Biblioteka
ŚWIADKOWIE JEZUSA
strona 4


 Piłat

 

 Gdy późnym wieczorem wpadł do pałacu donosiciel żydowski i, zachłystując się, począł opowiadać, co się działo w Ogrodzie Oliwnym – widział to na własne oczy – słuchając jego relacji stwierdził, nie bez troski, że tak się stało, jak od dawna przewidywał. Jeżeli go w tym wszystkim coś dziwiło, to jedynie, że jeden z Dwunastu wydał Go.
 - Za trzydzieści srebrników – dorzucił z pogardą donosiciel – jak za niewolnika! – Wzruszył ramionami i oparł się o ścianę, wyczerpany biegiem i zdawaniem relacji.
 Nie słuchał go właściwie już od dawna. Odruchowo przebiegał w myśli garnizony stacjonujące w pobliżu Jerozolimy, którymi trzeba było wzmocnić załogę miasta. Był zaskoczony decyzją kapłanów. Uwięzić Jezusa w przeddzień świąt, gdy całe miasto jest pełne przybyszów z prowincji – Jego zwolenników, było ze strony faryzeuszów i kapłanów czystym szaleństwem. Przecież ci rozniosą im więzienie w drobny pył, aby wyrwać z ich rąk swego Mistrza z Nazaretu. A jeżeli Go uwolnią, to od jutra mamy nowego króla żydowskiego. żydowskiego przy tym zniknie z powierzchni ziemi Annasz, Kajfasz i cała władza kapłanów i faryzeuszów. Tego jeszcze Palestyna nie przeżywała. Ale przecież kapłani o tym nie mogą nie wiedzieć. A więc jakiś podstęp z pewnością. Ale jaki? Na czym on może polegać? Z drugiej strony musiał im przyznać rację, że niewiele szans im pozostawało. Po ostatnich wydarzeniach w Betanii, w związku z Łazarzem, Jezus zdobył sobie całą Jerozolimę. W tym układzie mógł zrobić wszystko, co tylko chciał. A oni wciąż nie wiedzieli, czego On chce.
 Kazał dobrze wynagrodzić donosiciela i, zwracając się do setnika, rzucił:
 - Narada oficerów.
 Zebrali się błyskawicznie. Jakby czekali na to. Wyczuł, że wiedzą już o uwięzieniu Jezusa, że doskonale zdają sobie sprawę z powagi sytuacji. Przedstawił im krótko stan rzeczy i ewentualne możliwości dalszego rozwoju wypadków. Polecił postawić w stan gotowości wszystkie oddziały, wzmocnić punkty obrony. Uśmiechnął się do zebranych:
 - Przygotowuję się jak do oblężenia. Tylko że to wcale nie jest takie śmieszne – dodał półgłosem. – Nie dajcie się sprowokować. Gdy Żydzi zaczną walczyć pomiędzy sobą, nie wolno wam się angażować po którejkolwiek stronie. Nie podejmujcie żadnej akcji na włąaną rękę. Czekać na moje rozkazy. Dawać znać o każdym incydencie.
 Objaśnił ich, że kapłani mogą zaaresztowanego Jezusa przewieźć do jakiegoś miasta na prowincji celem uniknięcia rozruchów w Jerozolimie.
 - Dlatego stan pogotowia obejmuje całą Palestynę, a nie tylko Miasto – dodał.
 Właściwie powinien zostać w pretorium. Było późno. Ale nie mógł się oprzeć pragnieniu, by nie opowiedzieć wszystkiego żonie i wysłuchać jej zdania na temat ostatnich wydarzeń. Polecił przygotować lektykę i eskortę. Zwrócił się do setnika:
 - Jadę do domu. Miej pieczę nad wszystkim. Wkrótce wracam.
 Zobaczył odruch zdziwienia. Dodał:
 - Dziś będę spał w pretorium.
 Wszedł do lektyki. Tragarze ruszyli. Wsłuchał się w rytm ich kroków. – Dobrze wyszkoleni. Przynajmniej tego potrafiłem ich nauczyć. – Odchylił firankę lektyki i wyjrzał. Było ciemno. – A mogłoby tu być inaczej – pomyślał z goryczą. – Chciałem im dobrze uczynić, to nie chcieli. Nie to nie. Niech żyją w gnoju, jak to lubią. – Zasłonił okno. – Był czas – wracał do niego chętnie, gdy opowiadał gościom z Rzymu o swojej działalności – że chciałem z Jerozolimy zrobić mały Rzym. Tu zobaczyłem swoje powołanie. Chciałem dać temu biednemu, ciemnemu, zabobonnemu narodowi kulturę rzymską. Zbudować im drogi i mosty. Wyburzyć nory, ciemne, ciasne i brudne lepianki – siedlisko wszystkich możliwych chorób. Wybudować przyzwoite domy z kamienia, solidne, przestronne i widne. No i chciałem zbudować termy. Oswoić z wodą tych brudasów, maczających sobie przed jedzeniem w wodzie końce palców. Nauczyć ich myć się, kąpać, cieszyć się wodą – źródłem życia. Od tego chciałem zacząć, od wody, od akweduktów. Bez nich nie mogłem zrobić kroku. To była pierwsza inwestycja, którą trzeba było przedsięwziąć. Ale Rzymami na to grosza nie dał. Nawet prosiłem, tłumaczyłem. Odpowiedzią było wzgardliwe milczenie. Potem ktoś mi wyjaśnił, że to był nietakt zwracać się z takimi rzeczami, kiedy Rzym prowadzi wyczerpujące wojny pochłaniające olbrzymie pieniądze. Wobec tego zwróciłem się tam, gdzie jest złota w bród: do Świątyni. Mówiłem o tym z kapłanami. Rozmowy trwały bez końca. Przedkładałem, tłumaczyłem, rysowałem, pokazywałem plany, które kazałem zrobić za własne pieniądze. Jak sobie te czasy przypomnę, to śmiać mi się chce z samego siebie. Zapalałem się jak dziecko. A potem poniżałem się do tego, by prosić o pieniądze. Ja, Rzymianin, prosiłem ich – Żydów. Ale naprawdę miałem na myśli tylko ich dobro. Chciałem im pobudować termy. Wielkie, przestronne. Niechby ci biedni ludzie mieli miejsce, gdzie by nie tylko mogli umywać swoje brudy. Ale niechby mieli miejsce spotkań, rozmów, życia towarzyskiego. Marzyło mi się jeszcze więcej: marzyły mi się stadiony sportowe. Niechby ten zacofany naród miał nie tylko pracę i modlitwę w świątyni. Niechby ich młodzież miała place, gdzie by się bawiła, ścigała, rzucała dyskiem, walczyła. Chciałem, by Żydzi naprawdę weszli do rodziny narodów Imperium Rzymskiego. By rośli w mądrość, zdrowie, szczęście. By cieszyli się z pax romana. Miałem naprawdę tylko dobro narodu żydowskiego na względzie. Nawet w jakimś okresie zdawało mi się, że kapłani mnie zrozumieli, że znalazłem u nich akceptację, że ich pozyskałem. Kiwali głowami, podziwiali, wyrażali swoje uznanie. Wszystko tak do momentu, gdy nie chodziło o pieniądze. Wtedy wykręcali się na tysiąc sposobów. Zasłaniali brakiem kompetencji. Wydatkami na biednych. Zwłaszcza na te rodziny, których żywiciele zostali straceni przez Rzymian. Dopiero wtedy zrozumiałem, że nic z tego nie będzie – kończył rozmyślania o swoich dobrych chęciach wobec Żydów, o swoich planach modernizacji ich życia. Te ich wydatki na rodziny Żydów zamordowanych przez Rzymian to już były czyste złośliwości wobec niego. Świadomie prowokowali go, obrażali, by wybuchnął, by się zdenerwował. Udawał, że nie rozumie tego, że się nie domyśla. Miał nadzieję, że ulegną, że ustąpią, że ujrzą jego dobrą wolę, że nie mogą nie docenić korzyści, jakie inwestycje, które on proponuje, przyniosą narodowi żydowskiemu. Dopiero z perspektywy czasu stwierdzał, jak bardzo się łudził, dopiero potem zrozumiał,, że oni od niego nic nie chcą. Nie tylko nic nie dadzą, ale nic nie wezmą. Że pomiędzy nim a nimi jest przepaść, której on nigdy nie potrafi przeskoczyć: on jest poganinem, poganinem oni narodem wybranym. I w tym jednym stwierdzeniu zawiera się wszystko. – Kto tego nie rozumie, nie zrozumie nic – powtarzał swoim rozmówcom. Pojął to jednak dopiero dużo później. Wtedy nie wytrzymał. Wściekł się. Siłą chciał zabrać pieniądze ze świątyni i zbudować akwedukty. To był błąd, którego pożałował.
 Nie chciał o tym wszystkim dłużej myśleć. Nie lubił tych wspomnień. Zdenerwowały go. Najchętniej wróciłby już do pretorium. Żałował, że zdecydował się na tę eskapadę. Kręcił się w lektyce niecierpliwie. Właściwie ta cała nocna jazda do domu nie miała sensu. Tym bardziej, że lada chwila jego obecność w pretorium mogła okazać się konieczna. – Po co mi było jechać. Nawet to będzie całkiem głupio, gdy przyjadę. Tym bardziej, że żona już chyba od dawna śpi. No to przynajmniej nie będę jej budził – złościł się na swoją lekkomyślność. Najchętniej kazałby zawracać. Ale to by było niepoważnie wobec służby. Wobec żołnierzy, wobec setnika. – „Dopiero co pojechał i wraca”. – Wreszcie dojechali. Wyskoczył z lektyki. W oknach zauważył światło. – Może nie śpi. – Gdy był w połowie schodów, pojawiła się w drzwiach. Zamajaczyła w białych szatach jak motyl na marmurowych ścianach i kolumnach świecących w blasku księżyca. Zbiegła lekko po schodach. Zauważył jej radość ze swojego przyjazdu. – Jak ja tej kobiety mogłem nie dostrzegać w Rzymie. – Ujęła go za rękę:
 - Czekałam na ciebie. Byłam pewna, że przyjedziesz. Bałam się o ciebie. Co w mieście? Co z Nauczycielem? – zasypywała go pytaniami.
 Całe napięcie, które jeszcze przed chwilą w nim trwało, opadło. Odpowiadał jej prawie żartobliwie. Wszystkie sprawy wiszące nad nim jak głazy skalne nabrały natychmiast innych wymiarów.
 - Co zdecydowałeś?
 - Nic. Na razie postawiłem w stan gotowości wszystkie garnizony.
 - Ale co z Nauczycielem?
 - Przecież to nie moja sprawa.
 Powiedział to z przekory, udając obojętność. Zareagowała tak, jak się tego spodziewał – spoważniała:
 - Wiesz, ja dużo myślałam o Nim i o sytuacji, która się wytworzyła.
 - No i do jakich wniosków doszłaś? – zapytał niby mimochodem.
 - Doszłam do przekonania, że to nie jest tylko sprawa żydowska, ale jak najbardziej rzymska czy ogólnoludzka.
 - O, jak to rozumiesz? – zdziwił się już naprawdę.
 - No, popatrz. Po co my tu jesteśmy. Czy na to, aby mieć jeszcze jedno państwo w naszym Imperium? Czy po to, aby jeszcze jeden naród płacił podatki i wzbogacał skarbiec Rzymu?
 - No, no, bez przesady – przerwał jej ironicznie. – Oni tyle dają podatków, co kot napłakał.
 - Wszystko jedno – kontynuowała. – My jesteśmy tu po to, ażeby uczynić z tego zacofanego ludu nowoczesny, kulturalny naród. Aby ich wyrwać z ciemności i zabobonu. Sam tak mówisz. To jest twoja teza.
 - Owszem, masz rację. – Słuchał tego pobłażliwie i już się domyślał, ku czemu ona zmierza.
 - To dlaczego w tym Nauczycielu nie mamy wreszcie zobaczyć naszego sprzymierzeńca. Dlaczego upierać się przy tym, aby wszystko robić naszymi rzymskimi rękoma. Zresztą zawsze z tym samym niepowodzeniem, bo wszyscy nas doskonale nienawidzą. A tu nagle mamy człowieka, który myśli tak, jak nasi najwięksi filozofowie. I realizuje cele, które my sobie postawiliśmy. Zgoda, trzeba przyznać, że On wyraża się językiem innym, dla nas prawie niezrozumiałym. A przynajmniej niezrozumiałym dla ludzi mieszkających w Rzymie. Ale sam mówisz, że z nimi nie ma się co liczyć.
 Zgadzał się z jej oczywistymi argumentami całkowicie. Ale nie mógł oprzeć się pokusie, żeby z niej nie pożartować:
 - Ale nie myje się. A nawet innych do tego namawia.
 Widział, jak się spłoszyła. Po jej twarzy przebiegała wesołość na przemian z zaniepokojeniem. Nie wiedziała, czy on to traktuje jako żart, czy też mówi poważnie. Stanęła:
 - On się nie myje? Skąd ci coś takiego przyszło do głowy?
 - No, nie przypominasz sobie, jakie zarzuty wysuwają faryzeusze przeciwko Niemu i przeciwko Jego uczniom? Przecież również o to Go oskarżają, że łamie przykazania starszych i przed jedzeniem nie obmywa kubków ani nie myje rąk. Tak On, jak i Jego uczniowie.
 - Ach, o to ci chodzi – wybuchnęła śmiechem. – A pamiętasz, co im odpowiedział? Że nie to brudzi człowieka, ale brudzą człowieka nienawiść, zazdrość, zemsta. Nabierasz mnie – zniżyła ton. – Wiesz lepiej ode mnie. Zresztą masz rację – znowu się ożywiła. – Dobrze, że na to zwróciłeś uwagę. Właśnie o to chodzi. On wie, że nie wystarczy do człowieka mówić, nie wystarczy uczynić go mądrzejszym, ale trzeba skłonić go do działania. Nie wystarczy, żeby człowiek wiedział, ale trzeba, żeby się zdecydował i uczynił. I pod tym względem jest mądrzejszy niż Sokrates. Bo popatrz, oni już się przestali bać świętych przepisów. Przełamali zabobonny strach, który tkwi w człowieku, przed naruszeniem każdej instytucji. Oni z Jego pomocą potrafili zrzucić więzy, jakie nałożyły im te „przykazania starszych”. Wychowuje ich jak stary mędrzec. Choć ma dopiero trzydzieści lat. Wiesz, gdy tak myślę o Nim, to mam wrażenie, jakby On był uczniem Platona. Albo nie: jakby Platon pisał swoje rozważania – przynajmniej niektóre z nich – patrząc na Niego.
 - Czy ty trochę nie przesadzasz – przerwał jej lekko zniecierpliwiony.
 Na moment zawahała się. Ale już mówiła dalej:
 - Weź choćby problem paideia. Przecież tak to jest. Platon wciąż mówi o tym, że człowiek żyje w ciemności, że jest jak związany, prawie sparaliżowany, że prawdę musi mu przynieść drugi człowiek, filozof. Mówi, że trzeba, ażeby człowiek zaczął naśladować filozofa, którego miał szczęście spotkać. To nie jest nawet powinność, ale wynik zachwytu, jaki ogarnie każdego człowieka słabego i ciemnego, kiedy nagle zobaczy światłość. Taki człowiek spontanicznie, z całą radością zaczyna żyć jak filozof. Zaczyna uczyć się żyć w wolności. Pamiętasz jego słowo: mimezis, które Platon tak lubi – naśladowanie. I drugie słowo: uczestnictwo, które się dokonuje przez naśladowanie. Uczestnictwo w Dobru samym, w Bogu.
 - Co Platon mówi, to jeszcze trochę pamiętam – powiedział z nutą lekkiego wyrzutu – ale jak ty go łączysz z Nauczycielem?
 - Przepraszam cię. Nie chciałam cię dotknąć. – Zobaczył łzy w jej oczach. – To tylko jak zwykle moje gadulstwo.
 - No już dobrze – udobruchał się. – Mów dalej.
 Zaczęła nieśmiało, ale w miarę, jak mówiła, znowu zapalała się:
 - A więc, jestem przeświadczona, że te zasady, które głosił Platon, realizuje Nauczyciel z Nazaretu. Zauważ, On nawet powiedział o sobie: Jam jest droga. A więc to, co filozof Platon. A nawet więcej: Jam jest prawda i życie. I dalej: Kto chodzi za mną, nie chodzi w ciemnościach. Wciąż ludziom powtarza: Uczcie się ode mnie. Wciąż mówi o sobie, że jest pasterzem, a Jego uczniowie są na kształt trzody owiec, które idą za Nim. Że jest bramą. Jednemu ze swoich uczniów podobno powiedział: Kto widzi mnie, widzi i Ojca.
 - Skąd ty to wszystko wiesz o Nim? – zainteresował się nagle.
 - To od twoich specjalistów od Jezusa – uśmiechnęła się. – Oni wiedzą dokładnie, co Jezus mówi, co robi. Bo albo sami to obserwują, albo dowiadują się od faryzeuszów czy kapłanów. Ale powiedz, czy to nie jest to samo, co Platon? Czy to nie jest jego paideia?
 - A może faktycznie On czerpie z dorobku Grecji i Rzymu?
 - Czyż to możliwe, żeby ktoś mieszkający w jakiejś dziurze galilejskiej miał kontakt z dziełami filozofów? Czy On w ogóle zna grecki język? Zresztą On stawia zagadnienia zupełnie inaczej, samodzielnie, i rozwiązuje inaczej.
 - Nigdy nie wiedziałem, że mam taką uczoną żonę. Wciąż mnie zaskakujesz swoimi wiadomościami.
 Znowu się spłoszyła. Znowu nie wiedziała, czy kpi, czy mówi poważnie. Przerwała, patrzyła na niego niepewna, a potem już, na wpół się tłumacząc, wyjaśniała:
 - No pewnie, co ja mam innego do roboty, jak wciąż czekać na ciebie, mojego pana i władcę – teraz ona żartowała – który wędruje światami, a tylko od czasu do czasu odwiedza swoją tęskniącą wciąż za nim żonę. Mogłabym plotkować z niewolnicami, wyszywać albo nauczyć się od twoich żołnierzy grać w kości. Jakoś wolę czytać filozofów. Zresztą to twoja wina. To ty ich nakupiłeś w twoich najlepszych rzymskich czasach, wsadziłeś w to fortunę; ja teraz dbam, aby się nie marnowała, i czytam.
 - I słusznie. Właściwie powinnaś – tu zaczął z udanym namysłem i powagą – powinnaś napisać studium porównawcze pod tytułem: Nauczyciel z Nazaretu... czy: Jezus z Nazaretu a Sokrates. Albo może: a Platon. Aha, tylko postaraj się, żeby nie brakło mojego nazwiska. Wobec tego umieść w tytule: Jezus z Nazaretu żyjący za czasów Poncjusza Piłata. Albo krótko: pod Poncjuszem Piłatem. I w ten sposób nasze nazwisko wejdzie do historii. Bo w inny sposób, jak dotąd, nie miało okazji.
 - Nie żartuj. A jak przypuszczasz, co oni z Nim zechcą zrobić?
 - Pojęcia nie mam. Na mój gust zabronią Mu nauczać, a potem wypuszczą. Może ubiczują za karę?
 - A jak nie zechce posłuchać?
 - To przynajmniej przyobieca. Biczowanie jest bardzo przekonujące.
 - A gdy mimo tego się nie zgodzi? - upierała się przy swoim. – Czy naprawdę myślisz, że On może przestać nauczać? Czy można choćby na moment przypuścić, że zgodzi się milczeć?
 Zaczęło go denerwować to jej dopytywanie się. Tym bardziej, że musiał jej przyznać rację: On się nie zgodzi. Nie bardzo wiedział, co jej ma odpowiedzieć. Nie zastanawiał się jeszcze tak dalece nad tym wszystkim. A tymczasem ona mówiła dalej:
 - Czy Sokrates mógł przestać nauczać? Nie mógł. On mógł tylko zginąć. Chyba tak samo jest z naszym Nauczycielem. Cała szkoda, że On nie pisze tego, co naucza. I nie wiem, czy robi to ktoś z Jego uczniów. Boję się, że mogą zagubić się te wartości. Przecież to nie jest jakiś tam prorok, jak oni Go nazywają, zajmujący się sprawami czysto religijnymi, ale to jest głęboki filozof, którego obszarem zainteresowań są zasadnicze problemy ludzkie, jednostki i społeczeństwa.
 - Dlaczego to mówisz? – spytał.
 - Bo się boję, że mogą Go zgładzić.
 Zaśmiał się protekcjonalnie:
 - Nie bądź dziecinna. Nie można zabić człowieka bezprawnie. To już nie te czasy. Jesteśmy w praworządnym państwie, a nie u barbarzyńców. Oczywiście, gdyby Żydzi sami się rządzili, na pewno by dawno sobie porozwalali głowy. Oni zresztą to dobrze wiedzą. Przecież przyszliśmy do tej ziemi, bo nas zaprosili. Bo sobie ze sobą rady dać nie mogą. Bo mordowali się nawzajem bez żadnej litości. I gdybyśmy nie weszli do Jerozolimy, to już chyba ani jednego Żyda nie byłoby na świecie. Na szczęście teraz mają rzymskie prawo, bez którego nie wolno im zrobić ani jednego kroku.
 - Ty musisz Go bronić. By Go głupota ludzka nie pozbawiła życia. Tak jak Sokratesa.
 Nie lubił brać żadnej odpowiedzialności na siebie. Odruchowo zasłonił się:
 - Co ci po głowie chodzi. Przecież On ma dzisiaj całą prowincję za sobą, która jest od paru dni w Jerozolimie; On nie jest taki naiwny, jak ci się wydaje. On teraz przyszedł, a nie kiedy indziej. Możesz mi wierzyć, odejdzie wraz z nimi. Nie zostanie ani dnia dłużej. I nie ma takiego, kto by się odważył Go zabić. Nikt, ani doktorzy w Piśmie, ani faryzeusze, ani nawet kapłani. Zaaresztowali Go, przesłuchają, osądzą, najwyżej zakażą Mu nauczać i prędziutko jutro rano wypuszczą Go na wolność. – Przerwał. – Jedno ci jeszcze muszę dodać – powiedział to tak, jakby sobie dopiero teraz przypomniał, choć w gruncie rzeczy od początku tej rozmowy był tego świadomy – Jemu należy się u mnie przynajmniej jedno przesłuchanie. – Nie patrzył w jej stronę. Nie chciał widzieć jej przestrachu. Usłyszał tylko przytłumiony głos:
 - W związku z czym?
 - W związku z Jego królestwem Bożym.
 - Spodziewałam się tego – dobiegł go jej szept. To go jeszcze bardziej zdenerwowało:
 - Może być mądrym filozofem jak sam Platon. Może być takim wychowawcą jak sam Sokrates. To mnie nie obchodzi. Ale gdy zaczyna robić politykę, to Go zniszczę.
 - Przecież wiesz, że Jego sformułowanie „królestwo Boże” ma inne znaczenie, czysto religijne.
 - Nie całkiem to prawda. Gdybyś mi mogła udowodnić, że Żydzi nigdy nie zakładali królestwa, bo „nie o to im chodzi”, i gdybyś mogła udowodnić, że nigdy nie mieli żadnego króla, to ci uwierzę. – Po krótkiej przerwie dodał na pozór łagodnie. – A który spośród królów żydowskich był największy?
 Odpowiedziała po chwili zastanowienia:
 - Może Salomon.
 - Otóż nie, największym był niewątpliwie Dawid.
 - Możliwe – patrzyła na niego, nie wiedząc, do czego zmierza. Najwyraźniej podejrzewała jakiś podstęp.
 - A czy ty wiesz – zwrócił się do niej już całkiem napastliwie – czy ty wiesz – powtórzył – z jakiego rodu pochodzi nasz Nauczyciel?
 Nie odpowiedziała.
 - Otóż zanotuj sobie, żebyś miała jeszcze jeden szczegół do Jego biografii: z Dawidowego.
 Zapanowała cisza. Chodził szerokimi krokami po komnacie, patrząc z satysfakcją na żonę. Była wstrząśnięta. Chciał tak ją zostawić dla większego efektu, ale zrobiło mu się jej żal. Dodał spokojnym już tonem:
 - Może sobie filozofować i może ludzi wychowywać, ale od polityki jestem ja. Palestyna jest częścią Imperium Rzymskiego i tak zostanie na wieczne czasy. Jeżeli ktoś się odważy wystąpić przeciwko temu, powieszę na krzyżu niezależnie od tego, kto by to był.
 Nie odpowiadała. Najwidoczniej nie była w stanie nic mówić. Odczekał chwilę, spacerując energicznie, wreszcie powiedział:
 - Wracam do pretorium. Muszę tam być. Nie wiadomo, co się może zdarzyć.
 Odezwała się drewnianym głosem:
 - Rozumiem. Szkoda, że nie zostaniesz. Nie musiałabym się bać o ciebie.
 - Ani o Niego. Nieprawda?
 Nie zareagowała na tę ironię.
 - Będę bardzo niespokojna.
 - Ale jutro, jak się tylko sprawy wyjaśnią, zaraz wracam do domu.
 Jeszcze usiłował chwilę rozmawiać o dzieciach, o planach na najbliższe dni. Ale rozmowa nie kleiła się. W końcu wstał. Przytulił żonę do siebie, wyszedł na podwórze. Lektyka czekała gotowa. Straż paliła pochodnie. Bez słowa wsiadł. Jeszcze pomachał ręką żonie, która stała w drzwiach. Odpowiedziała mu powiewaniem chusty. Tak zniknęła mu za rogiem domu.
 Rytmiczne kołysanie uspokajało go. Był z siebie zadowolony. Jak zwykle w takich razach myślał o Rzymie z pogardą i poczuciem wyższości. – Co te rzymskie urzędasy rozumieją. Zdaje im się, że ważne jest tylko to, co się dzieje pomiędzy Forum Romanum i Awentynem. Nic ich więcej nie obchodzi. Od nas: od prowincji żądają tylko, żeby było cicho. Pax romana. To jest to słowo, które powtarzają jak papugi. Wszystkie narody muszą być szczęśliwe z tego powodu, że dostały się pod panowanie Rzymu. Gdyby to traktowali jako dowcip, to pół biedy, ale oni to traktują poważnie. I chcą, żeby wszyscy w to wierzyli. Pewnie, jak się siedzi w Rzymie, to na upartego można w to uwierzyć. Ale niechby się ruszyli. Niech wsiądą na koń i niech się pofatygują na prowincję. Wtedy zobaczyliby, co to znaczy pax romana. Oni chcieliby, żeby było cicho i grzecznie. Żeby ludy pracowały, dostarczały Rzymowi pszenicy na ciastka, winogron na wino i marmuru na pałace. A niewolników do obsługiwania. I złota na prowadzenie wojen. I żeby wszyscy myśleli, mówili i postępowali po rzymsku. Ale jakie są problemy, co wrze pod tą przykrywką pax romana, to ich nie obchodzi. To ja wiem. Ja muszę wiedzieć. I robić wszystko, co się da, aby nie dopuścić do wybuchu. Żeby ta pokrywka nie wyleciała w powietrze. Uspokajać, łagodzić. Tu pocieszać, tam grozić. Tu dawać hojne nagrody, tam krzyżować. Byleby trwała cisza. Ich to nie obchodzi, ile to kosztuje nerwów, zabiegów, pieniędzy. Ile mnie chociażby ta sprawa Jezusa kosztuje. Kto z tych urzędasów uwierzy, ile musiałem zapłacić tym, którzy mnie na bieżąco informują, co Jezus robi i czego naucza? A niechby spróbował tylko to zaniedbać. Niechby tylko do czegoś doszło. To oczywiście byłaby moja wina. A nie dość na tym, ja muszę wiedzieć nie tylko, czego On naucza, ale co na ten temat myślą kapłani, a nawet faryzeusze i doktorzy. Czy kogokolwiek w Rzymie to obchodzi, jakie ja mam kłopoty? Ma być tylko spokój. A wszystkiemu innemu będzie winien Piłat. – Coraz bardziej zamazywały mu się obrazy. Poddawał się mimo woli rytmowi kołysania lektyki, jak dziecko w kołysce. Aż zasnął. Gdy się obudził, stali już przed pretorium. Poczuł się rześki, jakby całą noc spał. Wyskoczył z lektyki. Wrócił do siebie, poleciwszy uprzednio, aby setnik zameldował się u niego.
 Spacerując po sali, starał się ułożyć plan działania na dzień następny. Jakoś mu to nie szło. Dopiero po chwili zorientował się, co jest istotną przyczyną jego niepokoju. Były to wiadomości, które przed południem przyniesiono mu z Rzymu. Usiłował je zlekceważyć, wyśmiać – powtórzył nawet stary dowcip o Tyberiuszu i Sejanie – ale wiedział, że się okłamuje. Zwłaszcza sformułowanie: „Tyberiusz nie ma do ciebie już zaufania” utkwiło w nim jak zadra. W tym układzie sprawa Jezusa, którą się musiał zająć, była uciążliwym balastem. Jednego był pewien – że czeka go trudny dzień. Starał się skupić. Chciał przypomnieć sobie wszystko, co wiedział o Jezusie. Aby niczego nie uronić, próbował uporządkować sobie wiadomości o Nim według chronologii zdarzeń. Wiedział o Nim dużo, żeby nie powiedzieć: wszystko. Przecież pilnie śledził Jego działalność. działalność prawie każdy dzień przynosił nowe wiadomości. W ciągu ostatnich paru lat Jezus wyrósł na osobę pierwszoplanową w Palestynie, no i w Jerozolimie. Mówili o Nim wszyscy: faryzeusze i saduceusze, lud i wojsko, Żydzi i Rzymianie. Lotem błyskawicy rozchodziły się wszystkie nowiny z Nim związane.
 Był zdenerwowany. Nawet się nie spodziewał, że tak go przejmie wiadomość o aresztowaniu Jezusa. Musiał przyznać, że cały jego pobyt w Palestynie związał się jakoś z osobą tego człowieka. Jak w kalejdoskopie pojawiły się fragmenty obrazów, twarze, gesty, strzępy rozmów, własne pytania, oburzenie, zdziwienie z pierwszych dni pobytu w Jerozolimie. Najpierw – przyjazd do Palestyny. Milczące tłumy, sporadyczne okrzyki w języku, którego jeszcze nie rozumiał, szpalery żołnierzy, którzy odtąd wciąż mu towarzyszyli, klatka pałacu i pretorium, Pretoriom którego nie wolno mu było nigdy wyjść samotnie. I znowu powrócił, jak bolesne ukłucie, spychany tyle razy na dno niepamięci moment, gdy otrzymał od cesarza list. Czytał go na głos w swojej letniej rezydencji pod Rzymem zgromadzonym przy stole towarzyszom. Cesarz zawiadamiał, że doceniając jego zasługi i zdolności, powierza mu odpowiedzialny urząd, jakim jest namiestnictwo w podbitej Jerozolimie. To było dla niego całkowitą klęską. Nie wyobrażał sobie, by mógł żyć poza Rzymem. Jeszcze teraz powracała fala paniki, która go wtedy ogarnęła. Był zupełnie załamany, nawet zapowiadał, że sobie życie odbierze. Wszystkie jego plany rozsypały się. Decyzja Tyberiusza była niedwuznaczna tak dla niego, jak dla przyjaciół. Stwierdzili zgodnie, że cezar ich przejrzał. Nie mógł, nie chciał czy bał się, a może miał zbyt mało dowodów przeciwko nim, aby wytoczyć proces i skazać na śmierć, a więc obdarzał ich wysokimi stanowiskami na krańcach świata. Jemu przypadła Palestyna. Jak to cesarz powiedział? „Powierzam ci niesłychanie ważne zadanie, mianując cię namiestnikiem Jerozolimy. Jestem przekonany, że nie zawiedziesz mojego zaufania. Wyjeżdżaj jak najprędzej, bo tam jesteś bardzo potrzebny”. Do tego czasu nie był pewien, czy dobrze zrobił, że nie wyciągnął sztyletu, który miał ukryty pod togą, i nie zabił Tyberiusza. – Myślę, że do końca życia będę coraz bardziej żałował – westchnął – że nie zamordowałem tyrana. Byłbym drugim Brutusem. Chociaż nie ma porównania między Tyberiuszem a Cezarem. Tamten był w końcu demokratą. Ten jest tylko satrapą wschodnim. – Pocieszali go, gdy wyjeżdżał, że to nie koniec, a początek, że zostaną w kontakcie, że jeszcze wrócą do Rzymu na czele swoich żołnierzy, aby obalić tyranię, a przywrócić wolność obywatelom Rzymu. Nie wierzył, gdy to mówili. A może i oni w to nie wierzyli. Choć chciał w to wierzyć. Może i oni dlatego to mówili, że chcieli w to wierzyć.
 Potem przyjazd do Jerozolimy, gdzie zaczęła mu cisza w uszach dzwonić. Cisza prowincji, gdzie nic się nie dzieje, bo przecież dla niego jedynym miejsce ważnym był Rzym. Myślał, że oszaleje. Z upokorzenia i z pustki. Potem pierwsze kontakty, przed którymi się początkowo bronił, ale rytm machiny administracyjnej zmuszał go do tego, by wejść w ten dziwny świat. Musiał przyznać, że wciągało go to wszystko coraz bardziej. Ale był to mroczny świat. Jedyny jasny punkt, który towarzyszył mu w tym pierwszym trudnym okresie, to była żona. W Rzymie właściwie jej nie dostrzegał. Nie interesowała go po prostu. Tu okazała się wiernym towarzyszem, który swoją kobiecą troskliwością starał się wychodzić naprzeciw jego trudnościom i życzeniom. Jeszcze jedna osoba, którą wtedy odkrył, to setnik: zwalisty mruk patrzący spode łba, troszczący się o pretorium jak o własny dom, znający się na żołnierzach jak ojciec na swoich dzieciach. Lubił z nim rozmawiać, lubił jego niezależny, logiczny sposób myślenia. Setnik znał Palestynę i naród żydowski jak chyba nikt z załogi. Miał wielu ludzi zaufanych – spędził tu pół życia. Mówił biegle po aramejsku. Na każdym kroku pomagał mu, służąc najbardziej elementarnymi informacjami, potrzebnymi do życia w tym kraju. Pamiętał. To było chyba na drugi dzień zaraz po przyjeździe do Jerozolimy. Chciał wyjść do miasta. I wyszedłby chyba sam, ale w ostatniej chwili polecił setnikowi, aby mu towarzyszył. Ten krzyknął na eskortę. „Nie potrzeba. Nie wołaj nikogo. Pójdziemy sami”. Setnik zaprzeczył: „Nie wolno inaczej. I to nie pieszo, ale na koniach”. „Na koniach? – zdumiał się. – Po co? Tylko parę kroków”. „Łatwiej widzieć lecącą dzidę. Tu nie kochają nas” – dorzucił ze smutnym uśmiechem. Tak, to nie Rzym, gdzie na Forum wśród spacerujących i dyskutujących obywateli można było spotkać cezara. Tutaj w hełmie, w pancerzu i na koniu.
 Z biegiem czasu setnik stał się dla niego nie tylko urzędowym towarzyszem, lecz równocześnie człowiekiem, do którego miał bezgraniczne zaufanie. Wciąż czuł jego dyskretną opiekę. A pomocy potrzebował nieustannie. Musiał przyznać, że bez niego nie potrafiłby zrobić jednego rozsądnego kroku. Wciąż przecież spotykał się z rozmaitymi obcymi mu sprawami, problemami, delegacjami, prośbami, żądaniami, odwołaniami. Ktoś występował przeciwko komuś z powodów, które dla niego w ogóle nie istniały, albo przynajmniej wydawały mu się błahe lub nieważne. Stary setnik to wszystko wyjaśniał, rozplątywał, tłumaczył, doradzał, ale w taki sposób, że on nigdy nie wyczuł chęci narzucania się, lecz po prostu życzliwość.
 Tak, to jest bardzo dziwny świat. „Wystarczy pociągnąć nosem – jak nieraz mawiał do ludzi, którzy przyjeżdżali z Rzymu – i już człowiek wie, że jest nie tylko na Wschodzie, lecz w Palestynie”. Ale bez żartów – sam o tym dobrze wiedział, jak obcy jest ten świat. – Tyle lat tu jestem, a coraz bardziej nic z niego nie rozumiem – pomyślał.
 Całej inności tego świata doświadczył bardzo szybko. To było na początku pobytu, chyba na trzeci dzień po przyjeździe. Obudziła go cisza. Słońce stało już dość wysoko. Podszedł do okna. Od miasta nie dolatywał żaden głos. Ogarnęło go zdziwienie, potem niepokój, w końcu przerażenie. Zawołał na służbę, spytał, co się stało. Dziewczyna w pierwszej chwili nie zrozumiała. Zapytał: „Dlaczego tak cicho?” Uśmiechnęła się: „Dzisiaj szabat. Dzień święty”. To, co potem słyszał o przepisach obowiązujących w dzień szabatu, wydało mu się czymś niewiarygodnym, monstrualnym. Po prostu nie chciało mu się wierzyć, żeby w erze pax romana, w czasach Wergilego i Horacego, takie rzeczy jeszcze mogły istnieć na świecie. Gdy o tym opowiadał, lubił dodawać ze swoim ironicznym uśmiechem: „To jest wizja przyszłości, do której i my dojdziemy pod łaskawym panowaniem boskiego Tyberiusza. Wszystko na rozkaz, zgodnie z przepisem: łącznie z tym, o której godzinie należy jeść posiłki i ile. A najważniejsze – co należy myśleć na ten temat, i nie tylko na ten”.
 Ale był ciekawy. Chciał się dowiedzieć, skąd się to wzięło, czym się tłumaczy. Na to nie mógł już otrzymać odpowiedzi od setnika. Nie chciał dać za wygraną. Przyczepił się do tej sprawy. Przypuszczał, że wyjaśnienie jej pomoże mu zrozumieć wiele zagadnień. Pamiętał, jak go to pytanie zafascynowało. Wyczekiwał okazji, by móc je komuś postawić. Aż wreszcie trafił na tych, którzy mogli zaspokoić jego ciekawość: na przełożonych żydowskich. Jeszcze miał w oczach ich wystudiowane ruchy, zachowanie pełne szacunku dla siebie samych. Nie, ci się nie dadzą nigdy zbić z tropu. Nawet wtedy, gdyby nic nie wiedzieli. Ani w przeciwnym wypadku: gdyby wszystko wiedzieli, a nic nie chcieli powiedzieć. Ach, to głaskanie wypielęgnowanych bród, te spuszczone powieki, te pobłażliwe uśmiechy, te milczenia i wyczekiwania. Nie dali odpowiedzi natychmiast. Tłumaczyli się, że są inni, lepsi od nich, bieglej władający językiem greckim. Nie chcieli sami odpowiadać. Poprosili, aby mogli się dołączyć do tych rozmów uczeni w Piśmie i faryzeusze. Pamiętał te spotkania. Wyczuł, jak się zmieniło nastawienie Żydów do niego. Chyba zaczęli go traktować jako potencjalnego kandydata na prozelitę, jak oni to nazywali. A on po prostu chciał zrozumieć to, co było dla niego niepojęte. Niełatwe były te rozmowy. Nie tylko przez sam fakt, że trzeba było się posługiwać tłumaczem – niektórzy z nich nie chcieli mówić po grecku, choć wiedział, że znakomicie rozumieją go – ale z powodu różnic mentalności. On nie pojmował, dlaczego nie można uzyskać odpowiedzi na pytanie, dlaczego zawsze każde pytanie jest niejasne, a odpowiedź jeszcze bardziej zawiła. Dlaczego „tak” nie jest „tak”, a „nie” nie jest „nie”. Trzeba było ich obstawić pomocniczymi pytaniami, pozamykać wszystkie wyjścia, żeby uzyskać jakieś jednoznaczne stwierdzenie, które zresztą on sam był zmuszony wypowiedzieć. Oni ograniczali się tylko do milczenia. Czasem cmokali mięsistymi wargami i prawili komplementy, że tak bliski jest prawdy. Ale wciąż z tym przekonaniem, że to oni są właścicielami prawdy. „Prawie jak sprzętu w swojej izbie” – dodawał nieraz w rozmowie na ich temat. To właśnie najbardziej go irytowało: prowokowało do agresywnych wystąpień. Żałował potem, że się dał ponieść irytacji, bo to po prostu nie miało sensu. Ale dla niego najbardziej było męczące ich uciekanie się do Objawienia, które nazywali Pismem, Prawem, Prorokami. Wtedy, gdy kończyły się ich kontrargumenty, pozostawało właśnie to słowo, albo jeszcze inne: Bóg.
 Tematyka ich rozmów to była tematyka, nad którą spędzał niejedną noc z przyjaciółmi w Rzymie: wolność człowieka w starciu z instytucjami ludzkimi, a przede wszystkim z państwem. Nieraz sobie myślał, że gdyby opowiedział któremuś ze swoich rzymskich towarzyszy o rozmowach, jakie toczył tutaj, w Jerozolimie, to chyba nikt by mu nie uwierzył. Pamiętał, kiedyś wreszcie po jakiejś ekwilibrystyce pytań i odpowiedzi zdołał to stwierdzić – że źródłem, z którego wyrastają te obłędne przepisy zobowiązujące każdego Żyda do obmywania garnków przed jedzeniem i rąk, do ograniczenia ilości kroków, które wolno uczynić w szabat – jest miłość Boga. W pierwszej chwili myślał, że się przesłyszał. Może oni go źle zrozumieli albo on ich źle zrozumiał, może tłumacz źle przetłumaczył. „Na tym stoi cały Zakon i Prorocy”. A więc z miłości do Boga wypływa omijanie pogan na ulicy, unikanie staranne, aby nawet cień któregoś z nich nie padł na człowieka, niekontaktowanie się z grzesznikami, kamienowanie jawnogrzesznic. Tłumaczyli mu zaciekle. „I gdy ktoś pieniądze, którymi powinien wesprzeć rodziców, złoży na ofiarę świątyni...” – czy to też wypływa z miłości Boga i bliźniego? To końcowe zdumiewające stwierdzenie – a więc ten, kto wypełni wszystkie przepisy, kocha Boga. „A czy wy wypełniacie przepisy?” – zaskoczył ich pytaniem. Zamilkli. „Jeżeli tak, to jesteście święci”. Zaczął się śmiać: „Darujcie, ale ja inaczej wyobrażałem sobie świętego”.
 Obrazili się i wyszli. Zostawili po sobie atmosferę groźby. Przestali przychodzić. Żałował, że w ogóle doszło do tych spotkań. A właściwie to nie żałował. Dzięki nim poznał Józefa z Arymatei. Spostrzegł od razu jego inność: odbijał od reszty tym, że starał się wychodzić mu naprzeciw, nieść konkretną pomoc. Nie spodziewał się, że może kiedyś znaleźć wspólny język z Żydem.
 Tak. Potem przyszedł zły okres. Wiadomości od przyjaciół, rozproszonych przez Tyberiusza po całym Imperium, przychodziły coraz rzadziej. Starzeli się albo wsiąkali w swoją robotę. Kontakty się urywały. W Rzymie prawie nie miał już nikogo. Chyba nie bardzo miałby do czego wracać. Nawet nie był pewny, czy by tego chciał. Palestyna, która zdawała się być dla niego przystankiem na drodze do wielkiej kariery, okazała się stacją końcową. Ten świat wciągał go coraz bardziej. A zwłaszcza rozgrywki z faryzeuszami i saduceuszami. Próbował z rozmaitych stron nadgryźć ich, ale wszelkie usiłowania odbijały się od nich jak od muru.
 Musiał przyznać, że żal mu było ludu żydowskiego. Znał już dobrze szerokie ulice Jerozolimy i ciemne zaułki. Poznał bogate sklepy i biedne kramiki. Znał zamożnych i nędzarzy. Coraz bardziej drażniła go panosząca się jak jakieś monstrum świątynia. To ona skupiała na sobie uwagę wszystkich Żydów. Ona była najważniejszą sprawą bogatych i biednych. Świątynia kapiąca złotem i jej słudzy, którzy głosili miłość Boga i bliźniego, a patrzyli obojętnie na nędzę swoich pobratymców. Jego narastająca nienawiść do tych ludzi wybuchała czasem oburzeniem. Tak było na przykład w tej nieszczęsnej sprawie z akweduktami. – Pomysł nie był głupi – mruknął – tylko z realizacją było, jak zwykle u mnie, krucho. – Ale wtedy się również przekonał, jakie kapłani i faryzeusze mają wpływy w Rzymie. Prawie natychmiast przyszło upomnienie od cesarza. Drugi incydent był daleko gorszy. Aż się nawet teraz zawstydził. Te emblematy rzymskie, które miały symbolizować wkroczenie nowego porządku do tego kraju. – To było głupstwo z mojej strony. – Upomnienie przyszło jeszcze szybciej, jeszcze bardziej ostre. I wtedy poczuł się jak spętany. Tym większa nienawiść rosła w nim przeciwko kapłanom i faryzeuszom. Ale równocześnie coś się w nim złamało. Bo przecież chciał dobrze. A nie pozwolono mu. Jak nie, to nie. A przynajmniej nie za wszelką cenę.
 Wszedł setnik gwardii pałacowej.
 - Co nowego? – spytał go.
 - Jezus został zaprowadzony przed Sanhedryn.
 - Nic więcej?
 - Nie.
 - W mieście spokój?
 - Spokój, tylko u Heroda hałasują.
 Setnik wyszedł. Został sam. Herod, ten, który zgładził poprzednika Jezusa – Jana Chrzciciela. Właśnie, nie zwróciłby nawet na tego Chrzciciela uwagi. Ot, jeden z tych proroków, głoszących pokutę, gdyby nie powiązanie, jakie istniało pomiędzy nim a Jezusem. Nie przypominał sobie, kiedy pierwszy raz doszła do niego wiadomość o Jezusie. Nie pamiętał nawet, o co chodziło. Czy było to jakieś wesele w Kanie Galilejskiej, gdzie się zdarzył „cud” przemienienia wody w wino, czy jakieś „rozmnożenie chleba”. Nie pamiętał. Nie zwrócił na to uwagi, bo takich „cudów” było potem coraz więcej. Dawały mu tylko okazje do tego, żeby żartować, wyśmiewać się z łatwowierności, zacofania Żydów. Ale to, co naprawdę usłyszał, co go zainteresowało, a nawet teraz – z perspektywy czasu – mógł powiedzieć, wprowadziło w bezbrzeżne zdumienie, to była wiadomość, iż ten Mistrz z Nazaretu uzdrawia w szabat. Prawie mu się w to wierzyć nie chciało. Żądał potwierdzenia i sprawdzał prawdziwość tej informacji. Kolejne wiadomości, które do niego docierały, coraz więcej przynosiły szczegółów. Z powodzi zachwytów nad cudownymi zdarzeniami wyławiał fakty, które wciąż wydawały mu się bardziej nieprawdopodobne niż te rozmnożenia chlebów czy chodzenie po morzu. To, co dla niego było prawdziwym cudem, to nauki tego Syna cieśli, który głosił, że nie jest człowiek dla szabatu, ale szabat dla człowieka. Który spokojnie tłumaczył istotę sprawy na najprostszych przykładach, wyjaśniając bezsens przepisów faryzejskich: „A jeżeliby twój wół wpadł do studni, czy nie wyciągniesz go w dzień sobotni?” Tego się absolutnie nie spodziewał, ażeby w tym narodzie tak stłamszonym, zuniformizowanym przepisami, mógł pojawić się człowiek tak wolny, którego stać było na to, żeby popatrzeć oczami dziecka na ten gąszcz przepisów, zakazów i odrzucić je – jak On to mówił – „jak się odrzuca stare bukłaki albo starą szatę”. A to wszystko czynił, posługując się tym samym prawem i tymi samymi prorokami, którzy byli argumentem ostatecznym również dla uczonych w Piśmie. – Tyle razy o tym myślał, ale za każdym razem z jednakowym zdumieniem. Powracały mu pytania z rozmowy, którą prowadził z żoną. Jak On potrafił zrozumieć sprawy najistotniejsze, dotyczące życia społeczności: stosunku człowieka do instytucji, jaką ten napotyka. Przecież to jest problematyka najgłębszych umysłów Grecji i Rzymu. Jak On potrafił dojść do tego, że nie człowiek jest dla szabatu, ale szabat dla człowieka. Jak On, Żyd wychowany w Galilei, a więc w środowisku czysto żydowskim, był w stanie wznieść się do takiego stwierdzenia, że każda instytucja, nawet najświętsza, jest stworzona przez ludzi. Innymi słowy, chociaż człowiek żyjący w społeczeństwie musi jej podlegać, musi się jej podporządkować, to z drugiej strony musi wyrastać ponad nią, musi być wobec niej wolny, musi nią dysponować. Jak On, członek narodu, gdzie uczą od najmłodszych lat być ślepo posłusznym instytucji, jak mógł tak jasno zobaczyć, że człowiek nie może być niewolnikiem instytucji. Bo przecież tak jest. On ma w pełni rację. Tylko taki stosunek gwarantuje wolność. Nie tylko wolność osobistą jednostki, ale taki stosunek, i tylko taki stosunek, umożliwia postęp w społeczeństwie. Z chwilą, gdy społeczeństwo uzna instytucję za nienaruszalną, za świętą, to oznacza koniec kultury, skostnienie, petryfikację, zatrzymanie postępu, stagnację. Przyznawał, że On zobaczył, jak mało kto nawet spośród filozofów, że żyć można tylko w oparciu o zasadę zmiany, ustawicznej zmiany. Tak to przed Nim powiedział Heraklit: Dwa razy nie można wejść do tej samej rzeki. To nie jest jakiś fanatyk czy utopista, który odrzuca wszystkie instytucje. On sam uczy podporządkowywać się im. Ale uczy odrzucać i modyfikować, gdy są dostatecznie uzasadnione potrzeby, tworzyć nowe instytucje, traktować je jako narzędzie. Ten prosty Żyd, ten Cieśla z Nazaretu, głosił swoimi opowiadaniami, przypowieściami, a przede wszystkim swoim życiem, prawdy, na które stać tylko najwyższe umysły Grecji i Rzymu – Platona, Arystotelesa. Postępuje w wolności, w prawdzie jak Sokrates. A to wszystko uzyskuje środkami tak prostymi, że nawet tamtych na to nie było stać. – Złapał się na tym, że powtarza to, o czym żona przed chwilą starała się go przekonać.
 Pamiętał, że początkowo, gdy wystąpienie Jezusa ocenił jako nieprawdopodobne, zaczął wietrzyć jakiś podstęp; nie bardzo tylko wiedział, czy to podstęp ze strony faryzeuszów czy saduceuszów; czy wymierzony jest przeciwko Rzymianom, czy przeciwko kapłanom. Ale to wrażenie było krótkotrwałe. Bardzo szybko przekonał się, że ten człowiek jest niezależny, że nikt Go nie popiera, a nawet musiał stwierdzić ze zdumieniem, że ten mądry Nauczyciel popełnia taktyczny błąd – występuje przeciwko wszystkim grupom kierownictwa żydowskiego. Równocześnie zdawał sobie z tego sprawę, że szerokie masy tych, którzy Jezusa słuchają, jeszcze nie spostrzegły się, w czym rzecz. Wciąż głośno było o nowych cudach: uzdrowienia, wskrzeszenia, połowy ryb, rozmnażanie chleba nie schodziły ludziom z ust. On sam aż drżał z niecierpliwości, czy i kiedy wreszcie ludzie się zorientują, o co chodzi. Czy wreszcie ktoś Go zrozumie. I kto Go pierwszy zrozumie: lud czy kapłani. Właściwie to pytanie stawiał sobie niepotrzebnie. Na tyle doceniał kapłanów, ażeby mieć pewność, że te fakty i te nauki nie pozostaną przez nich niezauważone. Zresztą Jezus wcale nie zamierzał maskować się – chociażby w przypowieści o Samarytaninie, podejmującym się opieki nad zranionym Żydem. Tylko kto ze słuchaczy potrafi zrozumieć subtelność tej opowieści, która wskazywała, jak kapłani i lewici, spieszący się z pewnością do świątyni, by pełnić „służbę Bożą”, nie podjęli służby wobec tego potrzebującego. Pamiętał, jak bez końca stawiał sobie te same pytania. Na reakcję faryzeuszów i kapłanów nie trzeba było długo czekać. Zaczął obserwować ich walkę z Jezusem. Najwyraźniej chcieli Go na czymś takim przyłapać, co by Go nie tylko w sposób absolutny skompromitowało przed całym narodem, ale było zarazem argumentem do wytoczenia Mu procesu i uzyskania wyroku skazującego. Pamiętał dobrze zdarzenie z jawnogrzesznicą, którą przyprowadzili Mu, aby ją osądził, bo zastano ją na cudzołóstwie, a Mojżesz kazał takie kamienować. Gdy słuchał relacji o tym wypadku, wydawało mu się, że Jezus właściwie nie miał wyjścia z tej sytuacji. Odpowiedź: „Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamień”, uznał za świadectwo nie tylko mądrości, ale i odwagi. I to nie był zręczny chwyt, którym potrafił się wymknąć z zastawionej na Niego zasadzki, ale realizacja tej tezy, jaka w całej Jego działalności stwierdzał: wolności. Przecież w końcu uczeni w Piśmie czuli się bez grzechu. Uważali siebie za sprawiedliwych, bo spełniali wszystkie przepisy. A więc powinni podnieść kamienie i rzucić w nią. I nikt z nich nie odważył się tego zrobić. Czy może oni zrozumieli też, że sprawiedliwość to jest coś więcej niż wypełnianie przepisów? Czy może z innego powodu? Z powodu tego, co On tam pisał na piasku. Podobno podchodzili kolejno i czytali, co pisał.
 Jak on wtedy zazdrościł temu Człowiekowi. Przecież sam o tym marzył, aby dawać ludziom wolność. Ten Nauczyciel głosił to, co było jego – Piłata – najgłębszym przekonaniem, co uważał za swoje i swoich przyjaciół w Rzymie najgłębsze odkrycie. Zresztą odkrycie będące kontynuacją myśli greckiej. Wolność. Magiczne słowo. Przypomniał sobie tamte chwile. Opowiadał żonie usłyszane przypowieści, które Jezus głosił swoim słuchaczom. Ale gdy on stwierdzał, że to wszystko, co Jezus mówi, przerasta Jego słuchaczy, gdy wątpił, czy potrafią te prawdy zrozumieć prości rybacy i rolnicy, do których się zwracał, ona zaprzeczała. Mówiła, że forma, w jakiej Jezus podaje swoje nauki, umożliwia zrozumienie ich każdemu. Już wtedy wciąż prosiła go, by chronił Jezusa przed grożącym niebezpieczeństwem. Z niebezpieczeństwa zdawał sobie chyba sprawę i Jezus. Wyczuł w Jego postępowaniu jakiś pośpiech. Jakby obawiał się, że nie zdąży wszystkiego powiedzieć, wyrazić. Prowokował, uczynił z siebie cel, skoncentrował na sobie uwagę. Bez przerwy szokował, nie dawał chwili wytchnienia. I chyba był świadomy tego, że zginie. Mówił o tym.
 Potem prawie z dnia na dzień czekał, aż przyjdzie wiadomość o Jego tragedii, chociaż musiał przyznać, że Jezus przeciągał dni swojego życia, odsuwał termin swojej śmierci bardzo sprytnie. Zdobył sobie lud, który był dla Niego nie tylko oparciem, ale i obroną, a w sytuacji, kiedy opanował już prawie całą prowincję, nawet faryzeusze nie mogli sobie pozwolić na to, by Go zgładzić. Pamiętał taką chwilę, kiedy doniesiono mu o śmierci Jezusa. Był wtedy z żoną przy posiłku, gdy przyszedł goniec z wiadomością, że Jezus podobno został zabity. Po prostu ukamienowany. Zaskoczyła go reakcja żony. Zrobiło jej się słabo, wstała od stołu. Nie spodziewał się, że tak zaangażowała się w los tego człowieka. Wkrótce jednak okazało się, że wiadomość ta była fałszywa. Jezusowi udało się wymknąć. Ale to była tylko kwestia czasu. Wcześniej czy później stać się to musi. Przez moment zdawało się, że ten zamach na Jego życie zreflektuje Go, ostudzi. Tymczasem stało się odwrotnie. Jezus jakby wzmógł tempo swojej działalności, ostrość swoich wystąpień. Wkrótce padły Jego – słynne potem na całą Palestynę – słowa: „Biada wam, faryzeusze obłudnicy”. Musiał przyznać, że tym go Jezus zaskoczył kompletnie. To było straszne oskarżenie.
 Ale przy tym wszystkim odczuwał paradoksalność sytuacji. Przecież w końcu nauka faryzeuszów, uczonych w Piśmie czy kapłanów była tylko przykładem, jak można fałszywie rozumieć Objawienie Boże. Tak, ale posługiwanie się takim przykładem mogło Jezusa kosztować życie. Każde z Jego „biada wam” to były zgłoski, którymi pisał swój wyrok śmierci. Faryzeusze i kapłani niczego Mu nie darują. Bo albo musieliby zaakceptować to, co Jezus powiedział, i odejść ze swego urzędu, albo temu zaprzeczyć i starać się Go zabić skrycie. „Groby pobielane”... Czy mogło być coś bardziej trafnego?
 Wszedł setnik. Gdy patrzył na tego żołnierza, zawsze mu się wydawało, że wszystkie zbroje są za ciasne.
 - Co w mieście? – zapytał odruchowo.
 - Jezus skazany na śmierć przez najwyższych kapłanów i Sanhedryn.


cd.: Piłat 2 (str. 5)    

 

strona: ...[2]  [3]  [4]  [5]  [6]  ...