Biblioteka
HISTORIA KOŚCIOŁA
strona 38

 


POBOŻNOŚĆ NOWOCZESNA

 
     Rewelacją, którą głosił św. Franciszek Salezy (1567-1622), biskup Genewy, były cztery warunki świętości: miłość Boga, miłość bliźniego, pokora i... słodycz.
     Rewelacją drugą było to, że żądał świętości od świeckich – świętości w życiu świeckim.
     Rewelacją trzecią był sposób modlitwy, który on lansował: modlitwa myślna, nie ustna. Rozmyślanie, a nie klepanie pacierzy.
     Może powiesz: wcale nie są to jakieś rewelacje; wprost przeciwnie, są to stwierdzenia oczywiste i „same przez się zrozumiałe”. Ale to, między innymi, właśnie jemu zawdzięczasz, że tak teraz mówisz. Jego nauka tak głęboko wsiąkła w dusze nasze, że te stwierdzenia uważamy za oczywiste. Ale wtedy tak to nie było. Świętość była zarezerwowana dla ludzi, „którzy się oddali na służbę Bogu”. Była przedmiotem starań zakonników, wykraczała poza zakres możliwości i zainteresowań ludzi świeckich. Dla tych pozostawało życie światowe, życie świeckie, które kieruje się własnymi prawami gry. Owszem, czasem można sięgać do spraw nadprzyrodzonych poprzez modlitwę, post i jałmużnę. I tylko tyle. Kto chciałby stale praktykować takie życie, to wstępuje do klasztoru. Tam się można oddawać do woli życiu nadprzyrodzonemu: tam można się modlić, ile tylko dusza zapragnie, pościć, biczować się i nie spać po nocach, ile tylko organizm wytrzyma. I nagle przychodzi ktoś i mówi, że być świętym – to znaczy służyć drugiemu człowiekowi na co dzień, że to znaczy być dla niego miłym.
     Rewelacją czwartą był on sam: Franciszek Salezy – człowiek gruntownie wykształcony, o wysokiej kulturze bycia, pochodzący z dobrej rodziny, którego wszystkie salony pragnęły mieć za swego gościa, biskup Genewy od 1602 r. Autor książki „Filotea” napisanej świetnie literacko, w prostym a zarazem wytwornym języku francuskim, która staje się bestsellerem ówczesnej inteligencji. W książce tej wzdłuż i wszerz wyjaśnia, ukazuje, analizuje, co to znaczy być świętym świeckim.
     Piątą rewelacją jest zakon Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny, który zakłada w 1610 roku. Rewelacja polega na tym, że zakonnice mają połowę czasu przeznaczać na „ćwiczenia pobożne”. Do nich należy przede wszystkim kontemplacja: modlitwa myślna. Drugą połowę czasu przeznaczać będą na nawiedzanie chorych, biednych, starych. Św. Franciszek zakłada ten klasztor wspólnie z panią z arystokracji, wdową, Joanną Franciszką de Chantal. Zostaje ona przełożoną tego pierwszego klasztoru pań i dziewcząt przeważnie z arystokracji, które zachwyciły się ideą zakonu wizytek.
     Ale św. Franciszek przeliczył się. Dotąd wszystkie zakony niewieście były klauzurowe. Jeszcze szerokie masy społeczeństwa katolickiego nie mogły się pogodzić z tym, że zakonnice „chodzą po ulicach”. Sprzeciwił się też więc programowi sióstr wizytek biskup, na którego terenie powstał pierwszy ich klasztor. Św. Franciszek musiał przystać na to, że klasztor będzie klauzurowy, z jakąś ograniczoną działalnością na zewnątrz. Ale i tak idea ta była na tyle atrakcyjna, że zakon rozszerzył się po całej Europie. Do Polski przychodzą wizytki – do Warszawy w 1654, do Krakowa w 1681 roku. Świadectwem, że zapanowało nowe życie w tych klasztorach, życie prawdziwie kontemplacyjne, jest św. Małgorzata Maria Alacoque: objawienia, których doznała i nabożeństwo do Serca Pana Jezusa, które rozszerzyła na cały świat.
     Św. Franciszek Salezy (+1622) nie był samotny w swoim widzeniu chrześcijaństwa. Jeszcze przed nim był św. Filip Nereusz (1515-1595) z Florencji, największy święty wśród dowcipnisiów, największy dowcipniś wśród świętych. Zawsze pogodny, uśmiechnięty, żartobliwy, przygarniający wszelką biedę ludzką, pomagający każdemu, kto tylko potrzebował pomocy. Genialny umysłem i sercem. Zakłada zgromadzenie księży w koncepcji dotąd niespotykanej. Prawie bez reguły – „jedyną naszą regułą jest miłość”. Bez ślubów: każdy, kto chce, włącza się w społeczność, każdy może odejść, kto chce odejść. Prawie bez przełożonego: przełożeństwo jest honorowe, przełożony pracuje jak wszyscy inni: „jeżeli chcesz posłuszeństwa spontanicznego, nie rozkazuj zbytnio”.
     W tym samym czasie żyje i działa w Hiszpanii św. Teresa z Avili (1515-1582), karmelitanka, która przeprowadza reformę swojego klasztoru: właśnie odchodzi od modlitw ustnych, od surowych pokut, umartwień, a koncentruje się na modlitwie wewnętrznej, na kontemplacji. Jej książka „Twierdza wewnętrzna” jest do dziś dziełem klasycznym w kształtowaniu życia modlitwy. Podobną reformę w swoim klasztorze przeprowadza św. Jan od Krzyża (1542-1591), w pewien sposób uczeń św. Teresy, założyciel karmelitów bosych, autor dzieła „Wejście na Górę Karmel”.
     Kolejnym rewolucjonistą jest św. Wincenty a Paulo (1581-1660). I to nie dlatego, że zakłada zgromadzenie księży misjonarzy, którego celem jest ewangelizowanie wsi. Ale że założył szarytki. Tak przynajmniej są nazywane siostry, które pracują w szpitalach jako pielęgniarki, w przedszkolach, domach sierot, w domach starców. To nie tylko dlatego rewolucja, że siostry zakonne opuszczają klasztor i wychodzą między ludzi. Że nie ma ślubów wieczystych w tym zakonie. Że ślub pozostawania w zgromadzeniu składany jest tylko na rok (!) i to nie uroczyście, ale na Mszy świętej, w czasie Podniesienia. Ale rewolucja tkwi w tym, że głównym zadaniem: główną drogą uświęcenia staje się służenie bliźnim.
     I tak można by scharakteryzować ten nowy kierunek, tę nowoczesną pobożność. Po pierwsze, to miłość bliźniego czynna, aktywna, zaangażowana we wszystkie biedy ludzkie – w odróżnieniu od ciężkich pokut, umartwień, postów i czuwań. A po drugie, ta nowa duchowość czerpie miłość bliźniego z miłości Boga. Wyraża się ona w modlitwie gorącej, myślnej i sięgającej po uczucia najwyższe – w odróżnieniu od odprawianych bez końca nabożeństw, pacierzy wspólnych i indywidualnych.

     Może na koniec zapytasz: jak to, a więc dopiero w XVI i XVII wieku chrześcijanie odkryli, że miłość Boga i miłość bliźniego, służba człowiekowi jest głównym przykazaniem chrześcijanina? Przecież dość dokładnie mówił Pan Jezus na ten temat. To wobec tego na czym polegała świętość chrześcijan przed XVI wiekiem? Otóż, po pierwsze, istnieją dwie szkoły: jedna podkreśla słabość człowieka, fakt żeśmy głupi, ograniczeni, że natura ludzka to kłębowisko żmij, że w nas zazdrość, chciwość, nieczystość, pycha, nienawiść; a nade wszystko interesowność, egoizm – w sumie, że jesteśmy bardziej skłonni do złego niż do dobrego. Stąd wynikają wnioski, że należy siebie trzymać w karbach żelaznej dyscypliny poprzez umartwienia fizyczne i duchowe, bo inaczej narobimy głupstw i krzywd sobie i innym.
     Ale istnieje druga szkoła. Jej główna teza brzmi: w człowieku jest dużo dobra, a wady najprościej zwalczać nie wprost, ale poprzez rozwijanie wszystkiego, co w człowieku dobre: umiłowania do wolności, do prawdy, do szlachetności, piękna, prostoty, miłości. Już słyszę, jak wykrzykujesz: „Oczywiście, że tak”. Nie jest to jednak bynajmniej całkiem oczywiste, bo wolność bardzo łatwo u ludzi przechodzi w samowolę i kierowanie się zachciankami. Prostota łatwo się przeradza w prostactwo. Prawdomówność w bezczelność. Miłość w próżną czułostkowość. Więc jednak trzeba się pilnować wewnętrzną i zewnętrzną dyscypliną. A wtedy znowu łatwo jest zejść na pozycje ascetyzmu, o którym była mowa powyżej. Stąd więc wychowywanie człowieka polegać musi na uruchomieniu wszystkich talentów, jakie posiada, przy równoczesnej samokontroli i trzymaniu się w garści. Jest to chodzenie po linie, z której bardzo łatwo wpaść w surową okrutność względem siebie albo niefrasobliwą nonszalancję.
     Istnieje jeszcze drugi problem w tej sztuce, która nazywa się życiem. A mianowicie na to, aby rozwijać się prawidłowo, powinniśmy pomagać sobie tymi instytucjami, które Kościół nam proponuje. Byle te instytucje nie przestały być służebne, byle nie stały się celem samym w sobie, bo wtedy będzie Msza święta dla Mszy świętej, nabożeństwo dla nabożeństwa, modlitwa dla modlitwy – oderwą się od życia. I tu drogą właściwą jest balansowanie na linie pomiędzy przerostem instytucji a odrzuceniem wszelkiej pomocy Kościoła.
     Nie, to nie dopiero św. Franciszek Salezy, św. Filip Nereusz i św. Wincenty a Paulo natrafili na problem w wychowaniu człowieka. Ten nurt idzie przez Kościół od jego początków aż po dzień dzisiejszy. To jest wieczny dylemat nie tylko chrześcijaństwa, ale każdej religii, jakakolwiek by była. To jest wieczny dylemat każdego człowieka.

*

     Bóg przy stworzeniu świata rozkazał roślinom, by każda rodziła owoce według rodzaju swego; podobnie nakazuje chrześcijanom, żywym roślinom Kościoła, ażeby każdy z nich wydawał owoce pobożności według stanu i powołania swego. Inaczej ma się ćwiczyć w pobożności możny tego świata, inaczej robotnik, inaczej sługa, inaczej król, inaczej wdowa, inaczej panna, inaczej żona.
     Gdyby biskup chciał żyć w takiej samotności jak kartuz, gdyby ludzie w małżeństwie żyjący tak nie dbali o majętności jak kapucyni, gdyby robotnik tyle co dzień w kościele chciał przepędzać czasu, ile zakonnik; gdyby zakonnik tak się chciał oddawać na wszelką posługę bliźnich jak biskup, czyżby taka pobożność nie była śmieszna, nieporządna i nieznośna?
     Pobożność, gdy jest prawdziwa, nie tylko, że niczego nie psuje, lecz wszystko udoskonala, a jeśli zawadzałaby czyjemuś prawemu powołaniu, byłaby fałszywa. Każdy człowiek, według powołania swego, będąc pobożny staje się we współżyciu milszy, stąd trwalszy pokój w rodzinach, bezpieczniejsza ufność w miłości małżeńskiej, wierniejsza służba królowi, stąd wszelkie zajęcie i uczciwa praca słodziej się i raźniej spełnia.

     Chcesz do pobożności trafić? Szukaj kogoś, kto by cię prowadził. Rada to nad wszystkie rady. Gdziekolwiek byś szukał woli Bożej, nigdzie jej tak pewno nie znajdziesz, jak na drodze pokornego posłuszeństwa.

Z Filotei św. Franciszka Salezego


 

strona: ...[36]  [37]  [38]  [39]  [40]  ...