Biblioteka
ŚWIADKOWIE JEZUSA
strona 15

 


 Obserwował pilnie, w jaki sposób Jan spełni jego polecenie. Widział, jak on nagle spoważniał. Najwyraźniej zrozumiał, o co chodzi. Docenił wagę tego polecenia. Na jego twarzy odbiło się skupienie. Wciąż jeszcze milczał. Minuty płynęły. Nagle, prawie od niechcenia, opierając się na piersiach Jezusa, spytał Go szeptem:
 - Panie, kto to jest?
 Usłyszał, że Jezus po chwili zastanowienia również szeptem odpowiada Janowi:
 - To ten, któremu podam umoczony w winie kawałek chleba.
 Prawie mu się wierzyć nie chciało, że Jezus tak łatwo zgodził się na prośbę Jana. A On już zamaczał chleb. – Komu teraz poda? Żeby tylko się nie rozmyślił. – Patrzył w najwyższym napięciu na rękę Jezusa. Przez moment gotów był wierzyć, że Jezus jemu, Piotrowi, ten chleb poda, ale On jednym ruchem nachylił się nad stołem i podał chleb Judaszowi.
 Ach, to ty, łotrze. – Jakby mu spadł kamień z serca. – Tyś mi się nigdy nie podobał. Już ja cię jutro przypilnuję. Dobrze, że wiem. – Teraz dopiero zaczął sobie kojarzyć rozmaite szczegóły dotyczące Judasza: do roboty się nie spieszył; apostołowania unikał. – Albo choćby to jego drwiące uśmiechanie się – co mnie zresztą doprowadzało do szewskiej pasji. – Niby był jednym z Dwunastu, a właściwie stał wciąż na boku, nie uczestniczył w życiu grupy. Jak ktoś obcy. – Że ja byłem takim osłem. Że go też wcześniej nie przejrzałem. Już mi nie uciekniesz. Ja już cię przypilnuję. Zdrajcy między sobą nie będziemy hodować. Tak nie będzie. – Korciło go, żeby to komuś powiedzieć. Z trudem zmuszał się do milczenia. Wiedział, że tego nikomu nie może przekazać ani teraz, ani potem.
 Nagle poczuł wzrok Jezusa na sobie. Odniósł wrażenie, jakby Jezus dopiero teraz zorientował się, że Jan działał na polecenie jego, Piotra, i żałuje, że odkrył przed nimi obydwoma tajemnicę; może przeląkł się, aby nie doszło do jej rozszyfrowania. Zobaczył, jak Jezus naraz popatrzył na Judasza i rzekł:
 - Czyńże prędzej, co masz czynić.
 To było wymówione na tyle głośno, że doszło do uszu wszystkich siedzących. W pierwszej chwili polecenie Jezusa skierowane do Judasza przeszyło go niepokojem: jak można zdrajcę puszczać wolno. Ale uświadomił sobie, że za bardzo jest wstrząśnięty tym wszystkim, co się wydarzyło w ciągu ostatnich kilku minut, aby reagować poprawnie. Wytłumaczył sobie: Jezus wie, co robi.
 Patrzył uważnie na Judasza. Był ciekaw, czy on zdaje sobie sprawę albo czy przynajmniej domyśla się, że Jezus go rozszyfrował. Ale chyba tak. Widział, że usłyszawszy to, Judasz wyraźnie spłoszony wstał i wyszedł. Rozmowy przycichły. Rozejrzał się po twarzach. Spostrzegł, że wszystkich zaskoczyło polecenie Jezusa. W ich oczach mógł wyczytać pytanie: Co się stało, że Judasz musi odejść, że nie będzie mógł uczestniczyć w tej tak ważnej dla nich uroczystości. Ale równocześnie ten konkretny rozkaz sprowadził ich, wytrąconych z równowagi, ze sfery przypuszczeń na ziemię. Znowu coś się dzieje: znowu Jezus posługuje się nimi, ma do nich zaufanie. Napięcie rozładowywało się. Posłyszał, jak jego towarzysze tłumaczyli sobie poprzednie słowa Jezusa jako jedno z tych tajemniczych sformułowań, które nigdy nie wiadomo, co znaczą.
 Równocześnie zauważył, że wyjście Judasza jakby odmieniło Jezusa. Jakby Nauczyciel niecierpliwie czekał, kiedy Judasz ich opuści. W momencie, gdy za Judaszem drzwi się zamknęły, Jezus ożywił się. Wstał na znak rozpoczęcia uczty, wziął zwój Pisma i zaczął czytać.
 Teraz dopiero zrozumiał Jezusa. On po prostu chciał, żeby wreszcie Judasz odszedł. Nie był w stanie spożywać ze zdrajcą wieczerzy, łamać z nim chleba, pić wina. Zresztą w gruncie rzeczy musiał przyznać, że i jemu samemu byłoby trudno w dalszym ciągu siedzieć wspólnie z Judaszem przy stole.
 Nie słuchał tego, co Jezus czytał, po prostu nic do niego nie dochodziło. Był pogrążony w myślach. Usiłował to wszystko jakoś sobie poukładać, żeby znowu znaleźć się w świecie, który mu się zakołysał pod nogami. Wciąż nie mogło mu się pomieścić w głowie, jak doszło do tego, że Judasz, jego przyjaciel, jeden z Dwunastu, tyloletni wierny uczeń Jezusa, potrafił to zrobić.
 Ocknął się, gdy Jezus skończył. – Chyba tego czytania było niewiele – przyszło mu do głowy. – Przynajmniej nie tyle, ile zwyczajnie.
 Zbliżał się najważniejszy moment ich spotkań ofiarnych. Mimo zmęczenia przeżyciami, które miał za sobą, starał się skupić, by w pełni uczestniczyć w tym, co się będzie działo. Patrzył, jak Jezus wziął chleb, aby ofiarować go Bogu, a potem, jak przystało gospodarzowi, połamać i rozdać współbiesiadnikom. Ta chwila zawsze na nowo go wzruszała, gdy brał z rąk Jezusa w swoje ręce chleb, chleb święty, Boży, aby go spożywać. To Jezus nauczył jego i ich wszystkich naprawdę uczestniczyć w ucztach ofiarnych. Dopiero dzięki Niemu zrozumiał, że istotą ofiarnej uczty jest zjednoczenie się z ofiarą złożoną Bogu – z Bogiem samym. To On go nauczył, że Bogu o nic innego nie chodzi, jak tylko o to, by ludzie żyli w miłości. To On go nauczył, aby, łącząc się z Bogiem, łączyć się i ze współtowarzyszami uczty, przebaczać sobie wzajemnie nieporozumienia, zadrażnienia, jakie powstawały pomiędzy nimi.
 Nagle posłyszał, że Jezus zamiast zwyczajnej modlitwy mówi inne słowa. Słuchał, wprost nie dowierzając:
 - Bierzcie i jedzcie. To jest Ciało moje, które za was będzie wydane.
 Nie było to powiedziane za głośno. Ale na tyle wyraźnie, że wszyscy usłyszeli. Przy stole zapadła cisza. Rozejrzał się po współsiedzących. Najwyraźniej stracili orientację w tym, co się dzieje. Sam również przestał to wszystko pojmować. Takiej wieczerzy jeszcze nie było. Usłyszane zdanie powoli docierało do niego. Jedno było pewne: to Jezus sam siebie składa Bogu i zaprasza nas do uczestnictwa w tej ofierze. Mycie nóg to był wstęp. – Wziął w swe ręce podany mu przez Jezusa chleb. Jego chleb, Jego życie – Jego samego. Powtarzał sobie słowa wypowiedziane przez Jezusa. Chciał je jak najwierniej zatrzymać w pamięci. Był przekonany, że z ich pomocą potrafi lepiej zrozumieć to, co się dzieje. Najbardziej intrygowała go końcowa część: „Będzie wydane”. Znowu to samo słowo, które Nauczyciel powiedział na początku. Co to znaczy: „Będzie wydane”? Komu Jezus ma być wydany? I jak to „wydany”? Ach, oczywiście, przez Judasza. – Ale przecież o niego nie musi się Jezus martwić. Judaszem ja się zajmę.
Później wieczerza potoczyła się normalnym torem. Nastrój się zmienił, jakby nic nie zaszło. Zaczęło być swobodniej. Rozmowy toczyły się już nie przyciszonymi głosami, wybuchały nawet śmiechy. Nie był w stanie zrozumieć, jak jego towarzysze mogli przejść do porządku nad tym, co zaszło. On sam nie chciał się temu nastrojowi poddać. Instynktownie czuł, że to nie wszystko na dzisiaj, że jeszcze coś się musi stać. Był tego pewny, obserwując Jezusa: On nie uczestniczył w tym, co się działo w sali; był w dalszym ciągu poważny i wciąż milczący.
Początkowo nie wiedział, co jest powodem napięcia, jakie wyczuwał w Nauczycielu. Ale szybko się zorientował. Jezus się spieszy. Zobaczył Jego spojrzenia rzucane na spożywających wieczerzę uczniów. Lata wzajemnego przestawania ze sobą dzień za dniem sprawiły, że umiał odczytać, co się w Nauczycielu dzieje. Nie miał wątpliwości: Jezus chce stąd wyjść, i to jak najprędzej. To odkrycie zdenerwowało go. – Już kończyć? Dopiero co zaczęliśmy. Mamy czas. Możemy tutaj pozostać przynajmniej do północy. W nocy każdemu się chce spać. Strażnikom też. Wtedy łatwiej będzie opuścić miasto. Nauczyciel na pewno chciałby już odpocząć. Ale wobec tego raczej powinien jeszcze chwilę tutaj zostać – usiłował się usprawiedliwiać. W gruncie rzeczy jednak nie chciało mu się teraz wychodzić. – Gdyśmy się wreszcie pozbyli zdrajcy, to możemy się chwilę nacieszyć sobą. Zresztą to nie tylko o mnie chodzi. Ja mogę iść, ale jak ich stąd teraz wyprowadzić. – Patrzył na to, co się działo przy stole. Narastał harmider. Nikt tego nie mówił, ale czuł, że wszyscy świętują fakt, iż kończy się ich pobyt w Jerozolimie i wreszcie wracają do Galilei, do domu. Obserwował pilnie Jezusa, który wciąż milczał i był najwyraźniej w dalszym ciągu napięty. Nie bardzo wiedział, jak miałby Nauczycielowi pomóc. Może jednak jakoś ponaglić towarzyszy. Ale żal mu ich było. Przecież to ich ostatni dzień w Jerozolimie. Taka okazja nieprędko się zdarzy. – Oczy zamykały się do drzemki. Szkoda mu było już wychodzić. Posiedziałby jeszcze.
Nagle spostrzegł, że Jezus ujął kielich, by zacząć końcową modlitwę. – No trudno, nie ma rady! Jak już musimy kończyć, to kończmy. – Przy stole uspokoiło się. To zawsze w każdej ich uczcie ofiarnej drugi moment najważniejszy. Oczekiwał go z napiętą uwagą. Pamiętał dobrze słowa Jezusa wypowiedziane przed rozdaniem chleba. Był ciekawy, jaki sens nada Nauczyciel aktowi błogosławienia wina, który zamykał wieczerzę. I wtedy usłyszał, jak Jezus zamiast zwyczajnego błogosławieństwa mówi:
- Bierzcie i pijcie. To jest krew Nowego Przymierza, która za was i za wielu ma być wylana na odpuszczenie grzechów.
Cisza zapanowała, jakby wszystkich piorun poraził. Poczuł w swoich rękach chłód kielicha, który Jezus mu przekazał. Przełknął mały łyk wina. Podał kielich Andrzejowi zajmującemu miejsce obok. – Nauczyciel prowadzi cały czas tę ucztę jako swoją ofiarę – pomyślał. – To ofiara Jego życia. – Powoli dochodziła do niego treść słów wypowiedzianych przez Jezusa. – Krew, a więc śmierć – mrowie przebiegło mu po skórze. – Nie, Jezus naprawdę niepotrzebnie przesadza z tym Judaszem. – Tymczasem kielich wędrował wokół stołu. Aż powrócił do Jezusa. Wtedy On wstał i zaczął odmawiać ostatni hymn. Uczta była skończona. Jezus skierował się do wyjścia.
Widział, jak uczniowie powoli, początkowo w milczeniu, opuszczają swoje miejsca, gromadzą się przy drzwiach, wytaczają się na dwór. Dołączył do nich. Wszedł w ulicę po omacku, oślepiony ciemnością nocy. Zimne powietrze otrzeźwiło go.
Nastrój wieczernika – nastrój zagrożenia i śmierci – prysł. Uczniowie najwyraźniej nie chcieli przyjąć tego, co na moment ukazała im uczta ofiarna. Poczuli się, jakby byli już jedną nogą w domu. Powrócił dobry humor. Zaczęły się żarty z Judejczyków. Przechwalanie się i sławienie mądrości Galilei. Musiał ich uciszać, żeby nie robili hałasu. Co chwilę komuś zamykał dłonią usta. Chciał przejść niezauważenie przez miasto. Początkowo nie mógł się połapać w gmatwaninie ulic. Po chwili dopiero stwierdził, że powinni iść inną drogą, nie tą, którą wybrał Jezus. Zaniepokoił się:
- Dokąd idziemy? Nie do Betanii? – zapytał.
Jezus chwilę nie odpowiadał.
Prawie że się obraził na Niego. – Nie chce ze mną rozmawiać, to nie. – Najwidoczniej Jezus to zauważył, bo rzekł:
- Do Ogrodu Oliwnego.
- Do Ogrodu Oliwnego? I tam będziemy musieli nocować? – Poczuł się rozczarowany. A tak marzył o tym, żeby się przespać w Betanii.
Tymczasem Jezus znowu zaczął mówić tak trochę do siebie, trochę do niego, trochę do nich wszystkich:
- Wy wszyscy zwątpicie o mnie tej nocy. Napisane jest bowiem: Uderzę w pasterza, a rozproszą się owce trzody.
Żal mu się zrobiło Jezusa, że tak przygnębił Go ten fakt Judasza zdrajcy. Przygarnął Go szerokim ruchem. Chciał Go jakoś uspokoić, pocieszyć; zaczął Go zapewniać:
- Choćby wszyscy zwątpili, ja nie zwątpię nigdy.
Jako odpowiedź usłyszał:
- Tej nocy, zanim kur zapieje, trzykroć się mnie zaprzesz.
Otrzeźwiło go to zupełnie.
- Ja? – zaśmiał się sztucznie, pewny, że może Nauczycielowi zaprzeczyć. – Choćby mi przyszło umrzeć z Tobą, nie zaprę się Ciebie.
Wbrew temu, co mu się zdawało, uczniowie przysłuchiwali się ich rozmowie. Dotąd nie włączali się, ale teraz zaczęli gorąco wyrażać swoje przywiązanie do Jezusa. Zrobiło się małe zamieszanie. Coraz któryś z nich podchodził i, podchwytując to, co powiedział Piotr, powtarzał: „Choćby mi przyszło umrzeć, nie zaprę się Ciebie”. Nie przeszkadzał im. Szedł z boku i dręczyły go ponure myśli. – Co się z Jezusem dzieje? W takim stanie jeszcze Go nie widziałem. Już wkrótce świt, a On mówi, że jeszcze tej nocy zaprę się Go. Choćbym chciał, nie będzie na to czasu, nie zdążę. Może to dlatego powiedział, że nie przypilnowałem Judasza. A może podejrzewa mnie, że jestem w kontakcie z nim. – Przewalały mu się przez głowę bezładnie rozmaite myśli.
Wreszcie wyplątali się z gęstwiny ulic, wyszli za pas murów, zaczęli schodzić w dolinę Cedronu. Teraz już ostry blask księżyca umożliwiał łatwiejsze poruszanie się. Przechodzili przez potok po sterczących kamieniach. Ktoś wpadł do wody. Dobiegały do niego hałasy, śmiechy. Potem drapał się po stromiźnie, podtrzymując Jezusa. Aż wreszcie wyszli na drugą stronę wąwozu. Teraz najchętniej położyłby się spać, a tu trzeba iść dalej. Żałował, że nie są w Betanii. – Dlaczego On nie chce dzisiaj nocować w Betanii? Najlepiej byłoby u Łazarza. Choć to kawał drogi, to przecież dach nad głową i ciepło. – Jeszcze tylko trochę i ogród. Przy wejściu Jezus zatrzymał się. Zagarnął ich w gromadę i powiedział, że chce zostać w ogrodzie na modlitwie. Prosił, by czekali na Niego tu, przy bramie.
Już sobie obiecywał, że gdy tylko Jezus zrobi dwa kroki, on natychmiast wyciągnie się na trawie, gdy usłyszał polecenie, że ma Mu towarzyszyć wraz z Janem i Jakubem. Trochę się zdziwił: - Jeżeli mi nie wierzy, to po co mnie bierze ze sobą? A może myśli, że mogę odejść czy donieść?
W imieniu Jezusa przykazał pozostającym, ażeby ogniska nie palili, ale żeby czuwali i pilnowali wejścia do Ogrodu Oliwnego, a w razie jakiegokolwiek niebezpieczeństwa, żeby dali mu znać.
Weszli w czwórkę w głąb ogrodu. Było ciemno. Poświata księżyca z trudem tutaj przedzierała się przez gałęzie pokryte srebrnymi listkami. Zaczepiał o jakieś konary, wpadał na jakieś drzewa. Wreszcie Jezus rzekł do nich:
- Zostańcie tu i czuwajcie.
Został z Janem i Jakubem na jakiejś małej polance. Patrzył, jak Jezus oddalał się. Jego biała szata czasem błysnęła w świetle księżyca. – Dokąd On idzie? – Wreszcie Jezus zbliżył się do ogromnego głazu odległego o rzut kamieniem. Tam przystanął.
A potem zobaczył, że Jezus ukląkł do modlitwy. Wzruszył się tym widokiem. I chyba to był ostatni obraz, jaki zapamiętał. Zaczęły mu się zamykać oczy. Uczciwie chciał wypełnić polecenie. Powtarzał sobie, że postanowił czuwać, ale spać mu się chciało i mięśnie miał zupełnie zemdlone. Nie był w stanie nie spać. Na usprawiedliwienie przed samym sobą stwierdzał, że żadnego niebezpieczeństwa nie ma, bo kto może się domyślić, że Jezus przyszedł tutaj, a nie do Betanii. Zresztą Jerozolima śpi. – A w końcu tamci czuwają przy wejściu, w razie czego zdążą mnie zbudzić. A Judasza trzeba będzie przypilnować jutro. Na moment mogę się zdrzemnąć. – Położył się, okrył opończą i zasnął natychmiast.
Jak było dalej, nie bardzo wiedział. Zdawało mu się, że ktoś go szarpie. Potem budził go Jezus chyba raz czy dwa. Zdawało mu się, że widzi w świetle księżyca nachyloną nad sobą postać Nauczyciela, że słyszy Jego głos pełen wyrzutu:
- Nie potraficie jednej godziny czuwać ze mną.
Nie wiedział, czy to wszystko mu się śni, czy też to jest naprawdę. Głowa mu ciążyła. Nie był w stanie wyrwać się z głębokiego pierwszego snu.

 Zerwał go dopiero blask pochodni. Natychmiast zorientował się, że na wszystko jest za późno. Prawie tuż nad nim wyrośli jacyś ludzie. Podbiegł wystraszony w kierunku, gdzie powinien być Jezus. Znalazł Go. Już tam był Jan i Jakub. Stanął przy nich. Jeszcze nie rozumiał dokładnie, co się dzieje. Ręce mu się trzęsły, cały drżał ze zdenerwowania i z zimna. Wciąż nie widział swoich towarzyszy, których pozostawili pod bramą ogrodu. Zapytywał siebie, gdzie ta reszta może być. Miał ochotę spytać o to Jakuba, ale nie mógł z siebie wydobyć głosu. Suchość w ustach i skurcz w gardle. Zresztą czuł, że Jakub jest równie przestraszony jak on sam. W głębi ogrodu wciąż kłębiły się jakieś postacie. Jeszcze miał nikłą nadzieję, że to nie Jezusa szukają, ale wiedział, że się okłamuje. Rozejrzał się. Światła pobłyskiwały wszędzie. Byli otoczeni. Jeszcze wciąż pozostawali niezauważeni w swojej kryjówce, ale wiedział, że to już kwestia chwili. – A gdyby się spróbować przebić? – Uchwycił rękojeść miecza. – Jak dobrze, że mam go przy sobie. – Dochodziły do niego coraz głośniejsze pokrzykiwania, śmiechy, nawoływania, przekleństwa, które rozlegały się już po całym ogrodzie. Widział pojedynczych żołnierzy przemykających się pomiędzy drzewami. Gęstą siecią przeczesywali ogród. Nie było szans ucieczki. Pozostało tylko czekać w nadziei, że ich przeoczą. Zaczęła budzić się w nim wściekłość na swoją głupotę, na towarzyszy, których zostawił przed ogrodem, że nie dali na czas znać, na żołnierzy szukających. Klął w żywy kamień, że się dał tak głupio zaskoczyć, że nie był przytomny, że nie czuwał. Teraz było na wszystko za późno. Trzymając twardo miecz, obiecywał sobie tylko, że drogo sprzeda swoje życie i życie Jezusa.
 Nagle zobaczył Judasza. W pierwszej chwili pomyślał, że się myli. Ale nie, to był on: trzymając wysoko nad głową pochodnię, szedł powoli, rozglądał się uważnie, przeszukiwał dokładnie każdą kępę drzew. Teraz zrozumiał: to już dzisiaj Judasz miał zdradzić, nie dopiero kiedyś, to dlatego wyszedł przed końcem wieczerzy. Czuł, że włosy jeżą mu się na głowie. Zabrzmiały mu jak echo słowa Jezusa przy wieczerzy: „Jeden z was mnie wyda”. I kolejne odkrycie, które go prawie oszołomiło: Jezus wiedział o tym, że ta zdrada, że ten napad, że to wszystko, co się dzieje, miało się dokonać dziś; to dlatego powiedział: „Co masz czynić, czyń”. Ale nie był w stanie dalej myśleć. Wściekłość narastała w nim coraz bardziej. – Jak mogłem być takim osłem, że nie doszło do mnie to, co Jezus mówił. Ale dlaczego On nie powiedział tego wyraźnie, przecież można było tego zdrajcę wtedy przytrzymać. – Był bezradny wobec tych pytań. Nagle zobaczył, że Judasz ich spostrzegł, przez moment się zawahał, podniósł wyżej pochodnię, przyglądał się im uważnie. Wreszcie poderwał się, zaczął biec ku nim. Narastał mu w oczach. Jeszcze parę kroków i był przy nich. Zachowywał się tak, jakby spotkał Jezusa po długim czasie gdzieś nad Jeziorem Tyberiadzkim. Powiedział:
 - Bądź pozdrowiony, Mistrzu. – Bretanii potem objął Go serdecznym uściskiem i pocałował Go.
 Widział teraz Judasza z odległości pół kroku: był spokojny, prawie radosny. Skierował wzrok na Jezusa, bo nic z tego nie rozumiał. W takiej chwili to pozdrowienie? – Albom ja oszalał, albo oni są szaleni – pomyślał. Ale zaraz usłyszał odpowiedź Jezusa:
 - Judaszu, pocałunkiem zdradzasz Syna Człowieczego?
 To przywróciło mu poczucie rzeczywistości. A więc nie, to nie komedia. Jeżeli kto tu szalony, to Judasz. Tymczasem ten pocałunek to był najwidoczniej umówiony znak, bo w tym momencie ludzie, którzy towarzyszyli Judaszowi, rzucili się w stronę Jezusa, żeby Go schwytać. Roztrącili Jakuba i Jana. Chcieli i jego odtrącić. Nie dał się zbić z nóg, odepchnął ich, zasłaniając sobą Jezusa. W tym momencie dojrzał błysk włóczni, którą jakiś olbrzym zwrócił w jego kierunku. Wyszarpnął miecz. Trzasnął z góry na dół. Trafił w hełm, który się prawie rozleciał. Miecz, nie uszkadzając czaszki, spadł na ramię żołnierza i chyba przerąbałby je, gdyby nie naramiennik, który wytrzymał cios. Już dźwigał miecz do powtórnego uderzenia, gdy poczuł silny uścisk dłoni na swoim ramieniu i poprzez wściekłość, która go ogarnęła, dotarł do niego głos Jezusa:
 - Schowaj miecz.
 Opamiętał się z trudem, wciąż jeszcze napięty, gotów do odparcia ataku. Począł rozglądać się. Spostrzegł, że są otoczeni zbitym tłumem, morzem pochodni. Dosłyszał, że Jezus pyta opanowanym głosem:
 - Kogo szukacie?
 W odpowiedzi wybuchły wołania:
 - Jezusa z Nazaretu.
 Dobiegło go krótkie stwierdzenie:
 - Jam jest.
 Potem Jezus jeszcze coś mówił. To chodziło chyba o to, aby jego, czyli Piotra, i innych uczniów puszczono wolno. Jeszcze było coś więcej, ale nie dosłyszał, bo nagle wszyscy zaczęli wrzeszczeć, zrobił się hałas, tumult, przepychanie się. Przez moment widział wyprostowaną sylwetkę Nauczyciela, ale już Jezusa wciągnięto w głąb oddziału, zniknął mu z oczu w morzu głów i pochodni. Akcja zakończyła się błyskawicznie, napastnicy zwinęli swoje szeregi i wracali w kierunku bramy ogrodu.

 Uczyniło się pusto i ciemno wokół niego. To wszystko mogłoby być jakimś koszmarnym snem, gdyby nie pobłyskująca między drzewami plama światła i gwaru, która się szybko oddalała. Instynktownie zaczął iść za nią, Nie chciał pozostać sam. Musiał biec, aby się nie zgubić. Widział, jak pochodnie skupiły się u czoła oddziału. Biegnąc, wciąż rozglądał się w nadziei, że zobaczy kogoś ze swoich towarzyszy. Na próżno. Żadnego z nich nie było. Nagle wśród drzew spostrzegł jakiś przemykający się cień. W pierwszej chwili przeląkł się, lecz prawie natychmiast rozpoznał w nim Jana. Podbiegł do niego, złapał za ramię. Jan drgnął przestraszony, ale zaraz rzucił mu się z radością na szyję.
 - Żyjesz! – wykrzyknął. – Myślałem, że ci się coś stało.
 Zza drzew przeświecało coraz ostrzej księżycowe światło. Zbliżali się do wyjścia z ogrodu. Zwolnił, równocześnie przytrzymując Jana za rękę.
 - Nie spieszmy się, bo mogą nas rozpoznać.
 Patrzyli, jak żołnierze prowadzący Jezusa wybiegli na płaszczyznę oddzielająca ogród od Cedronu. Starał się skupić. – Trzeba zawiadomić Łazarza o tym, co się stało. – Powiedział to Janowi. Widział, że czoło pochodu zwolniło i cała grupa zsypywała się do wąwozu. Gdy ostatni żołnierze znikli, pobiegł wraz z Janem za nimi i za chwilę drapał się pod górę, bezpieczny w cieniu padającym od murów obronnych. Wchodzili do miasta.
 - Dokąd oni Jezusa prowadzą, nie orientujesz się? – spytał półgłosem.
 - Oni chyba idą do pałacu Kajfasza. Zaraz wszystkiego się dowiemy – dosłyszał szept Jana.
 Nie odpowiedział nic. – Dziecko jest, zdaje mu się, że można jeszcze coś zmienić. – Jan wciąż mu coś szeptał. A tymczasem napastnicy faktycznie kierowali się w stronę pałacu Annasza i Kajfasza. Z daleka widoczna już była łuna świateł. Trzymając wciąż Jana za rękę, zbliżył się na bezpieczną odległość. Nie puszczał go, choć ten rwał się do rozmowy z Kajfaszem, ale patrzył, co będzie dalej. Oddział wszedł w bramę, która została szybko zamknięta. Straż z powrotem zajęła swoje miejsce.
 - Co robimy teraz? – spytał Jana.
 Jan, wciąż pełen inicjatywy, zaczął mu znowu szeptać:
 - Zróbmy tak: ja wejdę do środka, żeby się dowiedzieć, co się dzieje z Jezusem. Ja ich przecież tam wszystkich znam. I potem wprowadzę ciebie.
 Zanim zdążył mu coś odpowiedzieć, Jan zniknął. Pozostał sam w ciemności. Ale to trwało tylko chwilę. Jan znowu wyłonił się przy nim, chwycił go za rękę, mówiąc:
 - Chodź.
 Dał się wprowadzić. Jan zastukał do furty ukrytej w murze. Ktoś otworzył drzwi. Dobiegł go porozumiewawczy szept między Janem a odźwierną i weszli na podwórzec.
 - Poczekaj tutaj, zaraz wrócę – bardziej się domyślił, niż dosłyszał Jana.
 Zatrzymał się w głębokim cieniu, rozglądnął się. W pobliżu jedna grupa żołnierzy grzała się przy ognisku. W pewnej odległości, bliżej pałacu Kajfasza, druga.
 Dopiero gdy usłyszał trzask zamykanej furty, zdał sobie sprawę z niebezpieczeństwa, w jakim się znalazł, i to przez własną głupotę. Był na podwórcu pałacu najwyższego kapłana, zamknięty jak w klatce. Wejść tutaj to było szaleństwo. Wydostać się można było tylko albo bramą strzeżoną przez żołnierzy, albo furtą zamkniętą teraz przez odźwierną, której nie wiadomo gdzie trzeba by szukać. Równocześnie z całą ostrością uświadomił sobie, o czym powinien był już wcześniej pomyśleć, że jeżeli Jezusa pochwycono, to schwytają wcześniej czy później wszystkich Jego uczniów. I jeśli Jezus jeszcze potrafił wybronić ich w Ogrodzie Oliwnym, to gdy oni zaczną podejmować jakąkolwiek inicjatywę, z cała pewnością zostaną pozamykani. – A ja przyszedłem do Annasza jak ostatni baran. Jak może być zrozumiane moje pojawienie się tutaj, na podwórcu u najwyższego kapłana? Moje, Szymona, który był pierwszym w grupie uczniów Jezusa. – Przywarł do muru. Był wściekły na siebie, że dał się przyprowadzić, i na Jana, który mu to zaproponował. – Mogę zginąć w obronie Jezusa, ale zginąć niepotrzebnie nie mam zamiaru. – Jeszcze raz stwierdzał, że wyjście z podwórca jest niemożliwe. Z drugiej strony, nawet gdyby było możliwe, to jeżeliby stąd odszedł, mógłby zgubić się z Janem. – I gdzie go potem szukać. – Próbował się uspokoić, że Jan powinien przyjść lada moment i z pewnością przyniesie jakieś wiadomości, może nawet bardzo ważne. – Żeby tylko wreszcie przyszedł. – Minuty wlokły się w nieskończoność. Jana wciąż nie było. Niepokoił się o niego. To trwało zbyt długo. Nie miał pojęcia, co się mogło stać. – Czyżby ktoś wyrządził mu jakąś krzywdę? A może po prostu sam się gdzieś zaplątał czy zagadał, a ja tu czekam na niego jak kto głupi.
 Na razie na podwórcu nic się nie działo. Ale wiedział, że nie uda mu się długo tak stać przylepionym do muru. W każdej chwili może go ktoś rozpoznać i zapytać, co uczeń Jezusa robi w tym miejscu. – A nawet jeżeli mnie nie rozpoznają, to po prostu zapytają, kim jestem, skąd się tu wziąłem i jak się nazywam. – Usiłował sobie przygotować odpowiedzi, zgadywał pytania, jakie mogą paść. Kłamać czy mówić prawdę? Ale jaką prawdę, że skąd się tu wziął. Tłumaczyć się, że Jan go tu przyprowadził? Kto to jest Jan? To było bez sensu, zupełnie śmieszne. Nagle usłyszał:
 - Chodź do nas, nie stój tam.
 Ktoś z grzejących się przy ognisku wołał do niego. Stało się. W pierwszej chwili chciał udać, że nie zrozumiał. Nic z tego. Wołanie się powtórzyło. Całą siłą woli bronił się przed pokusą, aby rzucić się w kierunku bramy i uciec w zbawczą ciemność. Ale wiedział, że to jest szaleństwo. Trzeba iść. – Może nie rozpoznają. Jeżeli nie pójdę, wyciągną mnie z cienia i wtedy będzie jeszcze gorzej. – Nasunął mocniej kaptur i ruszył powoli. Nogi miał jak z ołowiu. Podszedł do ogniska.
 - Posłuchaj, co mówi – rzekł ten, który go wołał.
 Mruknął w odpowiedzi coś na podziękowanie, stanął pomiędzy grzejącymi się przy ogniu. To była straż pałacowa. Nawet nie zwrócili na niego uwagi. Zajęci byli słuchaniem żołnierza, który właśnie teraz podszedł do ogniska i zdawał sprawozdanie z tego, co stało się w Ogrodzie Oliwnym. Wszyscy byli tym opowiadaniem bardzo zainteresowani, przerywali pytaniami, okrzykami, wybuchami zdziwienia, oburzenia, śmiechu. Sam dał się wciągnąć w tę atmosferę. Przysłuchiwał się z narastającą uwagą. Prawie że zapomniał o grożącym mu niebezpieczeństwie. Z tej chaotycznej gadaniny zbierał szczegóły z przebiegu porwania Jezusa. Uzupełniał stopniowo brakujące mu elementy. Dotąd nie mógł sobie uzmysłowić, skąd Judasz wiedział, że Jezus z uczniami poszedł do Ogrodu Oliwnego. Teraz usłyszał, że Judasz wcale tego nie był pewny. I teraz dopiero wreszcie zrozumiał, dlaczego Jezus powiedział Judaszowi przy ostatniej wieczerzy: „Czyń, co masz czynić”. W ten sposób wyrzucił go z wieczernika, będąc przekonanym, że Judasz pójdzie do kapłanów, powie im, gdzie Jezus spożywa wieczerzę, i tam do wieczernika przyprowadzi żołnierzy. Tak też było. Żołnierze otoczyli dom, pozamykali wszystkie przejścia, mała grupa wraz z Judaszem weszła do izby, gdzie miał być Jezus ze swoimi ludźmi. Tylko już nikogo nie zastali z wyjątkiem służącego, który porządkował salę. Ani on, ani właściciel domu nie umiał im powiedzieć, dokąd Jezus poszedł, bo po prostu tego nie wiedzieli.
 Teraz wreszcie zrozumiał, dlaczego Jezus chciał jak najszybciej skończyć wieczerzę po wyjściu Judasza. Po prostu chciał wrócić natychmiast do Betanii. Ale chyba dlatego, że wieczerza przeciągnęła się, zmienił plan, został na noc w mieście i ukrył się w Ogrodzie Oliwnym. Zresztą może i nie tylko dlatego. Mógł przypuszczać, że Judasz wraz ze sługami Świątyni pójdzie do Betanii, aby Go w drodze pochwycić. I rzeczywiście, jedna grupa żołnierzy pobiegła w stronę Bretanii, ale Judasz z drugą grupą szukał Jezusa w Jerozolimie. No i udało mu się, bo znalazł.
 Już właściwie żadnych nowych szczegółów nie potrzebował. Wszystko wiedział. Cała ta gadanina, która w dalszym ciągu trwała przy ognisku, odchodziła coraz dalej na margines jego świadomości. Wiedział już na pewno, że Jezus nie wydostanie się z rąk kapłańskich, że Sanhedryn najwyraźniej postanowił w sposób ostateczny załatwić sprawę Jezusa. Już nikt i nic Mu nie pomoże. – A mówiłem – kołatało mu się po głowie – to była jedyna szansa: trzeba było zostać w Galilei i tam coś zorganizować, jakiś Nowy Izrael, o którym On wciąż mówił. Tak jak ja radziłem. A On chciał koniecznie przyjść do Judei. Uparł się i ma, co chciał. Jeszcze mnie zwymyślał od szatanów, choć Mu dobrze radziłem. – Starał się patrzyć na to, co się stało, już spokojnie, prawie pobłażliwie. Jeszcze jedno jest bardzo pewne: Królestwa Bożego nie będzie. Królestwa, które On obiecywał, na które ich przygotowywał, do którego ich prowadził. – Po prawicy i po lewicy Jezusa Andrzej i Jan siedzieć nie będą w Królestwie Bożym. Nasza Dwunastka nie będzie na pewno sądziła dwunastu pokoleń izraelskich, jak to nam Jezus obiecywał. Ani się nie spełni i to, co obiecał, że kto opuści ojca lub matkę, braci albo siostry dla imienia Jego, stokroć więcej otrzyma. Tak, to wtedy powiedział, gdy Go zapytałem, co otrzymamy za to, że poszliśmy za Nim. A ja Mu uwierzyłem. O, jakiż ja byłem naiwny. Tylko co o tym wszystkim mam naprawdę myśleć? Okłamywał nas, oszukiwał? Był zwodzicielem, tak jak to wciąż powtarzali kapłani? Czy po prostu marzycielem, fantastą? Nie zdawał sobie z tego sprawy, co się dzieje? Łudził się, że pokona kapłanów i porwie za sobą masy ludzkie?
 Nie mieściło mu się to wszystko w głowie. Nie mógł sobie z tym wszystkim poradzić. Powracało zdziwienie, tamten szok, gdy zobaczył Jezusa uprowadzonego przez żołnierzy z ogrodu Oliwnego. – Bo przecież do niedawna Bóg nam błogosławił. Niczego nam nigdy nie brakowało. Niczego i nikogo nie baliśmy się. Tyle wielkich cudów Jezus mocą Bożą dokonywał: uzdrawiał, wskrzeszał zmarłych, rozmnażał chleb. Tyle razy zwyciężał tych, którzy Mu grozili śmiercią. Przecież w Nazarecie chcieli Go zrzucić ze skały i nie zrzucili. Przecież w Świątyni chcieli Go ukamienować, gdy powiedział: Zanim Abraham się stał, Jam jest. I nie ukamienowali. Potrafił uwolnić się od napaści. Wtedy Bóg był z Nim. Bóg Mu pomagał. Co się stało teraz? Przecież wszystkim Bóg kieruje. Gdyby Bóg chciał, to by Go uratował. Jeżeli potrafił uratować naród izraelski przed zemstą faraona i otworzył morze. Jeżeli uratował młodzieńców w piecu ognistym, że ich płomienie nie naruszyły. Jeżeli uratował Daniela wrzuconego pomiędzy lwy. Cóż to dla Boga jest, by uratować i swego Syna. Gdyby Bóg chciał, to by Judasz ich nie znalazł. Bóg położyłby na jego umysł cień, aby mu nie przyszło do głowy, że Jezus jest w Ogrodzie Oliwnym. Najwidoczniej Jezusa spotkała kara Boża. Jego i nas. Teraz ja siedzę pomiędzy żołdakami, cała Dwunastka rozproszona, a On przed sądem. Bóg od Niego odszedł. Wszystko się skończyło.
 I powoli to, czym żył w ciągu tych ostatnich lat, cały entuzjazm wobec Jezusa, przyjaźń z Nim, to, co uważał za najpiękniejsze odkrycie swojego życia, za perłę znalezioną, skarb ukryty, wydało mu się jak popiół z ogniska.
 Dobiegło do niego przechwalanie się drugiego żołnierza, który teraz podszedł do grupy grzejącej się przy ognisku, jak to złapali głupich Galilejczyków śpiących przed wejściem do ogrodu. Śmiali się teraz wszyscy z przestrachu i zdziwienia tej hołoty galilejskiej, gdy budziła się z zapijaczonego snu i dziwiła się bardzo, bo zamiast oblicza ich dostojnego Mistrza zobaczyła przed nosem noże. I o tym, jak wpadli do ogrodu, goniąc uciekającego Jezusa. Potem wszystko już było o Jezusie. Kpili z tego Cudotwórcy, który się nie mógł uratować od pochwycenia. Śmiali się z Niego, zwodziciela tumaniącego prostaków znad jeziora Genezaret wymyślnymi sztuczkami, leczeniem chorych, głuchych, chromych.
 - Zobaczymy, czy potrafi siebie samego wyleczyć, gdy Mu kości poprzetrącamy.
 Nie chciał i nie mógł tego dłużej słuchać. Zamarzyła mu się Galilea wraz z jeziorem, z łodzią i z rybami. – Po co mnie się było w to wszystko pchać? To nie moja rzecz. Ani polityka wielka, ani mała. Moja rzecz to ryby łowić. Na tym się znam. Po co ja poszedłem za Jezusem? To wszystko od początku nie miało sensu. Budowanie Królestwa Bożego? Ja się do tego nie nadaję. – Otrząsnął się. – Tak. A teraz na te wszystkie myśli już jest za późno. Najwyższy czas, żeby stąd wyjść, a Jana wciąż nie ma.
 Nagle poczuł na sobie czyjś wzrok. Podniósł głowę. Po drugiej stronie ogniska stała dziewczyna odźwierna, ta, która wpuszczała go na podwórzec. Może zaciekawiona śmiechami podeszła, aby przysłuchać się temu, co opowiadano, i teraz go spostrzegła. Widział, jak jej twarz się zmienia, jak gaśnie uśmiech, jak pojawia się wściekłość. Przerażony spuścił głowę. Udawał, że jej nie zauważa. Miał nikłą nadzieję, że ona stąd wreszcie odejdzie. Ale nie odchodziła. Wciąż stała i uparcie patrzała na niego. Był pewien, że chce coś powiedzieć do niego albo o nim, i wiedział, że to, co powie, będzie straszne. Nagle wyciągnęła rękę i nawiązując do tego, o czym mówiono, a czego nie dosłyszał, wskazując na niego, ze złością wykrzyknęła:
 - I tyś był razem z Nim!
 Ziemia zakołysała się mu pod nogami. Strach podszedł pod samo gardło. Śmierć. – Ale teraz? Teraz gdy mnie z Nim już właściwie nic nie łączy, gdy już z Nim nie chcę mieć nic wspólnego, gdy mnie On już nie obchodzi... Teraz ginąć za Niego... – Ujrzał cały bezsens tej sytuacji. Tymczasem rozmowy przy ognisku umilkły, wszystkie twarze zwróciły się w jego kierunku, na razie ciekawe, niedowierzające. – Uciekać! Póki jeszcze czas. Póki mnie żadne ręce nie dosięgły. Ale dokąd? Jak? Pochwycą. Zabiją. – Na wszystko było już za późno. – Wciąż jakoś dzisiaj na wszystko jest za późno. – Wiedziony instynktem gonionego zwierzęcia szukał ratunku. Nie chciał śmierci. Wiedział, że nie może milczeć, trzeba coś powiedzieć. Zaczął możliwie swobodnie, z trudem panując nad drżeniem głosu:
 - Dziewczyno, nie wiem i nie rozumiem, co mówisz.
 Co można jeszcze powiedzieć. Nic mu do głowy nie przychodziło. Równocześnie zdawał sobie sprawę, że dłużej tu nie może pozostawać pomiędzy żołnierzami, że oni już nie odejdą od tego tematu. I wyjdzie w końcu na jaw, kim jest. Że trzeba stąd jak najprędzej zniknąć. Ruszył powoli, spokojnie, podszedł do odźwiernej, jakby chciał jej coś wytłumaczyć czy udowodnić, jakby chciał, żeby mu się przyglądnęła z bliska i przekonała się, że się myli. Objął ją ramieniem i zaczął oddalać się wraz z nią w kierunku bramy. Mówił do niej wciąż coś, sam nie wiedział co. Kątem oka sprawdzał, czy nikt za nim nie idzie. Nie, nikt nie szedł, tylko twarze wciąż bielały w świetle zwrócone w ich kierunku i wciąż przy ognisku panowało milczenie. Byle jeszcze chwilę przeczekać. Szedł w stronę drugiej grupy ludzi grzejących się przy ognisku. Najlepiej przejść przez nich albo ich wyminąć, żeby zniknąć tamtym z oczu. Trzymając dziewczynę wciąż za ramię, szedł, prawie zmuszając ją do postępowania ze sobą. Już byli przy drugim ognisku. I wtedy, gdy zdawało mu się, że jest uratowany, otrzymał drugi cios. Dziewczyna, najwyraźniej trochę przestraszona, nagle uwolniła się z jego ręki, wyprzedziła go o parę kroków i, podchodząc do żołnierzy, zawołała:
 - To jest jeden z nich!
 Zatrzymał się jak sparaliżowany. Poczuł ciszę, która zadźwięczała mu w uszach. Nie mógł uwolnić się od wrażenia, że tak właśnie wygląda umieranie. Czas stanął. Ludzie przy ognisku zwrócili się w ich kierunku. Najwyraźniej od razu zorientowali się, o co chodzi. Ale jak się teraz można uratować? Znowu coś trzeba powiedzieć. Zwrócił się do tej upartej, strasznej dziewczyny, która mu towarzyszyła jak anioł śmierci, od której zdawało mu się, że się nigdy nie potrafi już uwolnić, i pozorując rozmowę, zaczął jej tłumaczyć:
 - Kobieto, ależ ja nie znam tego Człowieka.
 Nie udało się. Ktoś od ogniska rzekł ironicznie:
 - Na pewno jesteś jednym z nich. Jesteś Galilejczykiem, mowa twoja cię zdradza.
 Nie wiedział, co odpowiedzieć. Wyjąkał:
 - Człowieku, nie wiem, co mówisz.
 Naraz ktoś ze stojących wyszedł z grupy, chwycił go za rękę, obrócił jak lalkę w kierunku światła ogniska, przypatrzył mu się i powiedział:
 - Czyż nie ciebie widziałem razem z Nim w ogrodzie?
 Odrzekł prawie nieprzytomny ze strachu:
 - Przysięgam, że nie znam tego Człowieka.
 I już wiedział, że nikt mu nie wierzy. Mimo to coraz głośniej mówił, coraz bardziej Boga wzywał na świadka. Przysięgał, że mówi prawdę. Ale widział, że to nic nie pomaga. Zaraz zginie. Chciał jednak jeszcze żyć choćby jedną chwilę dłużej. Odwlec cios, zatrzymać choćby na moment uderzenie, które się nad nim wznosi. Błagał, by mu uwierzono na pamięć ojca i matki. Wciąż coś mówił, wciąż się wypierał, zaprzeczał, przysięgał. Byle więcej, byle szybciej, bo może ktoś w któreś jego zaklęcie, słowo jeszcze uwierzy. Już w końcu wydobywał się z jego ust tylko niezrozumiały bełkot.
 I tak mówiłby nie wiadomo jak jeszcze długo, gdy nagle spostrzegł, że nikt go nie słucha, że wszystkie twarze zwrócone są w kierunku pałacu. Dopiero teraz dobiegło do jego uszu wycie, jakie przed chwilą wybuchło z tamtej strony. Stał w gromadzie, gotowy dalej przysięgać, zaklinać się, tłumaczyć i bronić. Obrócił się i zobaczył prostokąt światła otwartej bramy pałacu Annasza, z której właśnie wytaczali się ludzie – żołnierze, kapłani, słudzy, faryzeusze, uczeni w Piśmie. – Wyprowadzają Jezusa – przebiegło mu przez myśl. Ta rozkrzyczana ludzka masa w mgnieniu oka objęła ich wszystkich, zagarnęła falą przelewającą się w kierunku pałacu Kajfasza. Wciąż jeszcze czuł ołów w nogach, ale wiedział, że nie wolno mu stać ani chwili dłużej, że to samobójstwo. Nie wolno zaniechać tej okazji, kiedy prześladowcy stracili go z pola zainteresowania. Uciekać. Zrobić tylko jeden krok. Nie do tyłu, w kuszącą ciemność, ale w to mrowie ludzkie przepływające obok niego. I nagle, jakby pękły w nim tamy paraliżu, rzucił się do przodu i zaczął przeciskać się przez zbity tłum, rozpychał się łokciami, parł naprzód. I wtedy właśnie zobaczył tuż przy sobie Jezusa. Omal nie wpadł na Niego, idącego w otoczeniu straży. Rzucił się w bok, jakby chciał uciec od swojej przeszłości, i utonął w gromadzie ludzi. Znowu ogarnęła go panika. Wiedział tylko tyle, że trzeba się spieszyć. Popychany, poszturchiwany zbliżał się do upragnionej bramy wyjściowej. Jeszcze parę kroków i wyprysnął z tej kotłowaniny. Brama była uchylona. Jeszcze jeden krok i ogarnęły go ciemności. Zaczął biec, jak tylko mógł najszybciej, nie czekając ani na Jana, ani na nikogo. Byle dalej od tego strasznego podwórca, od żołnierzy, od odźwiernej, od śmierci, która stała tuż przy nim. Aż usłyszał swoje kroki w pustych ulicach. Nikt go nie gonił. Zdyszany, zziajany, zmordowany, roztrzęsiony przystanął, oparł się o mur i wybuchnął płaczem. To przyszło na niego tak nagle jak wszystko, co tej nocy się działo. Potem, zataczając się, szedł przez obce ulice i płakał nad sobą, nad swoim nieszczęściem, nad swoją małością, nad Jezusem i nad tym wszystkim, czym żył i o czym marzył, na co się cieszył, a co rozleciało się w ciągu tych paru godzin w sposób nieodwracalny i bezpowrotny. Wiedział, że odchodząc od pałacu Annasza i Kajfasza, gdzie został Jezus, odchodzi w sposób ostateczny od Niego i wszystkiego, co Jezus budował. Szedł wciąż przez puste miasto, którego w nocy jeszcze bardziej nie poznawał, ale właściwie nie wiedział, dokąd ma iść. Tylko byle dalej, byle dalej od tego miejsca, gdzie grozi mu niebezpieczeństwo. Bo wiedział, że Jezusowi ani on, ani nikt na świecie już nie może pomóc i nikt, i nic nie może Go uratować.

 I wtedy pojawiła się ta myśl, która tkwiła w nim wciąż: wrócić do Galilei, wykreślić ze swojego życia te ostatnie lata, zacząć żyć jak normalny człowiek, wypłynąć łodzią na ukochane jezioro wczesnym rankiem lub nocą, wybierać sieci ciężkie od wody i trzepocących się ryb, jeździć na targ pełen gwaru sprzedawców zachwalających swój towar, targować się z kupcami, pić wino w gospodzie, zagryzając serem, i słuchać nowinek, jakie zaszły nad brzegiem przez ostatni tydzień. tydzień czasem ludzie zapomną o tym dziwnym, prawie śmiesznym epizodzie z jego życia, kiedy to przystał do jakiegoś Nauczyciela z Nazaretu, i wrośnie na powrót w tamten świat, w którym się urodził, w świat pełen prostych ludzi i prostych spraw, pełen zapachu jeziora, chłodnego wiatru i zwyczajnego uczciwego życia.
 Tak czy inaczej trzeba odejść z Jerozolimy jak najprędzej, bo chyba od jutra, nawet może od dzisiaj, zaczną nas szukać po mieście. Pewnie wszystkich uczniów, ale przede wszystkim mnie. Tutaj nikt się z nas nie uratuje. Zresztą być może, że Andrzej, Jakub i cała reszta już są w drodze do domu. Oni chyba zdają sobie sprawę lepiej niż ja, czym pobyt w Jerozolimie grozi. – Ale najpierw trzeba wydostać się z tego przeklętego miasta. Gorączkowo usiłował wyplątać się z gęstwiny uliczek i zaułków. Wreszcie doszedł do murów. Brama była na szczęście niepilnowana. Skierował się w stronę Galilei. Noc była jasna, rozpoznawał znajome skały i przejścia pomiędzy nimi, drzewa i krzewy. Tyle razy tę trasę przemierzał. Unikał teraz jednak głównej drogi. Gdy posłyszał czyjeś kroki, gdy zobaczył z daleka jakąś postać, przystawał, krył się za krzakami, chował się w rozpadlinach. Bał się nie tylko pościgu, ale każdego człowieka. Bał się, że spotka kogoś znajomego, kto może go rozpoznać, a potem donieść kapłanom.
 W miarę upływu czasu szedł coraz bardziej otępiały, obojętny, nieczuły. Nie chciał myśleć już ani o przeszłości, ani o przyszłości. Ledwo powłóczył nogami, marząc o tym, żeby gdzieś się spokojnie położyć i przespać. Tylko wiedział, że nie wolno mu się kłaść do snu w polu, choć miał wciąż taką pokusę. Noc dobiegała końca. Wkrótce ludzie zaczną podążać w kierunku miasta.
 Niepokoił go ten nadchodzący dzień. Najlepiej byłoby gdzieś dzień przeczekać i ruszyć dopiero nocą w dalszą drogę. Przyszła mu do głowy Betania. Wywołał ją z pamięci jako coś niezmiernie pięknego, ale już odległego i obcego zarazem. Aż się zdziwił, gdy sobie uprzytomnił, że to dopiero wczoraj był tam wraz z Jezusem i towarzyszami. Zapragnął jeszcze choćby na moment tamtego ciepła i serdeczności. – Tam mógłbym się spokojnie przespać; przy okazji opowiem im, co się stało z Jezusem. Będę mógł przez dzień pozostać bezpiecznie u nich, a w nocy ruszę w dalszą drogę.

 Doszedł do Betanii, gdy już świtało. Myślał, że będzie długo dobijał się do zamkniętej bramy. Otworzono mu od razu. Stwierdził ze zdziwieniem, że wszyscy są na nogach, że słudzy uzbrojeni. Powiedziano mu, że Marii i Łazarza nie ma, ale również i to, że przed nim był tu już Jakub i Judasz – Judasz? – Nie chciał wierzyć. Myślał, że się pomylili. Wyjaśniono mu, że naprawdę to był Judasz. Ten, o którym Jakub powiedział, że zdradził. Nie mógł tego zrozumieć. Potem wyszła Marta, powtórzyła to samo, co słudzy. Wiedziała o wiele mniej niż on. Opowiadał jej szeroko i długo wszystko, co przeżył i usłyszał. Była pełna złych przeczuć i myśli. Widział, że chciała zrobić, co tylko się da, byle Jezusa uratować. Warowała w domu, by mieć wszystkie nici w swoich rękach. Nie dawała mu spokoju pytaniami. Interesowały ją najdrobniejsze, jego zdaniem nieważne nawet szczegóły. Opowiadał, jak umiał, zatajając swoją tchórzliwość i swoje zaparcie się Jezusa. Nie miała wątpliwości, po co do niej przybył. Uważała za oczywiste, że celem jego przyjścia było szukanie pomocy dla Jezusa. Wobec jej zapału nie miał nawet odwagi powiedzieć, że chce wracać do Galilei. Poczuł się znowu w pułapce, w którą sam dobrowolnie wpadł. Dopytywał się o innych uczniów, snuł rozmaite przypuszczenia, już pozorując, że przyszedł tutaj w trosce o resztę. Odpowiedziała, że nie było nikogo więcej. Wreszcie nie wytrzymał. Nieśmiało wspomniał, że warto by było iść do Galilei. Zareagowała zdziwieniem. Tłumaczył się dość niezdarnie, że można by tam zorganizować jakąś pomoc dla Jezusa. Zaprzeczyła gwałtownie, twierdząc, zresztą z pełną racją, że w święta cała Galilea jest w Jerozolimie. Jeżeli gdzie trzeba iść, to do miasta. I tam wśród Galilejczyków szukać pomocy dla Jezusa. W końcu w tym celu Łazarz i Maria tam się udali. W konsekwencji chciała, ku jego przerażeniu, by wracał natychmiast. Potem jednak doszła do przekonania, że lepiej będzie, jeżeli zaczeka, bo lada chwila powinien nadejść Łazarz z Marią albo ktoś z Dwunastu. Poszedł więc spać. Prosił, by go wkrótce zbudziła.
 Wyrwała go ze snu burza, która wybuchła nad miastem. Pioruny rozrywały czarne chmury. Było ciemno. W pierwszej chwili zdawało mu się, że jest wieczór, że przespał cały dzień. Była dopiero trzecia po południu. Marta niepokoiła się brakiem wiadomości przez tyle godzin. Nalegała, żeby wracał do miasta i spróbował zorientować się, co się tam dzieje. Radziła, by zaczął od Józefa z Arymatei, do którego właśnie udali się jej brat z siostrą. Jeszcze przez chwilę bronił go przed powrotem ulewny deszcz, towarzyszący burzy, ale potem nie miał już jak się bronić. Wracał więc tą samą drogą, którą przyszedł, a w miarę jak się oddalał od Betanii i zbliżał do Jerozolimy, żałował coraz bardziej, że wstępował do domu Łazarza. Teraz znowu musiał wejść do tego miasta, którego już nigdy nie chciał widzieć na oczy. Niestety, nie mógł nie iść. Obiecał to Marcie. A przecież wiedział dobrze, że to nie ma sensu. Wiedział, że nikt Jezusowi nie może już pomóc. Wstydził się przed samym sobą swojego tchórzostwa, że Marcie nie powiedział prawdy, że nie wyznał jej, co on o tym wszystkim myśli. A więc szedł, przeklinając pomysł wstąpienia do Betanii, narzekając na swoją głupotę i lekkomyślność, niezdecydowanie i brak konsekwencji. Zgadzał się z Martą tylko w tym, że to wszystko jeszcze musi długo potrwać, bo kapłani wytoczą przeciwko Jezusowi proces i będą szukali świadków. Że być może i on sam będzie świadczył w obronie Jezusa. Co do tego ostatniego miał cichą nadzieję, że uda mu się jakoś wykręcić. Już teraz zasłaniał się tym, że on się nie zna na kruczkach prawnych. Odruchowo zresztą zawsze cofał się przed tym, co miało jakiś związek z sądami. Nigdy nie wierzył w sprawiedliwość sędziów. Był przekonany, że występowanie nawet w charakterze świadka również może być dla niego niebezpieczne. Zresztą wiedział, że z kapłanami wygrać nie można.
 Szedł, mechanicznie zaciągając kaptur, gdy napotykał przechodniów. Nie spieszył się. Liczył na to, że spotka po drodze może Łazarza z Marią albo któregoś ze swoich ludzi, który mu opowie, co się dzieje w mieście, i zwolni go od pójścia tam. Ale nikogo nie spotkał. Podszedł do głównej bramy i wycofał się stamtąd. Nie wytrzymał widoku tłumów wchodzących, wychodzących, ale przede wszystkim nie wytrzymał widoku „stojaczy” kapłańskich: obserwatorów stojących na pozór obojętnie przy murach lub pomiędzy kramami, wypatrujących ludzi w jakiś sposób dla nich podejrzanych. Wolał nie ryzykować. Zdecydował się okrążyć miasto i wejść od strony mało uczęszczanej. Zresztą to było mu na rękę i tak, bo Józef mieszkał właśnie w stronie Golgoty. Gdzieś po drodze, nad dachami domów, zobaczył trzy krzyże sterczące na wzgórzu Trupiej Głowy. Nie przypominał sobie, żeby w ostatnich dniach tam stały. Nie pamiętał, żeby stały wtedy, gdy wychodził z Jerozolimy. – Znowu kogoś skazali na śmierć lub też przygotowują się do wykonania wyroku. Chociaż nie, przecież jutro jest szabat – pomyślał.

                        cd.: Szymon Piotr 5 (s. 16)                                 

                                                            

strona: ...[13]  [14]  [15]  [16]