Biblioteka
POMYSŁ NA SIEBIE (dawny tytuł: TO NIE TAKIE PROSTE, MÓJ DROGI [etyka])
strona 36



CHŁOPIEC – DZIEWCZYNA


Koedukacja od innej strony


     Patrzysz w książkę i nagle uświadamiasz sobie, że nie myślisz o tym, nad czym siedzisz, tylko o niej. Dźwięczą ci w uszach słowa, które powiedziała do ciebie na pożegnanie. Zastanawiasz się nad tym, co one mogły znaczyć. Usiłujesz znaleźć w nich – jeżeli nawet nie w treści, to w intonacji – jakieś ślady świadczące jak nie o miłości, to przynajmniej o sympatii do ciebie. I wtedy stwierdzasz po raz któryś z rzędu, że chyba ją kochasz. Bo przecież wciąż masz ją przed oczami, śnisz o niej, budzisz się po nocach z myślą o niej, wciąż łapiesz się na tym, że wszystkie swoje sprawy ustawiasz po d tym kątem, jak ona by je oceniła, co by na ich temat powiedziała. Nie możesz doczekać się, kiedy ją znów zobaczysz. Gdy znajdzie się w zasięgu twego wzroku, nie możesz od niej oderwać oczu. Rzucasz książkę, wychodzisz do miasta pod pozorem załatwienia czegoś, a właściwie dlatego, że masz nadzieję spotkać ją gdzieś. Przechodzisz burze zazdrości, gdy ją z kimś innym zobaczysz, gdy uśmiecha się do kogoś innego, gdy chociażby tylko z kimś innym rozmawia.
     Może TO przyszło na ciebie stopniowo; w jakiś sposób zacząłeś ją zauważać. Spostrzegłeś prawie przypadkowo, że ma śliczne oczy, nadzwyczaj długie rzęsy, a może, że włosy jej tak śmiesznie się kręcą. Stwierdziłeś nagle, że ma bardzo ładny chód, że jak się uśmiechnie, to naraz jaśniej robi się w pokoju. A może było inaczej? TO spadło na ciebie jak piorun: ot po prostu wbiegłeś w ostatniej chwili do teatru, przeciskałeś się z trudem przez rzędy siedzących, wreszcie cały zaaferowany klapnąłeś na swoim miejscu, podniosłeś głowę, żeby zobaczyć, jakimi sąsiadami obdarzyły cię losy, i wtedy właśnie zbaraniałeś: zobaczyłeś Dziewczynę. Przyszło na ciebie to, co ktoś określił miłością od pierwszego wejrzenia.
     Ale błagam: nie mów jej od razu, że ją kochasz. Nie klękaj przed nią na kolanach, dosłownie albo niedosłownie, i nie mów jej o swojej miłości. Nie przyrzekaj wierności dozgonnej. Poczekaj. Poczekaj: może twoje pierwsze wrażenie zostanie potwierdzone przez życie. A może nie.
     Tak niedawno rozmawiałem z chłopcem – mój Boże, już nie całkiem chłopcem, przecież skończył studia – który oświadczył mi z zachwytem w głosie, że się żeni. Zapytałem:
     - Kochasz ją?
     - Tak, bardzo.
     - Od jak dawna ją znasz?
     - Od dwóch miesięcy.
     - A ile razy się w tym czasie z nią spotkałeś?
     - No, kilka razy. Ale ja jestem szybki w decyzji.
     - Nie, stary – mówię mu – to wszystko za krótko trwa.
     Spotkałem go po jakimś czasie:
     - No i co z tym ślubem?
     - Ech, nie wiem.
     - Czemu?
     - Bo mi się zdaje, że nic z tego nie będzie.
     - Jakże to? Proponowałeś jej małżeństwo?
     - Niestety tak.
     - A co, odmówiła.
     - Nie, ale ja doszedłem do przekonania, że to nie to. Nie bardzo wiem, jak się z tego teraz wykręcić.
     W tej sprawie kolosalną pomocą jest to, że kształcisz się ramię w ramię razem z dziewczętami. W szkole wyłącznie żeńskiej spotkania dziewcząt z chłopcami są przelotne. Spotykają się na herbatce urządzonej z okazji imienin koleżanki, na zabawie szkolnej czy też w drodze do szkoły. Gdy zdarza się, że jakiś chłopiec zrobi na którejś z dziewcząt „duże wrażenie”, pojawia się stale w jej myślach, budzi uczucie sympatii, wtedy ma ona trudności natury podstawowej: nie zna go. Co ona o nim wie? Zamienili kilka zdań, zapamiętała jego uśmiech i oczy, pozostało w niej radosne wzruszenie, które przeżyła przy spotkaniu. A teraz siedzi przy swoim stole, patrzy w okno i marzy. Może powiesz: „Niewiele ma materiału do marzenia”. Tak, ale pomaga jej fantazja: całe piękno wyczytane w książkach, zobaczone w filmach, przeżyte, łączy z tym chłopcem. Do kilku punktów znanych dokomponowuje ogromną resztę. Nowe spotkania nie powiększają realności tego obrazu. Powstaje w niej wyobrażenie chłopca niewiele mające wspólnego z rzeczywistością. Każda nowa wiadomość działa podniecająco. Wszystkie obojętne czy niejasne szczegóły tłumaczy na korzyść swojej sympatii. A równocześnie odnosi je do siebie. „Dzisiaj miał takie cienie pod oczami. Z pewnością czymś się martwi. Czy może ktoś mu powiedział coś złego o mnie?” „Zaczął się inaczej czesać. Może dlatego, aby mi się bardziej podobać?” „Ta pani, z którą szedł wczoraj, to jest jego okrutna mama, która mu na nic nie pozwala”. Jest więc już nie tylko królewicz, ale królewicz trzymany w wysokiej wieży.
     Ale ty uczysz się razem z chłopcami. I dlatego masz szansę zobaczenia swego bohatera w życiu. Być może, że ten bohater wyjdzie do odpowiedzi, stanie jak kołek i zacznie coś mamrotać od rzeczy. Albo w pożyciu z kolegami będzie niesolidarny, albo okaże się stołową nogą na boisku. A może chłopiec, którego nie dostrzegłaś, zaimponuje ci inteligencją i prawością. Może dziewczyna, która zrobiła na tobie kolosalne wrażenie, która jest zgrabna, ślicznie uczesana, ma ładną buzię i gustownie się ubiera, okaże się absolutnie głupia, złośliwa albo kłótliwa, a może jest obrzydliwą plotkarą. A ta, na którą nawet nie spojrzałbyś na ulicy, wzbudzi twój podziw, stanie się bliska.
     Sądzę, że już mniej więcej rozumiesz, o co mi chodzi: O to, abyś oceniał dziewczynę – czy chłopca – jak człowieka, a nie wyłącznie na podstawie wyglądu zewnętrznego. Możliwość takiego poznania daje właśnie szkoła.
     A to nie tylko klasa, to również np. wycieczki. A wycieczka to kawał bogatego życia. Daje mnóstwo sytuacji nieprzewidzianych. W nich ukazuje się prawdziwe oblicze człowieka. Bo na wycieczce albo deszcz pada, albo słońce dopieka, albo ktoś z grupy „spuchł” i opóźnia tempo, innemu trampki się rozlatują, a tamten dostał od mamy placek ze śliwkami i, korzystając z zamieszania, wrąbał go za krzakiem.
     Może powiesz: „Moja sympatia nie jest ze mną w klasie, to na nic”. Nie szkodzi. Jeżeli nauczysz się innych oceniać właściwie, wierzę, że i w stosunku do niej będzie ci łatwiej zachować krytyczne spojrzenie.
     Tragedia małżeńska nie dzieje się przypadkowo. W ogromnej większości powodem jest rozczarowanie. Nagle im się oczy otwierają i widzą siebie w całej prawdzie: takimi, jakimi są w rzeczywistości. Stwierdzają, że kogo innego pojęli za męża, z kim innym się ożenili, aniżeli myśleli. Patrzą na siebie jak na obcych. Dotąd była nieprawda: oboje grali przed sobą nawzajem innych ludzi na to, aby sobie znaleźć męża, znaleźć żonę. Dotąd była walka, staranie się, usiłowanie zdobycia, teraz można spocząć na laurach. Jej się zdaje, że już „ma” męża, jemu się zdaje, że już „ma” żonę na kształt zakupionego mebla. Sprawa z głowy.
     Zaobserwuj te kobiety nieuczesane, w rozdeptanych pantoflach, w brudnych szlafrokach. Zauważ tych mężów nieogolonych, wałęsających się po mieszkaniu w rozchełstanych koszulach. Czy oni przypominają tych wysztyftowanych narzeczonych sprzed paru miesięcy albo lat? Czy to znaczy, że oni się przestali ubierać? Ach nie. Gdy wychodzą na ulicę, na imieniny, z wizytą, do teatru, do kina ze zdumieniem spostrzegasz, jak znakomicie przypominają tamtych z okresu narzeczeństwa, gdy walczyli o miłość i sympatię. I są uprzejmi, uśmiechnięci, serdeczni, bardzo mili – nawet dla siebie – jak za najlepszych czasów.

                                                                                        

strona: ...[34]  [35]  [36]  [37]  [38]  ...