Biblioteka
HISTORIA KOŚCIOŁA
strona 40

 


MISJE AMERYKI I AFRYKI

 
     Nieraz patrząc na zdjęcia z terenów misyjnych przedstawiające europejskich misjonarzy w sutannach białych czy czarnych, z łopaciastymi brodami, na tle kościoła w stylu neogotyckim, żywcem wziętego z jakiejś Belgii czy Francji, ze zdumieniem sobie myślałem, jak ci ludzie potrafili nawracać Murzynów. Myślałem sobie, że przecież dla takiego Murzyna wejście do kościoła zbudowanego przez białych misjonarzy jest chyba aktem heroicznym, a z jeszcze większym trudem mogłem sobie wyobrazić, jak ten Murzyn mógł przyjąć naukę głoszoną przez znienawidzonych białych.
     Jeszcze w okresie szkolnym, poprzez Listy z Afryki Sienkiewicza, zobaczyłem problem misji u „dzikich ludów”. Tuż za zdobywcami szedł misjonarz, a bywało, że szedł przed nimi. Zdobywca to bardzo często równocześnie handlarz. Człowiek, który chciał kupić kość słoniową, złoto, diamenty czy futra. Wymieniał to za europejską tandetę i szedł dalej. Wcześniej czy później tubylcy spostrzegali, że zostali oszukani, że za rzeczy wartościowe dano im kolorowe szkiełka, lusterka czy przestarzałą broń. Pozostał na zawsze uraz. Ale tymczasem przybywał misjonarz, który nie szedł - jak zdobywca – dalej, lecz zostawał pomiędzy nimi.
     Misjonarz miał im głosić naukę Chrystusową, ale gdy spostrzegł nędzę, głód, choroby, brak elementarnych warunków higienicznych, zakasywał rękawy i zabierał się do roboty. Kopał studnię, ażeby nią zastąpić bajoro, z którego brano wodę do picia, sprowadzał lekarstwa, był pielęgniarzem, lekarzem, dentystą, higienistą; sprowadzał potrzebne do pracy narzędzia, ażeby maniok czy inne pataty nie były sadzone w ziemi ledwo rozgrzebywanej zakrzywionymi korzeniami, ale żeby można było spulchnić tę ziemię pługiem czy przynajmniej kopaczką. Sprowadzał potrzebne rośliny, wreszcie budował dom. W nim zaczynał uczyć wszystkiego. A czasem trzeba było najpierw ułożyć słownik, przenieść na papier skomplikowaną mowę. Tam, gdzie misjonarz tak pojął swoje zadanie, tubylcy przywiązywali się do niego jak do ojca, słuchali go we wszystkim i naśladowali, mieli bezgraniczne zaufanie w każdej sprawie. Był dla nich absolutnym autorytetem, bo przecież wiedzieli, że jemu zawdzięczają wszystko. Idealnym przykładem misji wśród pierwotnych ludów mogą być „redukcje paragwajskie” nad rzeką Paraną, utworzone przez jezuitów z początkiem XVII wieku (zlikwidowane po wygnaniu tego zakonu). Osady stanowiły jak gdyby rzeczpospolitą Indian o organizacji prawie spółdzielczej. Rządy były teokratyczne. Wszyscy byli równi. Rolę uprawiano wspólnie. Część dochodów zatrzymywali Indianie dla siebie. Reszta szła na cele użyteczności publicznej: szkoły, szpitale, schroniska, urzędy, sądy, opłaty należne władzom hiszpańskim czy portugalskim itd. Białym przebywanie na tych terenach było zakazane, oprócz opieki duszpasterskiej.
     Ale „redukcje” były wyjątkiem. Na ogół bywało źle. Biali traktowali Indian jak niewolników. Używali ich do ciężkich prac w kopalniach i na plantacjach. W tych okolicznościach najbardziej charakterystyczną dla Kościoła jest działalność o. Bartłomieja de Las Casas, w latach 1544-1547 biskupa Chiapas w Meksyku. Występuje przeciwko krzywdzie Indian najpierw na Hispanioli, już około roku 1510. Prześladowany przez białych kolonistów przyjeżdża kilkakrotnie do Hiszpanii, aby upominać się u króla o zmianę sposobu traktowania Indian. Mianowany prokuratorem generalnym ludności indiańskiej na ziemiach zajmowanych przez Hiszpanów, do końca życia (+ 1566 w Madrycie) staje w obronie Indian.
     Jeszcze gorsza była sytuacja Murzynów. Porywano ich z nadmorskich wsi Afryki, przewożono w strasznych warunkach do Ameryki i tam zmuszano do ciężkich robót. Ingerencja Kościoła u władz była prawie beznadziejna, pozostała więc pomoc doraźna. Charakterystyczna jest działalność św. Piotra Clavera (+ 1654). Zamieszkał w Kartagenie, w Kolumbii, centrum handlu niewolnikami, i do końca życia, przez prawie 40 lat, mimo najrozmaitszych szykan spotykał się z Murzynami w miejscach ich wylądowania, na targowiskach, przy pracy, w szpitalach. Wspierał ich materialnie, nauczał, chrzcił. Mówią, że w ten sposób przeszło przez jego ręce 300 000 Murzynów.

*

     Wiem, że będziesz uradowany, gdy dowiesz się o powodzeniu mojej wyprawy. Dlatego piszę ci ten list, który powiadomi cię o wszystkim, co w naszej podróży zrobiono i odkryto. Na trzydziesty drugi dzień po wyjeździe z Kadyksu przybyłem na Morze Indyjskie i odkryłem tam bardzo liczne i gęsto zaludnione wyspy, które bez czyjegokolwiek protestu objąłem w posiadanie naszego najmiłościwszego króla przez uroczystą proklamację i zawieszenie flagi hiszpańskiej. Pierwszą z owych wysp, którą Indianie mianowali Guanahani, nazwałem San Salwador z wdzięczności dla Zbawiciela, w którego pomoc ufni przybyliśmy zarówno do tej, jak i do innych ziem. Także wszystkie inne wyspy nazwałem nowym imieniem, a mianowicie jedną wyspę Matki Boskiej Niepokalanego Poczęcia, drugą wyspę Ferdynanda, inną Izabeli, inną Joanny i tak samo pozostałe rozkazałem ponazywać.

List Krzysztofa Kolumba do Wielmożnego Pana
Rafała Sanxis, skarbnika królewskiego


     Baraki podzielone na osobne stancje nieprzechodnie, ale te stancje (właściwie dziury) okien ani podłogi nie mają. Światła tylko tyle, ile przez otwarte drzwi wchodzi. Całe umeblowanie takiej stancji stanowi rogóżka rozesłana na ziemi, na której chorzy śpią; w jednym z kątów rozkładają ogień dla gotowania sobie jedzenia; o kominach mowy nie ma. W takiej jednej stancji mieści się jedna rodzina z całym swoim majątkiem, jaki tylko posiada. Odziewają się ci nieszczęśliwi w co kto ma; znajdzie gdzie jaki stary worek lub coś w tym rodzaju, i już odziany. Pożywienie ich stanowi ryż przeważnie, którego trochę dostają co tydzień z misji. Oprócz ryżu misja im dać nic więcej nie może, bo żyjemy z jałmużny. Rząd dał dla trędowatych kawał gruntu (ziemia licha, potrzebująca wiele uprawy, żeby co poczciwego wydała), ale nic oprócz tego. Ci spomiędzy chorych, co jeszcze mogą pracować, grzebią trochę tę ziemię i sadzą, co mogą dostać, np. maniok, pataty (rodzaj kartofli), fasolę, kukurydzę itp. Jednym słowem – nędza straszna, chodzą biedacy i świecą ranami, bo owinąć nie ma czym. Nie ma przy nich nikogo, ani doktora, ani zakonnic, ani infirmarza, słowem zgoła nikogo. Ja tu jestem wszystkim: kapelanem, zakrystianem, ogrodnikiem, infirmarzem, gospodarzem itd.

List o. Jana Beyzyma TJ, Madagaskar 1899 r.


 

strona: ...[38]  [39]  [40]  [41]  [42]  ...