Biblioteka
OSTRO ŻYĆ (dawny tytuł: TO NIE TAKIE PROSTE, MÓJ DROGI [dogmatyka])
strona 49



       GDY PRZYJDZIE NA CIEBIE CHOROBA


     To było bardzo dawno. Tak dawno, że prawie nieprawda. Wezwano mnie do chorego: przyjechała góralska furka, znajomy gazda. Spytałem:
     - To u was ktoś choruje?
     - Nie, to sąsiedzi przysłali; nie mają swojego konia.
     Daleko było. Dojechaliśmy do wsi, potem przez wieś, skończyła się bita droga, jechaliśmy jakimiś wertepami przez potoczki. Było chyba już ze dwie godziny.
     - To w tej chałupie tam na brzysku – pokazał mi widniejący na górce dach.
     - Szkoda konia, zostańcie tu, za chwilę wrócę – powiedziałem.
     Wspinałem się na wzgórze, zaszedłem przed dom. Zobaczyłem, że na dachu siedział stary człowiek i wymieniał zepsute gonty.
     - Gazda – zawołałem – kto tu wzywał księdza do chorego?
     - A dyć jo. Pocekojcie chwilecke, zaroz złaze.
     Zdumienie moje było absolutne. Schodził z trudem po drabinie. Wszedł do domu. Jeszcze od drzwi się odwrócił i powiedział:
     - Pocekojcie jesce kapke. Jo tylko wlize do łózka.
     Tak się i stało. Byłem trochę zły. Dwie godziny w jedną stronę. Powiedzieli, że do chorego, a chory siedzi na dachu i gonty naprawia. Spowiedź, Komunia święta. Potem chciałem już wracać, a on spytał:
     - A olejki?
     - Po co wam Namaszczenie, przecież nie jesteście poważnie chorzy – odpowiedziałem.
     - Jegomość, po prowdzie, to jo mom wielgą chorość w sobie.
     - Jak potraficie jeszcze dach naprawiać, to tacy chorzy nie jesteście.
     Wtedy mi wyjaśnił:
     - Widzicie, ni mo kto w chałupie robić. Syna przywaliło w lesie, została kobita z drobiazgiem. Prziseł holny i popsuł dach. Trza było go zrychtować, coby się do izby nie loło. To sie tyz nie dziwujcie. Jo chyba fnet bede umiroł.

     Jest czas życia, jest czas choroby. Nie martw się, że tego nie rozumiesz. Gdy ktoś jest zdrowy, nie potrafi zrozumieć tego, kto jest chory. Nie potrafisz ty, gdy jesteś zdrowy, zrozumieć swojego życia z czasu choroby. Ale przypomnij sobie, jak byłeś chory ostatni raz. Proszę cię o to, chociaż wiem, że nie bardzo pamiętasz, bo to jest prawie niemożliwe. W chorobę wchodzi się jak w grzęzawisko i wychodzi się szczęśliwym jak ten, kto poczuje twardy grunt pod nogami. Wtedy nie chce się wracać nawet myślami do przeżytego koszmaru. Ale spróbuję przypomnieć ci, jak to było np. w czasie ostatniej twojej grypy: gorączka, łamanie w kościach, bóle głowy, brak apetytu, poty, osłabienie całego organizmu. Przeszkadzają włosy, przeszkadza piżama, pali poduszka, ciąży gorąca kołdra. Pod powiekami piasek. Lepkie ręce, sucho w ustach, razi światło, dokucza hałas, godziny się wloką. Spać się nie chce, żyć się nie chce. To wszystko w sumie nie trwało tak długo – ile tych dni choroby: trzy, sześć, dziesięć. Ale tu jeszcze nie było obłędnego bólu, który tnie jak nożem dzień i noc. Jeszcze nie było rozpaczliwego wołania o pomoc, o ratunek. Jeszcze nie widziałeś przerażonej twarzy matki. Jeszcze nie widziałeś płaczącej matki obok twego łóżka. – Potem powoli zaczynałeś wstawać, na miękkich nogach, lekko się zataczając. Może ktoś cię zdziwił stwierdzeniem: „No toś się wylizał, a było tak, że nam się zdawało, że z tobą może być źle”. Chociaż nie dałeś po sobie tego poznać, zaskoczyło cię to zdanie. Co to znaczy, że było ze mną źle? To znaczy, że ja mógłbym umrzeć? Ja umrzeć? Niby wiesz o tym, że każdy musi umrzeć, ale nigdy nie myślałeś o tym w odniesieniu do siebie. „Kiedyś, teraz jeszcze czas”. A może nawet ci tego nikt nie powiedział. Ty wracałeś powoli do normalnego życia. Jeszcze nie wychodziłeś na pole, ale już trochę wstawałeś. Wciąż jeszcze utrzymywał się stan podgorączkowy. Już próbowałeś się uczyć, choć naprawdę byłeś jeszcze słaby; nie chciało ci się jeść. Zacząłeś rozglądać się po domu. Patrzyłeś na siebie i na wszystkich trochę z boku: dom inaczej wyglądał z łóżka. A może przy tym przyglądaniu się ludziom i sobie spostrzegłeś się, że przez cały czas choroby nie modliłeś się ani razu. Wytłumaczyłeś się przed samym sobą: byłem słaby. Ale przyszło zastrzeżenie. „A gdybym tak był długo chory, a gdybym tak umarł”. Może się zdarzyło w czasie tej choroby, że przyszedł do ciebie twój ksiądz: ten, który cię uczył, albo inny, z którym zaprzyjaźniłeś się przez rodziców. Nawet nic nie mówił o Panu Bogu. Życzył ci, żebyś jak najprędzej wrócił do zdrowia. Powiedział coś na temat słuchania lekarza i rodziców, pożartował i poszedł. Ale sama jego obecność jakoś przypomniała ci o Panu Bogu.
     Już teraz wiesz, o co mi chodzi. Chodzi mi o to, aby ci pokazać, czym jest Namaszczenie Chorych. Choroba rozbija twój organizm i twoją psychikę, wyniszcza i demobilizuje. A przecież ty jesteś człowiekiem i musisz żyć jak człowiek również i w chorobie. Ty jesteś chrześcijaninem i Chrystus musi być dla ciebie wzorem również i w chorobie.
     Znakomicie sobie zdaję sprawę, jak to jest trudno opanowywać się w chorobie, nie narzekać, nie skarżyć się, nie domagać się od otoczenia rzeczy niemożliwych, słuchać poleceń, rad lekarza i tych, którzy się tobą opiekują: przestrzegać diety, jeść te posiłki, które są dla ciebie przygotowane, przyjmować lekarstwa, zastrzyki. Mimo że jesteś rozklekotany, musisz się trzymać w garści. Musisz nad sobą panować. A w tym celu powinieneś się modlić, nie opuszczać twoich zwyczajnych modlitw. W niedzielę, kiedy nie możesz iść do kościoła, przynajmniej myślami uczestniczyć we Mszy świętej. Oprócz tego, gdy cię na to stać, odmów różaniec, przeczytaj fragment Pisma Świętego – żebyś mógł znosić swoją chorobę po chrześcijańsku. A może jeszcze zawiadom swojego księdza, że jesteś chory – żeby cię odwiedził.
     A teraz sobie wyobraź, że chodzi nie o zwyczajną chorobę, ale ciężką, długą, kiedy może trwa walka o życie. Wtedy do osłabienia na skutek wyniszczającego działania choroby dołączają się lęki przed grożącą śmiercią. Przychodzą wyrzuty sumienia z powodu popełnionych grzechów, zmarnowanego życia, niewykorzystanych okazji do czynienia dobrze. Możesz sobie wyobrazić, jak wtedy potrzeba człowiekowi pomocy Bożej, żeby opanować swoje nerwy, żeby spokojnie, z ufnością w opatrzność i miłosierdzie Boże patrzeć w swoją przyszłość i przeszłość. Wyrazem tej postawy jest sakrament Namaszczenia Chorych. Ale on jest zarazem pomocą, jaką niesie Kościół ciężko choremu człowiekowi: pomaga mu, aby potrafił być chrześcijaninem w swojej trudnej sytuacji. Symbolem tej postawy jest właśnie Namaszczenie Chorych. Jest więc wyrazem tego, co ty czujesz: czym ty chcesz być za wszelką cenę; a z drugiej strony jest pomocą Kościoła do tego, abyś mógł znosić swoją chorobę, mając ideał Chrystusa przed oczyma.
     Może powiesz: „Ale coś tu się nie zgadza. Słusznie, tak jest, jeżeli chodzi o człowieka w chorobie. A przecież słyszałem, że Namaszczenia ksiądz udziela nawet w dwie godziny po śmierci klinicznej – przecież to chyba, wobec tego, co zostało powiedziane, nie ma sensu. Po co namaszczać trupa?” Masz w stu procentach rację. Zmarłego nie ma co namaszczać. Ale z pewnością słyszałeś o tak zwanych wozach reanimacyjnych: karetkach pogotowia wyposażonych w najrozmaitsze instrumenty, umożliwiające czasem przywrócenie człowieka do życia nawet już po śmierci klinicznej. Zauważ, że obrzęd sakramentu Namaszczenia Chorych koncentruje się na kreśleniu krzyża świętego olejem świętym na czole i rękach – i modlitwie kapłana. Nie wiem, czy zwróciłeś na to uwagę: w tym obrzędzie nie ma żadnych dialogów, nie wymaga on żadnych odpowiedzi od tego, kto ten sakrament przyjmuje, jak to jest w innych sakramentach. To dlatego, że nawet wtedy, kiedy człowieka na nic nie stać, kiedy już na nic nie ma siły, kiedy traci władzę nad swoim ciałem, jeszcze Kościół do niego dociera poprzez dotyk i słuch, na to, ażeby mu przekazać swoją modlitwę za niego, żeby go pobudzić do wiary, nadziei i miłości.
     Sam pamiętam szereg takich wypadków, gdy przychodziłem do chorego za późno – czasem z winy jego otoczenia, które „nie chciało przestraszyć chorego księdzem”, czasem bez niczyjej winy – gdy już umarł. Wtedy namaszczałem go Olejem świętym i głośno się modliłem. Bywało, że czyniłem to sam, gdy odeszli zaaferowani sprawami pogrzebowymi jego bliscy. Modliłem się głośno, licząc się z tym, że może mnie usłyszy i resztką swojej świadomości połączy się z Chrystusem.
     Ale to są wypadki nietypowe. Sakrament Namaszczenia Chorych jest przeznaczony dla tych, którzy po prostu chorują.


                                                                                                       

strona: ...[47]  [48]  [49]  [50]  [51]  ...