Biblioteka
ŻYCIE JEZUSA W ROKU LITURGICZNYM
strona 4


TRZEJ KRÓLOWIE

     To była noc taka jak inne.
     Nagle z głębokiego snu wyrwały Ją głosy przed gospodą. Przypomniały Jej tamte głosy pasterzy pytających o Jezusa w tamtą noc. Po chwili zorientowała się, że rozmowa jest prowadzona w innym, obcym języku. Jakiś czas nadsłuchiwała tej obcej mowy, z której nic nie mogła pojąć. Rozróżniała głos gospodarza. Usiłował się z przybyszami porozumieć i jakimiś krótkimi zdaniami, słowami, które powtarzał, starał się im odpowiadać na pytania.
     Śmieszyło Ją to trochę. Potem wyjrzała, bo zdawało się Jej, jakby liczba przybyszów stale rosła. Zdumiał Ją widok, jaki zobaczyła. Podwórzec cały był zapełniony ludźmi ubranymi w dziwne stroje, wielbłądami, osłami obładowanymi górami bogactwa. Wychyliła się jeszcze bardziej. Przed wejściem stała grupa przybyszów rozmawiających z gospodarzem. Wśród nich wyróżniali się trzej mężczyźni. Widziała rozmaitych ludzi rozmaicie ubranych podczas swojego pobytu w Jerozolimie, ale musiała przyznać, że takich nigdy w życiu nie spotkała. Mieli na sobie wspaniałe szaty, kolorowe, tkane złotem, które w poświacie księżyca bajecznie się mieniły. Równie barwnie, wspaniale były przybrane ich wielbłądy jezdne. Pomyślała, że po prostu karawana przyjechała do gospody, aby odpocząć, posilić się i przenocować. Ale za moment wróciło tamto pierwsze wrażenie: wrażenie, że ci ludzie przyszli do Jezusa. To przeczucie potwierdził ruch ręki gospodarza wskazujący Jej okno. Podeszła do Józefa i zbudziła go:
     - Wstań.
     Obudził się natychmiast.
     - Co się stało? - zapytał zaniepokojony.
     - Nic, nic. Chciałam ci coś pokazać. Popatrz przez okno. - Pokazała mu tę dziwną grupę. - Ci także przyjechali do naszego Syna.
     - Skąd wiesz?
     - Tak mi się zdaje.
     Nie było w Niej lęku, jak wtedy. Nawet się nie zdziwiła tej wizycie. Jakoś już przywykła do odwiedzin składanych Jej Synowi, tylko na jedno pytanie nie była sobie w stanie odpowiedzieć: skąd oni usłyszeli o Jezusie? Bo przecież najwyraźniej przyjechali z bardzo daleka.
     Długo nie mogła zasnąć. Zaraz z rana usłyszała jakieś głosy pod swoimi oknami. Gdy przypomniała sobie to, co w nocy widziała na podwórku, w pierwszej chwili pomyślała, że to był sen. Ale z wątpliwości wyprowadził Ją gospodarz. Chciał jak najszybciej oznajmić o czekającej ich wizycie, o tajemniczych gościach. Przyszedł bardzo uroczysty.
     - Gości będziecie mieli. - Odczekał, żeby zrobić większe wrażenie. - Niezwyczajnych gości. Z dalekiego świata gości.
     Potem opowiadał szeroko i dokładnie o nocnym zajściu. Popisywał się znajomością mowy tych przybyszów ze Wschodu. Przyznawał tylko, że nie wszystko mógł zrozumieć:
     - Albo ja się musiałem przesłyszeć - bo tez człowiek taki zapracowany - zresztą oni tak mówią górnolotnie, jak na Magów przystało, takimi dziwnymi słowami - oni wciąż jak gdyby mówili o nowo narodzonym Królu żydowskim - tak, tu musiałem się przesłyszeć.
     Zażartowała:
     - To chyba pomylili się. Józef, mój mąż, nie jest królem. Ja nie jestem królową. A Syn nasz nie jest wobec tego następcą tronu.
     Gospodarz niezrażony mówił dalej:
     - Dopytywałem się ich również, skąd się dowiedzieli o narodzeniu waszego Dziecka. Kto ich przyprowadził do mojej gospody. Powiedzieli, że gwiazda - chyba się przesłyszałem, bo nawet na wszelki wypadek zacząłem wypatrywać tej gwiazdy, ale żadnej nie zauważyłem.
     Zresztą dla niego nie to było najważniejsze. Najważniejsi byli oni: ci Trzej i ta karawana. Od samego rana krzątał się, chcąc z jak największymi honorami przyjąć i nakarmić tych wspaniałych gości. Pokrzykiwał na swoje sługi, porządkował, sprzątał, przygotowywał dom. Dowiedziała się, że ci Magowie - jak ich w końcu nazwano - polecili mu urządzić wielką ucztę na cześć Dziecięcia.
     Przyszli po południu ze swojego obozowiska, które założyli poza Betlejem. Uroczyście ubrani, z wielką powagą, w otoczeniu sług. Patrzyła na nich jak na barwne motyle. Mówili coś do Józefa i do Niej długo i ze wzruszeniem. Gospodarz usiłował to wszystko niezgrabnie tłumaczyć. Początkowo nie potrzebowała tego wcale. Zdawało się Jej, że rozumiała dobrze. Chłonęła każde ich słowo. Sama próbowała się przebijać przez te obce dla Niej dźwięki, by dotrzeć do treści, którą oni starali się Jej przekazać. 
     Patrzyła ciekawie na dziwne dary, jakie Jej Synowi składali ci przybysze ze Wschodu: na złoto, kadzidło i mirrę, starając się zrozumieć sens tych darów.
     Potem było przyjęcie. Ucztę spożywała z nimi na werandzie gospody, zaś na podwórcu odbywał się festyn. Patrzyła w podziwie na egzotyczne tańce, wykonywane przy palących się ogniskach, słuchała obcych pieśni chóralnych i solowych. Brała je w siebie za Syna, który spał w Jej ramionach, żeby kiedyś opowiedzieć Mu, gdy będzie większy, co przygotowano na Jego cześć. Rozmawiała z gośćmi za pośrednictwem właściciela gospody, który rozmowę usłużnie tłumaczył. Dopiero teraz, przy uczcie, dowiedziała się o trudnej drodze, jaką przebyli Magowie, idąc do Jezusa.
     - Zdziwiliśmy się bardzo tym, że w Jerozolimie nikt nic nie wiedział o narodzinach króla. Byliśmy przekonani, że cały naród żydowski świętuje bardzo uroczyście narodziny swojego króla. Tymczasem okazało się, że nikt o tym fakcie nie wie. Pytaliśmy, gdzie jest nowo narodzony Król żydowski - opowiadali - i wszyscy zapytani patrzyli na nas z najwyższym zdumieniem. Udaliśmy się więc do Heroda - on powinien coś wiedzieć o tym fakcie. Ale on usiłował nam delikatnie wyperswadować to, mówiąc, że to pomyłka. Tłumaczył nam, że być może nasze księgi święte, z których wyczytaliśmy tę wiadomość, mówią o nim, czyli o Herodzie, bo przecież on, Herod, jest królem narodu żydowskiego. Dopiero po usilnych naszych naleganiach Herod skapitulował. Zawezwał kapłanów, aby ci dopomogli rozwikłać tę zagadkę.
     Magowie opisywali, jaki niepokój zapanował na dworze Heroda, jak wszyscy zostali do głębi poruszeni wiadomością o gwieździe. Jak po długich namysłach kapłani jako jedyna odpowiedź znaleźli tekst proroka Micheasza: "I ty, Betlejem, Ziemio Judzka, nie jesteś najpodlejsze pomiędzy książęty judzkimi, bo z ciebie wynijdzie wódz, który będzie rządził ludem moim izraelskim". Była to - zdaniem uczonych w Piśmie - jedyna przesłanka wskazująca, gdzie by się miał narodzić Ten, którego oni szukają. "Jeżeli dokąd, to idźcie do Betlejem" - tak im dość sceptycznie oświadczyli.
     - A więc Twój Syn może mieć w najbliższych dniach jeszcze jedną wizytę, a mianowicie wizytę króla Heroda - stwierdził jeden z trzech Mędrców.
     Zdziwiła się.
     - Tak - odpowiedział - bo Herod prosił nas, abyśmy, jeżeli uda nam się znaleźć Dziecię, donieśli mu o tym, bo on też chciałby złożyć Mu pokłon. Wobec tego jutro w drodze powrotnej wstąpimy do niego, ażeby zgodnie z jego prośbą poinformować go o wyniku naszych poszukiwań.

     Na drugi dzień, znowu po południu, Magowie przyszli, aby się pożegnać. Na pozór byli, jak dnia poprzedniego, spokojni i uprzejmi, ale zauważyła, że coś się stało. Zapytała o to wprost. Nie dali Jej odpowiedzi na postawione pytanie:
     - Nasze plany uległy zmianie. Niestety, nie udajemy się do króla Heroda, jak zamierzaliśmy poprzednio.
     Nie mogła się domyślić, w czym rzecz i do końca nic więcej nie usłyszała na ten temat, ale już nauczyła się trochę rozumieć ich wschodni sposób mówienia. Wyczuła, że są pod wrażeniem jakiegoś wielkiego przeżycia. Czy to była wiadomość, którą nagle ktoś przyniósł? Na to nie potrafiła sobie odpowiedzieć, ale była pewna, że to tajemnicze wydarzenie spowodowało zmianę ich decyzji.
     Udzielił się Jej ich niepokój. Coś się stało. Coś się dzieje, i to chyba coś złego. Zatęskniła do spokojnego Nazaretu. Poczuła się obco w tej gospodzie, która dotąd była dla Niej tak przyjazna. - Ach, gdyby Betlejem było dalej od Jerozolimy, bliżej moich stron, bliżej Nazaretu. - Z żalem pożegnała Magów. Wraz z ich odejściem odebrana Jej została jakaś tarcza obronna, osłona, którą dla Niej stanowili. Zwierzyła się Józefowi ze swoich myśli.
     - Coś się na pewno stało, że Magowie tak zmienili swoje plany.
     - Co Cię tak w tym dziwi?
     - Boję się, czy nie ma to jakiegoś związku z naszym Dzieckiem.
     - To by nam na pewno powiedzieli.
     - Nie wiem, ale jestem jakoś tym zaskoczona.
     - Nie martw się. Jeszcze kilka dni, a najwyżej tydzień czy dwa, a my również będziemy wracali do domu. Ja też tęsknię za powrotem do normalnego życia, ale ze względu na Dziecko musimy się wstrzymać przed tą daleką podróżą.
     Częściowo uspokojona udała się na spoczynek.

 

strona: ...[2]  [3]  [4]  [5]  [6]  ...