Biblioteka
ZANIM POWIESZ KOCHAM
strona 12


T
YLKO DLA DZIEWCZĄT

                                                                        
                                                           Straszno, późno, za daleko wszędzie...
                                                           Jeśli kto wiedział, że to tak będzie, 
                                                           To czemu nikt mnie nie ostrzegł o tem, 
                                                           Że już do domu nie trafię z powrotem?! 
                                                                                                                                    (Maryla Wolska)

     "Ach, to były żarty. Wykręciłyśmy jakiś numer telefoniczny. Jeden, drugi, dziesiąty. Aż się odezwał męski głos, bardzo ładny. Ten pan zaprosił nas do siebie. Pojechałyśmy. Trochę zdziwił się, że jesteśmy takie młode. Choć powiedziałyśmy, że mamy więcej lat niż naprawdę. Częstował nas ciastkami, papierosami. Ja nie palę papierosów, ale on namawiał, żeby raz spróbować. No i spróbowałam. Ale mnie tylko zaczęła po nich głowa boleć. Wtedy przyniósł jakiś taki słodki alkohol. Wstydziłyśmy się odmawiać. Zaczęło mi się w głowie kręcić. Gdzieś mi zniknęła koleżanka. Zrobiło mi się niedobrze".
     "Poznałam tych chłopców na disco. Wydawali się tacy fajni. Wygłupiali się. Ale było bardzo miło. Potem jeden powiedział, że tu już nudno i nic ciekawego nie będzie, że zaprasza mnie do siebie i że ma dobre płyty. Że będą tylko jego koledzy. Nikt obcy. Zgodziłam się. Choć już mi się nie podobało, bo to było daleko. Potem nieprzyjemna klatka schodowa. A na koniec samo mieszkanie. Jakaś taka nora. Ale i tak niewiele pamiętam, bo tam rzucili się na mnie. Krzyczałam. Zatkali mi usta. Myślałam, że się uduszę".
     "Poznałam go na plaży. Był bardzo ślicznie opalony. Świetnie pływał. Powiedział, że mnie nauczy pływać. Ale ja nie chciałem tej jego nauki. Mówił też, że lubi chodzić wieczorami na długie spacery, ażebym z nim poszła. Ja się go bałam. Ale w końcu zdecydowałam się. Powiedziałam mamie, że idę do koleżanki na imieniny i poszłam tam, gdzie miał na mnie czekać. Na początku był spokojny, choć i tak się go jakoś bałam. Zwłaszcza wtedy, gdy szliśmy coraz dalej i dalej. Wtedy ja powiedziałam, że chcę już wracać, bo mama na mnie czeka. On powiedział, że dobrze, że pójdziemy na skróty przez wydmy, że on zna taką drogę. Nie chciałam początkowo, wreszcie się zgodziłam, chciałam być jak najprędzej w domu. I wtedy napadł na mnie".
     "Powiedział, że pomoże mi dostać się na studia, bo ma wszędzie wielkie znajomości, że to dla niego nie problem. Był taki opiekuńczy, miły. Nigdy bym go o nic nie podejrzewała. Starszy ode mnie dużo. Mógłby być moim ojcem. Kiedyś mnie zaprosił do siebie, żeby jeszcze pewne sprawy omówić. Powiedział, żebym się niczego nie obawiała, że będzie żona, że poczęstuje nas z pewnością herbatą. Zdziwiłam się, że tak mówi. Powiedziałam mu to nawet. Dlaczego miałabym się jego bać. Weszłam. Miał bardzo ładne mieszkanie. Dużo obrazów. Puścił płyty. Powiedział, że choć żony nie ma, bo musiała wyjść, to on sam zrobi herbatę. Żartował, że ponieważ to takie święto, to ją musi wzmocnić rumem, że ma bardzo dobry rum. Nie chciałam. Mówiłam, że nigdy rumu nie piłam, ale on powiedział, że tylko troszkę, tak na zapach. Ale to nie było tylko troszkę, choć zapach był ładny. Czekałam, kiedy zacznie mówić o tych moich studiach. Ale on mówił, że na to mamy czas. Zaczął mnie głaskać po twarzy. Nie cierpię tego. Nie broniłam się, bo wciąż myślałam o tych studiach, na które koniecznie chciałam się dostać. Nie chciałam go obrazić. A on tymczasem był coraz bardziej nachalny. Wciąż powtarzał, że mi nic złego nie zrobi. Zaczęłam płakać. I to było jeszcze gorzej, bo udawał tylko, że mnie pociesza".
     "Lubię biegać. Zresztą wszyscy biegają. Wymyśliłam sobie, że najlepiej będzie rano w parku. O szóstej, żebym mogła jeszcze potem wziąć prysznic, zjeść śniadanie i iść do szkoły. Mama nie chciała się na to zgodzić. Mówiła, że to niebezpieczne, że najwyżej tylko pod tym warunkiem, że będę biegała z jakąś koleżanką. Znalazłam Magdę. Biegałyśmy razem. Park był o tej porze faktycznie pusty i to było dobrze. I tak było prawie codziennie. Tylko potem o tej szóstej było coraz bardziej ciemno, bo szła jesień. Ale nam to nie przeszkadzało. Świeciły się lampy. Rzadko bo rzadko, ale były. Zauważyłam, że spotykamy jakiegoś mężczyznę, który nam się przygląda. Niech się przygląda, jak nie ma nic do roboty. Bywało, że Magda nie mogła, czy jej się nie chciało. Nie mówiłam nic mamie i biegałam sama. Aż raz zobaczyłam go jak zwykle na ścieżce. Jakoś instynktownie poczułam strach. Ale biegłam dalej. I wtedy się stało. Podstawił mi nogę, przewrócił".
     I tak można by bez końca wymieniać przykłady głupoty dziewczęcej. Ileż jeszcze takich i podobnych wydarzeń, ileż jeszcze takich i podobnych tragedii. Ale nie to jest w tej chwili najważniejsze. Tylko to, co mówią ci, którzy zawinili. Okazuje się, że oni to widzą zupełnie przeciwnie. Twierdzą jeden po drugim: "Ona sama tego chciała".
     "Przecież nie ja do niej zadzwoniłem. Jeżeli dziewczyna do mnie dzwoni, to znaczy, że wie, czego szuka. A że nie chciały palić papierosów i pić alkoholu - one zawsze lubią się droczyć, lubią, żeby je proszono. Gdyby zresztą im się u mnie nie podobało, mogły odejść. Przecież nikt ich nie trzymał".
     "Spotkaliśmy ją na dyskotece po raz pierwszy. Nigdy dotąd ani mnie, ani żadnego z moich kumpli nie widziała na oczy. A chciała iść do mojego mieszkania. Oczywiście, to był podryw na płyty. Jedni podrywają na płyty, inni na zdjęcia, na znaczki pocztowe, jeszcze inni na samochód. Ja na płyty. A że nas było trzech. Przecież ona widziała, że nas trzech, a ona jedna".
     "Jeżeli ja proponuję spacer w nocy sam na sam, to wiadomo, czego chcę. Przecież nie znała nawet mojego nazwiska".
     "Ja jej bałem się dawać alkohol. Zaproponowałem rum do herbaty. Posmakował jej. To dolałem. Jeszcze trochę. Potem druga i trzecia taka herbata zrobiły swoje. Ona sama chciała i mnie zachęcała do picia. No, a jak człowiek jest pijany, to nie wie sam, co robi. Obudziłem się rano i wtedy okazało się, cośmy narobili".
     Niewątpliwie te wypowiedzi usiłują częściowo usprawiedliwić postępowanie mówiących. Zgoda. Ale w dużej mierze zawierają wrażenia, jakie chłopcy odbierają w kontakcie z dziewczynami. Powiesz: ale są to wrażenia nieprawdziwe. Nie byłbym aż tak surowy. Takie postępowanie jest wzajemnie uwarunkowane. On posuwa się o krok dalej, na ile ona na to zezwala. Ale on jej zezwolenie wyczuwa i jest przez nie jakby zapraszany do następnego kroku. Gdy widzi, że on a taka odważna, to on nie chce być gorszy. Jest jeszcze odważniejszy, bo mu nakazuje to jego męska ambicja, Powiesz: głupia ambicja. Zgoda. Głupia ambicja. Ale prowokacja szła nie tylko z jego strony, lecz z jej również. Oczywiście. Na koniec liczą się fakty, których dziewczyna nie chciała. Naprawdę nie chciała. Temu wierzę. Była zupełnie zaskoczona, przerażona, że on z zabawy przeszedł do takiej brutalności. Mówisz, że to dziewczyna jest ta skrzywdzona. Zgoda. Ale on jest też skrzywdzony. Skrzywdzony przez nią, bo go jakoś sprowokowała do tego, co zaszło. Jej wina w tym wszystkim jest niewątpliwa. Owszem, tak jak mówisz, było tu wiele ciekawości, w sensie: a co będzie dalej, a jak się on teraz zachowa. Było trochę ciekawości takiej intelektualnej jak również i ciekawości doznaniowej. Coraz intensywniej zaczęła się w niej rozwijać ciekawość uczuciowa, która ogarniała ją coraz większą falą. Ale nieprawda, że jest niewinna, przecież miała sygnały ostrzegawcze, które ją coraz silniej alarmowały, że źle się dzieje, żeby uważała, że zaczyna być niebezpiecznie, że jeszcze chwila, a może dojść do katastrofy. W każdym człowieku jest instynkt samozachowawczy, który ostrzega go przed zniszczeniem. Tylko po prostu nie posłuchała go. I stało się to, co się stało.
     Na koniec jeszcze jedna uwaga. Prawie w każdym z tych wypadków - i z reguły we wszystkich podobnych - dziewczyna decyduje się na niebezpieczny krok nie pytając nikogo o radę. Oczywiście, człowiekiem najodpowiedniejszym, by mu opowiedzieć o tym, co się dzieje, jaką mam propozycję, byłaby matka, ojciec, ktoś ze starszego czy nawet młodszego rodzeństwa, pani wychowawczyni szkolna czy któraś z nauczycielek. Ale już słyszę wybuch protestu. Chociaż szkoda, bo powtarzam: są to osoby najbardziej kompetentne do udzielania porad w takich razach. A jeżeli nie, to czy wobec tego pozostaje jednak samotna decyzja? W żadnym wypadku. To niech będzie koleżanka albo kolega. Oczywiście, są sytuacje, które nas zaskakują i nie ma możliwości spytania o radę. Ale tych jest na ogół niewiele. W większości wypadków jest ta możliwość, jest ten obowiązek - właśnie obowiązek - spytania o radę. Póki czas, póki czas. Lepiej teraz spytać o radę niż potem usłyszeć: Jak mogłaś być tak beznadziejnie głupia.


 

strona: ...[10]  [11]  [12]  [13]  [14]  ...