Biblioteka
OSTRO ŻYĆ (dawny tytuł: TO NIE TAKIE PROSTE, MÓJ DROGI [dogmatyka])
strona 33



       PROTEST LUTRA


     Zachowałem w pamięci rozmowę z przypadkowo spotkanym pastorem protestanckim, który, patrząc na ludzi wychodzących w niedzielę z kościoła, powiedział do mnie: „To jest wasza przewaga. Wy nauczyliście swoich wiernych chodzić na Mszę świętą w niedzielę, a nasze kościoły są puste”.
     Tak, to prawda. Ale w tym powiedzeniu kryje się istotna różnica pomiędzy katolicyzmem a kościołami reformowanymi. Bo w gruncie rzeczy herezja Lutra, a także innych reformatorów tego czasu, dotyczyła przede wszystkim  i n s t y t u c j i  Kościoła. Spróbujmy tę rzecz pokazać w samych założeniach.
     Kościół jest społecznością ludzi wierzących w Chrystusa. Podstawą i punktem wyjścia dla tej społeczności jest Pismo Święte. Nowy Testament został spisany przez tych, którzy byli autentycznymi świadkami pierwszej gminy.
     Ale od samego początku w społeczności wiernych panowało najgłębsze przekonanie, że po to, aby być na co dzień prawdziwym naśladowcą Chrystusa, należy się wspólnie spotykać, by świętować Jego pamięć w obrzędzie Łamania Chleba. Ten akcent konieczności uczestniczenia w świętowaniu pamięci Męki, Śmierci i Zmartwychwstania Jezusa zawarty jest w Jego nakazie wypowiedzianym w czasie Ostatniej Wieczerzy: „To czyńcie na moją pamiątkę”. Chrześcijanie nie rezygnowali z tego mimo niebezpieczeństw, jakie spotkania eucharystyczne niosły, co miało miejsce w czasie prześladowania chrześcijan w pierwszych trzech wiekach, kiedy zebrania te umożliwiały władzom rzymskim stwierdzenie, kto jest chrześcijaninem, i dokonanie aresztowań.
     Ta świadomość konieczności uczestniczenia w niedzielnej Mszy świętej znalazła w czasach karolińskich kształt nakazu pod grozą grzechu. I to jest bardzo ważny i charakterystyczny akcent. A więc chociaż ci się nie chce, chociaż „nie widzisz potrzeby”, to w imię posłuszeństwa, pod grozą, że oddalisz się ze społeczności wierzących, musisz przychodzić w niedzielę na Mszę świętą.
     Oprócz tych centralnych środków uświęcania się, do jakich Kościół zobowiązywał wiernych, były również inne formy. Tu wymienić należy przede wszystkim obowiązek – pod grzechem – postu (post – albo tylko w sensie powstrzymywania się od mięsa, albo w sensie ograniczenia ilości spożywanego pokarmu: posiłek trzy razy dziennie, w tym tylko jeden posiłek do sytości) w oznaczone dni roku.
     Należy również wspomnieć o obowiązku, także pod grzechem, modlitwy. Znowu zwracamy uwagę na to sformułowanie „pod grzechem”. To znaczy: jeśli rezygnujesz z modlitwy, przynosisz sobie szkodę, odsuwając od siebie podstawowy środek, który ma ci dopomóc do intensywnego życia chrześcijańskiego. Pozbawiwszy się go, możesz dojść do obojętności i popaść w życie nieuczciwe. Tracisz łączność z Bogiem.
     Niezależnie od tego rodzaju nakazów „pod grzechem” stosowano też inne sposoby nacisku na wiernych, by wykonywali „uczynki zbawienne”. Były nimi odpusty – darowanie kar czyśćcowych – np. za odmówienie różańca, za uczestnictwo w pielgrzymce czy nabożeństwie itp.
     Gdy patrzymy w ten sposób na to zagadnienie, wszystko jest logiczne. Trzeba jednak widzieć niebezpieczeństwo, jakie kryje się w instytucjach religijnych. Każdy powtórzony czyn, słowo, ceremonia, śpiew, gest wyrastający z autentycznego przeżycia daje możność powrotu do tamtego przeżycia. Ale nie musi wywoływać tego przeżycia. Zależy to od naszej dobrej woli. Każda modlitwa, pieśń, gest, ceremonie liturgiczne łącznie ze Mszą świętą, które wyrosły z autentycznego przeżycia religijnego, przez nas powtórzone stwarzają tylko możliwość wzbudzenia w nas tego przeżycia na nowo. Ale nie w sposób automatyczny, lecz przy naszej świadomej współpracy, naszej dobrej woli. W tym akcie musi się niedwuznacznie zamykać świadomość, że ta uroczystość, nawet najświętsza, stanowi przygotowanie i pomoc do życia na co dzień.
     Istnieje niebezpieczeństwo przesunięcia akcentu, a nawet zafałszowania i wypaczenia. Po prostu zatrzymania się na instytucji religijnej, funkcji liturgicznej – a więc na członie pośrednim – bez dotarcia do istoty rzeczy. Pozostanie obowiązek, poczucie, że „należy uczestniczyć we Mszy świętej” czy też „zachowywać post”, a już nie dojdzie do przejścia tego przęsła i zrozumienia „po co”. Bo przeciw temu jeży się nasze lenistwo i bezwład. Bo w nas istnieje ciągły opór przeciwko bezinteresowności, bo to jest sprzeczne z krótkowzrocznie pojętym interesem, z naszym egoizmem. Inaczej mówiąc: wciąż istnieje niebezpieczeństwo, że nastąpi przerost instytucji religijnych z niekorzyścią dla życia codziennego. Może stać się tak, że wierni wciąż będą siedzieli w kościele, a życie codzienne będzie zaniedbane, albo też, co nie jest jednoznaczne z tym pierwszym, że w samych instytucjach świątecznych ujrzą cel istotny i całą służbę Bożą ograniczą do nich. I tak dojdzie do jakiegoś rytualizmu, stojącego na granicy albo czasem już będącego zabobonem i magią – co moglibyśmy stwierdzić niejednokrotnie w tamtych czasach, np. w kulcie świętych i ich relikwii. – To, co miało być środkiem, stanie się celem.
     Z kolei trzeba przypomnieć, że społeczność wierzących w Chrystusa przybrała organizacyjny kształt Kościoła. Tak jak każda dojrzała społeczność ludzka, tak i Kościół nie stanowi jakiejś anarchicznej bandy, ale społeczność, na której czele stoją ludzie odpowiedzialni za nią. Powiedzmy bardziej konkretnie: odpowiedzialni za przekaz, który ta społeczność otrzymała od swojego Założyciela, i z kolei starający się w pełnym tego słowa znaczeniu wprowadzać go w życie swoje i tych, którzy się wokół nich zgromadzili. Ci, których określamy mianem hierarchii kościelnej, stoją na straży tego, aby była zachowana pamięć o Jezusie. To po pierwsze, a po drugie: aby ta pamięć była nieskażona, aby obraz Jezusa nie był fałszywy. Ale z czasem, z powodu najróżniejszych zadań, jakich musieli się podejmować duchowni parafialni i zakonni, a i z powodów czysto egoistycznych, doszło nie tylko do materialnej potęgi i wysokiej pozycji duchowieństwa w dziedzinie polityki wewnętrznej państwa, lecz do ich – częściowo przynajmniej – uniezależnienia się od funkcji religijnych w ogóle lub do traktowania tych spraw jako środka do innych, świeckich celów. I tak ci, którzy mieli być „sługami” – zgodnie z poleceniem Jezusa – stali się niejednokrotnie panami, książętami, wielmożami.
     To wszystko widział Marcin Luter. Był księdzem i zakonnikiem (augustianin), uczonym i profesorem; człowiekiem o psychice bardzo skomplikowanej. Stanął przed ogromną piramidą instytucji, które funkcjonowały po części tylko dla siebie. Za jedyne wyjście uznał ich odrzucenie, ponieważ – tak uważał – wszystkie one są przeszkodą na drodze do autentycznej wiary w Chrystusa. Trzeba – tak głosił – Chrystusowi bezgranicznie zaufać. Na tej drodze wystarczającą pomocą jest Pismo Święte.
     Tym, co ostatecznie skłoniło Lutra do ujawnienia swoich przekonań, była akcja odpustów. Papież Leon X ogłosił w roku 1514, że wszyscy, którzy – obok wypełnienia zwykłych, duchowych warunków – złożą ofiarę pieniężną na budowę Bazyliki św. Piotra w Rzymie, otrzymają odpusty. Komisarzem tej akcji został mianowany książę Albrecht Brandenburski, metropolita w Moguncji, człowiek mający fatalną reputację, który część pieniędzy z tej imprezy zastrzegł dla siebie. Gdy kaznodzieja odpustowy Jan Tetzel, dominikanin, zbliżył się do Wittenbergi, przedstawiając w swych kazaniach w drastyczny sposób rolę czynnika pieniężnego, Luter nie wytrzymał i na Wszystkich Świętych 1517 roku ogłosił swoje 95 tez. Były to quaestiones disputatae. Stanowiły zaproszenie do dyskusji; tematem ich wszystkich były odpusty, ale ponieważ starał się iść możliwie głęboko, poruszył szereg istotnych spraw religii chrześcijańskiej.
     Jego hasłem jest „sama wiara”: tylko wiara może nas zbawić, już nawet nie uczynki. Nawet uczynki są podejrzane, bo mogą być obłudne, interesowne. W imię prawdziwej wiary Luter odrzucił sakramenty, oprócz Chrztu i Eucharystii. Zresztą Eucharystii nie rozumiał. Nie wyszedł poza ciasne scholastyczne sformułowania. Nie ujmował Mszy świętej jako uobecnienia Męki, Śmierci i Zmartwychwstania Jezusa Chrystusa – tak jak podawali starożytni pisarze chrześcijaństwa. Stąd wynikło wiele nieporozumień. Oprócz tego odrzucił śluby zakonne, celibat księży i całą hierarchię z papieżem na czele – bo po prostu to wszystko jest nieważne: zbawieni będziemy przez wiarę. Powoływał się, jak twierdził, nie na nowe hasła, nie chciał być nowatorem, ale tym, który nawiązuje do najautentyczniejszych dawnych tradycji, sądził, że powołuje się na starożytny Kościół.
     Jak ocenić naukę Lutra? Gdybyśmy chcieli przyjrzeć się bliżej jego założeniom, to musielibyśmy powiedzieć, że wyszedł on z prawd ewangelicznych – że tylko wiara może nas zbawić. Ale je zubożył. Bo Kościół uczy, że musi to być wiara żywa; wiara, która legitymuje się życiem uczciwym, czynami bezinteresownymi – z wiary jak z kwiatu wyrastać mają owoce: czyny. A po drugie, Kościół uczy, że instytucje religijne są potrzebne, choć mają wartość służebną. Mają służyć w tym celu, abyśmy mogli głębiej wierzyć – ażeby żyć tak jak Jezus.
     Czy faktycznie stało się tak, jak głosił Luter, Kalwin i Zwingli? Czy istotnie udało się ich uczniom ominąć instytucje religijne? Nie, bo to jest niemożliwe. Ograniczyli ich rozmiary. Ale możemy u nich stwierdzić, nawet w okresie bardzo wczesnym, istnienie najrozmaitszych form nabożeństw religijnych, a również hierarchii kościelnej (np. intendenci, superintendenci), nie mówiąc o innego typu instytucjach, jak np. w wypadku Kalwina – inkwizycji, która skazała na spalenie mnóstwo ludzi.
     Od tamtych czasów upłynęło wiele lat. Postawmy sobie pytanie: jak wygląda sytuacja współczesna protestantyzmu? Nie jest on jednolitym organizmem, ale przypomina kolorową mozaikę. Na całość składają się małe lub większe społeczności, różniące się bardzo od siebie. Są takie, które odrzuciły prawie wszystkie instytucje religijne łącznie z Eucharystią. Wierni, jeżeli się spotykają, to tylko po to, by śpiewać psalmy i słuchać kazań: wykładu Pisma Świętego – a więc w końcu znowu jakaś instytucja. Z drugiej strony są odłamy, które praktykują Mszę świętą i sakramenty, a nawet kultywują życie zakonne.
     Gdy to piszę, mam przed oczami smukłe postacie w białych, prostych habitach – założycieli protestanckiego klasztoru Taizé, których często spotykałem podczas soboru na obradach. Czy dojdzie do jedności pomiędzy Kościołem katolickim a protestanckim? Ufamy, że tak. Chociaż to jeszcze długa droga.

                                                                                       
 

strona: ...[31]  [32]  [33]  [34]  [35]  ...