Biblioteka
DRUGIE ŻYCIE KAROLA WOJTYŁY
strona 25

 

Duszpasterz

Schodzimy w dół Schodów Hiszpańskich w stronę fonatnny di Trevi. Mijamy uniwersytet Gregorianum. Dochodzimy do placu Weneckiego. Kierujemy się w stronę Botteghe Oscure, gdzie stoi kościół Świętego Stanisława. Długa droga, długa rozmowa.

 

     - Zaczęło się to tak, że kiedyś wezwał mnie ksiądz kardynał Wojtyła i polecił, żebym poszedł do Referatu do spraw Religii przy Wojewódzkim Urzędzie z pismem od niego i poprosił o zezwolenie na budowę paru wyszczególnionych w tym piśmie kościołów. Pamiętam nazwisko kierownika tego wydziału. To był niejaki pan Król. Rozmawialiśmy długo. W końcu oświadczył mi, że ksiądz kardynał otrzyma to zezwolenie pod warunkiem, że on przyjdzie po to osobiście i poprosi.
     Przekazałem tę informację Karolowi. Ten z kolei mi wyjaśnił, że nie pójdzie, ponieważ zostało ustalone wspólnie z kardynałem Wyszyńskim, że oni - jako kardynałowie - mają mieć osobisty kontakt wyłącznie z władzami centralnymi. Wtedy powiedziałem mu mniej więcej tyle, że trzeba rozmawiać z nimi. Bo to też ludzie. Usłyszałem odpowiedź: "Ty możesz, ale ja nie".
     - A jakie były poprzednie kontakty księdza z władzami państwowymi?
     - Praktycznie biorąc, nie było żadnych. Chociaż w Rabce doszło do niejakiego zatargu. O to, że chodziłem z młodzieżą w czasie ferii i wakacji na wycieczki piesze, rowerowe, kajaki, motory. Wezwano mnie do Nowego Targu i zabroniono tego, mówiąc, że od wychowywania młodzieży jest państwo, a księża od kościoła.
     - To było wszystko?
     - Nie, to był początek. Już w Krakowie arcybiskup Eugeniusz Baziak polecił mi napisać doktorat na dowolnym uniwersytecie w kraju czy za granicą. Wybrałem Monachium, bo chciałem na tamtejszym uniwersytecie słuchać Karla Rahnera. Złożyłem podanie o paszport i otrzymałem odmowę. Zrobiłem odwołanie pierwsze i drugie, ale za trzecim razem wytłumaczono mi, żebym nie podejmował dalszych starań, bo jak długo żyję, nie wyjadę nigdy za granicę. Na skutek tego, że nie podporządkowałem się zakazom nowotarskiego Urzędu Bezpieczeństwa.
     Karol podsunął mi myśl: "Pogadaj może z którymś z naszych posłów. Może oni będą mogli coś zdziałać. Ale to potrwa. Na razie zrób studia filozoficzne na KUL-u". I tak się stało.
     - Ale ksiądz studiował w Rzymie.
     - Przy jakiejś okazji zwróciłem się do Jerzego Zawieyskiego - posła na sejm z grupy katolickiej "Znak", a równocześnie piątego zastępcy przewodniczącego Rady Państwa - aby pomógł mi w uzyskaniu paszportu. I po dwóch latach, ku mojemu zdumieniu, zadzwonił do mnie: "Jest paszport do odebrania". Tak się zaczęła moja czteroletnia rzymska przygoda.
Poza tym był pobyt w Niemczech - dokładnie mówiąc, w Monachium, gdzie słuchałem Rahnera, i w Munster, dokąd się przeniósł, a ja za nim. Po zrobieniu doktoratu na Angelicum, powrót do kraju. Ale znowu wyjazdy. Ze względu na to, że zacząłem pisać w tygodniku Kirche und Leben w Munster, wydawać książki w Herder Verlag we Freiburgu. Przy okazji starania się o wyjazd za granicę, i przy okazji powrotu do kraju obowiązywała rozmowa z urzędnikiem od spraw paszportowych.
     - Czy każdego obowiązywała taka rozmowa?
     - Każdego. Przy wyjeździe - po co jadę, i po powrocie - co zdziałałem. Rozmawiałem z człowiekiem w urzędzie paszportowym świadomy tego, że to pracownik UB. Świadomy równocześnie i tego, że za niego też jestem odpowiedzialny. Traktowałem każdego z szacunkiem - niezależnie od tego czy mi się podobał, czy nie.
     - Czy ksiądz kardynał wiedział o tych rozmowach?
     - Oczywiście.
     - Tak samo było, gdy ksiądz kardynał Wojtyła został wybrany papieżem?
     - Moje wyjazdy się nasiliły w związku z pielgrzymkami Papieża po Europie i po świecie. Anglia, Francja, Belgia, Szwajcaria, Holandia, Niemcy, Austria, Portugalia, USA, Japonia, Korea, Indie. Uważałem za swój przyjacielski obowiązek, ażeby uczestniczyć możliwie w każdej pielgrzymce. Wracałem pełen zachwytu, entuzjazmu, podziwu dla mądrości naszego polskiego Papieża, który głosi prawdę o godności każdego człowieka, o braterstwie ludzi ponad granicami państw, koloru skóry, religii. I tego fenomenu, że Jan Paweł II jest najlepszym ambasadorem Polski, jakiego dotąd nie było. Pytanie, gdzie jest ta Polska, z której ten cudowny człowiek pochodzi, powtarzało się bez końca. I o tym mówiłem również UB-owcom.
     - I myśli ksiądz, że to robiło na nich wrażenie?
     - Jestem o tym przekonany. To zresztą nie mogło nie robić wrażenia. On był jak burza, jak huragan miłości, który wyrywał wszelkie chwasty nienawiści, rozpędzał burzowe chmury konfliktów i grożących wojen, a wnosił i głosił pokój.
     - Pisał ksiądz o tym?
     - Pisałem reportaże. W rozmowach z urzędnikami powtarzałem tylko to, co mówiłem w kościele w kazaniach, na wykładach, odczytach, na regularnych spotkaniach ze studentami u Świętej Anny.
     - Czy podpisywał ksiądz jakąś deklarację o współpracy z UB albo czy ksiądz otrzymywał od nich jakieś pieniądze?
     - O żadnym podpisywaniu deklaracji ani o jakichś pieniądzach nie było mowy. A moje wypowiedzi były tylko przekazywaniem prawdy, którą Papież głosił i radości z powodu jego sukcesów osobistych.
     - Czy Papież wiedział o tych rozmowach księdza?
     - Wiedział. Znaliśmy się na wylot. Nie trzeba było dużo słów. On zresztą wiedział, że z wszystkimi rozmawiam, że to jest mój księżowski styl życia.
To już było w Rabce. Przecież uczyłem młodzież nie tylko bezpartyjnych, ale i partyjnych. A miałem taką zasadę, że trzeba utrzymywać kontakt z domem moich uczniów i uczennic. Wobec tego odwiedzałem tak domy bezpartyjnych, jak partyjnych. To były nie tylko oficjalne odwiedziny, ale były również autentyczne przyjaźnie z partyjnymi.
Upierałem się przy swoim, twierdząc, że to są też ludzie i trzeba z nimi rozmawiać, a nawet przyjaźnić się, jeżeli to możliwe. Karol przyjeżdżał na moje zaproszenie do Rabki z rekolekcjami wielkopostnymi przez 6 lat z rzędu. Widział, co ja robię. Nawet określił moje działanie, mówiąc z uśmiechem: "udzielny książę na Rabce". Uważałem wtedy, jak i dziś uważam, że jestem księdzem nie tylko dla tych, którzy przychodzą do mojego kościoła czy do kościoła w ogóle, ale dla wszystkich i zawsze.
     - Chociażby byli współpracownikami UB?
     - Tego nie byłem pewien, czy wszyscy moi partyjniacy współpracowali z UB, ale i tak bym ich nigdy nie opuścił.
     - W Krakowie było tak samo?
     - W Krakowie było trochę tak samo, trochę inaczej. Przykładem kontakty z recydywistami - jest taki zakład karny pod Tarnowem, nie mówiąc o Montelupich.
     - Ale przyzna ksiądz, że jest to co innego człowiek z więzień, a pracownik SB.
     - I tak, i nie. Z punktu widzenia mojego, jako księdza, i jeden, i drugi jest człowiekiem. I trzeba go uszanować, choćby był na złej drodze. I te kontakty miały ten charakter.
     - A czy ksiądz nie myślał, że kiedyś to wszystko wyjdzie na jaw.
     - Oczywiście, że tak. I wiedziałem nie tylko, że kiedyś wyjdzie, ale że już wychodzi, bo tajemnic nie ma. Byłem tego świadomy, że ta moja droga to jest skazanie siebie "na straty". Ale przecież nie po to zostałem księdzem, żeby robić karierę. Jezus też rozmawiał z celnikami, a nawet był nazywany przyjacielem celników i grzeszników. Dlaczego ja miałbym się bronić, żeby mnie nie nazywano przyjacielem partyjnych.
 

strona: ...[23]  [24]  [25]  [26]  [27]  ...