Biblioteka
ŚWIADKOWIE JEZUSA
strona 2

 

Judasz

 

 Brał udział w paru spiskach i buntach – i w klęskach. Cudem prawie tylko uniknął ukrzyżowania podczas jednego z powstań przeciwko Rzymianom. Z czasem się zraził, bo przejrzał machinacje tych, którzy uważali się za wodzów narodu. Przejrzał ich kupczenie krwią ludzką. Żywy, gwałtowny, niecierpliwy – teraz zamknął się w sobie. Ucichł. Zgorzkniał. Miał jakiś mały sklepik na przedmieściu. Sprzedawał kminek, pieprz, anyżek – z pogardą dla siebie i kupujących.
 I wtedy, gdy uważał, że już nic się w jego życiu nie może stać, usłyszał, że jakiś nowy prorok, Jezus z Nazaretu, chodzi po Palestynie i naucza. Docierały do niego wieści o cudach, o utarczkach słownych z saduceuszami i z faryzeuszami. Ale nie drgnął, nie poderwał się. Po prostu już nie wierzył w żadnego proroka. Niejednego takiego widział. Żyjącego i ukrzyżowanego. Miał tego dość. Nie chciał powtarzać swoich błędów. Wiadomości uderzały w niego jednak coraz gwałtowniejszą falą, coraz bogatsze w treść. Aż wreszcie przyszedł dzień, kiedy dowiedział się, że Jezus ma być w jego mieście. I wtedy nie wytrzymał. Mimo wszystkich przyrzeczeń dawanych sobie – poszedł. Po prostu – jak mówił – trudno nie iść, gdy On przyszedł tak blisko. Zobaczył. Usłyszał. I został. Uwierzył jak szaleniec. Jak za swoich młodych lat. Tylko już inaczej. Teraz lepiej znał się na ludziach. Wiedział, kto jest kim – miał wystarczająco dużo doświadczenia życiowego. Został, bo się przekonał, że takiego człowieka Palestyna jeszcze nie miała. I odtąd krok w krok, dzień za dniem, noc za nocą był razem z Nim.
 To były wielkie dni. Dni garnących się tłumów, nieustannych kontaktów osobistych, spotkań, rozmów, zebrań masowych, przemówień, kazań, nauk trwających całymi godzinami. To były dni pełne ludzi biednych, chorych, nieszczęśliwych, połamanych, paralityków, trędowatych, opętanych. Pełne szokujących zdarzeń, niespodzianek stojących na granicy nieprawdopodobieństwa, kiedy nie chciał wierzyć swoim własnym oczom, kiedy musiał się pytać sam siebie, czy jest jeszcze normalny, czy oszalał, kiedy musiał się siebie pytać, czy wszystko, co widzi, to sen czy jawa. Na jego oczach z trędowatych spadały strupy, zabliźniały się rany. Paralitycy zaczynali chodzić. Chorzy opuszczali łoża. Był w euforii, w ciągłym podnieceniu. Nie tylko zresztą on. Również ci wszyscy, którzy przychodzili do Jezusa, wołali za Nim, klękali, błagali. Wszyscy, którzy na to patrzyli, którzy byli świadkami rzeczy niemieszczących się w głowie. Żył jak w transie. Każdy dzień potwierdzał mu, że się nie pomylił, że miał rację, wybierając Jezusa. Przemierzał z Nim i z grupą najwierniejszych Mu ludzi Galileę, Samarię, Judeę. Spali rozmaicie: pod dachem uszczęśliwionych ich przyjściem ludzi albo pod gołym niebem. Jedli rozmaicie: albo obficie, gdy byli przyjmowani przez bogatych przyjaciół, albo przymierali głodem. Szli przez kraj otoczeni glorią sławy Cudotwórcy albo byli wypędzani jako ci, którzy czynią rzeczy tajemne z pomocą samego Belzebuba, księcia czartowskiego.
 Dla gromady tych, co przyłączyli się do Jezusa, okazał się bardzo przydatny ze swoją znajomością spraw handlowych. Ktoś musiał dbać o to, by było coś do jedzenia na drugi dzień. On przyjmował drobne i większe ofiary pieniężne od tych, którzy chcieli pomagać Jezusowi. On dysponował tymi pieniędzmi: kupował pożywienie, płacił za noclegi, rozdzielał jałmużny.
 W miarę jak płynęły miesiące i minął pierwszy szok, zaczynał szukać odpowiedzi na pytanie: do czego to wszystko prowadzi. Czego Jezus chce. Ustawił Go w kategoriach swoich dążeń: w kategoriach politycznych. Zresztą nie tylko on. Oni wszyscy: cała reszta jedenastu ludzi, którzy stanowili przyboczną gwardię Jezusa. Razu pewnego dosłyszał, jak matka synów Zebedeuszowych przyszła do Nauczyciela z prośbą: „Spraw, niech w Twoim królestwie moi synowie siedzą po Twojej prawicy i po Twojej lewicy”. Innym razem przysłuchiwał się, nawet dość zdziwiony, jak jego towarzysze sprzeczali się pomiędzy sobą, kto będzie najważniejszy w królestwie. Gdy zastanawiał się nad swoją przyszłością, nie myślał o prawicy albo lewicy, którą miałby zająć przy Jezusie – jak synowie Zebedeuszowi. On znalazł już sobie stanowisko, już się ustawił. Teraz nosił trzos. W przyszłości widział siebie w roli nadzorującego skarb królestwa Jezusowego.
 Swoich towarzyszy bardzo nisko oceniał. Czasem wprost gardził nimi. Był przekonany, że niewiele rozumieją z tego, co się naprawdę dzieje. Nawet nie rozmawiał z nimi na te tematy. Trzymał się osobno, na uboczu. W ich zwartej grupie był tym kotem, który chodzi swoimi drogami. Co do siebie – uważał, że ma dostateczną wprawę w śledzeniu rozgrywek politycznych. Powoli ożywały w nim wszystkie, już od dawna przyrzucone prochem niemożności, marzenia o odbudowaniu potęgi Izraela. Z satysfakcją oceniał poczynania Jezusa. Stwierdzał, że po raz pierwszy spotkał człowieka, który chce dobra narodu, a nie swojego własnego. Bezkompromisowego krytyka zła, obojętnie przez kogo popełnianego. Proroka, który chce przywrócić istotny sens Przymierzu. – Dobrze zapamiętał słowa Jezusa: „Przyszedłem nie na to, aby znieść Zakon, ale go odnowić”. – Proroka, który nawołuje do zerwania z formalizmem przepisów, bezdusznymi ofiarami i ceremoniami, ceremoniami żąda prawdziwej wierności Bogu, wyrażającej się życiem w sprawiedliwości. Ojca narodu, który widzi wszystkie bolączki, wady i ułomności swojego ludu, szuka źródeł jego słabości i podłości – i dostrzega je w samych wodzach narodu wybranego: faryzeuszach i saduceuszach, z których rekrutowali się w większości kapłani. Zauważył, że choć Jezus nie może znieść lekceważącego stosunku saduceuszów do wielkich tradycji Zakonu, to jednak główne uderzenie kieruje przeciwko faryzeuszom, którzy przez swój stały kontakt z szerokimi masami wpływają zasadniczo na ich poziom religijny i moralny. Widział, jakim oburzeniem napełnia Mistrza obłuda nauczycieli w Piśmie, ich dbanie o pozory, ich troskliwość o to, żeby się nawet nie zetknąć z tym, kogo uważali za grzesznika, wypełnianie przepisów rytualnych przy równoczesnym lekceważeniu człowieka, zaprzeczanie swoim postępowaniem na każdym kroku temu, co stanowiło istotę Prawa Mojżeszowego, sprawiedliwości i miłości. A przy tym ich nietykalność, nieskalaność, doskonałość. Obserwował, jak Jezus w miarę pozyskiwania sobie ludu z coraz większą śmiałością występował przeciw faryzeuszom: chociaż z jednej strony wyraźnie polecał, aby słuchać pilnie tego, co oni nauczają, to z drugiej strony ostrzegał uczniów i słuchaczy przed demoralizującym wpływem przykładu faryzeuszów, wskazując na rozbieżność pomiędzy naukami głoszonymi przez nich a ich życiem. Przekonał się, że nic nie uchodzi uwagi Mistrza, że każdy szczegół zaobserwowany w życiu wraca w nauczaniu. Sprawdzało się to dokładnie: faryzeusz napotkany przez nich przypadkiem, gdy rozdawał jałmużnę ubogim na skrzyżowaniu ulic; faryzeusz z brudną twarzą i potarganymi, zaniedbanymi włosami – na znak, że odbywa pokutę; faryzeusz, którego ujrzeli stojącego dumnie na środku świątyni; faryzeusz, który w czasie przyjęcia zajmował pierwsze miejsce przy stole; faryzeusz obrażony, że nie tytułowano go Rabbi – wracali potem w przypowieściach, ostrzeżeniach, naukach Jezusa.
 Ale on – jak mało kto – rozumiał, co znaczy zaatakować faryzeuszów i saduceuszów. Dla wszystkich pilnie śledzących rozwój wydarzeń było jasne, że ci, którzy kierowali narodem żydowskim, nie będą obojętnie patrzeć, jak obok nich wyrasta nowa, wroga potęga: Jezus z Nazaretu ze swoimi uczniami i z masami ludzi idącymi za Nim. Tym bardziej doceniał mądrość Jezusa: to, że odważył się wystąpić przeciwko nim dopiero wtedy, gdy zyskał popularność wśród szerokich mas ludu. Faryzeusze początkowo zajmowali stanowisko wyczekujące. Nie wiedzieli, jak się do nich ustosunkuje Jezus. Z czasem uznali Go za najgroźniejszego swego przeciwnika, którego absolutnie nie można porównać z ich dotychczasowymi przeciwnikami – saduceuszami. Zaczęli Go doceniać. Nie mogli zaprzeczyć, że zna Pismo; przyznawali, że jest znakomitym mówcą, świetnym nauczycielem, że Jego przypowieści wyrażają bezbłędnie to, co chce powiedzieć, operuje znakomicie metaforą i alegorią, układa zgrabne, łatwe do zapamiętania, wierszowane powiedzenia, ale co najważniejsze – jest Prorokiem ludu. Porwał za sobą masy prostaków. W tym tkwi Jego siła – niebezpieczeństwo dla faryzeuszów. Zresztą nie tylko dla nich – dla całego Zakonu. Jego działalność odczytali jako szarganie świętości, porywanie się na prawdy najbardziej istotne w tradycji narodu wybranego. Kim jest ten, kto odważa się występować przeciwko ojcom narodu, kto się uważa za większego niż Mojżesz, kto nie szanuje dnia świętego, kto wyśmiewa się z nauczycieli i kapłanów? Do czego On chce doprowadzić cały naród? Jakie zamiary kryje?
 Stwierdzał, że również saduceusze ocenili Jezusa jako swego wroga. Początkowo z satysfakcją przyglądali się atakom Mistrza z Nazaretu na faryzeuszów, dopóki sami nie zostali zaatakowani – właśnie za niewierność nauce Pisma. Tak doszło do wzajemnego porozumienia. Te dwie wrogie grupy: faryzeusze i saduceusze, dotąd wciąż skłócone i zwalczające się nawzajem, złączyły się ze sobą i przystąpiły do walki. Uderzyły tam – tego się nie spodziewał – gdzie Jezus odnosił największe sukcesy: w opinię szerokich mas. Nie przebierali w środkach. Hasło: „Czarta ma” poszło między ludzi – mocą szatańską uzdrawia i mocą szatańską wygania czarty. Z czasem dołączyły się do niego jeszcze inne zarzuty skierowane przeciwko Jezusowi: zadaje się z grzesznikami, z ulicznicami, pijakami, celnikami, szuka takiego towarzystwa, jak sam jest. Nie przestrzega Prawa Mojżeszowego, nie myje rąk przed jedzeniem ani kubków, nie zachowuje szabatu: uzdrawia w szabat.
 Oszczerstwa rzucane przez faryzeuszów spowodowały ostrą reakcję ze strony Jezusa. Pamiętał, jak po raz pierwszy Jezus rzucił w twarz faryzeuszom słowa potępienia: „Biada wam”. Pamiętał ten moment, bo dla niego samego był to wstrząs. Nie tylko zresztą dla niego. Wśród słuchaczy zapanowała absolutna cisza. Wszyscy zamarli bez ruchu. „Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze obłudnicy, bo objadacie domy wdów pod pozorem długich modlitw, dlatego spotka was wyrok surowy. Biada wam, bo dajecie dziesięcinę z mięty, anyżu i kminku, a pominęliście to, co dużo ważniejsze jest w Zakonie: sąd i miłosierdzie, i wiarę. To trzeba było wypełnić, a tamtego nie pomijać. Ślepi wodzowie, którzy przecedzacie komara, a wielbłąda połykacie. Biada wam, bo obmywacie kielich i misę z zewnątrz, wewnątrz zaś jesteście pełni zdzierstwa i nieczystości”. Potem za każdym razem, gdy Jezus wracał do tego tonu i do tych gróźb, zawsze przejmował go strach. Kurczył się wtedy wewnętrznie; przyłapywał się na tym, że rozgląda się bojaźliwie i wypatruje, czy już nie nadchodzą, aby porwać Nauczyciela. Tak jeszcze dotąd nikt nie śmiał mówić: „Węże, plemię żmijowe, jakże ujdziecie przed sądem piekła”.
 Wiedział – nie tylko zresztą on – że takich obelg faryzeusze nie podarują, że wcześniej czy później zemszczą się za nie. Ale oni zachowywali się pozornie tak, jakby tego wszystkiego nie słyszeli, jakby nie do nich te słowa się odnosiły. Nie odpowiadali na zarzuty wprost im postawione, tylko coraz częściej przychodzili i zadawali pytania – pytania sprytne, podstępne, na które nie było odpowiedzi: każda odpowiedź musiała skompromitować Jezusa. Bał się tej ich pomysłowości, a była ona zdumiewająca. Pewnego razu na przykład przyprowadzili Mu jawnogrzesznicę: „Mojżesz nakazał takie kamienować, a Ty co powiesz?” Wciąż i bez końca liczyli na to, że wreszcie nie trafi, że jakaś odpowiedź czy sformułowanie wywoła sprzeciw. A wtedy tylko wykorzystać, pójść za „zgorszeniem” ludu, rozniecić namiętności i doprowadzić do samosądu. I tak się też stało. Pamiętał tę chwilę doskonale. Dopiero po fakcie zdał sobie sprawę, jak była znakomicie przygotowana. Jego i resztę uczniów zatrzymali jacyś ludzie, a tymczasem Jezusa wywleczono z miasta, aby zepchnąć Go w przepaść. Pamiętał ten obłędny strach o Niego i swoją bezradność. Myślał, że to już koniec. Jak, w jaki sposób zdołał się On uratować w ostatniej chwili – nie potrafił sobie tego później wyjaśnić. Drugi raz – nie było go przy tym, tylko potem ktoś mu opowiadał – porwali kamienie, aby Jezusa zabić. I znowu jeszcze raz łut szczęścia, nadzwyczajna pomoc Boża, czy jedno i drugie, potrafiły Go uratować. Ten zamach zresztą świadczył, że sytuacja stale ulega zaostrzeniu; upewniał go, że faryzeusze absolutnie nie dadzą za wygraną, ale będą się starali zabić Mistrza. Zdawał sobie z tego sprawę lepiej niż którykolwiek z uczniów. Oni wchodzili w narastające niebezpieczeństwo nie bardzo go świadomi, on widział je wyraźnie. Czuł, że jest coraz ciaśniej wokół nich, że coraz trudniej im się poruszać, coraz ostrzej przebiegają dysputy, że ci, którzy przychodzili, ażeby zadawać podstępne pytania, wyraźnie dawali do zrozumienia, iż gra idzie o najwyższą stawkę – o życie Jezusa. Wiedział, że wcześniej czy później coś musi się stać. Coś decydującego dla nich i dla Jezusa. Nie wiedział tylko dokładnie, kiedy i jak. Wierzył w Jezusa – w Jego mądrość i w Jego siłę, wierzył, że Jezus na pewno żadnego błędu nie zrobi, potrafi się wycofać wtedy, kiedy trzeba, i w momencie najtrafniejszym, najlepiej przygotowanym sięgnie po władzę.
 Nieraz zastanawiał się, co na to powiedzą Rzymianie, jak się zachowają w sytuacji, gdy Jezus stanie na czele narodu. Wiedział, jak ważny jest ten problem – jak od nich w końcu wszystko zależy. W miarę analizowania tej sprawy coraz bardziej się upewniał, że Rzymianie – a ściśle biorąc namiestnik jerozolimski – z pewnością nie zareagują. Był przekonany, że Piłat, skrycie zadowolony, skorzysta z okazji, aby pozbyć się Heroda. Ten dostatecznie mu dokuczył: za dużo miał przyjaciół u starego Tyberiusza – i namiestnik chętnie zobaczyłby kogo innego na jego miejscu, byle tylko okazał się lojalny wobec niego i cesarza.
 Jedyną wielką niewiadomą pozostawała wciąż Jerozolima: miasto będące w rękach faryzeuszów i saduceuszów, uczonych w Piśmie i kapłanów, partii zwalczających się wzajemnie, ugrupowań skłóconych z sobą, ale wciąż jednakowo nieprzychylnych dla wszystkich i dla wszystkiego, co z prowincji, a przede wszystkim z Galilei – nie mówiąc już o Nazarecie, mającym fatalną opinię. Wiedział, że Jerozolimę Jezus musi zdobyć za wszelką cenę. Dopiero to miasto rozstrzygnie o Jego zwycięstwie albo przegranej.
 I wtedy stało się coś, czego on, Judasz, nie przewidział w najśmielszych marzeniach, co uznał za pociągnięcie najtrafniejsze ze wszystkich, jakich Jezus dotąd dokonał. Zaczęło się od tego, że zachorował Łazarz – człowiek, z którym Jezus bardzo się przyjaźnił, u którego nieraz bywał wraz z uczniami. O chorobie Łazarza doniesiono Jezusowi, gdy był On jeszcze z dala od Jerozolimy. Siostra Łazarza prosiła, aby przyszedł i uzdrowił go. Gdy Jezus nadszedł, Łazarz już nie żył. Ciało było złożone do grobu.
 Powiedziała o tym Maria, która wybiegła im na spotkanie. Przyprowadziła ich do grobowca znajdującego się w wielkim ogrodzie. Jezus był bardzo przejęty. Oparty o grobowiec płakał z żalu za przyjacielem. Potem – pamiętał dobrze tę chwilę – wyprostował się z twarzą już spokojną i ku zdumieniu otoczenia, i mimo protestów, że przecież już czwarty dzień, jak Łazarza chowano, polecił odwalić kamień grobowy. Nachylił się nad wejściem do grobowca i powiedział wyraźnie, tak jakby kogoś wołał: „Łazarzu, tobie mówię, wstań”. To stało się tak nagle i nieoczekiwanie, że reakcja przyszła dopiero wtedy, gdy zgromadzeni ujrzeli postać Łazarza owiniętą bandażami i całunem śmiertelnym. Zdawało mu się, że już nauczył się nie dziwić niczemu. Już niejeden cud widział. Teraz jednak był zaskoczony całkowicie. Stał skamieniały; dopiero pisk kobiet przywrócił mu przytomność. Ale wciąż nikt nie odważył się podejść do tej kukły białej, stojącej w otworze grobowca, aż nakaz Jezusa: „Rozwiążcie go” zmusił ludzi do działania.
 Ściągnęli Łazarzowi najpierw z głowy chustę. Mrugał oczami, przestraszony ostrym światłem, patrzył zdziwiony na zgromadzonych wokół grobowca, patrzył na siebie, na bandaże, które jacyś ludzie, szarpiąc, ściągali z niego, powoli zaczynał rozumieć, a potem rzucił się w ramiona Jezusa.
 W odróżnieniu od reszty otoczenia Jezusa, on wskrzeszenie Łazarza zobaczył w kategoriach taktyki politycznej Mistrza. Ocenił ten cud jako wydarzenie o kluczowym znaczeniu. Właśnie dlatego, że Betania leżała tuż pod Jerozolimą, a również i dlatego, że Łazarz był osobą znaną i o śmierci jego wiedziano powszechnie: wielu ludzi uczestniczyło w jego pogrzebie. Wieść o wskrzeszeniu Łazarza rozeszła się błyskawicznie po Jerozolimie. Przyjaciele, znajomi, a nawet obcy – całe rzesze gapiów – przychodzili, by go oglądać, by zobaczyć jego grobowiec, wypytywać, porozmawiać, zamienić bodaj parę słów. Popularność Jezusa osiągnęła szczyty. Faryzeusze i saduceusze zdali sobie sprawę z zagrożenia, w jakim się znaleźli. Oczekiwali z chwili na chwilę, że może dojść do najgorszego: do przewrotu, że Jezus sięgnie po władzę. Zdawali się tracić panowanie nad sytuacją i nad swoimi odruchami. Był moment – taka pogłoska doszła do niego – że nawet zdecydowali się zabić Łazarza, by przerwać ten potok tłumów ciągnących do Betanii. Teraz już z godziny na godzinę narastało napięcie. W zagęszczeniu wydarzeń, starć, słów widoczne było, że nikt, żadna ze stron, tego ciśnienia nie potrafi dłużej wytrzymać. Wtedy Jezus zapowiada wejście do Jerozolimy.
 Zrozumiał tę decyzję jako hasło do rozstrzygającej rozgrywki. Mieszkańcy Jerozolimy są wciąż jeszcze pod wrażeniem wskrzeszenia Łazarza. A nadto znajdują się już w Jerozolimie masy napływających na święta pielgrzymów, wśród których olbrzymią większość stanowią zwolennicy Jezusa. Na wieść o Jego wjeździe tłumy wychodzą Mu na spotkanie. Uniesienie osiąga szczyty. Ludzie zdejmują płaszcze i kładą na drogę, którą jedzie Jezus. Z gałęziami palmowymi w rękach towarzyszą orszakowi. Wołają:
 - Hosanna Synowi Dawidowemu!
 Wprost nie dowierza temu, co widzi; płacze ze wzruszenia i śmieje się na przemian, krzyczy i śpiewa wraz z ludźmi, idzie jak w transie z jakąś palmą, którą ktoś mu wetknął do ręki. To, co się dzieje, jest uwieńczeniem jego marzeń, spełnieniem jego pragnień. Nagle spostrzega faryzeuszów uwijających się w tłumach. Coraz dają się słyszeć uciszenia, wołania o spokój, pogróżki. Obserwując wszystko z najwyższym napięciem, słyszy naraz, że Jezus mówi do nich:
 - Jeżeli ci zamilkną, kamienie wołać będą.
 A więc najwyraźniej ta reakcja tłumów jest akceptowana przez Jezusa.
 Ale to wszystko przypomina mu, że niebezpieczeństwo wciąż się wokół nich czai. I wtedy zdaje sobie sprawę z całą jasnością, że z tego miasta nie ma już dla nich wyjścia: Jezus albo zdobędzie władzę, albo zginie. Tymczasem cała ta nieprzeliczona rzesza dochodzi pod świątynię. Jest pewny, że dokona się to, czego oczekiwał, że zostaną powiedziane najważniejsze słowa i Jezus teraz w świątyni ogłosi się Synem Dawidowym, tym, któremu należy się władza nad narodem wybranym. Staje się jednak zupełnie inaczej. Czegoś takiego nie przypuszczał: Jezus, wszedłszy do świątyni, zaczyna zwyczajnie, jak dotąd, nauczać zgromadzone rzesze, jakby nie zdawał sobie sprawy, na co wszyscy czekają, jakby nie rozumiał, co zaprzepaszcza. Jeszcze tylko – wcale nie wiadomo po co – wyrzuca kupców handlujących w świątyni. W ten sposób zupełnie niepotrzebnie powiększa liczbę swych wrogów.
 Jest rozczarowany do granic rozpaczy. Dlaczego On wycofał się w ostatniej chwili? Przecież to błąd nie do darowania.
 Po spotkaniu z tłumami Jezus odchodzi ze świątyni. Na noc udaje się do Betanii. Bretanii więc wie, że czyhają na Niego. Dlaczego nie robi kroku ostatecznego? Boi się? W momencie decydującym zabrakło Mu odwagi? Przestał wierzyć w siebie? Ależ sposobność do opanowania miasta jest jak nigdy dotąd i nie ma widoków, żeby się mogła kiedyś taka nadarzyć. Czy On nie rozumie, że to jest Jego ostatnia szansa? Przecież zabiją Go przy najbliższej okazji, chociażby zaraz po świętach: gdy odpłyną z Jerozolimy tłumy z prowincji, na których Jezus się opiera. W gorączkowym poszukiwaniu drogi wyjścia z tej coraz bardziej beznadziejnej sytuacji utwierdzał się w przekonaniu, że wynieść Go mogą na tron tylko oni: te masy ludzi, które są teraz w Jerozolimie. Jeżeli Jezusowi zabrakło odwagi, niech oni podejmą inicjatywę. Ale do akcji trzeba ich sprowokować. Jak?
 I wtedy usłyszał wiadomość, którą zaczęli szerzyć kapłani wśród tłumów, że kto doniesie im o miejscu pobytu Jezusa, ten otrzyma wysoką nagrodę. Gdy się potem zastanawiał nad swoją decyzją, musiał przyznać, że ten fakt: obietnica nagrody, odegrał – wprawdzie w niewielkim stopniu, ale jednak – jakąś rolę. Przy Jezusie odczuwał brak własnych pieniędzy. W życiu ich społeczności wszystko było wspólne, a już przede wszystkim pieniądze. Oczywiście, mówił sobie, że uzyskaną sumę włączy potem, gdy będzie potrzeba, do wspólnej kasy, ale pragnienie posiadania i dysponowania własną gotówką miało swoje znaczenie. Było dla niego jasne, że ta nagroda to jest jeszcze jedna próba zastraszenia ze strony kapłanów, że oni na pewno w to nie wierzą, by ktoś taki mógł się znaleźć. Takie informacje mógł posiadać tylko ktoś z najbliższego otoczenia Jezusa. Ale to nasunęło mu rozwiązanie problemu: zgłosić się jako ten, który chce otrzymać nagrodę, i w ten sposób pozwolić kapłanom, aby Jezusa uwięzili; wtedy ludność zareaguje, wyrwie Go z ich rąk i obwoła królem. To wszystko musi się stać przed świętami albo w święta – póki w mieście są ludzie z prowincji. Nie uważał się za tchórza, ale pomysł wydał mu się tak karkołomny, że, myśląc o nim, dostawał prawie zawrotu głowy. W pierwszej chwili odrzucił go od siebie jak pokusę szatańską: wydać najbliższego przyjaciela w ręce wrogów. Ale w miarę jak sytuacja coraz bardziej się pogarszała, gdy żadne inne rozwiązanie nie dawało szans uratowania Jezusa, coraz częściej myślał o tym planie. Taka pozycja zdrajcy dawała mu jeszcze jedną korzyść: była źródłem informacji. To, co mu wciąż bardzo przeszkadzało, to właśnie niewiedza, chodzenie po omacku: nie znał planów przeciwnika. A w tym układzie z natury rzeczy będzie informowany na bieżąco, jakie są zamiary faryzeuszy i kapłanów; a co najważniejsze: będzie wiedział, kiedy mają zamiar uwięzić Jezusa i będzie miał prawo pytać o to.
 Wiedział, że warunkiem jest tajemnica. Nie może zdradzić się przed nikim ze swoim zamiarem. Musi wziąć na swoje sumienie odpowiedzialność za wszystko. Zdawał sobie sprawę z przebiegłości faryzeuszów. Czuł, że musi stworzyć pozory zdrady, pozory, że odchodzi, jak odchodzi szczur z tonącego okrętu, a przy tym chce wyłudzić choć trochę pieniędzy.

 Poszedł do świątyni. Zwrócił się do jednego z kapłanów, którego kiedyś przypadkowo poznał, i powiedział:
 - Skontaktuj mnie z najwyższym kapłanem. Jeżeli to możliwe, to jeszcze dzisiaj chciałbym być przez niego przyjęty.
 Ten wrócił przed południem z wiadomością, że Kajfasz będzie na niego czekał wieczorem.
 Gdy szedł na spotkanie, choć starał się zachowywać tak jak zawsze, był zdenerwowany i tłukło mu się serce. Nigdy jeszcze nie był w tych częściach świątyni, które stały do dyspozycji kapłanów. Ludzie opowiadali sobie niestworzone rzeczy o ich wielkości i przepychu. Tak, teraz stwierdzał, że sale były duże i wysokie, ale chyba za puste i za ciemne. Czekał na Kajfasza długą chwilę. Wciąż przechodzili jacyś kapłani, obrzucając go ciekawym wzrokiem. Czasem przemknął się jakiś sługa albo lewita. Powoli uspokajał się. Nie taki straszny diabeł, jak go malują.
 Wreszcie wszedł Kajfasz. A właściwie nie wszedł, tylko wbiegł. – Że on się tak zawsze musi spieszyć. – Pozdrowił go tak, jak przystało pozdrowić najwyższego kapłana, ale on nawet nie pozwolił mu skończyć formuły powitalnej, przerywając:
 - O co ci chodzi?
 Powiedział zdanie od dawna przygotowane:
 - Co mi dacie, a ja wam Go wydam.
 Z satysfakcją zauważył, że to zdanie zrobiło na Kajfaszu piorunujące wrażenie. Arcykapłan zaczął mrugać oczami, potem chciał coś powiedzieć, ale to słowo jakoś uwięzło mu w gardle, wreszcie wykrztusił:
 - Poczekaj chwilkę, ja poproszę tu Annasza – odwrócił się.
 - Jedno zastrzeżenie: to ma zostać tylko pomiędzy nami. Nikt więcej o tym nie może się dowiedzieć.
 Kajfasz przytaknął mu skwapliwie:
 - Oczywiście, oczywiście. Ja powiem o tym tylko Annaszowi.
 Czekał na Annasza jeszcze dłużej niż na Kajfasza. Wreszcie wkroczył, a właściwie wdreptał starczym krokiem, niski, szczupły, niedowidzący i chyba niedosłyszący. Rozmowa z nim trwała jeszcze krócej niż z Kajfaszem. Wyniósł z niej wrażenie, że ma do czynienia z zimnym rachmistrzem, który nie da nic więcej ponad to, co dać musi, a wyciągnie wszystko – ile tylko potrafi – i że słusznie ludzie mówią, że jest dwóch najwyższych kapłanów, a właściwie tylko jeden: Annasz. Ten wszystkim rządzi.
 Tymczasem Jerozolima pęczniała od pielgrzymów. Jezus wraz z uczniami spotykali wciąż ludzi, z którymi zaznajomili się w czasie wędrówek po Palestynie. Właściwie trudno już było Jezusowi wyjść na ulicę, żeby nie wzbudzić sensacji. Każde Jego pojawienie się wywoływało zbiegowisko. Natychmiast otaczali Go jacyś ludzie, którzy o coś prosili, przypominali się Mu, za coś dziękowali, wznosili okrzyki, obdarowywali jakimiś prezentami, dopytywali, kiedy i gdzie będzie uczył, zapraszali do swoich domów. Jezus nie był w stanie spełnić wszystkich życzeń, rozsyłał więc jak zwykle swoich uczniów po dwóch albo pojedynczo, aby Go zastępowali.
 On też – podobnie jak inni – chodził na rozmaite spotkania, rozmowy w małych i większych gronach. Tłumaczył, wyjaśniał, odpierał zarzuty, przeczył oszczerstwom i plotkom, potwierdzał to, co widział, co się działo na jego oczach. Z Jezusem i innymi uczniami spotykał się przeważnie dopiero na wieczornym posiłku, w miejscu z góry ustalonym, otaczanym już teraz zawsze ścisłą tajemnicą. Wtedy referowali to, co było ważne, pytali o radę, słuchali instrukcji, prosili o interwencję. To było wszystko tak jak zwykle. Powtarzał sobie wciąż: pieniędzy nie wziąłem, a to, że obiecałem, to tyle samo znaczy, jakby oni mi obiecali zburzyć świątynię za trzydzieści srebrników. Wciąż z nadzieją wypatrywał jakiejś zmiany w postępowaniu Jezusa, jakiegoś znaku, który by świadczył o rozpoczęciu przez Niego akcji zmierzającej do zdobycia władzy. Ale wciąż na próżno. Mógł zaledwie stwierdzić, że Jezus zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństwa, które coraz bardziej narastało, że widział, jak krąg zagrożeń coraz szczelniej zamyka się wokół Niego. Świadczyło o tym chociażby to, że na noc nie zostawał w mieście. Spał przeważnie w Betanii albo gdzieś na Górze Oliwnej.
 Parokrotnie przychodził do niego człowiek wysyłany przez kapłanów. Dopytywał się, co Jezus robi, z kim się kontaktuje, co mówi. Niechętnie i ostrożnie na te pytania odpowiadał: sam nie był zresztą najlepiej zorientowany. Przekonał się, że jego rozmówca więcej wie na ten temat niż on. Usiłował odwracać pozycje i sam wypytywał o to, co się dzieje w świątyni, ale z niewielkim rezultatem. Tamten milkł albo dawał wymijające odpowiedzi.
 To było w środę rano. Przyszedł do niego ten sam człowiek. Spieszył się. Powiedział mu krótko:
 - To jutro. Daj nam znać jutro wieczorem, gdzie Jezus ma spędzać noc. Będziemy na ciebie czekali w świątyni. Tam dostaniesz pieniądze. Gdyby coś się stało i nie mógłbyś przyjść, to i tak Go złapiemy. Nawet gdyby uciekł z Jerozolimy. Oczywiście, że jak przyjdziesz, będzie dla nas wszystko łatwiejsze, a ty zarobisz. Tylko bez żadnych figli – dodał ostrzegawczo. – My mamy długie ręce.
 Serce podeszło mu do gardła. Ale zanim zdążył cokolwiek odpowiedzieć, tamten już odszedł. Przez cały dzień męczył się. Nie mógł sobie poradzić z ciężarem tej tajemnicy. Tysiąc pomysłów cisnęło mu się do głowy. Powiedzieć Jezusowi o tym wszystkim. Ale gdy ucieknie? Nie, nie ze strachu przed uwięzieniem, ale ze strachu, że ludzie mogą Go rzeczywiście obwołać królem. Tak, jak to już miało miejsce. I wtedy wszystko przepadnie. Ostatnia szansa, żeby uratować Jezusa, zostanie zmarnowana. Powiedzieć reszcie uczniów. Nie zrozumieją go. Albo samemu Piotrowi. Najchętniej powiedziałby o tym wszystkim Marii, siostrze Łazarza. Mógł zrobić jeszcze jedno: mógł nie pójść. Kapłan powiedział: „I tak Go dostaniemy w swoje ręce. Również i bez ciebie”. Ale nie bardzo chciałby podarować im te pieniądze. Szkoda mu ich było.


 W czwartek rano Jezus zapowiedział, że wieczorem spożyją wspólnie ucztę ofiarną. Drgnął – czy to przypadek, czy też Jezusowi doniesiono o decyzji kapłanów. Uczniowie zdziwili się, że Jezus chce spożywać wieczerzę na dwa dni przed Paschą, ale w końcu byli przyzwyczajeni do dziwnych rzeczy, które się działy wokół nich. Wciąż nikt nie wiedział, gdzie będą tę wieczerzę spożywali. Usiłował dowiedzieć się. Rozpytywał ostrożnie uczniów. Albo faktycznie nie wiedzieli, albo ukrywali przed nim. W końcu doszedł jednak do przekonania, że Jezus zachowywał w tajemnicy miejsce uczty. Przed południem Nauczyciel wezwał do siebie Piotra i Jana. Tknięty przeczuciem, że chodzi tu o jakąś ważną sprawę, szedł za nimi niezauważenie w bezpiecznej odległości. I tak też było. Usłyszał, jak Jezus mówi do nich, że mają udać się do miasta, aby przygotować wieczerzę. Słuchał uważnie, kiedy Jezus powie, w jakim to domu ma się odbyć. To byłaby niesłychanie cenna informacja. – W ten sposób mógłbym od razu powiadomić kapłanów. Nie musiałbym do nich iść wieczorem. – W ogóle nie bardzo wyobrażał sobie, jakby to było możliwe, aby wyjść podczas uczty ofiarnej i pobiec do świątyni. Nie wiedział, czy się zmieści w czasie. Niestety, Jezus ściszył głos. Być może, że go zauważył, być może, że zrobił to odruchowo.
 Zdążył usłyszeć, że będzie czekał na nich jakiś mężczyzna przy bramie miejskiej. Że czekający będzie miał w ręku dzban z wodą. Ale raczej się przesłyszał. Któż to widział, żeby mężczyzna nosił dzban z wodą. Potem Jezus powiedział im z pewnością umówione hasło. Powtórzył im je nawet parokrotnie, ale już tak cicho, że nie był w stanie tego dosłyszeć. Wreszcie Jezus skończył. Teraz pozostawało tylko jedno: pójść za Piotrem i Janem i wyśledzić, dokąd idą. Wszystko zależało od tego, czy uda mu się przeprowadzić to niepostrzeżenie. Gdy Piotr i Jan ruszyli w kierunku miasta, odczekał chwilę, a potem zupełnie niespiesznie począł oddalać się od grupy uczniów. Nagle usłyszał głos, który go omal z nóg nie zwalił:
 - Judaszu.
 To Jezus wołał. Przystanął, odwrócił się. Jezus dawał mu znaki, by się zbliżył do Niego. Podszedł, udając swobodę. Jezus zaczął mu coś mówić, że chce, aby przy Nim został, ponieważ będzie bardzo Mu potrzebny. Potem się okazało, że wcale taki potrzebny nie był; ale przepadło, już nie można było pójść za nimi. Nie zdążył się dowiedzieć do końca, gdzie odbędzie się wieczerza.
 Zgromadzili się późnym wieczorem w umówionym miejscu. Stamtąd Piotr poprowadził ich na spotkanie z Jezusem. Dom znajdował się na skraju miasta, w spokojnej dzielnicy. Wejście przez niepozorny budyneczek. Potem podwórze. I dopiero brama prowadząca do głównego budynku. Schody dość szerokie na pierwsze piętro, skąd drzwi do sali wieczernika. Starał się wszystkie te szczegóły precyzyjnie zanotować w pamięci, świadomy, że wkrótce odbędzie tę drogę ze sługami Świątyni. Wtedy jednak będzie gorzej, bo będzie ciemno. Właściwie już wiedział wszystko. Najchętniej wymknąłby się teraz i pobiegł do świątyni, by zawiadomić kapłanów i sprowadzić ich tutaj. Ale nie bardzo było jak. Gorączkowo usiłował znaleźć jakiś pretekst, ale nic mu nie przychodziło do głowy. Nic, co by usprawiedliwiało jego odejście.
 Duża, czysta sala, przygotowana odświętnie. Jezus już na nich czekał, spokojny i bardzo uroczysty. Był przepasany fartuchem. Gdy weszli, wziął misę stojącą obok, podszedł do Piotra, schylił się jak niewolnik, aby umyć mu nogi. Wszyscy zamarli. Piotr zareagował błyskawicznie, dźwignął Jezusa i powiedział:
 - Ty mi chcesz nogi umyć? Przenigdy!
 Jezus, patrząc mu w oczy, odrzekł spokojnie:
 - Jeżeli nie zgodzisz się na to, nie będziesz miał cząstki ze mną.
 Piotr opuścił ręce i świadomy nadzwyczajności sytuacji odpowiedział:
 - Jeżeli tak, to nie tylko nogi, ale i głowę.
 I tak w ciszy Jezus podchodził kolejno do każdego z uczniów, schylał się, zdejmował mu sandały, obmywał nogi pokryte kurzem ulicznym, wycierał ręcznikiem.
 Czekał w kolejności pełen napięcia, pytając siebie: - Czy On już wie o mnie, czy jeszcze nie i czy da znać, czy zdradzi się z tym. – Ale Jezus bez żadnej różnicy pochylił się i do jego stóp i umył mu nogi.
 Gdy zajęli swoje miejsca, Jezus powiedział:
 - Nazywacie mnie Mistrzem i Panem, i słusznie. Jeżeli więc ja, Pan i Mistrz, umyłem wam nogi, to i wy powinniście jeden drugiemu nogi umywać. Dałem wam przykład, abyście tak jak ja i wy czynili.
 Nauczył się rozumieć Jezusa. Wyczuł, że to tylko wstęp, że coś ma nastąpić, do czego ich Jezus przygotowuje. Zaczęła się wieczerza. Na razie nic nie wskazywało na to, że będzie inna. Wszystko przebiegało tak jak zazwyczaj. Odmówili modlitwę i wtedy, kiedy zdawało się, że już nic nadzwyczajnego się nie wydarzy, Jezus, nie podnosząc głowy, nie patrząc na nikogo, powiedział nagle zupełnie spokojnym głosem:
 - Jeden z was mnie zdradzi.
 Nastała zupełna cisza. Zdrętwiał: a więc On wie o wszystkim. – Zabiją mnie tutaj. – W pierwszej chwili chciał uciec z sali. Opanował się całą siłą woli. Jakaś iskra nadziei tliła się w nim: a może On nie wie, że to ja. Usłyszał głos Piotra, który wybuchnął:
 - Czy to ja, Mistrzu?
 I zaraz runęła fala pytań reszty uczniów, przepychających się jeden przez drugiego ku Jezusowi. Wiedział, że nie może stać bezczynnie, i wciąż jeszcze nie mając pewności, czy Jezus wie, że to on, spytał jak inni:
 - Czy to ja, Mistrzu?
 Wtedy przez ogólny rozgardiasz usłyszał słowa skierowane wyłącznie do niego:
 - Tak, to ty.
 Odszedł na swoje miejsce cały roztrzęsiony. – A więc On wie i nazywa to zdradą – tłukło mu się w głowie. – Przecież ja nie mogę im wszystkim, ani nawet Jemu, wyjawić mojego planu. – Poczuł żal do Jezusa: - Powinien rozumieć, powinien zaufać. Przecież ja chcę Jego dobra. Ręce mu się trzęsły. Czuł, że ma ściśnięte gardło. Na czoło wystąpił pot. Nie wyobrażał sobie, jak będzie w stanie dłużej wytrzymać nerwowo. Nagle usłyszał, że Jezus zwraca się do niego, podaje mu kawałek chleba umaczany w winie, mówiąc tak, że wszyscy słyszeli:
 - Co masz czynić, czyń.
 Nikogo z uczniów nie zdziwiło to polecenie. Widocznie pomyśleli, że otrzymał poprzednio jakieś zadanie, o którym mu Nauczyciel teraz przypomina. Poderwał się ze swojego miejsca i wyszedł.
 Na dworze ogarnęła go ciemność tym głębsza, że wyszedł z jasno oświetlonej sali. Jak zawsze, najpierw pobłądził w ciemnościach: wybrał uliczkę prowadzącą w przeciwnym kierunku. Dopiero po kilku minutach zorientował się w pomyłce. To go znowu roztrzęsło. Począł biec. Ale za chwilę zrezygnował z tego. – Jeszcze gdzie nogi połamię. – Wreszcie w jakimś skrzyżowaniu uliczek, na tle księżyca, zobaczył daleki masyw świątyni. Uspokoił się trochę. Usiłował się opanować, żeby przybrać tamtą maskę twarzy, którą ukazywał kapłanom. Nawet zwolnił kroku. Ale serce wciąż mu się tłukło niemiłosiernie. Zamajaczyły przed nim mury świątyni. Wszedł w ciemne krużganki. Nikogo nie było. – Co jest? Czyżby już wyszli? Ale dokąd? Czyżby jakaś pomyłka? Czyżbym ja się przesłyszał? – Usiłował gorączkowo przypomnieć sobie rozmowę, jaką przeprowadził z kapłanem-łącznikiem. – Nie, nie mylę się, na pewno czwartek. – Wyszedł na portyk Salomona zalany światłem księżyca. Tu pobłyskiwały pochodnie. Kręcili się jacyś ludzie. Odetchnął z ulgą. Wszedł pomiędzy nich. W świetle księżyca szukał znajomej twarzy. Nie, nie było nikogo. Rozglądał się, czy ktoś na niego nie czeka. Ci wszyscy to byli chyba żołnierze Świątyni. Niektórzy siedzieli pod kolumnami, inni stali w grupkach, jeszcze inni przechadzali się. Ktoś spał wyciągnięty pod ścianą. Nigdzie nie widział wciąż żadnego kapłana. Wreszcie nie wytrzymał. Podszedł do kogoś samotnie stojącego i spytał o kapłanów.
 - Teraz odbywa się narada – usłyszał odpowiedź.
 - Ale ja muszę z którymś zobaczyć się jak najprędzej. – Nie wytrzymał już dłużej napięcia.
 - Nie zobaczysz się „jak najprędzej” – zażartował ten z niego – bo tam żadnemu śmiertelnikowi wejść nie wolno. Poczekaj, nic się nie stanie. Nie martw się. Świątynia jest wieczna. – Najwyraźniej drwił z jego niepokoju.
 Oddalił się. – Co to ma znaczyć? Mieli na mnie czekać. Miało być wszystko przygotowane. Mieliśmy natychmiast iść. – Minuty płynęły. Próbował uspokoić się. – Zdążymy. Nie ma obawy. Przecież Jezus dopiero co rozpoczął ucztę. No, bądźmy ściśli, właściwie jest już chyba w połowie. Ale z pewnością nie będą się spieszyć. Jeszcze mają przed sobą drugi i trzeci kielich. Potem będą chcieli jakiś czas odpocząć. – Zaniepokoiła go nagła myśl. – A jeżeli Jezus wie nie tylko o tym, że ja mam kontakty z kapłanami, ale wie też o dzisiejszej zasadzce? – Zaczął się znowu niecierpliwie rozglądać. – Nie, nie mogę tak stać tutaj bezczynnie. Coś trzeba zrobić. To zmienia cały układ. Jeżeli Jezus wie, jeżeli ktoś Mu o tym doniósł, to wszystko ulega zasadniczej zmianie. Muszę im to powiedzieć. – Poderwał się, żeby iść w kierunku sali obrad, gdy nagle z boku posłyszał głos tego samego człowieka, z którym przed chwilą rozmawiał, a który go najwidoczniej cały czas obserwował.
 - Już wychodzą.
 Jeszcze nie widział nikogo.
 - Gdzie? – spytał zniecierpliwiony.
 - O tam – wskazał mu ręką.
 Wreszcie dojrzał, ale z innej bramy niż się spodziewał, wysypującą się strugę postaci. Ustawił się w świetle księżyca, tak by mógł być łatwo spostrzeżony. Na razie nikt na niego nie zwracał uwagi. Kapłani rozchodzili się na boki albo przechodzili obok niego obojętnie. Szli przeważnie po dwóch, po trzech, zajęci rozmową, którą prowadzili przyciszonymi głosami. Od czasu do czasu wybuchały śmiechy, które echo odbijało od kamiennych ścian. Starał się opanować. Powtarzał sobie: - To im musi na mnie zależeć, a nie mnie na nich. Ja jestem kupcem, który sprzedaje dobry towar, a oni muszą wiedzieć, że robią dobry interes. To im musi na mnie zależeć. Bo inaczej wszystko zepsuję. – Nagle spostrzegł samotną sylwetkę, która szła w jego kierunku. Tak, to był ten kapłan-łącznik. Pozdrowił go. Spytał, starając się nadać swojemu głosowi obojętne brzmienie:
 - Czy coś się nie zmieniło?
 - Nie, nic. Co się mogło zmienić? Słowo jest słowo – odpowiedział tamten.
 - To czemu jeszcze nie idziemy?
 - Zaraz pójdziemy, tylko spytam Kajfasza i starszych.
 - Jak to „spytam”? Co znaczy „spytam”? Ty nie mówiłeś im o naszej umowie?
 - Dlaczego miałem im nie mówić. Mówiłem, ale...
 - Ale co? – zniecierpliwił się.
 - Ale – kapłan zwolnił – ja ci powiem całkiem szczerze: Kajfasz tobie nie wierzy.
 - On nie wierzył, że ja przyjdę dzisiaj?
 - No, wyobraź sobie, on nie wierzył.
 - Czy to ma znaczyć, że on nie chce mojej pomocy? – Prawie że się obraził.
 - Czy ja powiedziałem, że nie chce. Ależ chce, chce. Poczekaj tylko chwilę. – Kapłan odszedł.
 Pozostał sam. Opadło z niego napięcie. – A więc mi nie wierzą. Czy oni mogą coś wiedzieć. Ale co oni mogą wiedzieć. Od kogo? Dobrze, że przed nikim nie wygadałem się z moimi planami. Gdyby oni wiedzieli, co ja planuję, to bym stąd dzisiaj nie wyszedł. Nic mi nie mogą zarzucić – pocieszał się. – Bylem tylko dobrze grał swoją rolę. – Stał tak chwilę. Wreszcie wyszedł jego kapłan.
 - To my idziemy. Kajfasz się zgadza. Przynajmniej na razie.
 - Co to znaczy „na razie”?
 - On nie jest do ciebie przekonany. Ale on się do ciebie przekona, jeżeli przyprowadzisz Jezusa.
 - Czy to tylko od mnie zależy? Od was też zależy.
 - Ty się o nas nie musisz martwić.
 - Co to znaczy „nie musisz”? Ile ja tu na was czekam. Kiedy wszystko miało być przygotowane, a nic nie jest. Czy ja wiem, czy my zastaniemy tam Jezusa z uczniami. Jak ty sobie to myślisz, że ja Mu powiedziałem, żeby na nas zaczekał, aż przyjdziemy?!
 - Czemu ty tak krzyczysz. Ty bądź cicho. Żołnierze zaraz będą gotowi. Już się nie denerwuj.
 Rzucił okiem na zbierających się ludzi. Gasili pochodnie, formowali się w oddział.
 - Co ja się nie mam denerwować. Jak ja się nie mam denerwować, skoro On już wie.
 Kapłan chwycił go za rękę:
 - Skąd On wie? Co On wie?
 - Wie. Skąd, to ja nie wiem. Ale wie, że jestem z wami w kontakcie. Dał mi to do zrozumienia przed chwilą.
 Dłoń kapłana na jego ramieniu zelżała, a potem całkiem opadła.
 - Ale mi nie chcesz powiedzieć, że On wie o dzisiejszej nocy?
 - Czy ja to mówiłem? Ja tego nie mówiłem. Ja tylko mówiłem, że On wie, że ja do was chodzę i planuję z wami zamach na Niego.
 - Skąd ty to wiesz? – dopytywał się kapłan.
 Odrzekł niechętnie:
 - On powiedział: „Jeden z was mnie zdradzi”. A gdy się spytałem, czy to ja, On przytaknął.
 - Przy wszystkich?
 - Nikt nie słyszał. Czy nie za mało ludzi? – chciał już odejść od tego tematu.
 - To reszta, wszyscy inni poszli obstawiać miasto.
 - To aż tak mi nie wierzycie?
 - My nikomu nie wierzymy. Nawet sobie – dorzucił i przeciągnął go na czoło pochodu.
 Zaczęli iść. W miarę jak wchodzili w miasto, szli coraz szybciej. Przyznał w duchu, że choć ta gromada na pierwszy rzut oka sprawiała kiepskie wrażenie, to jednak była bardo karna. Żadnych nawoływań, żadnego hałasu. Szli jak koty. Przestał rozmawiać z kapłanem. Całą uwagę skupił na tym, by nie zgubić się. Nie chciał się skompromitować. Parę razy na skrzyżowaniach ulic spłoszył się, niepewny, czy wybrał dobrą drogę. Oblewała go fala gorąca. Ale nie, w końcu okazywało się, że nie zrobił pomyłki. Wreszcie znajoma ulica, przecznica – znajomy zaułek, mur, brama. Przystanął. Serce mu się tłukło ze zmęczenia i z przejęcia.
 - To tu.
 Kapłan rozejrzał się:
 - Gdzie oni są?
 - W domu za podwórkiem na pierwszym piętrze.
 - Jaki tam jest rozkład?
 - Schody na górę. W sieni dwoje drzwi: jedne do izby, gdzie jest Jezus, a drugie naprzeciw do mieszkania właściciela domu.
 - Dobrze. Ty idziesz pierwszy ze mną i z Malchusem, z paroma naszymi ludźmi. Reszta zablokuje bramy. Nie wiesz, czy jest jeszcze wyjście na inną ulicę?
 - Nie, nie ma. Sprawdzałem. Oczywiście mogą być jakieś ukryte przejścia – tego nie wiem.
 - A okna?
 - Wychodzą tylko na jedną stronę – na podwórko.
 Spostrzegł, że tej rozmowie prowadzonej szeptem przysłuchiwał się potężny człowiek, najwyraźniej dowódca grupy, nazwany Malchusem. Kapłan zwrócił się teraz w jego stronę i spytał:
 - Zrozumiałeś? Wiesz, co masz robić?
 Olbrzym skinął głową.
 - Idziemy – powiedział kapłan trochę głośniej. – Judasz prowadzi.
 Wysunął się przed kapłana. Pchnął bramę. Rozejrzał się ostrożnie. Na podwórku nie było nikogo. Podniósł głowę. Okna wieczernika płonęły światłem. Odetchnął z ulgą. A więc jeszcze są. Na palcach przebiegli przestrzeń dzielącą ich od drzwi wejściowych. Potem ciasne schody i podest. Słyszał swój głośny oddech i oddechy swoich towarzyszy. Chwilka koncentracji przed skokiem do wnętrza. Tylko dlaczego tam tak cicho? Modlą się czy posnęli? Pchnął całą siłą swojego ciężaru drzwi a za nim wpadł Malchus i jego żołnierze. Z rozpędu omal nie wywrócił się na ziemię. Rozejrzał się. W sali nie było nikogo. Na stołach resztki jedzenia, kielichy, bukłaki z winem. Jeszcze w nim nie opadło zaskoczenie, gdy poczuł chwyt dłoni na swoim karku. To był Malchus, który teraz odwrócił go do siebie i wciąż trzymał go stalowym uściskiem za kark, drugą ręką chwycił go pod gardło, podniósł jak piórko na wysokość swojej twarzy i spytał:
 - Gdzie oni są?
 Chciał mu odpowiedzieć, ale nie mógł złapać oddechu, poczuł, że traci przytomność, płaty krwi pojawiły mu się w oczach. – Zabije mnie – przebiegło mu ostatnim błyskiem świadomości. I zemdlał. Nagle znowu poczuł podłogę pod swoimi stopami, ale nie był w stanie utrzymać się w pozycji stojącej, osunął się na kolana. Dostrzegł, że kapłan uspokajał Malchusa – coś mu tłumaczył. Ale tego wszystkiego nie słyszał. Nic do niego nie dochodziło. Znów poczuł rękę Malchusa na swoim karku. Pomyślał, że teraz już przyszła ostatnia chwila. Ale on tylko dźwignął go jedną ręką jak kurczaka, drugą ręką z lekka uderzał go po twarzy. – A więc nie zabije mnie – pomyślał z ulgą. Usłyszał, jak Malchus zwraca się do kogoś, by mu podał bukłak z winem, a potem poczuł, jak wino, które szeroką strugą zalało mu usta, twarz, oczy, spływało po brodzie, po szyi, sukni. Zakrztusił się, zaczął kasłać. Oprzytomniał całkiem. Spostrzegł, że uwaga żołnierzy skoncentrowała się na jakimś człowieku. W pierwszej chwili nie wiedział, kto to może być, ale zaraz przypomniał sobie, że gdy wpadał do tej izby, kątem oka dojrzał, jak tamten sprzątał stoły. To był chyba sługa tego domu. Teraz jego przesłuchiwano. Malchus pytał go:
 - Gdzie oni są?
 Swoim systemem, którego przed chwilą doświadczył, Malchus musiał go uderzyć w twarz, bo temu człowiekowi z rozbitego nosa i ust lała się po twarzy krew.
 Patrzył na tę scenę dość obojętnie, wciąż ciężko oddychając. Przesłuchiwany człowiek z przerażeniem rozglądał się po nich wszystkich, jakby wciąż nie dowierzając, patrzył to na kapłana, to na żołnierzy, i równocześnie mówił, jąkając się i przerywając opowiadanie ocieraniem krwi, która mu wciąż płynęła z nosa. Mówił, że tu byli, że zjedli, poszli, nawet się chyba spieszyli, bo nie chcieli, by im podawano czwarty kielich, że gdzie poszli, on tego przecież nie wie. Już płakał, że on jest tutaj tylko służącym, że gdzie by jemu kto miał opowiadać, że on tu nie ma nic do gadania, tylko jest po to, żeby sprzątał. Malchus tak jakby tego wszystkiego nie słyszał, jakby był głuchy. Spokojnie spytał:
 - Gdzie są? Powiedz, bo zginiesz.
 I wtedy nagle w drzwiach pojawił się gospodarz. Ubrany w piękną, drogą szatę, rozejrzał się po sali, po nich wszystkich i zupełnie niespeszony powiedział cichym, spokojnym głosem:
 - Co tu się dzieje?
 Teraz już wszyscy zwrócili się w jego kierunku. Zobaczył, że kapłan zmieszał się, uśmiechnął się przepraszająco, wykonał jakiś nieokreślony gest, jakby chciał się tłumaczyć. Malchus zdążył już puścić służącego, spostrzegłszy reakcję kapłana. Gospodarz, znowu nie podnosząc głosu, zapytał:
 - Kto skrzywdził mojego sługę?
 Kapłan znowu wykonał jakiś nieokreślony ruch. Cisza nadal panowała taka, że słychać było granie świerszczy jak głośną muzykę. Wtedy gospodarz, wytrzymawszy ich wszystkich tym swoim niewygodnym dla nich pytaniem, powiedział, wskazując ręką na kapłana:
 - Zostań. A reszta precz.
 Powiedział to tak samo spokojnym głosem, jak wszystko co poprzednio, i odsunął się od drzwi. Wytoczyli się najpierw do sieni, potem po schodach na dół.
 Szedł, trzymając się ściany. Bolał go kark. Ta utrata przytomności, chociaż trwała tylko moment, osłabiła go bardzo. Zeszli wszyscy na dół do ludzi, którzy czekali na dalszy rozwój wypadków. Oparł się o mur. Drżały mu nogi. Usiadł. Za chwilę zszedł z góry kapłan. Powiedział do wszystkich, jakby nic się nie stało:
 - Gospodarz tego domu nie wie, gdzie by mogli pójść. Ale na to pytanie odpowie z pewnością nasz przyjaciel Judasz. – Wyłuskał go spod ściany. – A więc dokąd mógł pójść Nauczyciel z Nazaretu, jak myślisz, Judaszu? – mówił to prawie że słodkim głosem.
 Znowu nadbiegło przerażenie. Starał się myśleć prawidłowo i spokojnie, ale chaos i pomieszanie, które trwały w nim od tamtego ataku Malchusa, nie ustawały ani na chwilę. Usiłował odpowiadać normalnym głosem. Ratował resztkę swojej godności przed sobą i przed nimi:
 - Co ja mogę wiedzieć, gdzie poszli. Ja mogę tylko powiedzieć, że zwyczajnie Jezus nocuje w Betanii u Łazarza. To ja mogę powiedzieć na pewno, że tak było ostatnie parę dni. Ale kiedy indziej nocował w rozmaitych miejscach, chociażby u Józefa z Arymatei.
 - Spróbuj sobie, Judaszu, przypomnieć, w których to miejscach nocował?
 Denerwował go ten sztuczny, słodki głos kapłana. Denerwowało go to posługiwanie się niepotrzebnie jego imieniem. Ale udawał, że tego nie spostrzega. Z trudem nadawał swojemu głosowi normalne brzmienie:
 - Czasami zostawał na całą noc na modlitwie w Ogrodzie Oliwnym za Cedronem. – To: „na modlitwie” poczuł jak ukłucie serca.
 - A gdzie jeszcze? – pytał kapłan nieustępliwie.
 - Nie, już chyba nigdzie więcej.
 - Jeżeli Jezus poszedł do Józefa z Arymatei – kapłan głośno myślał – to już jest w naszych rękach. Jego dom także jest obstawiony. Jeżeli poszedł do Betanii, to powinien być w naszych rękach albo już, albo za chwilę, bo wszystkie bramy są obstawione. Ale że On jest sprytniejszy niż lis, to mogło Mu się udać przejść. Przy tłumach pielgrzymów i przy bramach otwartych w święta przez całą noc taka sztuka jest możliwa.
 Uświadamiał sobie, że kapłan odkrywa przed nim i przed wszystkimi tutaj zgromadzonymi to, co było dotąd tajemnicą.
 - Ale to, co nasz przyjaciel Judasz wymienił: Ogród za Cedronem, jest nową, cenną informacją, którą należy sprawdzić.
 To „nasz przyjaciel Judasz” wymówione po raz któryś zabrzmiało znowu jak czyste szyderstwo.
 - Ja proponuję – kapłan kontynuował stanowczym głosem – rozdzielić się na dwie grupy. Pierwsza pod dowództwem twoim – tu wskazał ręką na jakiegoś żołnierza – uda się do Betanii. Dobierz sobie najszybszych ludzi i biegnijcie tak prędko, jak tylko umiecie. Druga grupa ze mną i Malchusem – idziemy do Ogrodu za Cedronem.
 Znowu podziwiał sprawność i karność żołnierzy. Pierwsza grupa, błyskawicznie dobrana, już wyruszała z podwórka. A gdy tylko tamci poszli, poczuł na swoim ramieniu rękę kapłana:
 - A teraz ty nas prowadź do Ogrodu. Idziemy. Aha, żeby nie było nieporozumień i zamieszania, podejdziesz do Nauczyciela i pocałujesz Go na przywitanie, bo w ciemności możemy Go z kimś pomylić. Tylko pamiętaj, z nami nie ma żartów. Jak nas zdradzisz, to zginiesz. Natychmiast. Bez sądu.
 Prowadził ich jak pies gończy prowadzi sforę myśliwych. Pies gończy, pies na łańcuchu, czujący wciąż dłoń kapłana z jednej strony i towarzystwo Malchusa z drugiej strony.
 Schodzili milczącą gromadą, świecąc pochodniami, w stronę Cedronu. W szumie kroków słychać było tylko od czasu do czasu szczęk broni o kamienie. Miasto się kończyło. Jeszcze jakieś domki i kamienisty stok góry przechodzący w wyschłe koryto rzeki. Nad samą rzeką zatrzymali się. Ktoś kazał zgasić pochodnie i zaczęli się rozdzielać. Jedna część obejść miała ogród z lewej strony, druga z prawej. On wraz z największą grupą pod wodzą kapłanów szedł wprost na bramę. Pochodnie były zbędne. Księżyc świecił jasnym światłem. Podchodzili stromym korytem rzeki, które przeginało się w łagodny stok Getsemani, pokryty niską trawą i rozrzuconymi tu i ówdzie krzakami. Za nimi czerniła się ściana oliwek. Nagle dobiegł go wyraźny szept:
 - Śpią.
 Grupa przystanęła. Wysunął się do przodu. Tuż przed wejściem do ogrodu leżeli uczniowie. Widać ich było jak na dłoni. Gorączkowo liczył: ośmiu. Gdzie reszta? Podszedł kapłan:
 - Co myślisz o tym?
 - Nie mam pojęcia, co to znaczy. Powinno być jedenastu.
 - A gdzie jest Jezus?
 - On na pewno w ogrodzie, modli się. Tylko nie wiem, gdzie trzech pozostałych. Nauczyciel widocznie zostawił tych, by strzegli bramy, a z trzema wszedł do ogrodu.
 - No, to na razie schwytamy tych.
 Kapłan odszedł. Rozległy się szepty. Pochyleni, prawie czołgając się, podchodzili, zataczając szeroki łuk, do śpiącej gromadki. W ostatniej chwili któryś z uczniów poderwał się do okrzyku, ale przykryła go fala ludzi. Rozpoczęła się kotłowanina. Zduszone okrzyki, kneblowanie ust, wiązanie wykręconych rąk. Odbyło się to szybko. Szybciej niż się spodziewał.
 - Teraz biegiem. Wchodzimy. Pochodnie!
 Zapalono pospiesznie. Rozległ się długi gwizd – znak dla grup otaczających. Rozgrzani walką, upojeni łatwym zwycięstwem, wpadli do ogrodu. Skuleni przemykali się pomiędzy niskimi drzewami oliwkowymi, trzymając przy ziemi pochodnie. Jak w pościgu za zwierzyną. Udzieliło mu się podniecenie. Wpadli na polankę oświetloną światłem księżyca. Nagle dojrzał pod osłoną drzew cztery postacie, jakby czekające na nich. Kapłan, który mu towarzyszył, krzyknął do niego:
 - Zaczynaj!
 Szybkim krokiem przeszedł wolną od drzew przestrzeń. Rozpoznał Jezusa stojącego w otoczeniu Piotra, Jana i Jakuba. Podszedł do nich. Poczuł na sobie przerażone spojrzenia uczniów. Któryś z nich wykrztusił:
 - Judasz, co ty?
 Nie zwrócił na to uwagi. Objął Jezusa ramieniem i pocałował, mówiąc:
 - Bądź pozdrowion, Mistrzu.
 W ciemności dojrzał błysk Jego oczu, które spokojnie patrzyły na niego, i usłyszał pytanie, w którym drżał żal:
 - Judaszu, pocałunkiem zdradzasz Syna Człowieczego?
 Ludzie postępujący za nim w pewnej odległości teraz skoczyli ku Jezusowi, żeby Go związać. Piotr był szybszy. Zasłonił swoim wielkim ciałem Jezusa. Zagarnął ich i odrzucił.
 Zobaczył, że podbiega do nich ogromny Malchus z włócznią. Wtedy Piotr wyszarpnął miecz i uderzył. Malchus uchylił głowę przed ciosem. Miecz ześliznął się po hełmie i odrąbałby chyba ramię napastnika, gdyby nie stalowy naramiennik. W tym momencie rozległ się okrzyk Jezusa:
 - Piotrze, schowaj miecz!
 Zrobiła się cisza. Wszyscy jakoś zatrzymali się bezwolnie, patrząc w Jego stronę. Wtedy On spytał surowym głosem:
 - Kogo szukacie?
 Zrobiła się cisza jeszcze głębsza. Po jakiejś chwili dopiero ktoś wychrypiał:
 - Jezusa Nazareńskiego.
 Na to On odpowiedział:
 - To ja jestem. Jeżeli więc mnie szukacie, pozwólcie uczniom odejść. – Nagle zwrócił się do kapłanów, których zauważył stojących z boku gromady, mówiąc z wyrzutem:
 - Jak na bandytę wyszliście z mieczami i kijami. Codziennie przebywałem z wami w świątyni, a nie podnieśliście na mnie ręki.
 Jezus jeszcze wciąż coś mówił. A potem już wszedł w tłum, który natychmiast Go wchłonął, i popędzany pokrzykiwaniem kapłanów zaczął się szybko oddalać w kierunku bramy wyjściowej.
 Wstrząśnięty tym przebiegiem wypadków, nie zwrócił uwagi, że ktoś mu coś wciska w rękę. Wziął machinalnie. Dopiero po chwili zauważył, że trzyma sakiewkę z pieniędzmi. Wsadził ją pod sznur, którym był przepasany. Ściągnął się mocniej, żeby mu się przypadkiem nie wysunęła. Poczuł się raźniej. – Przynajmniej kolejny punkt programu wypełniony. Byle tak dalej – pomyślał z satysfakcją. Szedł przez jakiś czas za oddalającą się grupą, ale nagle przystanął. – Właściwie to, czego chciałem, stało się – rzekł do siebie.
 Ogród zrobił się pusty, cichy. Noc była chłodna, gwiazdy świeciły. Szedł coraz wolniej. Był całkowicie wyczerpany. Poczuł, że trzęsą mu się nogi. Tłukło mu się serce. Ramiona opadały bezwładnie. – Trzeba trochę odczekać – powiedział sobie. - Niech kawałek odejdą. – Usiadł. Starał się uspokoić. – Teraz wszystko zależy od dobrej informacji. Ale na to jest dosyć czasu. Jutro będą przygotowywać proces. Sąd może się odbyć najwcześniej w pierwszy dzień po szabacie. A my tymczasem najpóźniej jutro po południu ogłosimy Jezusa królem. – Słuchał zanikających głosów gromady, która wchodziła w wąwóz Cedronu. Jeszcze chwilę. Niech wejdą do miasta. Wtedy wstał. Szedł powoli w dół. Bał się, że może natrafić na kogoś zapóźnionego z grupy kapłańskiej. Dopiero gdy wszedł w ulicę, poczuł się bezpieczniej. Ale tu zawiodła go znowu orientacja. Tym bardziej że było ciemno. Księżyc rzadko przedostawał się do wąskich uliczek. Zaczął błądzić. Poczuł się jak w labiryncie. To go zdenerwowało. Nie chciał nikogo pytać o drogę, zresztą nie bardzo było kogo. Na ulicach nie było przechodniów. Pod ścianami spali pielgrzymi, o których się często potykał. Wreszcie odkrył właściwą drogę do ich wspólnej kwatery. Zaniepokoiła go ciemność okien. Przecież już powinni byli przyjść. A może siedzą bez światła. Wszedł. Nie było nikogo. Zaświecił kaganki oliwne. Stał bezradny na środku izby. Niepokój zaczął w nim narastać. Nie, ktoś z nich musi tu przyjść. Trzeba chwilę poczekać. Czekał. Chwile mijały wiekiem całym. A gdy nikt nie przyjdzie? Co wtedy? W Jerozolimie nie znał prawie nikogo. Gwałtownie zaczął wyszukiwać znajomych, którzy mieszkali w mieście. Józef z Arymatei. Tylko jak tam trafić? Gamaliel. Też nie wiedział. Nikodem. Do niego. Tak, to dosyć daleko, ale można trafić. Chyba jednak trzeba tu czekać, oni w końcu muszą przyjść. Przecież nie będą spali na dworze. Wtedy mu przyszła straszna myśl: A jeżeli oni boją się, że kapłani mogą tutaj, w kwaterze, zrobić na nich zasadzkę, pochwycić i wsadzić do więzienia? Chyba wobec tego lepiej zgasić światło. Zgasił. Czekał w ciemności. Minuty się wlokły. Nagle posłyszał kroki. Ostrożne, skradające się. Tak, to ktoś do nas. Kroki zatrzymały się. Ktoś z uczniów albo ktoś od kapłanów. Jak to dobrze nikogo się nie bać. Teraz jeszcze schodki. Zasłona rozchyliła się. Zobaczył w świetle księżyca jakąś sylwetkę. Ktoś z naszych. Chyba Tomasz. Poczekał, aż rozpalił światło. Tak, to był Tomasz. Ten zaczął się trwożnie rozglądać i wtedy go spostrzegł. Wydał stłumiony okrzyk i rzucił się ku wyjściu. Ale był od niego szybszy. Zastawił mu sobą drogę i krzyknął:
 - Nie poznajesz mnie? To przecież ja, Judasz!

cd.: Judasz 2 (str.3)     

 

strona: [1]  [2]  [3]  [4]  ...