Biblioteka
POKOCHAĆ ŻYCIE
strona 26

     Podchodzić do końca roku szkolnego. Dotąd ważne były dla ciebie spacery, spotkania, rozmowy z kolegami i koleżankami, koncerty muzyki młodzieżowej, słuchanie nagrań, a szkoła schodziła na margines twojego życia, właściwie służyła temu, by się spotkać z ludźmi. Najważniejsze były przerwy, droga do budy i z budy, lekcje były tylko przeszkodą w tym towarzyskim życiu. Zresztą lekceważyłeś je. Konsekwentnie zajmowałeś się wszystkim innym, ale nie słuchaniem wykładu. 
     Teraz nagle z całą brutalnością odkrywane są twoje tajemnice, opuszczane lekcje, opuszczane dnie, stają się jawne twoje wybryki, niekulturalne zachowanie się względem profesorów, awantury. Koniec roku szkolnego. I nagle okazuje się, że ty nie jesteś wcale taki mądry, że twoja pewność siebie i zadowolenie z siebie nie miały podstaw, że twoje "dam sobie radę", "jakoś to będzie" było zapewnieniami kretyna.
     Przekonujesz się nagle, że zależy ci na przejściu, choćby dlatego, że boisz się osamotnienia. Inni, którzy podobnie jak ty obnosili się z tym, że nie zależy im ani na nauce, ani na przejściu, jednak zaliczają rok. A ty zostaniesz. Grozi ci, że wejdziesz w obcy świat jakichś szczeniaków młodszych od siebie, idiotów wygłupiających się, będziesz dla nich na pewno nie bohaterem ale raczej oldboyem, staruszkiem, trochę debilem, który nie potrafił przyswoić sobie elementarnych wiadomości. I w takim towarzystwie jeszcze rok słuchać tego samego i uczyć się tego samego? A więc szukać możliwości uratowania się. I wtedy okazuje się, jak dotkliwe są twoje bałaganiarstwa w czasie minionego roku. Brak systematyczności woła o pomstę do nieba. Pisania na brudno, które się gdzieś zapodziały i nie można ich odszukać. Nieuporządkowane notatki. Porozrzucane lektury. Nieprzeczytane, bo odkładałeś je bez końca. Ratujesz się zeszytami kolegów, którzy niechętnie teraz pożyczają, bo sami ich potrzebują, bo się boją, żebyś ich nie stracił.
     Przekonujesz się gorzko, że zawodzisz się na swoich kumplach, których miałeś za najbliższych przyjaciół, bliższych niż ojciec, niż mama, niż brat, niż siostra. Przy okazji słyszysz od nich słowa, których dotąd nigdy nie słyszałeś - słowa gorzkiej prawdy o sobie - których się nie spodziewałeś, spojrzenia karcące, pobłażliwej litości, współczucia nad twoim brakiem przewidywania, dziecinną fanfaronadą i buńczucznością.
     Odchodzisz czasem jak zbity pies spod drzwi, gdzie ci mówią, że nie mają dla ciebie czasu, że sami się muszą uczyć, że nie teraz, że trzeba było wcześniej o tym pomyśleć, to zrobić, to przygotować, kupić. I jesteś wstrząśnięty już nie tylko ich surowością, prawdą, którą od nich usłyszałeś, ale sobą, że źle sobie wyobrażałeś świat, że fałszywie go sobie zaplanowałeś, że naprawdę ponosisz słuszne konsekwencje swojej beztroski i lenistwa.
     Staje się dla ciebie przerażająco jasne, że przegrywasz ten rok nie jako uczeń, który miał się czegoś w ciągu tego roku nauczyć, ale jako człowiek, który popełnił kardynalne błędy życiowe. Jest to twoja dyskwalifikacja, byś mógł być traktowany bardziej dorośle przez innych i przez siebie.
     Patrzeć na kolegów, których nigdy nie uważałeś za mądrzejszych od siebie - a nawet wprost przeciwnie - którzy przechodzą bez specjalnych trudności, którzy zdążyli z wszystkim na czas, których szczyt formy wypadł w tym ostatnim okresie, kiedy decydowały się stopnie i oceny, a kiedyś ty prowadził w dalszym ciągu swoje beztroskie życie, wierząc z głupotą matoła, że się wszystko musi udać i ze wszystkim sobie dasz radę. Szukać u nich pomocy. Chociaż w ciągu roku za łaskę uważałeś, jeżeli do nich zwróciłeś się z jakimś pytaniem. Ale już nóż na gardle i stąd twoje rzucanie się w sieci jak schwytana ryba.
     Chcesz uratować się za wszelką cenę, nawet za cenę twojej zarozumiałości, pewności siebie, twojego uśmieszku cynicznego wobec tych kujonów, którzy - jak twierdziłeś - pracowitością nadrabiają braki inteligencji. Wpruwać na gwałt wiadomości, nie bardzo je rozumiejąc, nie bardzo rozumując. Byle zapamiętać, byle odpowiedzieć. Wiedzieć już dobrze, że zbierasz żniwo siedzenia przed telewizorem, czytania gazet, książek-bzdur, słuchania bez końca nagrań, uczenia się przy muzyce, boś twierdził wszem i wobec, że muzyka, i to ta najgłośniejsza, pomaga ci w skupieniu, ogłupiania się słuchaniem na okrągło przebojów tygodnia.
     Ty, który się uważasz za dorosłego, który walczyłeś o każde ograniczanie, który domagałeś się od rodziców, by się nie wtrącali do ciebie, bo jesteś dostatecznie dorosły, wierzgałeś, jeżeli interweniowali w twoje sprawy, zwłaszcza w szkolne sprawy, trząsłeś się ze złości, gdy szli, żeby porozmawiać z wychowawcą, z nauczycielami, okłamywałeś ich, gdy pytali o wyniki, nie przyznawałeś się do niedostatecznych, nie informowałeś, że jest życzeniem profesora, wychowawcy, by się porozumieli z nim, nie potrzebowałeś rodziców, nie potrzebowałeś ich pomocy, lekceważyłeś polecenia, wyśmiewałeś się z ich rad, chętnie powtarzałeś, że to już inne czasy, że rodzice nic nie rozumieją, nie zdają sobie sprawy z tego, co się dzieje na świecie, może nawet odważyłeś się powiedzieć do matki, że jest głupia. Teraz nagle okazują się potrzebni. Nie czekali na twoją prośbę. Podjęli wszystkie środki, by ci pomóc, łącznie z korepetycjami. Pisać ostatnie zadania szkolne. Otrzymywać tematy, na które niewiele masz do napisania, których do końca nie rozumiesz - czy z paniki, czy tylko z braku wiadomości. Gdy jesteś zdenerwowany tak, że trudno ci nawet stawiać wyraźnie litery. Przechodzić ostatnie przepytywania. Wyszukiwać w pustce swojej głowy strzępy wiadomości. Usiłować powiązać je w logiczną całość. Wsłuchiwać się w pytania pomocnicze, które dla ciebie nie są pomocnicze, ale jeszcze komplikują, zaciemniają to, co w tobie i tak było ciemne. A zdawało ci się, że uda się raz jeszcze, że będziesz miał kolejne szczęście, że trafisz na swój temat, choć naprawdę - czy jest temat, na który mógłbyś wyczerpująco odpowiadać?
     Przy okazji robić odkrycie, że ci bezduszni belfrzy są też ludźmi, że bardzo dużo o tobie wiedzą, że się tobą interesowali i obserwowali twoje poczynania z największą troską, że nie są wcale tacy głupi. I wcale im o to nie chodzi, by cię prześladować i gnębić, niszczyć. Oczekiwać z niepewnością, z najwyższym napięciem na wynik konferencji klasyfikacyjnej. Przysięgać na wszystkie świętości, że gdy teraz przejdziesz, już nigdy nie powtórzy się podobna historia. Aby wreszcie dowiedzieć się, że przeszedłeś. Wyjść jak pies z rzeki, otrzepać się z wody, rozejrzeć się po świecie na wpół przytomnymi oczami i stwierdzić, że żyjesz. I świętować sukces: że ci się udało? Że znowu jesteś wygrany, że jesteś bohater? Boś się niewiele uczył a i tak przeszedłeś? Uznawać za swoje zwycięstwo, co było twoją kompletną klęską? Żadnej nauki na przyszłość?
     Ile to już lat upłynęło od takiego zakończenia roku? Następne były dobre? Nauka nie poszła na marne? W następne lata świętowałeś nie swoje klęski, ale swoje zwycięstwa?


 

strona: ...[24]  [25]  [26]  [27]  [28]  ...