Biblioteka
PATRONKA CHŁOPÓW - Błogosławiona Karolina Kózkówna
strona 8

 

*

   Od pierwszego maja chodziła na nabożeństwa majowe – takie było życzenie księdza proboszcza – żeby w ten sposób, za przyczyną Matki Bożej, lepiej przygotować się na przyjęcie sakramentu bierzmowania. W czasie tych nabożeństw ksiądz proboszcz nie czytał – jak to zwykle bywa – tak zwanych czytanek, ale mówił kazania, skierowane przede wszystkim do nich, na temat darów Ducha Świętego, o które powinno się prosić i które w tym sakramencie Bóg udziela w sposób szczególny. Mówił więc po kolei o darze mądrości, rozumu, rady, męstwa, pobożności, roztropności i bojaźni Bożej. Szczególnie obszernie mówił o darze mądrości, który młodym ludziom jest bardzo potrzebny już teraz, jak i w całym dalszym życiu. Z kolei o darze męstwa, w który muszą być wyposażeni zwłaszcza, gdy przyjdzie wojna. Chociaż był to, tak jej jak im wszystkim, temat znany, bo ksiądz proboszcz nieraz go poruszał, słuchała kazania ze szczególnym przejęciem – nie tylko zresztą ona, ale wszyscy znajdujący się w kościele. Ksiądz proboszcz mówił o szczególnym rodzaju męstwa: męstwa chrześcijańskiego czy człowieczego, które jest przeciwieństwem strachu. Strachu zwierzęcego, który dąży do uratowania swojego życia za wszelką cenę, nawet za cenę życia drugiego człowieka.
   - I tego nam nie wolno. I to jest tchórzostwo najpodlejsze – mówił ksiądz proboszcz. – Nie wiadomo, jak naprawdę rozegrała się tragedia Judasza, ale wygląda na to, że on zdradził Pana Jezusa dlatego, aby siebie uratować od śmierci, na którą skazali go kapłani żydowscy i faryzeusze. Tak przynajmniej przedstawia go jeden z genialnych naszych pisarzy, Karol Hubert Rostworowski, w swoim utworze Judasz z Kariothu, który przygotowujecie na Wielki Post w przyszłym roku.
   Popatrzyła na Magdę. Magda patrzyła na nią z ironicznym uśmiechem. „Widzisz, jaka znowu jesteś ważna”.
   W sobotę, na dzień przed bierzmowaniem, było generalne przygotowanie się do święta. Niby w każdą sobotę odbywało się omiatanie, mycie, szorowanie, szykowanie świeżej bielizny, czyszczenie butów, wyciąganie świątecznego ubrania, wietrzenie, odprasowywanie. Ale w tę sobotę działo się to wszystko ze zdwojonym natężeniem. Nie mogło być inaczej: tarnowski biskup: Wałęga – ich biskup, bo przecież należeli do diecezji tarnowskiej – jutro przyjeżdżał do Zabawy. I Karolcia miała otrzymać z jego rąk sakrament bierzmowania. Tę wersję słyszała po wiele razy już od dawna, a teraz to się stawało rzeczywistością w glansowaniu butów, prasowaniu bluzek, kokard, w czesaniu włosów.
   Do tego jeszcze tata zdecydował, że w takie święto nie wypada, aby córka i cała rodzina szła do kościoła, tylko koniecznie pojadą wszyscy wozem. Oczywiście nie wszyscy, bo ktoś musi przy Władziu zostać, a nawet nie przy Władziu, ale ktoś w domu zawsze musi zostać, bo licho nie śpi i nie daj Boże ktoś zapruszy ogień albo ktoś obcy wejdzie do domu i cały dobytek... Szkoda było kończyć, bo wszyscy to znali na pamięć. Ale tata zawsze kończył i brzmiało to przeważnie tak, że wszyscy zejdziemy na psy albo: pójdziemy na dziady, albo: po prośbie. Mama wołała, że: z głodu wyzdychamy i wszy nas zjedzą. Chociaż o wszach to było z innej przeważnie okazji. Tak, siak czy owak wiadomo, że będzie źle, gdy się nie będzie pilnowało domu. Szło i o to, że ktoś musi zostać przy Władziu. Właściwie to wiadomo było zawsze, kto w takich sytuacjach spornych zostawał na pewno, a nawet – dla zażegnania kłótni – zgłaszał się sam. Była to ona sama. Ale, niestety, Karolka nie może zostać, bo ona jest koniecznie potrzebna, aby otrzymać bierzmowanie. Choć w dyskusji wyglądało na to, że zacznie się rozważanie, czy by nie mógł ktoś w zastępstwie za nią przyjąć bierzmowania, a niechby Karolka została do pilnowania domu. Bo ona do tego najlepiej się nadaje. Co do tego nikt nie miał wątpliwości. Ale gdy już zdawało się, że na tym się skończy, mama zareagowała prawidłowo i ofuknęła całe dyskutujące towarzystwo:
   - Bo cosik mi sie zdaje, ze jesce chwilka a kozecie Karolinie zostać w chałpie – tyj, skróś której jest to nase świento.
   - Wcale nieprawda. Jakby ona nie szła do bierzmowania, to i tak by było święto.
   Wobec tego dyskusja zaczęła się od początku. Małe mówiły, że one muszą iść, bo nic jeszcze w życiu nie widziały, a bierzmowania to nie widziały wcale. Duże mówiły, że im się należy, a poza tym wnet z domu wyjdą i nie wiadomo, co z nimi będzie, a małe będą miały dość czasu, żeby zobaczyć jeszcze niejedno.
   Obserwowała to wszystko, co się w domu działo, nic nie mówiąc i tylko się w głębi duszy dziwiła, że rodzice nie reagują. Ale ponieważ nieraz było podobnie, doszła do wniosku, że to jest znowu to samo – metoda zezwalania, żeby dzieci same szukały wyjścia trafnego, rozwiązania sprawiedliwego, wyboru najwłaściwszego. Rodzice ingerowali wtedy, gdy ocenili, że dzieje się jakaś niesprawiedliwość czy niewłaściwość.
   Pierwsza się opamiętała Różyczka:
   - Jo zostane. Po mamie i tacie nojbardziej kochom Karolcię. I niech to bedzie ode mnie prezent dla niej.
   Wtedy obraził się natychmiast Staszek i powiedział:
   - Coz ty se myślisz, smarkulo – aż się zdziwiła, że tak powiedział, przecież był co dopiero po spowiedzi świętej – ze ty nom bedzies dawała tutaj nauckę? A poza tym, jo tyz Karolcię nojbardziej kochom i jo dla niej tyz to moge zrobić.
   I wtedy już się posypało. Okazało się, że każdy jest obrażony i każdy to dla Karolci z miłości może zrobić, a jeszcze do tego, żeby udowodnić, że ją naprawdę kochają, po kolei, a potem już wszyscy naraz rzucili się na nią, żeby ją pocałować i przytulić. Wybuchł taki rejwach jak w chajderze. Dopiero mama, żeby ją uratować, włączyła się mówiąc:
   - Jademy syćkie. Do Władzia przyńdzie moja krzesno matka.
   Jeszcze w sobotę przed południem było mycie wozu, bo tak tata sobie umyślił, że inaczej być nie może.
   - Z zabłoconymi kołamy bedemy jechać? sprychy musą błysceć w słonku.
   Przy okazji tata towotem posmarował osie – „jak juz, to juz”, mówiąc dobitnie:
   - Jak świento, to świento, nie tylko z wirzchu, ale i w środku.
   W sobotę po południu miał najstarszy brat, Józek, przyjść z dworu, gdzie służył od paru lat, żeby wyszczotkować tacie konia. „W tym roku ide do wojska, to niczym pójdę, muszę coś zrobić dla Karolki, która ma bierzmowanie” – mówił. „Przynajmniej pokażę tacie, jak się u nas, we dworze, konie szczotkuje. Najpierw zgrzebłem, a potem szczotką”. I powtarzał tacie, czego się od stajennego nauczył, że pół godziny szczotkowania codziennego to jest ein Halb Futter. Ale tata mu zawsze nie dowierzał, żeby za pół godziny szczotkowania można było zaoszczędzić połowę paszy dla konia. Niestety, nic z tego nie wyszło. Okazało się, że dwór do banderii chłopskiej dodaje swoją banderię, która będzie powozowi biskupa towarzyszyła od Radłowa do Zabawy i Józek musi swojego konia szczotkować nie pół godziny, ale dwie godziny. Tak przynajmniej mówił ten, co z wiadomością przyszedł. A więc tata musiał sam się chycić za szczotkowanie konia. Przy okazji sprawdził mu podkowy, poprawił ocyle, bo się oczywiście okazało, że któryś tam w podkowie się ruszał.
   - Całe scyńście, żeśmy malowali na Wielganoc ściany chałpy, bo by trza przed tym bierzmowaniem jesce chałpe malować.
   - A może by komin pomalować przynajmniej – zaśmiała się do mamy.
   Mama wzięła jej żart poważnie i powiedziała:
   - Karolka, jakze to mozno by było na Wielganoc chałpy nie malować. A dyć my przecie chrześcijanie. Ale to wielganocne malowanie mi sie nie podobo. Prawie ze niebieskiego nie widać. Bo tak tyz było. Prawie całą farbke wzienam do pranio i brakło mi na dom.
   Ale się zorientowała, że to był żart, i trochę się zezłościła:
   - A ty, Karolka, nie mędrkuj. Bo jak cie znom, to ty byś nojchętniej posła do birzmowanio w zgrzebnej kosulinie i z bosymi nogami. A to tak nie jest. Jak świento, to cłowiek cały mo świentować, nie tylko w dusy, ale i w ciele, bo cłowiek to i dusa, i ciało. To ty sie nie prześmiwoj, ze my z tatom przed świentem dbomy i o kumin na dachu, i o kunia, i o wóz, i o buty.
   Zawstydziła się okropnie. Zrobiło jej się przykro.
   - Mamo, ja nie prześmiewałam się. Tylko w tym rozgardiaszu zawsze jest niebezpieczeństwo, że zagubi się, zatraci albo po prostu braknie czasu na duszę, bo tyle zejdzie na te zewnętrzności. I przecież nie o was się boję, tylko o dzieci. Ale i tak przepraszam was bardzo, żem wam zrobiła przykrość.
   - Ni mos co sie tłumacyć. Jo na tom jest matka, coby ci powiedzieć prowde, bo przed Bogiem za ciebie odpowiadom. A twoja rzec, co ty z tym zrobis.
   Pocałowała ją w rękę. Mam pocałowała ją w głowę.
   Z soboty na niedzielę spała krótko. Bo się okazało w ostatniej chwili, jak to zwykle bywało, że gdy już wszyscy mieli, co potrzeba, przygotowane na stole, poukładane w kostkę: świeżą bieliznę a na to ponakładane najbardziej świąteczne wierzchnie odzienie, wyprane a przynajmniej wyczyszczone – przeważnie za pomocą esencji herbacianej – i wyprasowane, to właśnie: w ostatniej chwili okazało się, że dla siebie jeszcze nie ma nic. I tu się mama rozsierdziła:
   - A cos ty se myślis, jo skróś ciebie bede łocami przed ludźmi świciła? Ani mi sie śni. Nie pójdzies spać, pokąd nie przyrychtujes se syćko na jutro.
   - Mamo, przecież jutro będzie jeszcze czasu a czasu, wstanę do dnia i zrobię wszystko, co potrzeba.
   - Ani mi sie waż. A jak sie pokoże, że trza czyścić abo prasować. I trzeba bedzie wyngiel drzewny do żelozka rozpolić. A co Pon Bóg pedzioł: Pamientoj, abyś dzień świenty świeńcił. Tu nimo godanio. Wyciongnij swój przyodziewek ze skrzyni i przygotuj se ładnie-pieknie na jutro.
   Nie było rady. Wyciągnęła ze skrzyni swoją białą bluzkę z bufiastymi rękawami, ozdobioną koronkami, swój serdaczek i białą zapaskę – wszystko odziedziczone po mamie z jej czasów panieńskich.
   - Widzis, jakie to syćko pomiente.
   Okazało się, że mama ma rację.
   - A widzis? Ty w takim cymś kciałaś iść do birzmowanio?
   - Ale przecież bluzka jest czysta.
   - Cysto, cysto – mama fukała. – A tu znać kużde zagieńcie. A nawet ni ma sie temu co dziwować. Przecie to na wirzchu nie lezało, ale przygniecione innymi rzecami. No to sie tyz uprasowało, ale nie tak, jak byś kciała. Widzis, jakie sie fałdy porobiły. Jagbyś w tym jutro wyglondała.
   - Przez noc się odstoi.
   - Odstoi, odstoi – mama burczała. – Przymierz ty se gorset – poleciła jej mama nagle.
   - Czemu? – spytała zdziwiona.
   - Bo juz jakeś była w nim na Wielganoc, coś mi sie zdawało, ze przyciasny.
   - No, trochę tak. Nie będę mogła głębiej oddychać, chyba że odepnę haftki – zaśmiała się.
   - Bedzies go musiała oddać Tereni, a tobie dom mój z downych lat.
   - Wolałabym ten.
   - Wiem, wiem, bo tyn jest niebieski, a mój nastempny bedzie cyrwony. Bo ty nic, ino byś sie ubirała na biało-niebiesko – jak Matka Boska.
   Nic nie odpowiedziała. Zmieniła temat.
   - Nie wiem, dlaczego mówią, że się ubieramy po krakowsku. Jest to prawda?
   - Prowda jak w kosyku woda. Krakowianki ni mają na spódnicak biołych zopasek jak my, tylko kolorową spódnice, a no nij maluśki fartusek. Inakse tyz majom gorsety i inacy wysywane, i inse bluzki, nie takie jak nase. No i nase spódnice i zopaski som do samy ziemi. No, zabiroj sie do prasowanio, bo przecie juz późno. Scęście od Boga, ze jesce w piecu sie poli i duse od zelazkam zostawiła w ogniu. Deska tu lezy, weź i przez wilgotną smatke leciutko przeciongnij.
   Mama jej tak mówiła, jakby uczyła kogoś, kto nigdy w życiu nie prasował. Ale nie odezwała się ani słowa.
   - Zeby tylko jutro była pogoda jaka taka, nawet bez słońca. Bo jak lunie, to cało parada na nic – matka westchnęła po raz któryś dzisiaj. – Jo juz z nog lece i ide spać, a ty rób, co do ciebie nolezy.
   Wzięła więc haczyk do pieca, wsadziła jego szpic w dziurę duszy, wyciągnęła ją z żaru. Była prawie że rozpalona do czerwoności. Wrzuciła ją do żelazka, zamknęła z tyłu zamykadłem, żeby jej przy prasowaniu się nie wysunęła, i zabrała się do roboty.
   - A chustkę będzies jutro brała?
   - Tak, wezmę.
   - Kaby zaś nie. Po co sie pytom. Zawdy ją bierzes.
   - Bo ładna i praktyczna. I na wiatr, i na deszcz.
   - Dobrze juz, dobrze, ale tyz ją przeprasuj. Bo łod tego cęstego uzywanio wyglondo, jakby psu z gardła wyciongniento. Duzo casu ci to nie zmitręzy, a bedzies wyglondoła jak tako, do Boga i do ludzi. A jak bedzie ze świadkiem? – matka nagle spytała. – Zostawiłaś Magdę?
   - Tak.
   - Ni moge cie zrozumieć. Dokuco ci na kużdym kroku. Zazdrośnica jakik mało. Przypiena sie do ciebie jak rzep do psiego ogona, a ty jesce jom robis swoim świadkiem.
   - Może i na nią Duch Święty zstąpi podczas tego bierzmowania.
   Czasu zmitrężyła sporo przy prasowaniu, tym bardziej, że lampa zaczęła kopcić. Trzeba było knot przycinać, szkło czyścić. A jak już, to się okazało, że trzeba nafty dolać, potem znowu ręce umyć i tak zeszło, że kończyła swoją robotę, jak już wszyscy spali.
   Toteż zaspała. Nawet nie poczuła, kiedy siostra, obok której położyła się na wyrku, wstała. Gdy się obudziła, wszyscy już byli na nogach, wymyci. Dzień zapowiadał się słoneczny. Było chłodno. Nad polami unosiła się lekka mgiełka. Jaskółki wysoko latały. Tata, już ogolony, paradował w bindzie, którą dostał od wujka Franka, odkąd ten wąsy zgolił. Tata chciał na to święto mieć wąsy „jak sam cysorz Franciszek Józef”, pięknie zakręcone do góry. I czekał, żeby mu sztylpy zapięła. Tata na niedziele i święta nie uznawał butów z cholewami. Twierdził, że chodzi w nich dzień w dzień, to przynajmniej w niedzielę może sobie ubrać co innego. Używał swoich sztylpów, które zachował z wojskowych czasów, i był z nich bardzo dumny. Jakoś tak to się przyjęło, że sztylpy ojcu zapinała zawsze ona. Od dawna, od dziecka. Tata twierdził, że ma palce zgrubiałe od roboty, a ona twierdziła, że ma małe paluszki, do zapinania pasków na sprzączki jak w sam raz. A było ich kilka – pierwsza przy kostce, a ostatnia przy kolanie. I do niej też należało czyszczenie ich, zrobionych – jak to tata mówił – z porządnej, sztywnej, przedwojennej – sprzed wojny pruskiej – skóry. Sztylpy stały już na baczność koło trzewików, które do nich w sam raz pasowały, tak jak je wczoraj zostawiła. Mama już była prawie że gotowa, w białej bluzce ozdobionej białymi koronkami. Na niej ciemnobordowy gorset pięknie wyszywany. W bufiastej na biodrach spódnicy, na którą włożyła biała zapaskę, w czarnych, wysokich do kostki butach na klocko0wym obcasie, które jeszcze miała z czasów panieńskich – wyglądała bardzo godnie i dostojnie.
   Nie śniadali, bo mieli przystąpić do Komunii świętej – oprócz Kasi i Róży, które jeszcze były małe. Potem zaraz pojechali do kościoła. Zdawało się, że się wszyscy nie zabiorą. Nawet Staszek i Teresa oświadczyli, że pójdą pieszo, bo to nawet nie wypada, żeby się tak gnieść na wozie, a zresztą – oświadczyli, że na snopku słomy, to oni nie pojadą, bo będą mieli na sobie pełno paździerzy. Ale na szczęście ojciec miał trzecie, zapasowe siedzenie i jakoś, z biedą, wszyscy weszli. Z przodu tata z mamą. Na drugim siedzeniu siadła Hanka, obok siebie posadziła Różę.
   - A Karolcie siednie se po drugiej stronie – poleciła mama.
   Na trzecim siedzeniu usiadł Staszek, Teresa i Kasia.
   Jeszcze było czasu za dość na sumę, która miała się odprawić, jak zwykle, o godzinie dziesiątej, ale woleli już jechać i tam czekać niż tu kręcić się w kółko i deptać sobie po piętach. Bierzmowanie miało odbywać się po sumie, na cmentarzu przykościelnym. Zdawało się im, że będą pierwsi. Tak się Staszek z Hanką odgrażali. Ale gdy zbliżali się do kościoła, tata wykrzyknął z satysfakcją:
   - A nie godołem! Patrzojcie, ile narodu.
   I faktycznie, ludzi już było a ludzi. Jak na odpuście.
   - Chłopy sie zesły pewnikiem, coby posłuchać, jak bedzie biskup Wałęga prawił o „Piaście” i Witosie.
   - Byś tyz głupio nie godoł. Un przyjezdzo, żeby dzieciskom sakramentu udzielić, a tobie ino polityka w głowie.
   - Pocekomy, zobacymy. Ide sie ozglondnońć, cy kasi nie trefie Witosa.
   - No widzieliście, ludzie, dziod swoje, baba swoje. Z takim upartym chłopem cłek nie poradzi. A idźze, idź. Jak nońdzies Witosa, to nie dziwuj. Un tyz krześcijanin, to do kościoła w niedziele chodzi.
   - Bo ksionc biskup kciołby, coby syćkie chłopy odesły z „Piasta”, zapisali sie do jego Stronnictwa Katolicko-Ludowego i coby syćkie chłopy cytali jego „Lud Katolicki”. Un myśloł w 1905 roku, kiej zakładoł to stronnictwo, ze jak krzyknie, to sie chłopy ku niemu zlecą. Trza było zacońć wceśnij i popirać ksiendza Stojałoskiego, a nie prześladowoć go. Ludzie takie gupie nie są. Pamięć mają.
   - Jasiu. Dość tego mędrkowania. Jademy nie na wiec politycny, jeno do kościoła po sakrament. Boga sie nie bois.
   - Jo sie boje, ale bym kcioł, zeby sie tyz inni bojali.
   Resztę drogi przebyli prawie w milczeniu, pamiętając to, co powiedziała mama.
   W kościele też już było trochę ludzi. Podeszła pod główny ołtarz, tam gdzie zwykle siadywała. Mama została w tyle, też po lewej, „babskiej” stronie, pomiędzy starszymi kobietami, z którymi przed każdą sumą śpiewała różaniec. Między kobietami, które nigdy jej nie nazywały Kózkowa, ale Borzęcka, które w niej widziały wciąż jeszcze córkę jednego z najbogatszych i najzacniejszych rodów wałrudzkich.
   Punktualnie o godzinie dziewiątej mama zaczęła śpiewać różaniec. Miała głos silny, przenikliwy, znakomicie nadający się do przewodzenia w takiej wspólnej modlitwie, a co najważniejsze – i nie do zdarcia. Potrafiła z tym samym natężeniem śpiewać od początku do końca.
   Klęczała w ławce, słuchała śpiewu kobiet prowadzonego przez mamę, wpatrzona w obraz Trójcy Świętej w głównym ołtarzu, modliła się do Boga o Jego błogosławieństwo na nowe życie, które z dniem dzisiejszym symbolicznie rozpoczynała. Już nie będzie dłużej w kościele zajmowała miejsca między dziećmi. Przesunie się do tyłu. Pomiędzy panny na wydaniu. A potem pomiędzy kobiety. Żegnała się z dzieciństwem. „Zaczynam dorosłe życie, które jest czymś innym niż to, co było dotychczasowe. Pan Jezus wcześniej rozpoczął niż ja. Miał wtedy 12 lat. «Ale dzieci w tamtych, południowych krajach dojrzewają szybciej» - jak to mówił ksiądz proboszcz Mendrala. – A jak zaczął to dorosłe życie, mówi o tym zdanie, które wypowiedział do Matki Boskiej i świętego Józefa: «Czy nie wiecie, że w sprawach Ojca mego potrzeba, abym był?». Przecież w nim mieści się to, co się nazywa odpowiedzialnością za innych – za ich zbawienie. To ma być treść mojego życia: troska o ludzi. Pan Jezus nie założył rodziny, żeby mógł się całkowicie poświęcić życiu apostolskiemu”.
   Kościelny dzwonił na „wpół do”, potem na „za pięć” na sygnaturce. Kościół wypełnił się po brzegi. To wszystko odnotowywała kątem swojej świadomości. Ocknęła się dopiero, gdy rozpoczęła się Msza święta i zagrzmiały organy.
   W czasie kazania ksiądz mówił do tych, którzy mieli przystąpić do bierzmowania, a zarazem do wszystkich będących w kościele. Wziął za motto kazania słowa Pana Jezusa: „A wy mi będziecie świadkami”. Skupił się na znaczeniu słowa „świadek” – „być świadkiem” – dawać świadectwo swojej wiary – oświadczać życiem swoim to, co się wyznaje ustami. Powołał się na inny tekst Pana Jezusa: „Wy jesteście światłością świata. Nie stawia się światła pod korzec, ale na świecznik, aby widzieli uczynki wasze dobre i chwalili Boga, który jest w niebiesiech” – że chociaż życie nasze nie może być na pokaz, bo bylibyśmy faryzeuszami, którym Pan Jezus zarzucił, że poszczą, modlą się, dają jałmużnę, „aby byli widziani od ludzi”, to jednak życie nasze ma aspekt niezamierzony a przecież realny, z którego sobie trzeba zdawać sprawę, że jest przez innych obserwowane, że biorą z niego wzór.
   Słuchała uważnie, ale od czasu do czasu kontrolowała reakcję kościoła. A więc jednak! Słuchają go. Na pewno nie mówił łatwo. Nie było w tym kazaniu dużo przykładów, jak u innych wziętych kaznodziejów. Trzeba było uważnie iść za tokiem jego myślenia. Ale nie żałowało się tego wysiłku. Kazanie miało jedną myśl przewodnią, konsekwentnie rozbudowywaną i pogłębianą. Jako przykład swojej głównej tezy kazania ksiądz proboszcz dał życie Matki Boskiej, która przecież żyła tak jak żyła nie po to, aby nam dawać wzór, a jest nim wciąż – przez cały ten maj, w którym śpiewamy Litanie Loretańską, przez każde Jej święto, przez każdy odmawiany różaniec. I tak tę ostatnią myśl, jak i całe kazanie, przyjął dobrze kościół. Świadczyło o tym serdeczne i głośne „Panie Boże wielki zapłać”, wyskandowane w momencie, gdy ksiądz zakończył kazanie ostatnim, już stereotypowym zdaniem, wypowiedzianym przecież z przejęciem:
   - Czego wam i sobie życzę. Amen.
   Ucieszyła się, że ksiądz właśnie Matkę Najświętszą dał jako przykład takiej postawy życiowej i takiego oddziaływania Jej życia na nas. Tym bardziej, że zawsze, od dziecka, Matka Boska była jej wzorem. Uśmiechnęła się do siebie, bo sobie przypomniała, że gdy była jeszcze małą dziewczynką, ktoś spytał ją, dlaczego tak chce mieć zaczesane włosy, a nie inaczej. Wtedy odpowiedziała: Bo tak się czesała Matka Boska.
   - Z czego się śmiejesz? – usłyszała szept.
   - Z niczego, tylko do siebie – odszepnęła Magdzie.
   Spostrzegła kątem oka, że Magda zrobiła charakterystyczny ruch ręką koło czoła, wskazujący na lekkie pomieszanie umysłu. W odpowiedzi na to tym razem uśmiechnęła się do niej.
   A tymczasem ksiądz, po zejściu z ambony, już był przy ołtarzu, wkładał ornat i intonował:
   - Credo in unum Deum...
   Podczas gdy cały kościół śpiewał:
   - Wierzę w Boga Ojca...
   Po Mszy świętej wyszli z kościoła. Biskup miał przyjechać o godzinie dwunastej. Starczyło im czasu, żeby zgromadzić się przed kościołem. Pod bramą wiodącą na cmentarz kościelny, na której w dniu wczorajszym wypisała przed południem kwiatami: „Witaj nam, pasterzu”, stał już ksiądz proboszcz, teraz ubrany w sutannę i komżę, z małym krzyżem w ręce, w grupie ministrantów, z których jeden miał w kociołku wodę święconą i kropidło, drugi – trybularz. Za nim stał dziedzic z dziedziczką obok wójta z wójciną, którzy trzymali na tacy piękny, świeży chleb i sól w solniczce. Za nimi grupka dzieci z kwiatami w rękach i dziewczynka, która miała wygłosić wierszyk – który ćwiczyła z nią od dobrych kilku dni. Trochę były z nim kłopoty, bo wójt chciał koniecznie, żeby sama ułożyła jakieś wierszowane powitanie, ale ona się uparła, przeforsowała Konopnicką. Narzekano, że to nie na temat, ale ostatecznie ksiądz ją poparł i tak zostało. Może i dlatego, że ostatecznie było o kwiatkach i że się kończył: „w naszym ogródeczku, gdzie je siałam wiosną”. Podsunęła się bliżej, żeby być przy niej na wszelki wypadek, gdyby w którymś momencie się zacięła.
   W sam raz dzwony zadzwoniły na Anioł Pański, odśpiewano tę modlitwę, gdy nagle ktoś zakrzyknął:
   - Jadą!
   Na drodze od Radłowa zza zakrętu wypadła banderia. Wyglądali jak nieziemskie stworzenia, z rozwianymi sukmanami i wstążkami przytroczonymi do czapek, powiewającymi na wietrze jak wielkie motyle. Za nimi wytoczyła się karoca ciągnięta przez czwórkę siwych koni, czarno lakierowana, a przy tym jakoś lekka, bo na wysokich kołach i na resorach. Za nią pędziła druga grupa banderii. Patrzyli wszyscy na to widowisko jak oczarowani, aż orszak znalazł się przed nimi. Zaraz, zanim kurz opadł, otworzyły się drzwiczki karocy, wyszedł z niej ksiądz kapelan i pomógł wysiąść księdzu biskupowi. Biskup Wałęga był ubrany w fioletową sutannę, fioletowy biret i fioletowe skarpetki, które widać było, gdy wyciągnął nogę, by dosięgnąć stopnia karocy. I zaczęło się. Po kolei, wszystko zgodnie z planem.
   Ryknęła orkiestra strażacka, a wraz z nią zaśpiewał chór ustawiony po drugiej stronie:
   - Tu es Petrus, et super hanc petram aedificabo ecclesiam meam.
   A tymczasem do biskupa podszedł ksiądz proboszcz, ukląkł na jedno kolano i ucałował pierścień pasterski. Potem moczył w wodzie święconej kropidło i podawał krzyż do pocałowania. Okadzał go z trybularza. Rozejrzała się po ludziach. Wszyscy patrzyli na te obrządki z uwagą i szacunkiem. Widać było, że je rozumieją w ich najgłębszym sensie. Nawet najwięksi wrogowie polityczni. Dla nich również to było oczywiste, że to nie jest Leon Wałęga, ale następca apostołów, którego Jezus wyznaczył do głoszenia Ewangelii. Po odśpiewaniu pieśni podszedł do księdza biskupa wójt z wójciną. Powiedział krótko:
   - Witomy wos staropolskim zwycajem: chlebem i solą.
   Potem tacę z chlebem wręczył żonie, mówiąc:
   - Matka, potrzymoj.
   Wziął nóż leżący na tacy, zrobił szpicem na chlebie znak krzyża świętego, odkrajał piętkę, odłożył, ukrajał kromkę, położył na tacy i podał biskupowi. Biskup odłamał z niej kawałek, dotknął soli i spożył. To samo zrobił wójt, a potem i ksiądz kanonik, ksiądz kapelan, ksiądz proboszcz i wójcina, dziedzic i dziedziczka.
   Z kolei zabrał głos pan dziedzic. Rzadko go widywała. Gdy chodziła na robotę do dworu, spotykała się najczęściej z ekonomem. Dziedzica widywała tylko w kościele, gdzie zasiadał w kolatorskiej stalli przy głównym ołtarzu, wraz z całą rodziną. Ale i to dość rzadko, bo często wyjeżdżał. Mówiono o nim, że kształcony, że patriota. Ludzie na niego nie narzekali. Chwalili, że jest sprawiedliwy. Dziedzic był ubrany we frak. Tego się domyśliła, bo nigdy jeszcze fraka nie widziała, choć wiedziała z książek, że jest tego typu ubranie. Pod spodem miał białą, srebrem połyskującą kamizelkę, u której od guzika biegł złoty łańcuszek, prowadzący do kieszonki kryjącej zegarek. Pod szyją czarna muszka. Na nogach lakierki. W ręce cylinder, w drugiej popielate rękawiczki. Zaczął:
   - Wasza ekscelencjo, najprzewielebniejszy księże biskupie, wielebni księża i zacni parafianie.
   Nie miał silnego, zdawało się, głosu, a przecież był dobrze słyszalny, może dlatego, że zrobiła się cisza, no i może dlatego, że mówił bardzo wyraźnie, jakby każde słowo rzeźbił w powietrzu. Wszyscy wiedzieli, że będzie mówił ważne rzeczy, że nigdy nie mówi na wiatr.
   - Witamy księdza biskupa jako tego, który w ciągłej sukcesji wywodzi się od apostołów, a którym Jezus polecił iść na cały świat i nauczać wszystkie narody, o których Jezus powiedział: „Kto was słucha, mnie słucha; kto wami gardzi, mną gardzi”.
   Jeszcze zanim zaczął mówić, oddał swój cylinder, hebanową laskę ze srebrną gałką i rękawiczki synkowi, który stał obok niego. Teraz wykonywał rękami, uwolnionymi od tych przedmiotów, drobne ruchy, dla zaakcentowania tego, co mówił.
   - Ale witamy księdza biskupa również jako Polaka. Bóg w swojej nieodgadnionej Opatrzności dopuścił, że naród polski utracił niepodległość. Nie mamy struktury państwowej. Jedyne, co nam pozostało, to struktura kościelna.
   Cisza była taka, że zdawało się, jakby ludzie przestali oddychać.
   - Proboszcz, biskup, prymas, parafia, diecezja, metropolia odgrywają obecnie w życiu polskiego narodu rolę o znaczeniu niewymiernym. Dość powiedzieć, że choć pod niektórymi zaborami zakazane było i jest w miejscach publicznych używać języka polskiego, to w kościołach zawsze po polsku modlono się, śpiewano. Po polsku również były i są wygłaszane kazania, a nawet religia w szkołach podstawowych była i jest uczona po polsku, czego Września jest bolesnym wyjątkiem. Dodatkową okolicznością, która rolę Kościoła katolickiego dla naszego narodu i narodu litewskiego stawia na takim piedestale, jest fakt, że główni nasi zaborcy są innego wyznania, bo przecież Niemcy to protestanci, a Rosjanie to prawosławni. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że wielu Polaków jest również wyznania protestanckiego czy prawosławnego, niemniej, 90 procent to katolicy. Pozostaje fakt ziem wschodnich, złączonych z Koroną Unią Lubelską, a więc Białorusinów i większości Ukraińców, zwłaszcza Ukrainy wschodniej, którzy są obrządku prawosławnego.
   Jakże mu była wdzięczna za to, że ten temat poruszył. Bo, co jej zawsze doskwierało w chłopskich politykowaniach, to to że ograniczano się do Galicji. A on mówił dalej:
   - I tutaj pożałowania godnym jest fakt, że królowie nasi nie zadbali o to, ażeby w Warszawie osadzić patriarchę prawosławnego, któremu by podlegali wszyscy prawosławni żyjący w granicach Rzeczypospolitej, ale że obywatele polscy wyznania prawosławnego podlegali patriarsze moskiewskiemu. Stwierdzamy z bólem, że cerkiew prawosławna pod kierunkiem patriarchy moskiewskiego rusyfikowała i rusyfikuje te narody w sposób bezwzględny. Fakt ten potwierdza prześladowanie przez carat unitów.
   Cisza była jak makiem siał. To już nie było przemówienie – to był wykład. Wszyscy teraz zdawali sobie sprawę, że to nie wykład dla biskupa, ale dla nich, że on po prostu korzysta z okazji i chce im przekazać podstawowe treści należące do polskiej historii i polskiej kultury. A tymczasem dziedzic kontynuował swoje myśli:
   - Gdy powstanie odrodzona Rzeczypospolita w granicach sprzed zaborów, trzeba będzie wiele wysiłku, żeby tak Białorusini jak Ukraińcy, jak i częściowo Litwini, zrzucili ze siebie to, co rusyfikacja cara z nich uczyniła, i żeby powrócili do swojej własnej kultury i samoświadomości. My, Polacy, mamy obowiązek im pomóc w tym procesie powrotu do ich własnych źródeł. Zdaję sobie sprawę, że nie będzie to łatwe, bo Moskwa robiła wszystko, aby nas poróżnić, aby potargać więzy przyjaźni, jakie łączyły naród litewski, białoruski, ukraiński z polskim, żeby wskazać, że jedyny ratunek, pomoc, ostoja jest dla tych narodów w Moskwie.
   Mówił to wciąż swoim spokojnym głosem, a Karolci się zdawało, że jej serce z żalu pęknie. Nagle przypomniała sobie rozmowę z Witosem, gdy jechała z nim na furze, jak mówił, że książki o Polsce czytał i przy nich płakał, wściekał się, nie mógł spać po nocy. Tak. To jest to, co może spędzić z oczu każdy sen, co wycisnąć może łzy.
   Dziedzic przypominał potem postacie duchownych – wielkich patriotów i działaczy społecznych. Było o kardynale Ledóchowskim, który na początku swojej pracy na stolicy poznańskiej próbował polityki ugodowej z rządem pruskim, a potem, gdy zmienił kurs i stanął twardo po stronie praw naszego narodu, został aresztowany; o księdzu Wawrzyniaku, genialnym ekonomiście, budującym polskie rolnictwo; oczywiście o księdzu Stojałowskim, ale o nim krótko, może dlatego, że wszyscy o nim wszystko wiedzieli, może dlatego, żeby nie zdenerwować księdza biskupa.
   Trwało to długo, może dwadzieścia minut, może więcej, ale najwyraźniej nikomu nie dłużyło się to przemówienie, wprost przeciwnie, ona sama drżała od połowy już chyba, żeby nie skończył. Żeby mówił, mówił, mówił, bo tego ludziom potrzeba jak manny z nieba. Ale skończył przed uderzeniem wpół do pierwszej. Potem podszedł do księdza biskupa, przyklęknął na jedno kolano i pocałował pierścień, z czego biskup był chyba zadowolony, bo w krótkich słowach podziękował za obszerne, niemniej świetnie przygotowane przemówienie. Potem już za biskupem wszyscy weszli do kościoła. W końcu było tak ciasno, że nawet znikło przejście środkiem kościoła, że już nawet się ruszyć nie można było. A jeszcze ludzie parli od drzwi, bo wszyscy chcieli nasłuchać się i napatrzeć. U stopni ołtarza ksiądz biskup, już w mitrze, kapie i z pastorałem, zaintonował:
   - Veni Creator Spiritus.
   Chór pod kierunkiem pana organisty podjął ciąg dalszy tej pieśni do Ducha Świętego. Zakończył ją biskup modlitwą:
   - Ostende nobis, Domine, misericordiam tuam.
   Chór odpowiedział:
   - Et salutare tuum da nobis.
   Po modlitwie biskup wyszedł po stopniach ołtarza, wygłosił krótkie przemówienie. Mówił o prawdzie, wolności i sprawiedliwości. Nie są to rzeczy, które się ma albo które się otrzymuje od swoich przodków jak paczkę z Ameryki. Ani też nie można czekać, kiedy nam je dadzą jakimś rozporządzeniem z kancelarii cesarsko-królewskiej z Wiednia. Trzeba nimi żyć. A to wcale nie jest łatwo. Bo i do niewoli przywykliśmy. Jak orły wsadzone do klatki. Najpierw się buntowały, chciały wyłamać kraty, wywalić drzwi, a potem przywykły. Przestały narzekać, a nawet stwierdziły, że wcale nie jest tak źle. Dostają jedzenie, o które musiałyby się starać, nie muszą budować gniazd – mają klatkę. I nawet gdy im już drzwi otworzą, to im się nie zechce wylecieć. Bo po co? Tylko że one sobie nie zdają sprawy, że już nie są orłami, choć siebie wciąż tak nazywają, a stają się coraz bardziej podobne do kur.
   Słuchała i podziwiała. To było inne mówienie. Obrazowe, pełne przenośni i metafor, trafiające do mentalności chłopów. Czytelne, choć nie dopowiadające sprawy do końca i pozostawiające duży margines do namysłu, do samodzielnego wyciągania wniosków.
   - Duch Święty – tłumaczył biskup – który zstępuje w sakramencie bierzmowania, chce człowiekowi pomóc, by się stał człowiekiem: człowiekiem wolnym, sprawiedliwym i żyjącym w prawdzie. A żyć w wolności, to znaczy nie bać się, nie bać się i jeszcze raz nie bać się nikogo i niczego. Przezwyciężać strach. A to wcale nie jest łatwe. Jest w nas uległość niewolnika popędzanego batem, jest w nas pańszczyźniana pokora, jest kłanianie się w pas przed silniejszym, przytakiwanie temu, kto groźnie krzyczy, jest służalczość i donosicielstwo.
   Zestawiała to, co słyszała, ze swoim postępowaniem wobec sióstr i braci, ze swoim odnoszeniem się do rodziców. Kontrolowała się. A tymczasem biskup mówił dalej:
   - I wystarczy nam dać choć odrobinę władzy, a zamieniamy się w kaprala służbistę, który wymaga od wszystkich, aby byli na baczność i pod sznurek. A żyć w wolności, to znaczy również bronić innych przed przemocą, gwałtem, okłamywaniem. Stawać w ich obronie. Dopiero wtedy człowiek jest człowiekiem. Dopiero wtedy człowiek jest bratem Jezusa Chrystusa.
   Zrozumiała wszystko: była do głębi przejęta tym, co usłyszała.
   Z kolei biskup zszedł na tron, pod baldachim. Ksiądz proboszcz objaśnił, jak się będzie odbywało udzielanie sakramentu bierzmowania. Mówił, że teraz wszyscy wyjdą z kościoła, ustawią się naokoło niego, że świadek ma mieć w ręce karteczkę, którą poda księdzu kapelanowi. Lecz najpierw, przed bierzmowaniem, ksiądz biskup przeprowadzi egzamin ze znajomości prawd wiary. Nawet tego nie musiał zapowiadać, bo wszyscy znali to na pamięć, ale jeżeli dla porządku to być musiało, to niech już będzie.
   Stała pod murem kościoła i czekała na egzamin. Za nią stała jako świadek Magda. Trochę się bała tego egzaminu. Ksiadz straszył, trochę na żarty, trochę poważnie, podczas lekcji przygotowawczych, że gdy ktoś nie będzie umiał, to nie zostanie dopuszczony do bierzmowania. Ale ileż tych egzaminów być może? Zdawali przed księdzem proboszczem, to wystarczy. Widziała z daleka, że ksiądz biskup pyta „na wyrywki”, nie po kolei, a więc to tego, to tamtego. „Może mnie też ominie. Dlaczego akurat mnie miałby pytać?” Obok księdza biskupa był wciąż ksiądz kanonik, kapelan oraz proboszcz. Ksiądz kanonik też zadawał pytania. Zbliżali się. Już słyszała ich głosy. Nawet, ku jej zdumieniu, jakieś śmiechy, żarty. A więc nie jest tak źle. Już nawet nie bała się, że się skompromituje, gdy źle albo nic nie odpowie, ale że zrobi przykrość, zawiedzie księdza proboszcza.
   - No, to teraz się popisuj, jakaś jest mądra – usłyszała od Magdy.
   Nie odpowiedziała nic. Spuściła oczy. Może przejdzie i nawet nie zauważy. Zobaczyła pierwszą sutannę, która się przesunęłą obok niej, nie przystając. Drugą. Byle teraz tak samo przeszedł ksiądz biskup. Teraz trzecia. Ta przystanęła.
Podniosła oczy. To był ksiądz proboszcz. Stał i, oczekując nadchodzącego księdza biskupa, patrząc na niego, już wskazywał ją. „Boże, myśli, że ja się popiszę”. Usłyszała szept Magdy:
   - A dobrze ci tak.
   Tymczasem ksiądz proboszcz już mówił:
   - To jest ta właśnie dziewczyna, Karolina Kózkówna, o której ostatnio mówiłem księdzu biskupowi.
   Zbliżył się ksiądz biskup. Stanął w odległości metra. Był wyższy od niej. Patrzył jej w oczy.
   - Dobrze, moje dziecko. Dobrze. Byle tak dalej.
   I poszedł.
   - O wiedźma, o czarownica – posłyszała syk Magdy.
   Jeszcze przez chwilę tłukło się jej serce. Czuła je pod samym gardłem. Potem odpoczywała. Odpływała krew z twarzy, choć jeszcze czuła rumieńce. Dochodziły do niej szepty i stłumione śmiechy sąsiadów, którzy informowali się wzajemnie, jak przebiegł egzamin. Wreszcie ktoś ją szturchnął:
   - A co ciebie biskup spytał, żeś nic nie odpowiedziała?
   Nie bardzo wiedziała, co mówić. Wyręczyła ją Magda:
   - Biskup ją pochwalił.
   - Za co?
   - Właśnie. Za nic. Wiadomo, pupilka księdza proboszcza. On coś musiał o niej biskupowi napleść. Może za to, że napisała na bramie „Witaj nam, pasterzu”.
   Nagle usłyszała czyjś głos, który stanął w jej obronie:
   - Ale czy ty, Magda, nie jesteś trochę zazdrosna?
   - O co? Chyba tylko o to, że taki rudzielec i najlepiej nadawałaby się na stracha na wróble, boby dobrze je odganiała z prosa.
   Rozległy się chichoty. Odezwał się inny męski głos:
   - Cosik mi sie widzi, ze do cego jak do cego, ale do birzmowanio, to wyście tu nie przyśli. Nojlepi, kiebyście zaroz sie do dom wrócili. A jak jesce dali tak bedzie, to jo sie nikogo pytać nie bede, ale wos tak wyonace, ze same do domu prendziuśko polecicie, ani sie nie obyrtniecie.
   Uciszyło się nagle, jak nożem uciął. I to chyba nie ze strachu przed spełnieniem tej groźby, ale że połapali się, jaka to nieprzystojność, że się tak zachowują, i to na chwilę przed przyjęciem sakramentu. Na szczęście chór, który wreszcie zdążył wyjść z kościoła, ustawił się przed bramą i zaczął śpiewać pieśń przy akompaniamencie orkiestry:
   - Boże mocny, Boże cudów...
   Znowu zapanował modlitewny nastrój. Usiłowała się skupić, świadoma, że za chwilę otrzyma sakrament. Gdy ksiądz biskup zaczął udzielać bierzmowania, chór zaśpiewał:
   - Kto się w opiekę odda Panu swemu...
   Mówiła Panu Bogu: „Z Twoją pomocą jestem gotowa, gdy tego zażądasz, iść nawet na męczeństwo. Z Twoją pomocą chcę żyć jak Twój Syn a mój Pan, Jezus Chrystus. A dziś czekam na Twoją pomoc. Na Ciebie, który do mnie przychodzisz, Boże Duchu Święty. Oświeć mnie, wzmocnij mnie”. Na koniec już modliła się hymnem do Ducha Świętego w tłumaczeniu Stanisława Wyspiańskiego, który odczytywała ze swojej notatki:

     Zstąp, Gołębica, Twórczy Duch,
     byś myśli godne wzbudził w nas,
     ku Tobie wznosim wzrok i słuch,
     spólnie żyjący, wzrośli wraz.
     Który się zwiesz Biesiadą dusz,
     Wszechmogącego Boży dar,
     płomieniem duszom piętno włóż,
     przez czułość serc, zdrój żywy, żar,
     zbrój nas we siedem darów łask,
     Prawicą Ojca ojce wskrzesz,
     w Obrzędzie roztocz wieszczy blask,
     we Słońce dusze w lot Twój bierz.
     Zestąp, Światłości, w zmysłów mrok,
     dobądź serc naszych zapał z łon,
     by człowiek przemógł cielska trok
     i mocen wzniósł się w męski ton.
     Odwołaj wroga z naszych dróg,
     w pokoju pokój zbawczy nam,
     powiedziesz nas Wieszczący Bóg,
     przejdziemy cało złość i kłam.
     Zwól przez Cię w Tobie Ojca znać,
     zwól, by był przez Cię poznan Syn,
     zwól w Tobie Światłość światu dać,
     zwól z Wiarą wieków podjąć CZYN.

   Gdy kończyła, podszedł do niej biskup. Poznał ją chyba. To trwało króciutko. Poczuła na swoim czole znak krzyża świętego znaczony olejem, z wymawianym imieniem, które sobie wybrała, położoną na głowie rękę i dotknięcie policzka. Jeszcze chwilkę klęczała. Potem wstała i usłyszała szept Magdy:
   - No, toś gotowa na męczeństwo, bo takich w niebie akurat potrzebują.


                                                     
 

strona: ...[6]  [7]  [8]  [9]  [10]  ...