Biblioteka
HISTORIA KOŚCIOŁA
strona 23

 


WCZESNE ŚREDNIOWIECZE

 
     Gdy w naszych włóczęgach dotarliśmy do zamku Chojnik, usłyszeliśmy tam taką legendę: Dawno temu mieszkał tu książę z córką jedynaczką, której w głowie były wyłącznie polowania i zabawy rycerskie, a nie sprawy domu. Starającym się o jej rękę postawiła jeden warunek: objechać na koniu zamek po szczycie jego murów obronnych. W jednym miejscu, tuż nad przepaścią, było załamanie muru pod kątem prostym. Jej okno wychodziło na tę partię obwarowań. Żaden z ubiegających się nie zdołał tego trudnego miejsca przejechać. Wszyscy, którzy tego próbowali, spadali na jej oczach w przepaść. Aż razu pewnego przyjechał na zamek nieznany rycerz. Ujrzała go księżniczka przy stole podczas kolacji. Zrobił na niej ogromne wrażenie. Po kolacji, gdy zostali sami mężczyźni, on wyjawił cel swojej wizyty: przybył, aby objechać mury. Gdy księżniczka się o tym dowiedziała, ubłagała ojca, aby delikatnie mu wytłumaczył, że ona jest gotowa wyjść za niego za mąż, chociaż on nie dopełni warunku przez nią postawionego. Rycerz odmówił. Księżniczka ze zdenerwowania nie spała całą noc. Rano, gdy zagrały trąby na znak rozpoczynającego się objazdu, zdawała się odchodzić od zmysłów. Nie podchodziła do okna, ale i tak usłyszała delikatne stąpanie konia, zbliżającego się do tragicznego zakrętu. Chwila strasznej ciszy... i znowu dalszy powolny stukot kopyt końskich po murze. Zakręt pokonany. Jak szalona zbiegła na dół – rycerz właśnie zjeżdżał z murów. I wtedy, gdy myślała, że zejdzie z konia i poprosi ojca o jej rękę, ukłonił się i odjechał w świat. Legenda mówi, że z rozpaczy rzuciła się w przepaść.

     Wczesne średniowiecze to czasy pełne grozy. Gdy zdawało się, że Europa zorganizowana przez Karola Wielkiego i jego następców jest na drodze do świetnego rozwoju społecznego, gospodarczego i kulturalnego, wtedy nastąpił najazd Normanów – „ludzi z Północy”. To nie był jakiś jednorazowy napad łupieski. Mieszkańcy Skandynawii – Norwegii, Szwecji i Danii – dokonywali od VIII do XI wieku wciąż nowych wypraw zdobywczych. Na swoich długich a wąskich łodziach, zabierających do 40 wojowników, przemierzali morza, prąc na południe i zachód. Wtargnęli rzekami w głąb Europy, utworzyli bazy i wyruszali z nich na systematyczne podboje. Parę faktów dla przykładu: w roku 845 zburzenie Hamburga, splądrowanie Paryża. Od roku 865 podbój Anglii. W roku 879 uderzenie na ziemie od Łaby do Garonny. Grupa Duńczyków, która usadowiła się w centrum Cesarstwa Karolińskiego, zniszczyła Kolonię, Trewir, Metz, Akwizgran, Amiens, oblegała Paryż, gdzie chrześcijanie stawili rozpaczliwy opór. Do pełnego obrazu trzeba dodać i to, że Europa równocześnie była atakowana ze Wschodu przez Madziarów (wypady ich sięgały aż do północnej Italii), a z południa przez Saracenów. Ci między innymi osiedlili się w Alpach, odcinając Półwysep Apeniński od reszty Europy, i zdawało się, że nie ma siły, która potrafiłaby ich stamtąd usunąć.
     Wczesne średniowiecze było czasem grozy, tym bardziej, że jak zawsze, gdy obraca się w ruinę ustalony porządek, korzystali z zamieszania wichrzyciele. Pojawił się nowy typ ludzi nazywanych z trwogą: „Raubritter” – rycerze-zbóje. Budowali warownie w niedostępnych miejscach, najczęściej w pobliżu traktów handlowych, skąd napadali na okoliczne zamki, na karawany kupieckie. Ludzie szukali ratunku. Widząc, że sami nie potrafią się obronić, poczęli się wiązać z sąsiadami, a nawet zwracali się do potężniejszych od siebie z prośbą o wzięcie ich w obronę. W ten sposób poczęła się gwałtownie usztywniać drabina feudalna. W zasadzie była tworem typu agrarnego. Ale te czasy ciągłego zagrożenia nadały jej charakter militarny. Każdy właściciel ziemski – rycerz był zobowiązany do dostarczenia pewnej, wyznaczanej w zależności od posiadanego majątku, liczby ludzi pod swoim dowództwem na wypadek potrzeby wojennej.
     Ten stan ciągłego napięcia, pogotowia wojennego, prowadził do częstych, czasem nawet bardzo częstych konfliktów pomiędzy feudałami, napadów, najazdów czy wprost formalnych małych wojen. Życie w takich warunkach było nieznośne tak dla nich samych, jak i ludzi z nimi związanych, im podległych, rolników, rzemieślników, mieszczan. Kościół usiłuje ten stan zmienić. Jednym ze sposobów jest „Treuga Dei” – Pokój Boży: dni czy okresy, w których pod groźbą kar kościelnych nie wolno było chwytać za broń. Inny sposób to wychowywanie tych ludzi. Stawianie im przed oczy ideałów obrony religii chrześcijańskiej i obrony ludzi bezbronnych, opuszczonych, zwłaszcza wdów i sierot. Ideałów, które zamykają się w słowie „rycerskość”, „wierność”.
     Upowszechnia się przekonanie, że polegli w walce o dobrą sprawę otrzymują zbawienie wieczne, że polegli w walce o realizację Kościoła Bożego na ziemi są równi męczennikom. Wytwarza się specyficzna kultura rycerska. Jak zawsze, tak i tutaj mają swoją wymowę poezja, legendy, pieśni. Jest ich dużo: Chansons de geste, z najsłynniejszą Pieśnią o Rolandzie. Z legend: legenda o św. Graalu. Z umiłowanych postaci bohaterów: św. Jerzy – rycerz pokonujący smoka.

     Trzeba zwrócić uwagę na szczegół, który w sposób istotny zagroził Kościołowi. W tym układzie feudalnym znaleźli się z konieczności duchowni i przełożeni klasztorów. Z punktu widzenia wojskowego byli kiepskimi wasalami. Suweren chętnie widziałby na miejscu biskupa czy opata jakiegoś, nawet głupiego, ale silnego rycerza. Korzystając więc z chwili, gdy to stanowisko zostało opróżnione, obsadzał je senior często przez ludzi, którzy byli dobrymi żołnierzami, ale na stanowisko kościelne absolutnie się nie nadawali. Byli to niejednokrotnie nie tylko ludzie niewykształceni, ale nawet obarczeni żoną i dziećmi, a nieposiadający żadnych święceń i zupełnie nieorientujący się w sprawach religijno-kościelnych. Skutki były oczywiste: gwałtowne obniżenie się poziomu umysłowego i moralnego duchowieństwa wyższego, a w konsekwencji i niższego, tak świeckiego jak i zakonnego.

*

     Tam, za tymi drzewami, zaczyna się ziemia Bolesławowa – w suchej twarzy Gaudentego błysnęło coś niby duma. (...)
     Jadący dalej Jago obrócił się do grafa Hugona:
     - Zaraz jest tu rzeka, nazywają ją Bóbr, bardzo błotnista rzeka. Śniegi już tają, pewno rozlała. Nie wiem, jak przejedzie cesarz na tamten brzeg.
     Hugo zaś:
     - Opowiadają ci, co na ojca Bolesława z wojną chodzili, że w ziemi tej przejść przez rzekę to cały trud wyprawy. Wojowników bać się nie trzeba, ale rzeki i bagna... – a okręcając wkoło dłonią: - Toć i tu: puszcza i puszcza. Co dalej będzie? (...)
     Grunt się zaczął pochylać, śnieg chrupiał pod nogami, gruboziarnisty i twardy, ciepły wiatr przedwiośnia bił w twarze, drzewa zasłaniały jeszcze tamten brzeg, ale Bóbr czerniał szeroką wstęgą, przecięty nowym mostem. Świeciły w słońcu świeżo ciosane dyle, kraśniało przerzucone przez most sukno. Hugo szturchnął w bok Jagona, chrząknął:
     - Biadaliście, jak przejedziemy oną rzekę, Bóbr. Po moście. Szkoda jeno, że nie ciągniemy z wyprawą: przydałby się most.
     A Jago:
     - Broniliby go wtedy.
     - Ech, pięć dziesiątek oszczepników. Sam Dedi, skoroby się dobrze rozpędził, poroztrącałby ich kopią, nie dobywając miecza.
     W tejże chwili wyjechali z między drzew: przed nimi leżała obszerna polana, na prawo czerniały palisady Iłwy. Otto ściągnął gwałtownie powody konia, stanął, oczy miał ogromne, nienaturalnie rozszerzone, nie zrobił żadnego ruchu. Patrzył.
     Polana zawalona była ludem. Po brzegi. Stali ławami, między oddziałem a oddziałem równa przerwa. Przed mostem na koniach drużyna Bolkowa, ustawiona, jak na Zachodzie – w płot; pancerze świeciły w słońcu. Za pierwszym płotem drugi płot i trzeci płot, czwarty, piąty i dziesiąty. Migotały te szyki, choć stało to nieruchomo jakby zakrzepłe wełny morskie, jedna za drugą. Dalej jomsborskie Wikingi w szłomach żelaznych, w żółtych kubrakach, przepasani, długie miecze normandzkie, a za nimi dwieście kuszników, broniących Żelaznej Bramy a jomsborskiego ostrokołu, za nimi Radborowi oszczepnicy, pięć set luda. Po obu stronach tarczowniki. W prawo 4000 tarczowników z ziemi poznańskiej, w kożuchach z rękawami, z czerwonymi szczytami, na każdym błyszczał guz mosiężny, w skórzanych szłomach, z sulicami gęsto sterczącymi w niebo by sitowie; za nimi 1000 łuczników poznańskich, łuki wielkie na chłopa, kożuchy bez rękawów, ramiona gołe, brązowe, na plecach wielki łub ze strzałami; 5000 szczytników z Gniezdna, tarcze żółte, na ramieniu każdy miał szeroką siekierę; 2000 szczytników z Włocławka, takoż z żółtymi szczytami, i 2000 z Giecza, ze szczytami brunatnymi, obitymi skórą; ci mieli długie włócznie, a siekiery za pasem; do kraju polany pleśń mazurskich kożuchów, nad nimi gęstwa toporów a maczug nabijanych krzemieniem, a sulic o kościanych ostrzach. Z drugiej strony takaż ciżba: 4000 z Wrocławia, z ziemi Ślęzan, 2000 z ziemi Dziadoszan, 800 od Lubuszan, 5000 z Krakowa, ci mieli szłomy wysokie, ostre, a siekiery na długich trzonkach; 500 z Wiślicy, 500 z Sandomierza, 200 z Orczycy, 8000 z Łęczycy, 1000 z Sieradza, 300 z Kalisza, a za nimi łuki i łuki, takoż po skraj polany, procarze i wojownicy z sękatą maczugą. Polana była nalana ludem zbrojnym. Otto stał na swej białej klaczy bez ruchu, patrzył. Ale Jago nachylił się do grafa Hugona i szepnął:
     - A puśćcie no Dediego na most, niechże rozniesie to mrowie.
     Otto dosłyszał szept, zamrugał oczyma, jakby się zbudził, ruszył wierzchowca. Skoro koń jego wszedł na most, naraz owa milcząca polana drgnęła, od oddziału do oddziału przeskoczył rozkazujący głos, puszcza zawyła jednym gardłem, dzikim gardłem, ów głos huczący napełnił całe przestworze, powietrze drgało, zrazu nic nie dało się w owym ryku rozróżnić, aż z wolna głos się równał, otwarte gardziele wyły w kółko zawołanie tej ziemi:
     - Bole-sław! Bole-sław!
     Wśród nieprzerwanego wycia jechał blady, z ogromnymi oczyma Otto po wysłanym szkarłatem moście na wschodni brzeg Bobra. Końska ława pancernych ruszyła naprzeciw by do ataku, przed nią sadził w szczupakach czarny źrebiec, unosząc na sobie ogromnego szerokobarego woja; woj osadził jednym targnięciem konia, aż śnieg prysnął na wszystkie strony, i krzyknął:
     - Pozdrawiam cię na mojej ziemi, Cesarzu Rzymski.
     Koń cesarski zjechał z mostu na udeptany śnieg.

Antoni Gołubiew, Bolesław Chrobry. Szło nowe.


 

strona: ...[21]  [22]  [23]  [24]  [25]  ...