Biblioteka
ZANIM POWIESZ KOCHAM
strona 37



ZAZDROŚĆ


       Spieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą
       i ci co nie odchodzą nie zawsze powrócą
       i nigdy nie wiadomo mówiąc o miłości
       czy pierwsza jest ostatnią czy ostatnia pierwszą
                                                         (Jan Twardowski)

     Już miała odejść. Zaniepokoiły mnie te jej lakoniczne odpowiedzi: dziękuję, owszem, tak, wszystko w porządku, nie, nic. Zbyt długo ją znałem, żebym się tymi uprzejmościami miał nie zdenerwować. I wtedy, gdy się odwróciła do drzwi, wybuchnęła płaczem. Zwierzenia wstrząsające. Dowiadywałem się, jak ona systematycznie była przez swojego męża obrabowywana ze wszystkiego, co miała. Z przyjaciół, z przyjaciółek, nawet z własnego mieszkania, nawet wyrwana od matki, od kontaktów z nią, wywieziona do jego mieszkania, do jego domu, pod opiekę jego matki, zresztą kobiety obłędnie kochającej swego syna. Jak coraz bardziej stawała się rzeczą w jego rękach. Z początku zdawało się jej, że to tak być musi, że na tym polega życie małżeńskie, że to jest cena, którą musi płacić za posiadanie własnego domu, dziecka, jakiejś pozycji społecznej, jakiegoś statusu, który w ten sposób zyskuje. Nowy etap życia, na którym się trzeba wyrzec wszystkich tamtych pięknych spraw, którymi żyła. Ale wciąż nie mogła zobaczyć tego nowego piękna. To, czym żyła na co dzień, miało kształt jakiejś katorgi i nic poza tym. Tymczasem jego pretensje wobec niej stale zaostrzały się. Przeglądał jej listy. Dopytywał się o każdy szczegół, gdy wychodziła z domu. Najmniejsza nieścisłość urastała w jego oczach do rzędu przestępstwa. Za najdrobniejszą niezgodność w relacji spadały na nią przezwiska i obelgi. Chodził za nią, gdy szła na sprawunki. Szpiegował ją na każdym kroku. Ona już tego nie może znieść. Ale kocha go. Boleje nad tym ponad wyobrażenie. Tylko nie wytrzymuje w tej klatce. Albo zwariuje, albo zrobi jakieś głupstwo.
     Zazdrość. A przecież trzeba być wolnym i traktować drugiego człowieka jako wolnego. Nieprzypadkowo. Przecież możesz zaufać temu, kogo kochasz. Nie daj się opętać podejrzeniom. Nie zamykaj się na wszystkie cztery spusty przed tymi, którzy by mogli zagrozić twojej miłości, nie trzymaj tego drugiego człowieka przy sobie, a jeszcze dokładniej: dla siebie, czyli nie uważaj swojego partnera za swoją wyłączną własność, za kogoś, komu już nic innego nie wolno, bo przecież przyrzekał miłość i wierność. A już nigdy się do tego nie odwołuj, nie szukaj w tym argumentu. Umiej rozgrywać takie sytuacje – umiej się z tym liczyć, bądź na to przygotowany.
     A w praktyce?
     Żona nie przestaje być kobietą, ani twoja dziewczyna, z którą chodzisz, nie przestaje być dziewczyną. Co to znaczy? To znaczy, że ona ma prawo utrzymywać dawne znajomości, jeszcze z czasu, gdy ciebie nie spotkała – co więcej, może jej się zdarzyć, że spotka ludzi, którzy ją zainteresują, z którymi się zaprzyjaźni. I z kolei mężczyzna jest w dalszym ciągu mężczyzną, chociaż jest mężem; twój chłopiec pozostaje w dalszym ciągu chłopcem, chociaż ty z nim już twardo chodzisz. Ma prawo znać kobiety, które znał poprzednio, jak również może się zdarzyć, że i on spotka kobiety, które go zainteresują. Dziwne by było, gdyby było inaczej. Powiedzmy mocniej: byłoby to nienormalne. Z tego zdawać sobie musi sprawę tak on, jak i ona. Musi się z tym liczyć i musi umieć to rozegrać. Powiedzmy generalnie: miłość nie może ani ciebie, ani twojego partnera ograniczać, ale powodować rozwój. To wypływa z istoty miłości. Otwieranie się na wszystko, co dobre, co piękne, co wspaniałe. Ukochanie tego piękna nie tylko w martwej przyrodzie, ale przede wszystkim w ludziach.
     Powtarzam: on zostaje mężczyzną, chociaż jest twoim; ona zostaje kobietą, choć jest twoja. I musi mieć swój świat zachwyceń innymi ludźmi, podziwów, sympatii, przyjaźni, serdeczności. Tobie nie wolno tego świata – prawa do tego świata – zabierać. To jest jego ludzkie prawo, to jest jej ludzkie prawo. A gdybyś chciał się na to targnąć, to nie wywołasz nic innego jak pogardę, wstręt. Będzie miała do ciebie żal do końca życia, i to słusznie. A możesz nawet zniszczyć waszą miłość. Dlatego nie dziw się, nie miej pretensji, że chce być piękna. Nie mów, że ty tego nie potrzebujesz, nie wymagasz tego od niej. To wszystko dla ciebie. Ona w słowach podziwu, które usłyszy, w zachwycie i podziwie, który dostrzeże, umieszcza ciebie: „Niech ludzie widzą, jaką masz piękną żonę”. Przez ich zachwyt chce, by i twój zachwyt rósł. Nie dziw się, nie miej pretensji, że on chce być mądry, roztropny, silny, przystojny. Nie mów, że dla ciebie nie musi się o to starać. Zrozum. Przecież to dla ciebie. On chce, żebyś to ty była z niego dumna, chce, żebyś była żoną mądrego męża, którego ludzie szanują. To jest jego prawo, to jest jej prawo – bo są ludźmi. Źle by było, gdyby było inaczej. Ona się nie może bać twojej zazdrości, ona nie może być zmuszona ukrywać się ze swoimi znajomościami, uciekać z oczami, pilnować swoich sformułowań, kryć się ze swoimi odruchami – żeby się ciebie nie bała, żeby nie musiała cię okłamywać. Ty musisz taką atmosferę stworzyć. Jesteście i pozostajecie, i musicie pozostać wolnymi ludźmi. I trzymaj się, gdy ci opowiada o kimś jej bliskim, sympatycznym, żeby nie powstała w tobie jakaś pozycja obronna – „czuj duch, uważaj, nieprzyjaciel się zbliża, miejmy się na baczności”. Żebyś się nie mobilizował do tego, jak zrobić, by zniszczyć to, co się w niej rodzi, usunąć, zdeptać, wyśmiać, wykpić, zgwałcić ją do posłuszeństwa tobie, do wpatrywania się w ciebie – bo to jest nieludzkie. Ona ma prawo widzieć ludzi wokół siebie, oceniać ich i podziwiać, ona ma prawo mieć sympatie, ma prawo mieć przyjaciół. Choć jesteś dla niej jedyny, nie jesteś jeden na świecie piękny i mądry. A jeżeli ci się tak zdawało, toś po prostu żył w pomyłce.
     Gdy to mówię, mam w pamięci sprawę, w której uczestniczyłem i w jakiś sposób w niej uczestniczę: sprawę moich przyjaciół, właśnie młodego, świetnego, kochającego się małżeństwa. Znam ich od lat – od czasów, gdy nie byli małżeństwem – i chyba znam dobrze. On otrzymał jako współpracownicę dziewczynę – Bożenkę. Inny typ fizyczny i psychiczny niż jego żona. Wysoka, atrakcyjna, kokieteryjna, lubiąca mieć wokół siebie ludzi. Zainteresowała go. Chodzi mi przede wszystkim o to, jak jego żona, Kasia, rozegrała tę rzecz. Na swój kobiecy instynkt, na swojego kobiecego nosa – nikt jej przecież nie uczył taktyki postępowania. Zorientowała się dość szybko w nowej sytuacji. Zresztą nietrudno było się zorientować, jeżeli mąż przyszedłszy z pracy opowiadał bez przerwy o tej dziewczynie. O jej poplątanym życiu, kłopotach nie do przebrnięcia. Nawiązała z nią kontakt. Usiłowała jej rzeczywiście pomóc. Zapraszała ją do siebie do domu, była dla niej bardzo miła; chciała, by ta nowa znajoma znalazła w jej domu jakieś oparcie, by miała sobie gdzie „nos przygrzać”, gdy było jej ciężko. Niemniej, to była próba dla ich małżeństwa. Tak się bałem, żeby Kasia nie zrobiła jakiegoś fałszywego kroku. Tym bardziej, że chwilami Jerzy angażował się przesadnie. Były sytuacje, gdy zdawało się jej, że nie wytrzyma. Tym bardziej, że Bożena nieświadomie czy podświadomie zaczęła ją przed Jerzym krytykować. Tym bardziej, że przychodziły przyjaciółki, donosząc, co się dzieje i ostrzegając ją przed tym, co się może stać. I radziły, aby nie darowała, aby zareagowała. Tym bardziej, że Jerzy jakoś instynktownie spodziewał się, że zostanie zaatakowany przez Kasię, i uwrażliwił się na sprawę Bożenki. Rozmawiałem z Jerzym. Zdziwił się:
     - Ależ nic podobnego.
     - Zastanów się.
     - Nie mam się co zastanawiać. Owszem, lubię ją. Jest inteligentna. Jest z nią o czym porozmawiać. Nie wolno mi?
     - Wolno ci.
     - Przecież jestem wolnym człowiekiem.
     - Tylko w pewnym sensie jesteś wolnym człowiekiem.
     - A w jakim nie jestem?
     - Jesteś żonaty, to znaczy jesteś związany z Kasią. Jesteście razem. Nie jesteście osobno. Wszystko jej jest twoje, wszystko twoje jest jej. Również przyjaźnie.
     - Jak to, nie wolno mi się przyjaźnić z kim chcę?
     - W zasadzie powinniście się razem przyjaźnić z tym kimś trzecim. Chociaż znowu słowo „przyjaźń” traktowałbym z wielką ostrożnością w wypadku dziewczyn.
     - Nie wolno mi się przyjaźnić z innymi dziewczynami?
     - Jest jedna wielka przyjaźń: Kasia. I ona jest niezestawialna, nieporównywalna z żadną inną. Wszystkie inne muszą być z tą pierwszą jakoś związane, akceptowane.
     - Ale przecież Kasia nie ma nic przeciwko Bożenie.
     - Jak tak, to dobrze. Tylko pod tym warunkiem.
     To był ten najbardziej gorący czas. Teraz już dobrze. Powiem – bardzo dobrze. I chyba Jerzy będzie do końca życia wdzięczny Kasi za tę wielkoduszność.
     Może powiesz: czy można aż tak ryzykować? Czy to nie jest igranie z ogniem? Czy to nie mogło spowodować katastrofy?
     To złe słowo „ryzyko”. Jedyne słowo właściwe tutaj to: zaufanie. Przecież kochasz. Nawet mimo wszystkich nietaktów ze strony twego ukochanego. Przecież wiesz, komu zawierzyłaś. A jeżeli nawet odejdzie, to wtedy nie myśl, że gdybyś robiła awantury: stała na straży waszego małżeństwa z wałkiem w ręce, że wtedy uratowałabyś więcej. Najwyżej sama przeszłabyś na pozycje nieludzkie: niegodne ciebie i jego – niegodne człowieka. Pozostań zawsze wolnym człowiekiem i tę wolność zagwarantuj swojemu partnerowi.
     A na koniec do ciebie, który patrzysz na parę kochających się: nie zazdrość nikomu szczęścia. To już tak jest, że ogień przyciąga. Przyciąga zwłaszcza tych, co chcą sobie „nos przygrzać”. Chcesz przyjść? Proszę. Ciesz się, że komuś się taki cud mógł zdarzyć. Potrzeba ci ciepła i jasności, to bierz od nich, żeby ci łatwiej było żyć. Ale strzeż się, by ci nie przyszła pokusa to szczęście naruszyć. Niech ci się nie zdaje, że ty również, a nawet bardziej, zasługujesz na miłość. Nie buduj szczęścia swojego na cudzym nieszczęściu.


 

strona: ...[35]  [36]  [37]  [38]  [39]  ...