Biblioteka
OSTRO ŻYĆ (dawny tytuł: TO NIE TAKIE PROSTE, MÓJ DROGI [dogmatyka])
strona 20


 
       O CO CHODZIŁO PANU JEZUSOWI


     Palestyna znajdowała się pod okupacją rzymską. Marionetkowy król żydowski, który zresztą sprawował władzę tylko nad niektórymi prowincjami Palestyny, był narzędziem w rękach rzymskich. W takiej sytuacji faktycznym i jedynym autorytetem stali się kapłani. Obok nich uzyskały ogromny wpływ na społeczeństwo grupy faryzeuszy i uczonych w Piśmie. Ten stan rzeczy, w założeniu nienormalny, doprowadził do dysproporcji pomiędzy życiem religijnym – powiedzmy dokładnie: życiem liturgicznym świątyni jerozolimskiej – a życiem zwyczajnym. Po prostu na tej zasadzie, że obrzędy, uroczystości, ceremonie wyszły na plan pierwszy, stworzyły wrażenie, jakoby były najbardziej istotnym elementem w życiu. Równocześnie życie codzienne nabrało specyficznego charakteru; będąc pod kontrolą kapłanów i grup im towarzyszących, stało się właściwie jakąś kontynuacją tego, co się działo w świątyni, określone było przez ogromną ilość przepisów prawnych, zwyczajów, nacisków, które w najdrobniejszych szczegółach precyzowały sposób postępowania jednostki, krępowały jej wolność, zmuszały do ślepego wykonywania tego, co jej narzucono, i to wszystko pod pozorem wierności wobec Przymierza. Były to przepisy odnoszące się do szabatu i dnia codziennego, do spożywania posiłków i mycia się, kontaktu z ludźmi ogłoszonymi za jawnych grzeszników i ludźmi wykonującymi zawody, które uważane były za grzeszne – jak np. praca na cle – przepisy określające ilość kroków, które wolno uczynić w dzień sobotni, i długość filakterii przy szatach, zasady strzeżenia czystości rytualnej, które sprzeciwiały się wszelkiemu kontaktowi z poganinem – nie wolno było dopuścić, by nawet cień poganina padł na kogoś, kto należał do narodu wybranego. Do tego dołączały się oczywiście przepisy, które regulowały obrzędy rytualne: sposób składania ofiary. Musiały być dokładnie wykonane pod grozą, że ofiara będzie nieważna. Niepodporządkowanie się tym niesłychanie licznym kanonom groziło jednostce potępieniem, odsunięciem jej od społeczeństwa. Wyrokowało o świętości lub nieświętości człowieka. Ukształtowało się przekonanie, że na zachowywaniu wszystkich tych przepisów polega istota rzeczy: wypełnienie Prawa i Zakonu – realizacja Przymierza.
     Trzeba powtórzyć: te przepisy i zwyczaje, przynajmniej w swych początkach, wyrosły i miały uzasadnienie w przykazaniach Bożych, a więc i w przykazaniu miłości, ale później zostały tak sformalizowane, w końcu tak wykoślawione, tak bardzo stanowiły cel sam dla siebie, że praktycznie rzecz biorąc, nie tylko nie realizowały przykazań Bożych, ale bardzo często już im się sprzeciwiały.
     W społeczności żydowskiej panowała atmosfera strachu, wzajemnego obserwowania się. Ludzie bali się jeden drugiego, bali się sąsiadów, opinii otoczenia. Dbali więc starannie o wszystkie pozory w obawie przed potępieniem, przed wyeliminowaniem ze społeczności – szerzyła się obłuda.
     „Ideałem życia” w najgorszym tego słowa znaczeniu, byli kapłani, faryzeusze i doktorzy w Piśmie. Oni też stali na straży tej piramidy przepisów, zwyczajów, instytucji. Oczywiście warstwę nadrzędną stanowili kapłani, chociaż każda z tych grup działała na innych zasadach. Istniały pomiędzy nimi różnice ideologiczne, i to różnice w zupełnie istotnych sprawach. Wszystkie jednak te grupy stały na stanowisku utrzymania status quo: zachowania istniejącego porządku. Jakiekolwiek zagrożenie tego układu wywoływało zawsze zjednoczenie się wszystkich grup w celu zlikwidowania niebezpieczeństwa.
     Następna sprawa to narastanie w narodzie żydowskim przekonania, że tylko członkowie narodu wybranego mogą być zbawieni. Mimo że nigdzie w Piśmie Świętym, ani w Pięcioksięgu, ani u Proroków, przez których Bóg wyrażał swoją wolę, nie było takiego sformułowania, przekonanie to stało się powszechne u Żydów. I tak z faktem posiadania religii objawionej połączył się fanatyzm narodowy. Narodowość żydowska i wiara w Boga jedynego stały się absolutnie nierozdzielne. Bóg, który Żydów wybrał na światło świata, na wzór dla innych narodów, został przez nich uznany za wyłączną własność. Ale pozostało w świadomości Żydów przekonanie o obowiązku głoszenia prawdy objawionej tym, którzy jej nie znali. Stąd prozelityzm, czyli szerzenie religii żydowskiej wśród nie-Żydów. I tak poganie mogli też być zbawieni. Nigdy jednak nie mogli być zrównani w prawie z Żydem. Nawet jeżeliby poganin uwierzył w Boga objawionego, to nie mógł być równy Żydom. Nawet jeżeliby się obrzezał i zachowywał wszystkie przepisy, jakie zachowywali Żydzi.
     Jezus pojawił się, zapowiadając przyjście Królestwa Bożego, gdzie będzie się chwaliło Boga tak, jak głosili prorocy: W DUCHU I PRAWDZIE. Misję Pana Jezusa moglibyśmy określić jako usiłowanie przywrócenia istotnego sensu Przymierzu, jakie naród wybrany zawarł z Bogiem, a którego treścią była miłość Boga i bliźniego. Jezus wyciągnął z tej prawdy pełne konsekwencje. Dlatego mówił o nawróceniu w duchu i prawdzie. Mówił o modlitwie prawdziwej, a nie o takiej, którą krytykowali prorocy: „Ten lud czci Mnie wargami, ale jego serce dalekie jest ode Mnie”. Przestrzegał przed koncentrowaniem życia na liturgii i uroczystościach, przed niedocenianiem życia codziennego. Przypomniał to, co mówił Bóg ustami proroka: „Miłosierdzia chcę, a nie ofiary”. Przestrzegał, że „nie każdy, kto mówi Panie, Panie, wejdzie do królestwa niebieskiego, ale ten, co czyni wolę Ojca, który jest w niebiesiech”, a żyć w sprawiedliwości, to znaczy czynić sprawiedliwość dla niej samej – dla Boga samego, a nie na to, aby być widzianym przez ludzi. Dlatego wciąż napominał słuchaczy: Strzeżcie się, abyście sprawiedliwości waszej nie czynili wobec ludzi. Gdy więc pościsz, obmyj twarz, uczesz włosy; a gdy się modlisz, wejdź do izby twojej, a Ojciec, który widzi w ciemności, odda tobie.
     To, co Jezus chciał osiągnąć, wbrew pozorom wcale nie było łatwe. Po prostu wszystkie przepisy i zwyczaje tak bardzo zrosły się z życiem narodu, że nie było łatwo zrozumieć otoczeniu Jezusa, o co Jemu właściwie chodzi. I to nie tylko ludziom stojącym z dala, ale nawet samym apostołom, a więc tym, którzy mogli Go obserwować na co dzień i pytać o wszystko, o co tylko chcieli.
     Jezus zdawał sobie z tego sprawę. Stąd ta ogromna różnorodność środków wyrazu, jakie stosował w tym celu, aby wyjaśnić swojemu narodowi istotę Przymierza Bożego, które polegać ma na tym, by żyć w sprawiedliwości. Nie nakazywał więc uczniom swoim mycia rąk przed jedzeniem, zezwalał im, by w szabat zrywali kłosy zboża, uzdrawiał w szabat, wciąż szukał kontaktów z ludźmi uznawanymi za grzeszników i z celnikami.
     Oczywiście Panu Jezusowi nie chodziło o to, aby ludzie nie myli rąk przed jedzeniem albo nie czyścili naczyń, aby nie święcili sobót. Możemy Jego wystąpienia określić w naszej nomenklaturze jako żądanie „przekraczania” instytucji, dochodzenia do istotnych ich treści, wolności wobec nich – swobody wobec wszystkiego, co zostało zrobione przez ludzi, a służenia jedynie Bogu samemu: Prawdzie, Sprawiedliwości, Miłosierdziu.
     Po drugie, Pan Jezus uderzył w przekonanie, że tylko Żyd może być zbawiony. Chcę ci zwrócić uwagę na pierwszy zamach na życie Jezusa. To było właśnie wtedy, gdy Pan Jezus powiedział w Nazarecie: „Prawdziwie powiadam wam, że choć wiele wdów było w Izraelu za czasów Eliasza, gdy niebo się zamknęło na trzy lata i sześć miesięcy, i był głód wielki na całej ziemi, do żadnej z nich nie był posłany Eliasz, tylko do owdowiałej niewiasty w Sarepcie Sydońskiej. I wielu było trędowatych w Izraelu za proroka Elizeusza, ale żaden z nich nie był oczyszczony, tylko Naaman Syryjczyk”. Ale nie tylko wtedy mówił na ten temat. Przy okazji uzdrowienia sługi setnika powiedział: „Zaprawdę powiadam wam, u nikogo w Izraelu nie znalazłem tak wielkiej wiary. A mówię wam, że wielu przyjdzie ze Wschodu i z Zachodu i zasiądą z Abrahamem, Izaakiem i Jakubem w Królestwie Niebieskim. Synowie zaś Królestwa wyrzuceni będą na zewnątrz, do ciemności: tam będzie płacz i zgrzytanie zębów”. A więc nie jest istotne obrzezanie, nie jest istotna przynależność do narodu żydowskiego, tak jak nieistotne są wszystkie czynności sakralne. Ważna jest tylko miłość.
     W jednym z centralnych obrazów, które Pan Jezus rysuje – obrazie sądu ostatecznego, mówi: „Wtedy powie Król tym, którzy będą po prawicy Jego: Pójdźcie błogosławieni Ojca mego, i posiądźcie Królestwo zgotowane wam od założenia świata. Albowiem łaknąłem, a nakarmiliście Mnie”.
     Tam nie ma: „byliście obrzezani”. Tam nie ma: „należeliście do narodu żydowskiego, składaliście Bogu ofiarę, modliliście się”.  T y l k o  m i ł o ś ć.
     Pan Jezus był heretykiem w oczach Żydów przez te dwa założenia swojej nauki i dlatego musiał zginąć.
     I jeszcze jedno: W społeczeństwie Izraela funkcjonowała bardzo wyraźnie określona opinia w odniesieniu do bogactwa i ubóstwa, powodzenia i niepowodzenia życiowego, zdrowia i choroby. Pod wpływem pogańskich ludów ościennych od około 100 roku przed przyjściem Jezusa rozpowszechnił się wśród Żydów pogląd, że osiągnięcia życiowe zawsze są dowodem błogosławieństwa Bożego, a klęski – odrzucenia albo wręcz potępienia. Mówiąc wyraźnie: Człowiek bogaty, zdrowy, szczęśliwy zasłużył sobie na to powodzenie swoim uczciwym życiem. Człowiek biedny, chory, ułomny jest dotknięty przez Boga nieszczęściem jako karą za grzechy, których się dopuścił. Wniosek, jaki wypływał z takiego rozumowania, był jednoznaczny: każdy biedny, chory, ułomny cierpi za popełnione grzechy, ponosi słuszną karę od Boga. Stąd nie należy mu się współczucie od ludzi. Jeżeli został ukarany za grzechy chorobą, to powinien w pokorze znosić swoje cierpienie.
     Na tle tych przekonań rozumiemy reakcję, jaką wywołało uzdrawianie przez Jezusa niewidomych, głuchych, sparaliżowanych, trędowatych. Kapłani i faryzeusze potępili Jezusa. W ich oczach Jezus, uzdrawiając, tym samym sprzeciwia się woli Bożej. Sprzeciwia się wyrokowi sprawiedliwego Boga. Orzekli, że Jezus wyrzuca czarty mocą Belzebuba, księcia czartowskiego.
     Również w tym kontekście jest dla nas zrozumiałe, jakie rewolucyjne znaczenie miała przypowieść Jezusa o bogaczu i Łazarzu, w której po śmierci bogacz idzie do piekła, a Łazarz do nieba.
     Podobny skandal musiał wywołać obraz sądu ostatecznego przedstawiony przez Jezusa, gdzie Król, zwracając się do sądzonych, oskarża ich o obojętność wobec cierpiących, mówiąc m.in.: „Byłem chory, a nie nawiedziliście Mnie; byłem w więzieniu, a nie przyszliście do Mnie”. Najbardziej szokujące było ostateczne wytłumaczenie wyroku potępienia wobec tych ludzi, jakie Jezus podaje na zakończenie: „Cokolwiek uczyniliście jednemu z braci najmniejszych, Mnieście uczynili”. Wytłumaczenie niepojęte dla Żydów: Bóg utożsamia się ze wszystkimi cierpiącymi ludźmi.
     Ale głównym celem działalności Jezusa było nawracanie grzeszników: „Syn Człowieczy bowiem przyszedł szukać i zbawiać, co było zginęło”. Szukał ich. Przygarniał ich do siebie.
     To nie były tylko słowa, ale takie było również postępowanie Jezusa. Wchodził pomiędzy celników i grzeszników. Rozmawiał z nimi, siadał z nimi do stołu i posilał się wspólnie – co było dla ludzi ówczesnych dowodem wielkiej zażyłości i przyjaźni. Przykładem szukania kontaktu z grzesznikami jest wydarzenie z Zacheuszem, do którego Jezus sam zaprosił się na wieczerzę.
     Nie dość na tym. Do grona swoich najbliższych przyjaciół włączył celnika Mateusza. Faryzeusze i kapłani, wiedząc o Jego stawaniu po stronie grzeszników, wykorzystali to, aby spowodować wyrok śmierci na Niego. Przyprowadzili do Jezusa kobietę złapaną na cudzołóstwie, chcąc, by ją potępił.
     I grzesznicy wiedzieli o tym, jakie jest Jego nastawienie do nich. Przychodzili do Niego, jak niewiasta cudzołożna, która uklękła u Jego stóp, płacząc, gdy był na uczcie u Szymona Trędowatego.
     Na koniec może paść pytanie: Skąd to zgorszenie u faryzeuszy i kapłanów? Czy oni nie chcieli nawrócenia się grzeszników i celników? Owszem, chcieli. Ale ich nastawienie było zupełnie inne. Ich zdaniem grzesznik powinien się sam nawrócić. Potem ma przyjść do nich. Prosić o oczyszczenie. A wtedy oni, gdy uznają, że jego nawrócenie jest prawdziwe, gdy wypełni akt pokuty, udzielą mu przebaczenia i włączą do społeczności uczciwych wyznawców Boga prawdziwego.
     Postępowanie Jezusa było odwrotnością ich stanowiska. Jezus sam szedł pomiędzy grzeszników. Nie ograniczał się do nawoływania do pokuty, ale dawał im siebie i swoje towarzystwo, swoją przyjaźń.
     Najważniejszy jednak jest nie sam fakt takiego stosunku Jezusa do nieszczęśliwych: chorych, ubogich, grzeszników, lecz motywacja. Jego działalność jest tylko odbiciem tego, jakim jest sam Bóg. Bóg, którego Jezus ukazywał, był inny niż Bóg kapłanów i faryzeuszy. Wnioski, jakie z tego obrazu płynęły na codzienne życie, były sprzeczne z obowiązującymi poglądami.
     Bóg jest inny: Bóg jest dobry. Bóg się nie mści jak człowiek za grzechy człowieka. Ani za grzechy jego przodków. Bóg sprawia, że słońce świeci zarówno na grzesznych, jak i sprawiedliwych.
     Dobroć Boża najbardziej ujawnia się wobec grzeszników. Ukazywał to Jezus w jednej z najpiękniejszych przypowieści: o synu marnotrawnym. Lekkomyślny syn traci majątek, wraca do domu – wcale nie z wielkich pobudek, tylko dlatego, że głoduje – i wtedy Ojciec-Bóg wybiega mu naprzeciw, okrywa go swoją najlepszą szatą, wkłada na jego palec swój pierścień i urządza wielką ucztę na jego cześć, jak na cześć kogoś najbardziej upragnionego.
     Bóg, o którym mówi Jezus Chrystus, jest jak ten pasterz, który pozostawia 99 owiec i idzie szukać tej jednej, która zginęła. Jest jak ta niewiasta, która gdy zgubi jedną drachmę, dotąd szuka, aż ją znajdzie, a gdy ją znajdzie, zwołuje sąsiadki i mówi im: „Cieszcie się, bo znalazłam drachmę, którą zgubiłam”. Takiego Boga nie znali kapłani i faryzeusze i nie chcieli znać. Dlatego Jezus musiał zginąć.


                                                                                                         

strona: ...[18]  [19]  [20]  [21]  [22]  ...