1.  RABKA
1949 - 1960

1. WIKARY W RABCE 

     Plebanijka. Plebania. Pomalowana na biało, z tarasikiem, do którego prowadzą cztery schody, z balustradką kamienną z kolumienkami podpierającymi balkon na pierwszym piętrze. I w prawym skrzydle mieszkanka dla wikarych, na parterze i na piętrze; dla mnie przeznaczone na parterze: pokoik i drugi pokoik.
     - Jak będą chcieli do chorego, to będą pukali do księdza do okna na parter albo dzwonili. Ja będę miał spokój - oświadczył mi z dobrodusznym uśmiechem mój starszy kolega, ksiądz Józef.
     Co ja tu będę miał do roboty? Oprócz tych chorych? Nuda prowincjonalnego uzdrowiska: ni to wieś, ni to miasteczko.
     Niedziela. Moje pierwsze niedzielne kazanie. Pracowicie napisane na kartce. Ambona wysoko w górze. Kościół przyciemniony.
     Przy obiedzie pytam:
     - Jakie ma ksiądz dziekan uwagi odnośnie do mojego kazania?
     - Nie słyszałem ani słowa. U nas się mówi na filar.
     W pierwszej chwili nie bardzo wiedziałem, o co chodzi. Potem już wiedziałem - "na filar", bo wtedy głos się odbija i idzie po całym kościele. To tak zamiast mikrofonu i głośników, których wtedy jeszcze w kościołach nie było.
     W poniedziałek ksiądz dziekan wyjeżdża, bo jeszcze wakacje, jeszcze szkoły się nie zaczęły - "nie przewiduję nic nadzwyczajnego". Ksiądz Józef też wyjeżdża, bo nic się nie dzieje.
     - Zresztą, ksiądz zostaje i będzie nas zastępował.
    W czym tu można zastępować księdza dziekana albo pierwszego wikarego. Ale nie musiałem długo czekać.