Biblioteka
ŚWIĘCI NA NASZE DNI - Święty Jacek
strona 1

 

 
     Obudził go krzyk:
     - Gore!
     Zerwał się z posłania. Odrzucił kożuch, którym był przykryty. Izba pełna była czerwonego migocącego światła. Runął do okna, pchnął je na oścież. Płonął kościół. Wtargnęło mroźne powietrze, trzask płonącego drzewa i pokrzykiwania ludzi. Już był w drzwiach. Miał na sobie habit. Położył się w nim wieczorem, tak jak to czynił już od wielu dni. Z głębi ciemności wypadały jakieś postacie z konewkami, z cebrzykami, z wiadrami wody i chlustały wodą w ogień. Bez skutku. „Jeżeli nie ugasił pożaru śnieg leżący grubą warstwą na dachu kościoła, nic nie pomoże” – pomyślał. Nagle dostrzegł brata zakonnego uwijającego się z wiadrem wśród ludzi i wtedy przypomniał sobie. Podbiegł do niego.
     - Hej, bracie!
     Ten usłyszał go wreszcie, gdy zawołał po raz któryś, i przystanął.
     - A wzięliście Najświętszy Sakrament z tabernakulum?
     Zobaczył przerażenie w oczach i już wiedział. Gdy brat wyjąkał: - nie... już był daleko od niego. Biegł w kierunku czarnej czeluści drzwi kościelnych otoczonych wiankiem ognia. Posłyszał z tyłu jeszcze okrzyk brata:
     - Ojcze Jacku! Ojcze Jacku! Ja już idę, zostańcie! To moja wina!
     Tuż przed drzwiami opamiętał się. Narzucił na głowę kaptur. Wyrwał konewkę z wodą komuś, aby chlusnąć nią w płomienie. Wylał ją sobie całą na głowę, na kaptur i ramiona, na ręce, aż poczuł, jak lodowaty strumień spływa mu za kołnierz i po piersiach i teraz dopiero wskoczył w morze ognia. Już cały kościół płonął jak polano wyschłe za piecem. Ogień huczał tu jak w tysiącu kominów. Rwał w górę.
    Osłaniając oczy ramieniem pędził do ołtarza smagany językami płomieni. Parzyły go jak pokrzywy, w które kiedyś wpadł, gdy był jeszcze dzieckiem. „Byle jak najpóźniej zaczął się palić habit” – przebiegło mu przez myśl. Dopadł ołtarza. Ten stał jeszcze cały. Całe było tabernakulum. Pchnął drzwiczki, złapał kielich z Hostiami świętymi, już gorący, przykrył go ramieniem. I gdy był w półobrocie, nagle zdawało mu się, jakby kogoś zobaczył, jakby ktoś do niego zawołał o pomoc. Niemożliwe. Rzucił głową w tamtą stronę. Na postumencie stała figurka Matki Bożej z Dzieciątkiem. Zatrzymał się w biegu. Powrócił. Zerwał ją z postumentu. Wtulił pod drugie ramię. Wtedy to właśnie zaczął zapadać się strop. Płonąca belka lecąca powolnym łukiem od samej góry spadła przed nim, zagradzając mu drogę ucieczki. „A gdybym się nie wrócił, chyba wycelowałaby we mnie i przygniotła do ziemi”. Ale to wszystko uświadomił sobie potem. Teraz słyszał przerażający trzask łamiących się belek – jeszcze chwila, a cały strop spadnie na posadzkę. Wyminął płonącą belkę. Palił się na nim już habit. Nie mógł się bronić przed ogniem, bo obie ręce miał zajęte. Nie miał czym oddychać, dusił go żar, dym. Jeszcze parę kroków. Już nie był w stanie. Już nie potrafił złapać tchu. Tracił przytomność. Pulsowanie w skroniach, w głowie, w oczach. Zdawało mu się, że serce rozrywa mu klatkę piersiową. Padł twarzą w rozpalone klepisko kościoła.

 

strona: [1]  [2]  [3]  ...