyki schodzą po zboczu nad brzeg rzeki. Już słyszał urywane głosy, czasem suchy stuk kopyta o kamień. Potem już trwała przeprawa przez Wisłę ze światłem pochodni odbijającym się w wodzie.
     Lambert był zmęczony, wyglądał na poturbowanego. Ale nie skarżył się. Jak zwykle małomówny. Powiedział tylko:
     - Już za późno na wszystko.
     Był na to oświadczenie przygotowany. Odpowiedział:
     - Jeżeli tak, rozpuść natychmiast służbę. Kleryków wyślij do Tyńca. Niech we dworze nie pozostanie nikt tylko ja.
     - Samego was nie pozostawię.
     - Nie będę się z tobą spierał, boś mi jak brat. I dziękuję, że mnie nie chcesz opuścić w potrzebie. Może cię oszczędzą.
     - Będzie, co Bóg da.
     Poszedł do kaplicy. Uklęknął w ciemnościach. Światło kaganka oliwnego pełgało po ścianie, na której wisiał krzyż. Zakrył twarz rękami i czuł, jak odpływa z niego napięcie, które go trzymało cały dzień. Nogi, wszystkie mięśnie miał sflaczałe, czuł się jak obity. Musiał się oprzeć o blat klęcznika, żeby się nie zsunąć. Młyn myśli, wyobrażeń, uczuć powoli uspokajał się. Nieoczekiwanie dla siebie stwierdził, ile to krótkie zdanie kanclerza: „Na wszystko już za późno” w nim zmieniło. Dotąd było wszystko proste, jasne i oczywiste. Dopiero teraz poczuł, jak bardzo jest samotny. Choć króla od dawna nie widział, to przecież wciąż był z nim. Spierał się, przekonywał go, tłumaczył. I nagle odkrył, że to nie z królem, to z sobą rozmawiał. Nie było drugiej strony. Dotąd były argumenty, motywy mniej lub bardziej ważkie. Teraz nagle wszystkie one rozpadły się w pył. Nikogo nie interesują, nikogo nie obchodzą, przez nikogo nie są brane pod uwagę. Dotąd zdawało mu się, że słyszy swoich wiernych, że reprezentuje ich wolę, ich oburzenie, potępienie, ich żądanie pokoju, dotąd zdawało mu się, że jest słyszany przez wszystkich, że stoi na czele swych wiernych – on, pasterz, na czele owiec, za które ponosi odpowiedzialność. Nagle zobaczył, że to był jego monolog w pustej izbie. Już nie wytrzymywał tej wewnętrznej rozterki. Poczuł krople potu pod palcami. Odjął ręce od twarzy. Światło kaganka oliwnego pełgało po ścianie, oświetlając krzyż. Patrzył jakby po raz pierwszy w życiu na ręce i nogi Jezusa rozorane gwoździami, na głowę opadłą na wąskiej szyi, na twarz zalaną krwią spod korony cierniowej. „Tak, to było później. Ale przedtem pociłeś się krwawym potem w Ogrójcu, czekając na śmierć. Czy taki jest mój Ogrójec, że nie przyprowadziłem króla Bolesława do opamiętania, ale do kolejnej zbrodni? Chyba że dopiero przez moją śmierć odnajdzie drogę do Ciebie, tak jak Judasz. Czekałeś na niego w Ogrójcu”.
     Nagle posłyszał kroki wewnątrz budynku. Zbliżały się korytarzem wiodącym do kościoła. „Ktoś mnie szuka”. Zbójca? Idzie wykonać wyrok? Czy posłaniec pokoju? Kroki były coraz bliżej. Szybkie, niespokojne. W pustym domostwie tłukły się w korytarzu, grzmiały jak złowrogie dudnienie bębna. Skrzypnęły drzwi. Ten ktoś zatrzymał się. „Znalazł mnie. Namyśla się? Przygląda się?” Wreszcie tamten zaczął powolny marsz. Chciał się poderwać, wstać. Stanąć twarzą w twarz czy wrogowi, czy przyjacielowi. Ale klęczał jak sparaliżowany, czekając na śmierć albo na życie. Tamten był tuż. Nagle poczuł rękę na ramieniu. A więc przyjaciel. Posłyszał głos Lamberta:
     - Idźcie spać. Już późno.
     Opadło z niego napięcie jak zerwana zasłona. Położył swoją rękę na dłoni Lamberta:
     - Dziękuję ci. Już pójdę. A co wokoło, spokój?
     - Spokój, ale przy ogniskach żołnierze czuwają.
     Zawstydził się swojego strachu. Zaskoczyła go troska kanclerza. „Czy może on myślał, że uciekłem? On też ma chyba swój Ogrójec, druh najlepszy. Jemu też pokusy nie dają spokoju”. Spróbował jeszcze się skupić. Odnalazł w sobie słowa Jezusa, a zarazem najbardziej swoje, które mu towarzyszyły przecież całe życie: „Ojcze nasz, który jesteś w niebie, święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja. Bądź wola Twoja. Bądź wola Twoja”. Niespodziewanie odkrył, że w modlitwie Ogrójca Jezus też tych samych słów użył. „A więc bądź wola Twoja, gdy chodzi i o mnie niegodnego”. Dźwignął się ciężko z klęczek. Powędrował do swojej izby.
     Jeszcze przebiegał myślą sprawy, które domagały się jego autorytetu. Ale już prawie przy każdej powtarzał sobie zdanie kanclerza: „Za późno na cokolwiek”.
     Jeszcze porządkował pergaminy, „choć wszystko pójdzie z dymem”, jak prorokował Lambert.
     Położył się po północy. Nie rozbierając się. Zdawało mu się, że nie uśnie. Przez okno dochodził gwar obozowisk. W domu było cicho i pusto. Zapadł w sen. I od razu śniło mu się, że jest u swoich ukochanych rodziców w Szczepanowie. Lato, na lekko pofalowanej płaszczyźnie zboża dojrzewają. Bawi się przed dworem w wojnę ze swoim bratem. Słyszy gdzieś z daleka głos ojca – przestrogę skierowaną do brata: „Uważaj na Staszka”. Jest małym chłopcem, pędzi na rozszalałym koniu leśną ścieżką, wczepiony w jego grzywę, przytulony do jego karku, płacze, bo pamięta pozwolenie ojca, że tego konia może spokojnie dosiadać. Pędzi coraz dalej i dalej od dworu, od rodziców.
     Obudził się. Zdawało mu się, że dopiero co się położył. Ale nie, już było szaro. Strzelały bierwiona palące się na ognisku. Wyjrzał przez okno. Mgła zalegała całą okolicę. Z tej mgły dochodziły przytłumione, nierzeczywiste głosy. Nie kładł się z powrotem. Wiedział, że już nie zaśnie. Ogarnął się i poszedł do kaplicy. Drzwi od kościoła były na oścież otwarte, wchodził przez nie mokry chłód. Przy ołtarzu klęczał archidiakon.
     - To chyba tylko my dwaj w całym dworze? – spytał go.
     Ten skinął głową:
     - Na szczęście tylko my dwaj.
     - Chciałbym odprawić Mszę świętą.
     - Posłużę chętnie zamiast kleryków.
     Ubierał się powoli w szaty liturgiczne przy pomocy Lamberta. Już przyodziany w ornat stanął przed ołtarzem. Zwrócony twarzą do ściany, na której wisiał Chrystus na krzyżu, miał wejście do kaplicy za plecami. Przeżegnał się szerokim ruchem i zaczął ministranturę:
     - Przystąpię do ołtarza Bożego.
     - Do Boga, który jest weselem moim od młodości – odpowiedział Lambert.
     Głosy, które dotąd pozostawały wciąż nierealne, gdzieś poza horyzontem, zaczęły wynurzać się. Dopiero teraz spostrzegł, jak był cały czas na nie wyczulony.
     - Bądź mi sędzią, o Boże, i rozsądź sprawę moją z narodem bezbożnym; wybaw mnie od człowieka niedobrego i fałszywego.
     - Wszak Ty jesteś, o Boże, mocą moją: czemu mnie odrzucasz i czemu smutny chodzę, gdy nieprzyjaciel mnie nęka.
     Głosy wypełniły już cały kościół, huczały echem pod sklepieniem. Gadanina, pokrzykiwanie, rechotanie, bezwstydne chichoty. To już nie głosy, to rzeczywista banda, bezczelna, pewna siebie stała u drzwi. „A więc przyszli po mnie”.
     - Ześlij światłość swoją i prawdę swoją: one mnie poprowadzą i przywiodą na górę świętą Twoją aż do przybytków Twoich.
     - I przystąpię do ołtarza Bożego. Do Boga, który jest weselem moim od młodości.
     Powoli gwar się uciszał. „Zobaczyli, żem przy ołtarzu, przy świętej Ofierze. Teraz się nie odważą”. Starał się skupić na tym, co mówi. Aby te słowa przeniknęły do jego wnętrza, aby stały się jego własnością, nim samym.
     - Chwalić Cię będą przy dźwiękach cytry, Boże, Boże mój. Czemuś smutna, duszo moja i czemu się trwożysz?
     - Ufaj Bogu, albowiem jeszcze uwielbiać Go będę jako Zbawcę i Boga mego.
     Jakaś ulga, że ma przed sobą chwilę życia i to życia przy ołtarzu, spłynęła na niego jak łaska nieoczekiwana, dar największy. Że ofiarę swojego życia złoży z ofiarą Chrystusa.
     - Chwała Ojcu i Synowi, i Duchowi Świętemu.
     - Jak było na początku, teraz i zawsze, i na wieki wieków. Amen.
     Nagle nad bezładny, przytłumiony harmider wyskoczył okrzyk:
     - Ruszać!
     „Nie. Jeszcze nie. Niech skończę Mszę świętą” – chciał krzyczeć. Kaplica grzmiała krokami. „Nie przy Mszy świętej. Nie kalajcie rąk świętokradztwem”. Czuł drżenie i falowanie bierwion pod swoimi stopami. „A więc nie będzie mi dane dokończyć tego, co zacząłem”. Szli szybko, nerwowo. Już słyszał ich sapanie. Już byli tuż za jego plecami.
     - Chwała Ojcu i Synowi, i Duchowi Świętemu – powtórzył pełnym głosem.
     Przystanęli. Wstrzymał oddech. Czekał na spełnienie, na „wykonało się”. Uderzenia prawie nie odczuł, tylko zanim upadł twarzą na ołtarz ze zdziwieniem zobaczył czerwone krople krwi na śnieżnobiałym korporale. „To moja krew” – pomyślał.


 

strona: ...[9]  [10]  [11]