Biblioteka
ŚWIĘCI NA NASZE DNI - Święty Andrzej Bobola
strona 1

 

     - A więc słuchaj, co ten list zawiera.
     Stał więc i słuchał.
     - Datowany: lipiec 1621 rok. Miejsce jego wysłania: Rzym. Nadawca: Mutius Vitelleschi S.I. Jak się chyba brat domyślasz, generał Societatis Jesu, czyli generał naszego zakonu.
     - Tak, domyślam się.
     - Zresztą, po co będę bratu odczytywał treść tego listu, skoro brat ją znasz.
     - Nie, nie znam.
     - Możeś zapomniał. Ale przypomnij sobie. Mogę ci pomóc. Zgodzisz się?
     Skinął głową, nic nie mówiąc.
     - List ten jest odpowiedzią na twoją prośbę o przeniesienie ciebie z prowincji litewskiej do prowincji polskiej.
     Na chwilę przerwał, potem podjął temat:
     - Zamiast przyjść jak oddany syn do ojca i przedłożyć swoje racje, to żaliłeś się u swojej potężnej rodziny, a ona przystępuje do akcji. Zwraca się wprost do najwyższych zakonnych instancji. Zwracają się nie do nas, ale wprost do generała. Nie z pachołkami, ale od razu z Bogiem Ojcem chcą rozmawiać. A więc to tak, za naszymi plecami krecia robota.
     - Nie wiem nic o takiej prośbie do ojca generała.
     - No, faktycznie, nie ty jesteś tu wymieniony, ale twój stryjeczny brat, Kasper, czcigodny kanonik krakowski, i twój rodzony brat, Wojciech, szanowny podkomorzy ziemi przemyskiej. Niemniej jest tu dodany passus o całej rodzinie Bobolów, która sobie tego życzy. A ponieważ ty też do niej należysz, to i ty masz takie życzenie.
     - Nie. Moim życzeniem jest pozostać w prowincji litewskiej. O zmianę nie prosiłem i o wysłaniu listu do ojca generała nic mi nie wiadomo – mówił twardym głosem, krótkimi zdaniami.
     - A mówisz ty prawdę?
     Poczuł się dotknięty do żywego. Zawrzało w nim. Przemógł się. Odpowiedział tylko zdławionym głosem:
     - Ja nie kłamię.
     - Ale może ci trochę pokory brakuje.
     - Nie wiem zbyt wiele, co to pokora. Ale wiem, że jeżeli ojciec chce mnie wychowywać, to nie przez upokarzanie.
     - Mówi brat, że nie wie, co pokora. Przecież już dziesięć lat mija, jak brat przywdział sukienkę zakonną. I jeszcześ się nie dowiedział, co to jest pokora.
     - Owszem, staram się.
     - A może to jest powodem, że na egzaminie majowym, choć brat uzyskał wyniki dobre od dwóch profesorów, a bardzo dobre aż od trzech, to nie dopuszczono brata do „aktu małego”, czyli do obrony tez teologicznych, celem osiągnięcia stopnia licencjata teologii. Rezultat głosowania był zaskakujący, bo 4 do 1.
     - Nie po to wstąpiłem do jezuitów, żeby robić karierę naukową.
     - Nie pytam cię o to, po coś się zgłosił do naszego zgromadzenia...
     Słuchał tego, co mówił do niego przełożony i mimo woli rozglądał się po jego pokoju, choć znał go dobrze. Ubóstwo jeszcze większe niż u niego. Porządek przekraczający możliwości jego pojmowania. Aż nieludzki. W porównaniu z tym, co tu zastawał, jego pokój był jednym wielkim bałaganem. Na ścianie wypisane dużymi literami O.A.M.D.G. Pod spodem, żeby nie miał nikt wątpliwości: Omnia Ad Maiorem Dei Gloriam. – Wszystko na większą chwałę Boga. Nad tym napisem czarny, drewniany krzyż. Na pustym stole też krzyż. Dochodziło do niego jak gdzieś z daleka:
     - ...bo to twoja rzecz, ale co to znaczy posłuszeństwo, sam powiedziałeś, że wiesz. Wobec tego, gdy ci rozkażemy robić karierę naukową, to ją będziesz musiał robić. Zgoda?
     - Zgoda.
     - I jeżeli ci każemy przejść do prowincji polskiej, to do niej będziesz musiał przejść. Też zgoda?
     - Zgoda.
     - Na razie jednak takiego rozkazu nie otrzymujesz. Ale jeszcze wracając do listu. Jak myślisz. Dlaczego twoja rodzina wystąpiła z taką prośbą?
     - Dlatego, że widzą zagrożenie dla mojego życia. Za dużo się tu na wschodzie dzieje. Tak myślę.
     - Boją się, żeby cię Tatarzy w jasyr nie porwali – uśmiechnął się po raz pierwszy od chwili rozpoczęcia tej rozmowy.
     - Jeżeli to już nie Tatarzy i nie w jasyr, ale Kozacy, a to już pewna śmierć.
     - To jakaś bojaźliwa rodzina.
     Znowu się spiął na to odezwanie. Ale opanował się i odpowiedział w miarę spokojnie:
     - Tak bym nie powiedział. To dzielna szlachta. Wielu naszych zginęło w obronie ojczyzny i nie było między nami zdrajców.
     Zobaczył na sobie wzrok przenikliwy. Ale przełożony nie podjął tego tematu.
     - A więc dlaczego?
     - Boją się o moje życie. Gdyby wiedzieli, ze tu jako żołnierz pełnię służbę, takich zastrzeżeń by nie było. Ale pełnić służbę słowem, a nie mieczem, wydaje się to im zbyt niebezpieczne.
     - Skąd o tym wiesz?
     - Rozmawialiśmy na te tematy setki razy. Przecież wstąpiłem do zakonu mając dwadzieścia lat, a więc było dość czasu na namysły i rozmowy.
     - A dlaczegoś chciał przyjść tu, do Wilna? Bo tu niebezpiecznie? Chciałeś się wypróbować? Szukałeś przygody?
     - Jakbym tylko tego szukał, nie musiałbym iść do jezuitów. Leży mi na sercu, nie tylko mnie, ale przecież całemu narodowi polskiemu i całemu chrześcijańskiemu światu, sprawa Chrystusa podzielonego na katolików i prawosławnych. Zapaliłem się do sprawy unii i nie chciałem się tylko przyglądać temu wielkiemu dziełu, ale oddać dla niej swoje siły, a jak trzeba będzie to i swoje życie.
     - No, no, bez przesady. Na razie wystarczy, jeżeli oddasz się nauce. Bo na to, aby uczyć, trzeba samemu umieć.
     - Wiem o tym i dlatego zgłosiłem się do jezuitów, a nie gdzie indziej. Choć w miarę, jak uczę się, widzę, że sprawa unii nie jest taka prosta.
     - Jakie widzisz przeszkody?
     - Przeszkód jest wiele. Tak od strony teologicznej, kulturowej, jak i politycznej. Wymieniam trzy strony tego zagadnienia, choć wszystkie one łączą się ze sobą, splatają i stanowią nierozerwalną całość.
     - Czy wobec tego uważasz, że zjednoczenie Kościoła prawosławnego z katolickim, jakie zostało podpisane na soborze florenckim w 1439 roku, nie ma sensu? Ale usiądź. Wygląda na to, że rozmowa dłużej potrwa.
     Usiadł machinalnie, najwyraźniej nie doceniając wyróżnienia, jakie go spotkało, zaabsorbowany tym, co mówił:
     - Jak najbardziej ma sens, ale to była raczej sprawa zadana obu Kościołom do wykonania niż załatwiona. To zresztą widać było natychmiast po powrocie z Florencji metropolity kijowskiego, Izydora. Papież Eugeniusz IV mianował go kardynałem. Polska przyjęła entuzjastycznie, a jak pojechał do Moskwy, został ogłoszony heretykiem, wyklęty i uwięziony. I gdyby mu się nie udało uciec, chyba przypłaciłby to głową. A gdy w 1451 roku opróżniła się stolica kijowska, książę moskiewski, Wasal, oddaje tę metropolię schizmatykowi Jonaszowi. Co to znaczy? W Kijowie, który należy do naszego państwa, rządzi władca sąsiedniego państwa i, powiedzmy sobie wyraźniej: wrogiego nam państwa. Czy to nie policzek dla Polski? W nasze życie wewnętrzne ingeruje wraży sąsiad, a my na to nic.
     - Niepotrzebna twoja egzageracja. Przecież Pius II mianował metropolitą kijowskim unitę Grzegorza.
     Instynkt samozachowawczy dawał mu już od pewnego czasu sygnały, ale dopiero teraz je odebrał. Przypomniał sobie radę kolegów, którzy dowiedzieli się, że jest wezwany do ojca prefekta na rozmowę: „Ale uważaj, gdy on będzie cię chciał sprowadzić na temat unii. Nie daj się zwieść, on jest spokojny i słodziutki, ale ci nie podaruje, gdy powiesz coś, co jest nie po jego myśli. To fanatyk unii. Niech ci się przypadkiem nie zdaje, że potrafisz go kiedykolwiek i do czegokolwiek przekonać”. „Przecież muszę skończyć” – bronił się sam przed sobą. I ciągnął dalej:
     - Ale dopiero w 1458 roku papież go naznaczył. A więc przez pełne siedem lat rządził w Kijowie schizmatyk i nie próżnował: i zjednał sobie podwładnych, i poustawiał robotę, i obdarzył godnościami, wyniósł na ważne stanowiska sobie oddanych popów, a co najważniejsze, umocnił przekonanie, że unia nie istnieje, a tym, kto ma władzę, jest w dalszym ciągu Moskwa i jej oddani ludzie. Dlaczego król Polski od razu nie interweniował. Dlaczego nie usunął natychmiast Jonasza. I najważniejsze, dlaczego król Polski nie mianował metropolity, tylko czekał na Rzym.
     - Znowu się dajesz ponosić swojemu cholerycznemu temperamentowi, na co się twoi wychowawcy skarżą, i już zaczynasz głosić herezje. Przecież biskupów mianuje Rzym, nie król.
     - Po pierwsze – rozpoczął już spokojniej – nie jest to tak zawsze w Kościele, przykładem choćby Hiszpania, a po drugie, jeżeli chodzi o naszą specyficzną sytuację, w której to jest jedyne rozwiązanie, konieczne...
     - A jakaż to jest konieczność?
     - Prawosławie to nie tylko nieuznawanie papieża za głowę Kościoła, to inna koncepcja teologiczna, a do niej należy zupełnie inna niż nasza zasada współżycia władzy świeckiej i duchownej. – Przerwał nagle. – Ale proszę, niech mnie ojciec nie prowokuje. Sam ojciec wie lepiej ode mnie.
     - Mów, mów, teraz jest to czas na twoje mówienie.
     - Jak ojciec chce – odpowiedział niechętnie i zaczął prawie jak wykład w szkole: - Kościół zachodni przekonał się, na podstawie doświadczeń trwających wieki całe, jak władza świecka manipuluje Kościołem dla swych własnych interesów. I walczył o niezależność. Punktem szczytowym Grzegorz VII, który starł się z Henrykiem IV o inwestyturę. Ale tamta wygrana nic nie załatwiła w sposób ostateczny. Bo i się tego nie da załatwić raz na zawsze, tak jak żadnej ludzkiej sprawy. Niemniej kierunek jest wytyczony.
     - Mów o prawosławiu.
     - A tam jest właśnie dokładnie wprost przeciwnie. Władca świecki jest uzupełnieniem władcy duchownego, i na odwrót. Mają po temu odpowiednie charyzmaty Ducha Świętego. Pomiędzy nimi panuje – przynajmniej powinna panować, jak to oni sami nazywają – harmonia. Jeden drugiemu służy. Jeden drugiego wspiera. Taka jest koncepcja teologiczna. W praktyce wygląda to tak, że duchowni służą państwu i popierają jego politykę. Ale nie w tym rzecz. Ważne, że u nich jest nie do pomyślenia władca duchowny bez władcy świeckiego. W cesarstwie bizantyjskim tak to funkcjonowało. Potem prawosławie objęło niektóre narody, a nawet państwa słowiańskie i powstała trudność: z jaką władzą świecką mają być związani biskupi prawosławni tych ludów: czy nadal z cesarzem w Konstantynopolu? Aż skończyło się cesarstwo konstantynopolskie, pokonane przez Turków. Moskwa zobaczyła wyraźnie problem i swoje szanse. Ogłosiła się trzecim Rzymem – Konstantynopol był drugim – car ogłosił się carem, czyli cesarzem, będącym kontynuatorem władzy cesarza rzymskiego i bizantyjskiego, po to, aby stanąć nad wszystkimi prawosławnymi, aby sobie podporządkować, zwłaszcza prawosławnych biskupów. I my nic na to. I król Polski jakby tego problemu nie dostrzegał. A przecież jest to sprawa wagi pierwszorzędnej. Przecież na tych terenach mieszkają miliony prawosławnych. Czy mają być administracyjnie tylko poddanymi króla polskiego, a duchowo cara? Bo przecież tak jest teraz faktycznie, że Polska ma ziemie, ale mieszkańców tej ziemi ma car. On ma nad nimi władzę. On mianuje dla nich biskupów. Na polskiej ziemi! A tymczasem trzeba było sprawę jasno postawić i ustanowić w Warszawie patriarchę. Może mieć Moskwa od 1589 roku, to i Warszawa mieć może. Trzeba było najpierw ustalić status prawny prawosławia, który by określał jego związek z królem polskim, a zerwał jego zależność od caratu. Nie wiem, może jest coś takiego, może się mylę. Unici pozostają w tej samej strukturze teologicznej, co prawosławni, również gdy chodzi o sprawę władzy świeckiej i duchownej. Oni też muszą mieć władcę świeckiego, z którym współdziałają, a nie tylko papieża w Rzymie.
     - Ale sam powiedziałeś, że sobór florencki powinien oznaczać początek drogi.
     - Zgoda, ale dzisiaj mamy rok 1621, od zawarcia unii upłynęły setki lat.
     - Niespełna dwieście.
     - No dobrze, ale co zostało zrobione przez stronę polską?
     Teraz już jego instynkt samozachowawczy szalał. Domagał się natychmiastowego przerwania rozmowy, wycofania się z zajmowanego stanowiska. Ale znowu płonął, już był znowu przejęty, rozgrzany, już wzrastało w nim przerażenie zagrożeniem, które widział, oburzenie błędami, które popełniano. „Wszystko jedno, jak mnie wywalą, to mnie wywalą”. „Co za wstyd dla ciebie, dla rodziny”. Ale już szedł na całego, na nic nie zważając. „Chce, to niech ma. Usłyszy ode mnie całą prawdę, której inni boją się mu powiedzieć”.
     - Nie mów tak, przecież Kazimierz Jagiellończyk uznał Grzegorza, którego papież wyznaczył na biskupa unickiego unickiego Kijowie, zapewnił mu swoje poparcie. Uznali go również biskupi: smoleński, przemyski, turowski, łucki, włodzimierski, połocki, chełmski i halicki, uznali jego zwierzchnictwo, zgodnie z decyzją Rzymu.
     Wciąż go w tej rozmowie coś niepokoiło. Wciąż uważał, że jest jakiś błą w metodzie, dopiero teraz się połapał, w czym rzecz: ojciec prefekt wcale nie wchodził z nim w dialog. Wszystkie jego nawet zarzuty czy obrony były pozorne. Miały na celu sprowokowanie go do kolejnej wypowiedzi. Był to raczej egzamin czy przepytywanie niż rozmowa. „Dobrze, jak tam chce. Proszę bardzo, jak miał zamiar dowiedzieć się, co myślę na te tematy, to się dowie”.
     - Ale biskup Eutymiusz czernihowski nie uznał go. Dlaczego nie został usunięty? Ale gdy po śmierci Grzegorza w 1472 roku jego następcy zaczęli ciążyć ku Moskwie, dlaczego nie zostali usunięci, albo dlaczego, na miłość Boską, królowi nie postało w głowie, gdzie jest tego powód – że wreszcie sam musi się ogłosić władcą unitów, no i prawosławia. Gdzie nasi teologowie? Gdzie nasi politycy, gdzie mężowie stanu, którzy dopuścili do takiego potraktowania tego tak istotnego zagadnienia?
     - Jak ty to sobie wyobrażasz, król katolicki miałby być głową Kościoła prawosławnego?
     - A dlaczego by nie. Jeżeli po upadku cesarstwa konstantynopolskiego prawosławni zaczęli uznawać odwiecznego wroga, władcę Turków, mahometanina: sułtana za swojego władcę, to dlaczego by mieli katolickiego władcy nie uznać. Ale królowi Zygmuntowi Staremu wcale na tej sprawie nie zależało. Najlepszy dowód, powierzenie metropolii kijowskiej Jonaszowi w 1519 roku. Zresztą podobnie nie zależało i Zygmuntowi Augustowi.
     - Ale co by na to powiedzieli katolicy Korony, superkatolicka szlachta, superrzymskie duchowieństwo polskie.
     - Trzeba by im to wszystko, oczywiście, wytłumaczyć. Wiem, że trudności ogromne, ale może by się udało. Nasza polityka wciąż obfituje w niespodzianki: obok świetnych pomysłów – błędy kardynalne. Na moje rozeznanie unia lubelska – złączenie dwóch narodów w jeden organizm państwowy na zasadzie dobrowolności – była dziełem genialnym. A już wcielenie do Korony województwa wołyńskiego, bracławskiego, podlaskiego i kijowskiego w 1569, świadczy o kompletnym niezrozumieniu problemu. Dlaczego po prostu nie przyznano Rusinom takiego samego statusu jak Litwinom?
     - Wróćmy do tematu – ojciec prefekt przyhamował jego rozpęd. – Pomimo twojego narzekania, część oświeconej prawosławnej hierarchii dążyła do powrotu, do zjednoczenia z Rzymem, świadczy o tym choćby przyjście do idei unii biskupa Hipacego Pocieja i biskupa Cyryla Terleckiego.
     - Niewielu ich, niewielu. Już nie objęła unia diecezji lwowskiej, przemyskiej i łuckiej, na których nam tak bardzo zależało.
     - A co sądzisz o unii brzeskiej?
     - Mogę opowiedzieć swoimi słowami?
     - Mów jak chcesz.
     - Otóż, gdy Moskwa ustanowiła swój patriarchat w 1589, wtedy można by sądzić, że to król polski wpadł w panikę, bo zrozumiał, czym to grozi i postanowił błyskawicznie nadrobić błędy dotąd popełniane w tej dziedzinie. Zwołał wszystkich biskupów prawosławnych do Brześcia nad Bugiem jesienią w 1596 roku i powiedział co i jak z punktu widzenia dogmatycznego, jako że Piotr był głową Kościoła, to i obecny biskup rzymski też nią jest, a potem przyrzekł im, że jeżeli przyłączą się do unii, to będą senatorami Rzeczypospolitej na równi z biskupami rzymskokatolickimi. I poskutkowało. A tymczasem tak to nie było. Nic z tych rzeczy. Jeżeli ktoś wpadł w panikę, to biskupi prawosławni Polski. Domyślali się zagrożenia, jakie się pojawiło w wyniku ustanowienia patriarchatu w Moskwie. Zresztą nie musieli się domyślać. Rosła potęga carów moskiewskich i ich podboje ziem litewskich i ruskich, rosły ich roszczenia podporządkowania sobie prawosławnych mieszkających na terenie państwa polskiego. Biskupi prawosławni Rzeczypospolitej mieli jeszcze inne porachunki. A były to porachunki z patriarchą konstantynopolskim Jeremiaszem II, który przebywał w Polsce w latach 1588-89 i działał niezbyt roztropnie. Przecież wyniósł bractwa cerkiewne do takiego znaczenia, że praktycznie rzecz biorąc, to już one rządziły Kościołem prawosławnym a nie biskupi. Mówiąc krótko, biskupi prawosławni Rzeczypospolitej chcieli się uniezależnić również od patriarchy i Konstantynopola. A w końcu chcieli z pomocą Rzymu przeprowadzić totalną reformę Kościoła prawosławnego, który coraz bardziej okazywał znamiona rozpadu, zwłaszcza intelektualnego. Powodowało to odchodzenie od prawosławia do katolicyzmu i protestantyzmu, zwłaszcza inteligencji. A na koniec faktycznie chcieli zrównania ich w prawach z biskupami łacińskimi. Tej samej myśli co biskupi prawosławni był kardynał Hozjusz, Orzechowski, Frycz-Modrzewski.
     - Nic nie mówisz o zasługach naszego Towarzystwa.
     - Już mówię. Głównym ogniskiem unii było Wilno – rezydencja metropolity prawosławnego. Sekundowali mu jezuici zgromadzeni przy Akademii Wileńskiej, z jej rektorem, ojcem Piotrem Skargą na czele, ale i inni ojcowie, najbardziej nasz ojciec Stanisław Warszewicki. Biskupi prawosławni postawili żądania: zachowania własnej liturgii z językiem cerkiewno-słowiańskim, juliańskiego kalendarza, zrównanie hierarchii ruskiej z łacińską – zgodnie z przywilejem króla Władysława Warneńczyka z 1443 roku. Wszystkie żądania zostały im zagwarantowane przez króla Zygmunta III Wazę 2 sierpnia 1595 roku.
     - A pamiętasz, jak wyglądało „załatwienie sprawy” unii?
     - Delegaci Terlecki i Pociej udali się do Rzymu. 23 grudnia, w przeddzień wigilii Bożego Narodzenia, złożyli przed papieżem, wobec kolegium kardynałów, katolickie wyznanie wiary i obediencję papieżowi. Obiecali, że to samo uczynią biskupi z metropolitą, duchowieństwo i lud prawosławny Rzeczypospolitej. Papież Klemens VIII wydał bullę Magnus Dominus et laudabilis nimis. Na Synodzie w Brześciu 6-10 października 1596 metropolita, pięciu biskupów i trzech archimandrytów w obecności legatów papieskich złożyło wyznanie wiary i obediencję papieżowi i ogłosiło unię. I tak stało się to, co się stać miało, a co my dzisiaj nazywamy Unią Brzeską – największe wydarzenie w tym względzie, jakie miało miejsce w Kościele katolickim. Aliści brakło dwóch biskupów: Bałabana ze Lwowa i Kopystyńskiego z Przemyśla. Brakło księcia Ostrogskiego, który był na początku spiritus movens unii. Obraził się on, obrazili się tamci i zwołali do Brześcia antysynod. Potwierdzili zwierzchnictwo patriarchy konstantynopolskiego i ogłosili się dyzunitami. I zaczęło się. Albo skończyło się. Jedyna w swoim rodzaju szansa została zaprzepaszczona. Niezupełnie, ale w dużej mierze. I to, co zdawało się, że będzie źródłem jedności, stało się źródłem rozbicia. Emocje wzrastały. Ale król był zachwycony: przecież zdecydowana większość biskupów unię przyjęła – i tu jest pierwszy błąd.
     - A spróbuj określić te błędy.
     - Po pierwsze, biskup to nie książę, który mógł sobie powiedzieć: cuius regio, eius religio. Pius po drugie, to już nie te czasy, kiedy sobie można było takie zdania wygłaszać. A do tego, to nie dawne prawosławie, kiedy biskup był alfą i omegą, ostateczną wyrocznią. Teraz mają dużo do powiedzenia bractwa cerkiewne, a bractwa cerkiewne były i są przeciwko unii. Do sprawy unii trzeba było iść powoli i nie tylko od góry, ale od dołu. Tutaj nie pomoże żadna ustawa królewska, oświadczająca, że nie ma prawosławnych w momencie, gdy biskup ich opowiedział się za unią i że wszystkie cerkwie są od tej pory unickie. Gdybyśmy to jeszcze rozgrywali sami. Ale jest tu patriarcha Konstantynopola, za plecami którego siedzą Turcy, popierający wszelkie awantury w Polsce. Poza tym jest Moskwa, która zdaje sobie sprawę, o jaką stawkę gra się toczy. Zrobi wszystko, by utrzymać prawosławnych, a obalić unitów – zgodnie z tym, cośmy sobie poprzednio powiedzieli: kto prawosławny, ten jest jej poddany. Już skutki polityki Moskwy możemy oglądać na własne oczy: Kozacy, którymi ona kieruje jak lejce końmi, opowiedzieli się w sposób bezwzględny za prawosławiem, a co to Kozacy, to wiemy dobrze: to jedna wielka armia. Do czego to doprowadzi, Bóg jeden wie.
     - A co byś ty radził w tej sytuacji. Wycofać się z unii?
     - Nie. Idea jest dobra, tylko żeby jej realizacja była dobra. A więc nic na siłę, ale z dobrej woli. A po drugie, dotrzymywać słowa. Bo już się okazuje, że nie chcą unickich biskupów uznać za senatorów. Tak nie wolno.
     - Ale zgodzisz się chyba, że coraz liczniej przechodzili na katolicyzm książęta, magnaci i szlachta ruska.
     - O właśnie. To jest powód do zmartwienia. To świadczy o kompletnym fiasku unii. O właśnie, albo prawosławie, albo katolicyzm. Po prostu dla unii nie zaproponowaliśmy formy, formuły, kształtu. Przynajmniej unitów powinno się zatrzymać przy królu polskim, jeżeli już macha się ręką na prawosławnych i oddaje się ich w ręce carskie. A na razie doprowadziliśmy do tego, że łatwiej być katolikiem niż unitą. A przecież miało być przeciwnie. Wciąż: nasza wina, nasze winy. Ale mnie nawet nie o to chodzi. Ale o zasadę: jak można było prawosławnych zmuszać do przechodzenia do unii. I to jeszcze tłumaczyć się, że jeżeli biskupi zdecydowali się na unię, to automatycznie muszą to uczynić wierni ich diecezji. W ten sposób prawie że wracamy do zasady „cuius regio eius religio”. I to w Polsce, która się szczyciła wolnością religijną. Jak można było zabierać prawosławnym cerkwie i oddawać je w ręce unitów.
     - Za parę miesięcy masz święcenia kapłańskie, chyba 12 marca. A za następne cztery miesiące – bo w lipcu, masz mieć egzamin końcowy, będący podsumowaniem twoich siedmiu lat studiów.
     Prefekt nieoczekiwanie przerwał rozmowę. A on chciał, aby mu dał czas na dokończenie rozpoczętych myśli, których nie zdążył wytłumaczyć.
     - Proszę ojca, powróćmy jeszcze do tamtych tematów.
     - Nie widzę potrzeby. Dostatecznie zorientowałem się w twoich poglądach i będę głosował za pozostawieniem cię w zgromadzeniu. Choć są tacy, którzy domagają się usunięcia ciebie. Jeszcze w twoich ocenach dużo niedojrzałości, w twoim usposobieniu za dużo porywczości. Ale z tego wyrośniesz. Zbyt wysoko w naszym zgromadzeniu nie zajdziesz, ale przydasz się w pracy duszpasterskiej.
     Słuchał tego jak oblany wiadrem zimnej wody. A więc to nie była rozmowa, tylko przesłuchanie. Tymczasem prefekt ciągnął dalej:
     - Otóż ostrzegam cię, twoje poglądy na sprawy prawosławia i unii znane są wśród profesorów, bo koledzy twoi nie wszyscy są twego zdania i zwierzają się ze swoich trudności. Doszło to do uszu rektora, ojca Jana Grużewskiego. Obiecał, że będzie przewodniczył twojej komisji. Wystarczy ci?
     - Jak mam to rozumieć?
     - Tak masz rozumieć, że dostaniesz pytania z tego tematu na pewno i na pewno oblejesz egzamin, jeżeli powiesz to, coś do mnie powiedział.
     - A ojciec myśli, że ja co innego powiem?

 

strona: [1]  [2]  [3]  ...