Biblioteka
PO CO SAKRAMENTY
strona 32



 

SAKRAMENT NAMASZCZENIA CHORYCH

 1. 1.  Okres choroby, który wywołuje w człowieku powstanie nowej struktury egzystencjalnej, jest objawieniem Boga w tajemnicach Cierpienia i Śmierci. Jak w każdym z etapów egzystencjalnych trudność polega na tym, czy człowiek potrafi to przyjąć. Aby zrozumieć sens sakramentu namaszczenia chorych w życiu chrześcijanina, zacznijmy od scharakteryzowania struktury egzystencjalnej człowieka chorego.
 Każda choroba powoduje zaburzenia w życiu człowieka. To jest przerwanie jego pracy zawodowej, dezorganizacja życia codziennego, nowe, niejednokrotnie wielkie wydatki finansowe, a przede wszystkim są to zaburzenia w jego życiu fizjologicznym i psychicznym. Mogą to być dolegliwości umiejscowione albo tylko ogólna niedyspozycja, osłabienie całego organizmu, wyczerpanie, z czym łączy się depresja, rozkojarzenia, trudności koncentracji, rozdrażnienie, które powodują spięcia z otoczeniem. Nawet drobne zapomnienia, przeoczenia, niedociągnięcia ze strony osób, z którymi chory pozostaje w kontakcie, urastają w jego oczach do karykaturalnych rozmiarów.
 Ale choroba człowieka dotyczy nie tylko jego samego, lecz również tych wszystkich, którzy są z chorym związani. Jego sytuacja wprowadza zaburzenia w ich pracy, wywołuje dezorganizację ich życia domowego i zawodowego. Do ich codziennych zajęć dochodzi konieczność podjęcia dodatkowych wysiłków, starań. To powoduje stratę czasu i energii. Trzeba zmieścić ten nowy obowiązek, niejednokrotnie łączy się z tym konieczność pomocy finansowej, bez której chory nie może podjąć leczenia.
 1. 2.  To, co odnosi się do choroby zwyczajnej, w daleko ostrzejszej formie przebiega w wypadku ciężkiej choroby.
 Człowiek nie może doznać swojej śmierci w dosłownym znaczeniu zanim to się stanie; ale jest jej świadomy – od chwili, kiedy jeszcze jako dziecko z jakimś zdziwieniem usłyszy, że musi umrzeć, w miarę jak płyną lata, gdy coraz bardziej zdaje sobie sprawę z konieczności swojej śmierci. Świadomość śmierci nadaje kształt ludzkiej egzystencji, rzutuje na poszczególne decyzje człowieka, na jego plany, jak również na światopogląd. Człowiek w jakiś sposób przez całe życie „przygotowuje się” do swojej śmierci. I to tym bardziej przygotowuje się, im głębiej „wie”, że umrze; tym bardziej nie chce, by śmierć była jakimś przypadkiem albo zaskoczeniem. Chce, żeby była zgodna z całym życiem, chce nadać jej kształt życia, tak jak życiu nadać kształt śmierci. Budowanie życia bez perspektywy śmierci jest nonsensem, który kosztuje zbyt dużo, by można było się na niego decydować.
 Ciężka choroba to katastrofa biologiczna. Zaburzenia w procesach organicznych wywołują zakłócenia w całym życiu zmysłowym i duchowym człowieka. Strach nie pozwala mu na obiektywne myślenie. Występują reakcje histeryczne, szarpanina, panika. Dotąd zawsze była jeszcze jakaś nadzieja, na którą człowiek, chociaż się do niej przed samym sobą nie przyznawał, jednak stanowczo liczył: że ta choroba jest do wyleczenia. Teraz ci, którzy się wydawali najbliższymi ludźmi, którzy byli prawie cząstką jego osoby, stają się coraz bardziej obcy. Między nim a nimi wyrasta mur inności. On wie, że musi wejść w śmierć samotny. Nikt mu nie może w tym pomóc.
 Ciężka choroba to jest czas, kiedy nachodzą człowieka najczarniejsze myśli, gdy pojawiają się upiory dawnych, wyrządzonych kiedyś krzywd, nieuczciwości, niewykorzystanych okazji do czynienia dobrze, zmarnowanych pieniędzy, lat, uzdolnień, przyjaźni. Kiedy widzi się z całą ostrością błędy popełnione wobec siebie i wobec innych. A do tego wszystkiego dochodzi jeszcze element dotąd nieznany: bezradność. Dawniej można było, widząc swoje błędy, jakoś je naprawić, postanawiać poprawę. Teraz już jest na wszystko za późno.
 Zdawałoby się, że zajmowanie się człowiekiem, który jest ciężko chory, który umiera, nie leży w interesie społeczności. On już dla niej nie stanowi wartości. Już nic nie wniesie, a jest wyłącznie balastem, ciężarem. Ale to jest tylko pozór. Społeczność to przede wszystkim ludzie, z którymi chory był związany przez bardzo osobiste sprawy. To ci, którym w jakiś sposób pomagał żyć, z którymi się przyjaźnił. Oni teraz na wieść o jego ciężkiej chorobie nie pozostają bezczynni, lecz usiłują mu pomóc. W tym sensie możemy powiedzieć, że społeczności nie jest obojętne to, co się dzieje z jednym z jej członków. Społeczność wie, że ten człowiek schorowany, zmęczony cierpieniem, wyczerpany tak psychicznie jak fizycznie, potrzebuje od niej pomocy. On chce jakoś swoje życie zamknąć w przekonaniu, że było sensowne, że coś wniosło w jej budowę, a to, w co wierzył, dla czego żył, nie było pomyłką. Społeczność przychodzi do chorego poprzez instytucję, która wyraża jej najistotniejsze ideały, ażeby wzbudzić w nim jeszcze raz to, co było treścią jego życia, przy równoczesnym odrzuceniu i potępieniu tych wszystkich okresów czy faktów w przeszłości, które stanowiły jakąś zdradę przyjętych haseł. Po drugie, społeczność musi uwzględnić tych wszystkich, z którymi chory jest bezpośrednio związany, którzy są przejęci jego odchodzeniem. Ci albo należą do tej społeczności, albo nie, ale niezależnie od tego oczekują od niej pomocy.

 2. 1.  Dla chrześcijanina od samego początku, od dzieciństwa, życie ziemskie z założenia jest tylko etapem, okresem kształtowania się, wyboru między dobrem a złem, próby. Jest w jakiś sposób okresem przygotowywania się do śmierci. Nie w tym sensie, żeby chrześcijanin miał doczesność lekceważyć. Wprost przeciwnie. Tylko wtedy, kiedy będzie ją traktował poważnie w kategoriach miłości, może ją intensywnie przeżyć. Ale dla niego śmierć jest równocześnie przyjściem Pana. Objawieniem się Go. Ujrzeniem w całej chwale Tego, dla którego żył, cierpiał i poświęcał się. Śmierć nie jest końcem. Jest przejściem do życia wiecznego: do pełni szczęścia.
 Chrześcijanin jest świadomy swoich win. Wie, że życie jego nie było pozbawione załamań. W okresie ciężkiej choroby, na fali ogólnego wyczerpania, budzą się lęki, zwątpienie w miłosierdzie Boże, w przebaczenie, w możliwość zbawienia. Bóg jawi się wobec popełnionych win jako Sędzia sprawiedliwy, który dał człowiekowi szansę, możliwości i czas, co nie zostało przez niego wykorzystane. Budzą się nawet wątpliwości co do podstawowych prawd wiary. Ale człowiek wierzący nie może zostać bierny wobec tych kłębiących się w nim uczuć, wyobrażeń. Wie, że nie wolno mu się poddać fali przerażenia i słabości. Jest świadomy, że to, co się teraz w nim dzieje, zdarza się nie po raz pierwszy w jego życiu. Przeżywał to już nieraz, chociaż nigdy w takim natężeniu. Zdaje sobie sprawę, że teraz powinien zmobilizować wszystkie siły swej duszy: zwątpienie i rozpacz traktować jako pokusy do przezwyciężenia, umierać z wiarą w te prawdy, według których żył; świadom swoich niedociągnięć, wad, zaniedbań, grzechów, jako chwil czy okresów odejścia od Boga-Miłości – żałować za nie: że całe życie jego nie było takie jak Jezusa. Ufać, że grzechy zostaną mu odpuszczone.
 Jeżeli chory człowiek w tej sytuacji w imię najwyższych ideałów chrześcijańskich, choć nawet nie zawsze całkiem wyraźnie uświadomionych, stara się cierpliwie znosić ból, opanowywać rozdrażnienie, trzymać na wodzy swoje nerwy, nie poddawać się stanowi przygnębienia i rozpaczy, być wdzięczny otoczeniu za jego poświęcenie, oddać się Bogu i zaufać Jego Opatrzności; gdy z drugiej strony otoczenie chorego w imię najwyższych ideałów chrześcijańskich, choć też nie zawsze w pełni uświadomionych, dokłada wszelkich starań, aby doprowadzić chorego do stanu zdrowia, chwyta się wszystkich środków, które mogą sprawić ulgę w cierpieniu, stara się znosić niewygody związane z tą chorobą, jest wyrozumiałe na niecierpliwości z jego strony – to, powiedzmy wyraźnie, dokonuje się tu jakiś wielki proces miłości: dochodzenie do słowa Boga samego, naśladowanie Chrystusa w najgłębszym tego słowa znaczeniu, realizacja tego, czym jest Kościół w swojej istocie. Wejście w to środowisko kapłana ze słowami Chrystusa i symbolem oleju świętego, kojarzącego się chociażby z oliwą, jaką namaszczał ewangeliczny Samarytanin poranionego przy drodze, jest  w y r a z e m  tego, co się w tej małej społeczności dzieje, jak i z drugiej strony jest  p r z e k a z e m:  powoduje pogłębienie i uwydatnienie tych przeżyć religijnych, które są motorem czynów miłości.
 2. 2.  Namaszczenie chorych to sakrament ludzi chorych: gdy już człowieka nie stać na deklaracje i oświadczenia, tutaj wystarczy tylko doświadczać; doświadczać dotyku celebransa, który kreśli znaki krzyża świętego olejem na czole i dłoniach chorego; wystarczy słuchać modlitw i łączyć się z nimi swoją wolą. Jest w tych obrzędach zaangażowany przede wszystkim słuch, dotyk – ostatnie zmysły, za pomocą których człowiek kontaktuje się z otoczeniem, gdy już inne odmawiają posłuszeństwa.
 Ten sakrament w dużej mierze naturą swoją jest podobny do sakramentu pokuty. Jest to jakieś zrekapitulowanie swojego życia w obliczu śmierci i żal za sprzeniewierzenie się przykazaniu miłości.
 Ciężko chory człowiek, którego na niewiele już stać, łączy się z symbolami Kościoła krzyżem, kreślonym olejem świętym na jego ciele. Ten krzyż staje się również jego symbolem. Symbolem cierpienia, Boga i zmartwychwstania. Symbolem odkupienia i przebaczenia.
 Tak wygląda cierpienie z Chrystusem od strony chorującego chrześcijanina – w poddaniu się woli Bożej, w ofiarowaniu swojego cierpienia za grzechy, w całkowitym zaufaniu w Boga, w Jego miłosierdzie i dobroć, w nadziei zmartwychwstania. Chrześcijańskie otoczenie, zarówno gdy chodzi o ludzi związanych z chorym więzami pracy czy przyjaźni, jak przed wszystkim o krewnych i najbliższą rodzinę, nawet w obliczu zgonu bliskiego człowieka jest świadome, że śmierć nie jest końcem, ale przejściem do życia wiecznego, dokąd każdy człowiek dąży. Nie może więc reagować rozpaczą tak wobec tej śmierci, jak i wobec swojej dalszej egzystencji, którą trzeba teraz kontynuować bez pomocy umierającego.
 Kościół udziela sakramentu namaszczenia chorych nawet wtedy, gdy człowiek na pozór już nic nie odbiera ani nie reaguje na żadne bodźce: gdy nastąpiła śmierć kliniczna. Bo wie, że jeżeli człowiek chociażby tylko jeszcze jakąś nitką swojej świadomości łączy się ze światem, może doznać zbawczego działania tych aktów liturgicznych. Dzieje się to dlatego, że Kościół liczy na całe poprzednie życie chrześcijanina, na jego dążenie do sprawiedliwości i uczciwości, na jego skierowanie się w ciągu całego życia na ten właśnie ostatni moment śmierci jako spotkania się z Bogiem.

 3. 1.  Ażeby zrozumieć sakrament namaszczenia chorych do końca, trzeba dodać jeszcze to, że Kościół patrzy na chorobę, cierpienie i śmierć jako również na skutek grzechu. Dlatego zbliżając się do człowieka chorego i pragnąc jego pojednania z Bogiem: odwrócenia się od zła i skierowania się ku miłości, jest przekonany, że tym samym wpływa na powrót do harmonii pomiędzy duszą i ciałem i przyczynić się może do poprawy zdrowia fizycznego.
 Nie jest łatwo zrozumieć, co nam chciał przekazać św. Jakub w swoim liście odnośnie do namaszczania chorych (Jk 5, 14). Możemy jednak stwierdzić niewątpliwy związek, na jaki on wskazuje, pomiędzy chorobą a złym duchem, jak z drugiej strony pomiędzy modlitwą a mocą uzdrawiania Jezusa (Mt 10, 1; Mk 6, 12; 16, 8). Modlitwa i namaszczanie według myśli tego tekstu ma moc uzdrawiania. Uzdrowienie należy jednak rozumieć ściśle religijnie i nie trzeba dociekać, czy chodzi tu o uzdrowienie cielesne, czy duchowe.
 Bardzo niewiele posiadamy danych o namaszczaniu chorych w pierwszych wiekach chrześcijaństwa. Na podstawie posiadanych przekazów możemy wyrobić sobie zdanie, że do okresu wczesnego średniowiecza był praktykowany zwyczaj namaszczania chorych olejem poświęcanym podczas Mszy świętej. Nie można tego obrzędu traktować terapeutycznie, ale po tej samej linii, którą przekazuje list św. Jakuba. A więc obrzęd ten miał na celu uzdrowienie człowieka tak na duszy, jak i na ciele: uwolnienie od złego ducha, odpuszczenie grzechów, ochronę duszy i ciała, zamieszkanie w nim Ducha Świętego. Namaszczenie stosowano nie tylko w ciężkiej chorobie, ale po prostu w każdej. Namaszczali wszyscy, nie tylko kapłani. Dopiero na przełomie VII i VIII w. zaczynają się oni wysuwać w tym obrzędzie jako zwyczajni szafarze.
 3. 2.  Z czasem obserwujemy łączenie się tego obrzędu z obrzędem pokuty publicznej. Złożyła się na to ta okoliczność, że (jak wspominaliśmy o tym przy sakramencie pokuty) przesuwano termin pokuty ze względu na jej jednorazowość i surowość (strój, odosobnienie) na koniec życia. Stąd też wytworzyło się przekonanie, że namaszczenie chorych nie może być powtarzane. To było wyświęcenie – przeznaczenie człowieka na śmierć. Doszło nawet do tego, że ten, który przyjął sakrament namaszczenia olejem i powrócił do zdrowia, był traktowany poniekąd jak umarły: nie wolno mu było np. ślubować ani tańczyć (przy ślubowaniu podnosiło się rękę, przy tańcu używa się nóg, a one już były wyświecone na śmierć). Korzystne zmiany, jakie obserwujemy od początku średniowiecza, były związane z bardzo szybkim zanikaniem publicznej pokuty na łożu śmierci na korzyść rozpowszechniającego się zwyczaju spowiedzi indywidualnej, a po drugie – z pracą teologów średniowiecznych. Zastosowali oni do namaszczania chorych swoje kategorie sakramentów, takie jak: materia, forma, res sacramenti, opus operatum, causalitas. Przeanalizowali zagadnienie z rozmaitych stron: niebezpieczeństwa choroby, związku namaszczenia z sakramentem pokuty itd. Największe trudności nastręczył im problem leczenia chorób fizycznych (56). Zrezygnowali z jego rozwiązania, a namaszczenie chorych potraktowali wyłącznie jako zapoczątkowanie życia wiecznego. Stąd też polecali stosować je w wypadkach konkretnego zagrożenia przez śmierć.
 Wpływ scholastyków był ogromny i trwa praktycznie aż do naszych czasów. Do tego stopnia, że nawet rozwiązania Soboru Trydenckiego, który odrzucił np. zacieśnienie tego sakramentu do umierających i zaznaczył wpływ na zdrowie fizyczne chorego (D 909), poszły w cień.
 W okresie międzywojennym, jak i w wiele lat po drugiej wojnie światowej, ten sakrament był często traktowany jako pomocnicza forma sakramentu pokuty, a z reguły przez wszystkich autorów podręczników teologicznych, czy też popularnych dzieł teologicznych, pojmowany był zgodnie z założeniami scholastyków. Tak M. Schmaus, autor dogmatyki, która ukazała się w pięciu wydaniach, forsował tezę, że namaszczenie chorych jest to: Letzte Ölung. Todesweihe. Podobnie H. Schell, L. A. Winterswyl, R. Graber, E. Biser, M. J. Scheeben, A. Grillmeier usiłują ustawić ten sakrament na linii sakramentu zmartwychwstania.

 4. 1.  Obecna odnowa liturgiczna powraca do pierwotnego znaczenia tego sakramentu. Konstytucja o Liturgii mówi, że „ostatnie namaszczenie, które jeszcze lepiej można nazwać namaszczeniem chorych, nie jest sakramentem przeznaczonym tylko dla tych, którzy znajdują się w ostatecznym niebezpieczeństwie utraty życia. Odpowiedni zatem czas przyjęcia tego sakramentu jest wówczas, gdy dla wiernych  z a c z y n a   s i ę  niebezpieczeństwo śmierci z powodu choroby lub starości. Zalecenia Konstytucji przestrzegają przed sztywnością form, a skłaniają do dopasowania ich do konkretnej sytuacji: „Liczbę namaszczeń należy stosować do okoliczności, a modlitwy wchodzące w skład obrzędu namaszczenia chorych tak przejrzeć i ująć, aby odpowiadały różnym stanom chorych, przyjmujących ten sakrament”.
 Ale nasz problem pastoralny leży gdzie indziej. Musimy stwierdzić, że statystyka ilości udzielania sakramentu namaszczenia chorych stale spada (mamy na myśli środowiska miejskie). Nie pomoże zmiana nazwy: z „ostatniego namaszczenia” na „namaszczenie chorych”. Nie pomoże nawet wprowadzenie jak najgłębszych i jak najpiękniejszych tekstów modlitewnych do liturgii tego sakramentu. Te nowości nie zmienią faktu, że w większości wypadków ksiądz przychodzący do chorego jest traktowany jako zapowiedź nieuniknionej i bliskiej śmierci. Stąd też bronią się przed zaproszeniem go do siebie tak chorzy, jak również otoczenie, które tłumaczy się przed sobą, że nie można chorego straszyć czy też być powodem jego depresji, bo to wpłynie na szybszy rozwój procesów chorobowych.
 Uważamy, że powodem tego impasu jest zanik instytucji pośrednich, wiodących do sakramentu namaszczenia chorych. Tak jak społeczność kościelna na czele z jej kierownikami pomaga żyć po chrześcijańsku poszczególnym wiernym, tak musi ona pomagać wiernym cierpieć po chrześcijańsku. Sakrament namaszczenia chorych musi wyrastać z odwiedzania chorego przez członków gminy chrześcijańskiej, a przede wszystkim przez jej kierownika, jakim jest ksiądz. Ksiądz powinien być wzywany czy to przez chorego, czy to przez jego otoczenie w każdej przewlekłej chorobie. Nie po to, ażeby udzielił sakramentu namaszczenia chorych, ale żeby chorego pocieszał w najgłębszym, w najbardziej chrześcijańskim tego słowa znaczeniu. Nie jest to pomysł nowy, ale jest to nawiązanie do tradycji Kościoła starożytnego. Dopiero w takiej atmosferze, wolnej od paniki, może dojść do spokojnego zobaczenia ewentualności śmierci – i do przyjęcia sakramentu.
 I znowu impas tego sakramentu wskazuje na bolączkę, która dręczy współczesny Kościół, a która jest odbiciem sytuacji w obecnym świecie: zanik życia wspólnotowego, samotność ludzi.
 4. 2.  Jeżeli chodzi o szczegóły obrzędu sakramentalnego, warto zwrócić uwagę na Konstytucję Apostolską Sacrum Unctionem Infirmorum z 30 listopada 1972 r., ogłoszoną 18 stycznia 1973 r. Odtąd istotny obrzęd tego sakramentu składa się z namaszczenia olejem świętym czoła i rąk oraz wymówienia przez celebransa następującego tekstu: Per istam Sanctam Unctionem et suam piissimam misericordiam adiuvet te Dominus gratia Spiritus Sancti; odp.: Amen; cel.: Ut a peccatis liberatum te salvet atque propitius allevet; odp.: Amen. Jeżeli chodzi o obecny rytuał namaszczenia, który w odróżnieniu od dawnego ogranicza się do namaszczenia czoła i dłoni, nie jest to tylko sprawa uproszczenia, ale – rzecz charakterystyczna, jak w wielu innowacjach obrzędów sakramentalnych – nawiązanie do tradycji Wschodu. Nowy rytuał zawiera trzy wersje udzielania sakramentu: obrzęd zwyczajny, w czasie Mszy świętej i przy dużej liczbie chorych. Liturgia składa się z włożenia rąk kapłana, „modlitwy wiary”, poświęcenia oleju (lub – jeśli jest poświęcony – modlitwy dziękczynnej), namaszczenia chorego. W wypadku udzielania namaszczania w czasie Mszy świętej celebracja tego sakramentu dokonywana jest po homilii.
 Na koniec powtórzmy: choroba jest objawieniem się człowiekowi Boga w tajemnicy Cierpienia i Śmierci. Chrześcijaninowi drogę przejścia przez te etapy wskazuje Jezus. Sakrament namaszczenia chorych jest tego wyrazem.
 

 
PRZYPISY:


 56) Wśród rozwiązań teologów średniowiecznych było wiele nietrafnych. Na usprawiedliwienie trzeba przypomnieć, że pracowali oni w oderwaniu tak od tradycji pierwszych wieków chrześcijaństwa, jak i z drugiej strony od Kościoła Wschodniego.



 

strona: ...[30]  [31]  [32]  [33]  [34]  ...