Biblioteka
POMYSŁ NA SIEBIE (dawny tytuł: TO NIE TAKIE PROSTE, MÓJ DROGI [etyka])
strona 21




MYŚLENIE

Myślenie ma kolosalną przyszłość

     Niedawno zadzwoniono do mnie: „Proszę księdza, jak się nazywa biskupie nakrycie głowy?” „Infuła” – odpowiedziałem. „Dziękuję” – słuchawka trzasnęła. „Aha – pomyślałem – krzyżówka”.
     Znałem człowieka, który był chodzącą encyklopedią. Na każdy temat mógł mówić, i to dużo. Pamiętam jednak parę jego artykułów w jakimś piśmie. To był zestaw całego szeregu poglądów rozmaitych ludzi. To nie był artykuł. Brakowało własnej koncepcji autora. Był to typowy człowiek nieinteligentny.
     Słuchałem, jak układano w szkole prowincjonalnej program wyjazdu do Krakowa: „Przed południem Wawel, w południe Muzeum Narodowe, wieczorem sztuka teatralna”. Jakie może być wrażenie z takiej wycieczki? Smak suchej bułki z kiełbasą i ogromne umęczenie nóg, w końcu – w teatrze – wygodny fotel, w którym przyjemnie się spało. Uczestnicy wycieczki wrócili na pewno głupsi niż wyjechali, dlatego że przedtem jeszcze wiedzieli, że nie znają Wawelu i Muzeum Narodowego, a teraz uważają, że znają. Jaki z tego wniosek? Wcale nie jechać? Jechać. Wyjechać po południu, wstąpić na kawę albo na herbatę i ciastka, pójść do teatru i wrócić. Jeśli chodzi o muzeum – można młodzież przywieźć, pokazać kilka obrazów, najlepiej jednego malarza, a później dla odprężenia jakiś lekki film i wrócić. Na takich obiektach jak Wawel powinna być wywieszona kartka: dozwolony dla wycieczek od lat 18. – Powiesz mi: przesada. Taki plan jest nierealny, nikt nie da zezwolenia na to, aby jechać do miasta w tym celu, by w muzeum zobaczyć parę obrazów. Zgoda, przesada. Ale chciej mnie zrozumieć: mnie chodzi o ukazanie problemu jako takiego. Bo co innego, gdy mieszkające w Krakowie dziecko idzie z mamą na Mszę świętą na Wawel, a co innego, gdy przybyszowi z prowincji, który przyjechał, aby oglądać najwspanialsze zabytki kultury polskiej, pokazuje się wydeptane schody, powyginaną blachę bramy z dość niezgrabnie powycinanym „K”, kryptę św. Leonarda, o której poprzednio mu się mówiło, że jest najwspanialszym zabytkiem sztuki romańskiej Krakowa, „a to takie niskie, małe”. Trochę przesadzam, ale tylko trochę.
     Marzyłem o wyjeździe do Włoch. O tym, jak chodziłbym po pięknej Florencji, Wenecji, Padwie. To tu bym stanął, to tam. O tym, że dobrze byłoby jechać we dwójkę albo trójkę, pokazalibyśmy sobie to, co by się nam podobało. Nie czytałbym żadnego objaśnienia ani tabliczki, nie pytałbym, kto namalował lub wyrzeźbił. To dopiero za dziesiątą bytnością. I to zrealizowałem: chodziłem po Wenecji w dzień i w nocy, a gdy się trochę zmęczyłem, siedziałem na placu przed bazyliką św. Marka i słuchałem orkiestr, popijając rozmaite napoje. Błądziłem po uliczkach Rzymu, Londynu, Paryża i starałem się „nie zwiedzać”. Nie wypatrywać napisów, nazwisk, adresów, dat i nie zapamiętywać. Nawet dla pewnej przekory nie pojechałem do Asyżu ani na Capri.
     Wcale nie chodzi o to, aby przeczytać wszystkie, nawet najlepsze, książki na świecie, zobaczyć wszystkie zabytki, najlepsze filmy i sztuki teatralne. Jeżeli ktoś myśli, że na tym polega upowszechnienie kultury, to na pewno źle myśli. Dziecko, człowiek musi mieć oddech. Musi mieć czas na podziw, na zamyślenie, na to, aby przy obiekcie, który go zainteresował, mógł postawić pytanie: „Co to”, „Dlaczego”. A takie pytanie jest wstępem do późniejszego samodzielnego myślenia.
     Sądzę, że w krzyżówkach, quizach, a zwłaszcza w stłoczeniu wiadomości w programie szkolnym kryje się duże niebezpieczeństwo: wyrabianie przeświadczenia, że inteligencja polega na posiadaniu wiadomości.
     Dla zilustrowania tego, o co mi chodzi, posłużę się trochę naiwnym przykładem.
     Spotyka się czasem zdanie, że najbardziej ogłupiające są studia medyczne: „Dziękować Bogu, kości ma człowiek bardzo dużo, a wszystkich nazw trzeba się nauczyć i po polsku, i po łacinie. Gdyby tylko kości. Na wyższych latach jest farmakologia: wszystkie lekarstwa po polsku i po łacinie, a niektóre wraz ze składami chemicznymi. Typowe kształcenie samej pamięci”. Ale ciekawa rzecz: lekarze są na ogół inteligentni. Zdawałoby się, że jedno przeczy drugiemu. Spróbujmy jednak przyjrzeć się, jak pracuje lekarz. Przychodzi do niego człowiek i zaczyna opowiadać o swojej chorobie. Lekarz uzupełnia wywiad np. metodą osłuchową. Jeżeli mu to nie wystarcza, poleca pacjentowi wiele analiz. Dopiero na podstawie tych wszystkich danym stawia diagnozę. To jest pierwsza część pracy. Druga – to podanie sposobu leczenia. A więc np. seria zastrzyków, jakieś proszki, do tego odpowiedni sposób życia i odżywiania się. Lekarze muszą więc myśleć.
     Na czym polegać powinno kształcenie ogólne? Na równomiernym ćwiczeniu dwóch funkcji umysłu: pamięci i inteligencji.
     Po pierwsze, pamięci: pani nauczycielka zadała wiersz i kazała się nauczyć na pamięć. Ale to nie jest wszystko. Przychodzi tabliczka mnożenia: Ile jest 7x8? Nie dość na tym: z historii - daty, z biologii – gatunki, rodziny zwierząt i roślin, z fizyki – prawa, z chemii – wzory chemiczne.
     Równocześnie wymaga się od ucznia umiejętności operowania posiadanymi wiadomościami, rozróżniania podobnych faktów, budowania syntez na podstawie szeregu pojedynczych przypadków, wyprowadzania z twierdzeń ogólnych wniosków szczegółowych, pisania zadań, np. „Charakterystyka Antka” czy: „Przyczyny rozbiorów Polski”.
     Ideałem jest takie ukształtowanie umysłu, aby pamięć i inteligencja były rozwinięte równomiernie.
     O tym i ty musisz wiedzieć.

                                                                                                   
 

strona: ...[19]  [20]  [21]  [22]  [23]  ...