Biblioteka
CHRYSTUS - TOM 2.
strona 4


 

Szaweł prześladowcą Kościoła


1.  Ostrzeżenie apostołów

Jeszcze przed wieczornym rozejściem się Szczepan nieoczekiwanie zwrócił się do Piotra:
- Ludzie Sanhedrynu przygotowują jakąś akcję przeciwko tobie i Jankowi. Nawet może przeciw wszystkim apostołom. Już tego nie mogłem dojść.
- O co im chodzi? – Piotr spokojnie zapytał.
- O wasze dalsze nauczanie w Krużganku Salomona.
- Ach, tak. No to co radzisz?
- Tego można się było spodziewać. Sanhedryn wam zakazał nauczać, a wy chodzicie tam nadal. Ludzi jest coraz więcej.
- Po co to mówisz? Czy po to, abym zrezygnował z nauczania w Krużganku?
- To jest jedno wyjście – Szczepan się zgodził.
- A drugie?
- Moja propozycja. Niech ci towarzyszy cała reszta. Chodźcie tam całą Dwunastką.
- Myślisz, że to pomoże? – spytał nieoczekiwanie Andrzej, który wraz z innymi apostołami przysłuchiwał się tej rozmowie.
- Na pewno utrudni im. A to już jest ważne.
- No, ale nasza dwunastka ma co innego do roboty – Piotr usiłował na spokojnie przedstawić sprawę. – Nie możemy wszystkich sił rzucać w jedno miejsce.
- A jakie to sprawy? – Szczepan był ciekawy.
- Jesteśmy bez końca zajęci ważnymi sprawami – Jakub zaczął wyjaśniać. – Rośnie liczba ubogich. Ktoś o nich musi myśleć i organizować tę pomoc. Najbardziej potrzebujące są oczywiście wdowy i sieroty. Już o tym kiedyś rozmawialiśmy.
- To mi rzeczywiście leży na sercu – włączył się Piotr. – Sprawa ubogich jest podstawowym naszym obowiązkiem. Jeżeli mówimy o Bogu-Miłości, to nie może się kończyć na słowach, ale one muszą przekształcić się w czyn. Tym bardziej, że skarżą się ludzie, że mniej się troszczymy o biednych z diaspory niż o tych z terenów Ziemi Świętej. Myśmy już o tym kiedyś mówili. Ale wciąż ta sprawa wisi niezałatwiona. Najwyższy czas, żeby się do tego zabrać.
- Były pomysły – Szczepan przypomniał – żeby to oddać w ręce zaufanych ludzi.
- A ty, czy podjąłbyś się tej roboty? – Piotr go zapytał.
- Jak mnie znasz, ja bardziej chodzę światem. Finanse to nie moja specjalność. Wolę dyskutować niż liczyć pieniądze. Ale jak trzeba, to trzeba. Ale, jak znam życie, to tu nie tylko sprawa pieniędzy. Nasi biedni potrzebują, by był ktoś, kto ich wysłucha, przed którym mogliby się wyżalić. Żeby mieli po prostu duchową pomoc, oparcie, radę, czułość. A to już nie moja specjalność. Dlatego zgadzam się, pod warunkiem, że w dalszym ciągu będą z ubogimi nasze panie.
Tu podszedł do Matki Jezusa, która w milczeniu przysłuchiwała się tej rozmowie, ucałował Ją w obie ręce. Ona go przytuliła, pogłaskała po głowie.
- Ty Martę i Magdalenę proś, nie mnie. One tu gospodynie i na ich barkach spoczywa cała praca – powiedziała z uśmiechem.


2.  Aresztowanie Agryppy

Agryppę obudziła wcześnie rano jakaś głośna wymiana zdań. Zezłoszczony, że ktoś ośmiela się o tak wczesnej porze hałasować pod jego rezydencją i budzić go, wyjrzał przez okno. Zobaczył trzech pretorianów: dwóch żołnierzy i jednego podoficera, który akuratnie rozmawiał z jego odźwiernym. Odległość była zbyt duża, żeby mógł zrozumieć treść rozmowy. Jedno było pewne – nie była to przyjacielska pogaduszka. Jeszcze nie wiedział, o co chodzi. Nie miał pojęcia, co by mogło oznaczać to ranne najście. Czyżby któryś z jego sług dopuścił się jakiegoś przestępstwa? Na wszelki wypadek ubierał się pospiesznie. Coraz bardziej nerwowo. Zaczęło w nim narastać pytanie: Chyba im o mnie nie chodzi? Gwałtownie przeglądał w myślach ostatnie dnie, czy coś mu się nie przypomni, ale nic go nie uderzyło. Już był gotowy, gdy posłyszał ostre pukanie do drzwi. Panując nad rozedrganiem, jakie go ogarnęło, zawołał pewnym głosem:
- Wejść!
Weszli wszyscy trzej.
- Czy ty jesteś Herod Agryppa? – zapytał podoficer.
- Tak.
- Przyszliśmy aresztować cię z rozkazu cezara.
- Za co? – prawie że wykrzyknął.
Podoficer wyciągnął z zanadrza rulon i podał mu. Rozwijał go pospiesznie. Zdawało się, że z rąk mu wyskoczy. Nie czytał. Wyłapał tylko jeden zwrot: Crimen laesae majestatis. Zawirowało mu przed oczami. Powtórzył do siebie: „Zbrodnia obrazy majestatu. No to śmierć”. Żeby chociaż o coś się oprzeć, żeby nie zwariować ze strachu, zwrócił się do podoficera z pytaniem:
- Wiesz, co tu jest napisane?
Ale napotkał mur obojętności:
- To nie moja rzecz. Mam cię doprowadzić do więzienia. Możesz wziąć ze sobą, co chcesz.
Co można wziąć? Nagle myśl, jak objawienie: „Tylko pieniądze. Tylko pieniądze tam są ważne”. To zapamiętał z dawnych swoich doświadczeń. Zaklaskał. Wszedł sługa. Wyszeptał mu do ucha polecenie. Za chwilę miał to, co chciał. I to w dużej ilości, sądząc po ciężarze. Nawet podoficer spojrzał na niego z szacunkiem.
Poszli. Ulice były jeszcze puste. Szli w chłodnym poranku dobrym marszem, a on usiłował zebrać myśli. „Co się stało? Skąd to oskarżenie? Gdzie mogłem coś powiedzieć? Kiedy mogłem się źle zachować, źle wyrazić?” Nic nie przychodziło mu do głowy.
Ani się opamiętał, gdy byli pod więzieniem. Brama, dozorcy. Jeden ruszył z nim w drogę, tęgi, mrukliwy. I lochy. Zamknięte ciężkimi kratami. A właściwie krat prawie nie widział. Tylko wczepione w nie ręce. Twarze zarosłe, zapuchłe, pokryte strupami, zaropiałe albo jeszcze ze świeżymi ranami. Oczy wściekłe albo zrezygnowane. Tylko usta pianą okryte, zęby wyszczerbione. I ten wrzask.
Wreszcie zatrzymali się przy jakimś lochu, nieróżniącym się od innych.
- To tu? – spytał.
Cerber skinął bez słowa głową i nachylił się, by otworzyć kratę. Pochwycił go w pół ruchu:
- Daj mi osobną celę.
Już wiedział, że pobyt w jednym z takich lochów, jakie zobaczył, to pewna śmierć. Nie przetrzyma nawet do przesłuchania. „Jeżeli nie umrę z głodu, z wycieńczenia czy ze zmartwienia – pomyślał – to zabiją mnie więźniowie”.
Cerber podniósł się niechętnie, ale przecież z oczekiwaniem:
- To dużo kosztuje.
- Płacę, ile zechcesz.
- No, może się coś znajdzie – ten powiedział z ociąganiem.
Poszli dalej. Zatrzymali się gdzieś na końcu tego potwornego świata. Loch był mały, śmierdzący jak tamte, ale przecież pusty. Agryppa nie dał się ponieść panice.
- Masz coś lepszego?
- No, mogłoby się znaleźć. Ale to bardzo dużo kosztuje.
Poszli. Na ogromnym placu, martwym jeszcze o tej porze, stały namioty. Otaczała go palisada. Nad nią górowały wieżyczki, rozstawione regularnie co jakiś czas, na których stali uzbrojeni w łuki i dzidy wartownicy. Plac był zajęty ciasno ustawionymi namiotami. Cerber podprowadził Agryppę do jednego z nich i powiedział:
- To tutaj.
Agryppa odetchnął. O niczym innym nie marzył. Tu można wytrzymać. Nawet długi czas. Namiot kosztował dużo. Ale to już nie było ważne. Wart był wszystkich pieniędzy.

Jeszcze tego samego dnia po południu wezwano go na przesłuchanie. Wyszedł z radością. W przedsionku jeszcze czereda ludzi takich jak on, czekających na śledztwo, przerażonych, niejednokrotnie zapłakanych. Wreszcie przyszła kolej na niego. Wszedł do izby, gdzie siedział jakiś człowiek w charakterze sędziego. Nie znał go. Ten, po ustaleniu tożsamości, zapytał go:
- Czy przyznajesz się do tego, że powiedziałeś: „Oby już nadszedł dzień, w którym ten starzec zejdzie do grobu, ustanawiając ciebie władcą świata. Wnuk jego nie będzie nam stał na przeszkodzie, gdyż go zgładzisz. Cały zaś świat cieszyć się będzie szczęściem, a ja osobliwie”.
- Nie! – wykrzyknął zaskoczony. – Nigdy!
Sędzia zwrócił się do straży:
- Wprowadzić świadka.
Dopiero te słowa przywróciły go do przytomności, zdał sobie sprawę: „Przecież ja to powiedziałem”. W pierwszej chwili nie poznał swoich słów wymówionych innymi ustami. „Świadka? A więc Caligula na mnie doniósł? Za to co ja dla niego zrobiłem? Jest wariat, to wiem. Ale aż tak niepoczytalny? Niemożliwe”. W drzwiach pojawił się człowiek. Poznał swojego wyzwoleńca – Eutychusa, woźnicę. Zdziwił się, zupełnie zaskoczony, ale powitał go jak anioła zwiastującego wybawienie, który stanie w jego obronie.
- Jak dobrze, że przyszedłeś! – wykrzyknął z radością. – Za chwilę wracamy do domu, poczekaj – mówił, nie bardzo wiedząc co. Najchętniej rzuciłby mu się na szyję, nie zwracając uwagi na to, czy takie zachowanie jest dopuszczalne.
Nagle oprzytomniał, widząc, że tamten nie zareagował. Czyżby go nie poznał? Stał obojętny, z kamienną twarzą. A więc to on? Co to wszystko ma znaczyć?
Posłyszał jakby zza ściany głos sędziego skierowany do jego woźnicy:
- Powtórz, co tu obecny oskarżony powiedział o cezarze. Pamiętaj, że za fałszywy donos będziesz ciężko ukarany.
- Nie zależy mi na tym – odwarknął woźnica. – A więc oświadczam, że tu obecny Agryppa, wnuk Heroda Wielkiego, zwrócił się do księcia Gajusa ze słowami: „Oby Tyberiusz jak najrychlej zeszedł ze świata i godniejszemu berło zostawił”.
- Mówisz dokładnie? – sędzia się upewniał.
- Nie, to w skrócie. Dokładnie było inaczej. Mogę to powiedzieć, bo zapamiętałem i będę pamiętał do końca życia.
- To mów.
- „Oby już nadszedł dzień, w którym ten starzec zejdzie do grobu, ustanawiając ciebie władcą świata. Wnuk jego nie będzie nam stał na przeszkodzie, gdyż go zgładzisz. Cały zaś świat cieszyć się będzie szczęściem, a ja osobliwie”.
Agryppa słuchał tego wyznania osłupiały. Zabrzęczało mu w uszach to, co powiedział do Caliguli o swoich domownikach: „Są najwierniejsi z wiernych. Za niego ręczę głową”.
Był w stanie jedynie wykrztusić:
- I to ty, Izraelita, donosisz do pogan na Izraelitę. Oskarżasz pana, który cię wyzwolił. Taka jest twoja wdzięczność?
- Ja jestem chasyd! – woźnica odwrzasnął wściekły. – Doniosłem nie na Izraelitę, ale na zaprzańca, oszusta, kameleona, który się przebiera jak jaszczurka. Gdy idzie do Żydów, to wdziewa tałesy i mycki, przypina sobie sztuczne brody i pejsy, je tylko koszerne potrawy, a gdy idzie do Rzymian, to jest jak prawdziwy Rzymianin! Jesz i pijesz wszystko, co oni ci dają. Nawet świninę! Wstydzę się za ciebie, mam do ciebie obrzydzenie! I życzę ci, żeby cię dłużej ziemia święta nie nosiła! – Spocił się od tego krzyku, otarł twarz rękawem i już spokojniej, ale krzycząc, wypominał mu: - Tym bardziej, że wiem, jakie masz cele! Chcesz być królem Izraela. A przyjmujesz pogan w swoim domu! – Splunął po raz drugi i zadeptał sandałem. – Niech cię piekło pochłonie. Niech cię skażą na śmierć! Długo czekałem, aż cię na czymś przyłapię. Wreszcie się doczekałem.
Gadałby jeszcze dłużej, ale przerwał mu sędzia:
- Weźcie go. A ty – zwrócił się do Agryppy – przyznajesz się do winy?
Ale Agryppa już oprzytomniał, był spokojny, opanowany, a najważniejsze – wiedział, jak się bronić:
- Czy potrzeba mi jeszcze coś tłumaczyć po tym, cośmy wszyscy usłyszeli? Tak, to prawda, co ten człowiek mówi, mam swoje przekonania i swoje obyczaje. Trochę niekonwencjonalne. Szanuję tak Żydów, jak Rzymian. Żyję i jedną, i drugą kulturą. Sługa nie jest od tego, aby mnie oceniać. Przyznaję, traktowałem go tak, jak traktuję innych, jak wolnego człowieka. Niestety, nie zrozumiał tego i odwdzięczył mi się fałszywym donosem, żeby się zemścić. Owszem, rozmawiałem z Caligulą. Tak jak się rozmawia, o wszystkim. Jak to w drodze, tylko powiedzcie sami, wóz huczy po kamieniach, cóż można wtedy naprawdę słyszeć. – A zwracając się wprost do sędziego, zapytał go: - Jeżeli masz wątpliwości: czy rozmawiałeś z księciem Gajusem? – postawił to pytanie prawie nonszalancko, nie wiedząc, jaką odpowiedź otrzyma.
- Jeszcze nie – ten prawie pokornie odpowiedział.
- Cóż prostszego, zwróć się do niego z tym samym pytaniem – szarżował.
- Odprowadzić go do lochu – usłyszał polecenie sędziego.
Przysięgał sobie, że wszystkimi sposobami, jakie tylko będą do dyspozycji, przekaże Caliguli treść przesłuchania, które z nim przeprowadzono.


3.  Powrót Piłata z wyprawy na Samarytan

Piłat powrócił z wyprawy na Samarytan. Jak nie ten sam. Oczywiście powitanie go odbyło się bardzo wspaniale i uroczyście. Był triumfalny wjazd do Jerozolimy. On sam jechał w złotej zbroi, na złocistym rydwanie zaprzężonym w białe konie. Nawet jerozolimczycy – przynajmniej jakaś część najgorliwszych przeciwników Samarytan – ustawili się szpalerem przy drodze, którą defilowali zwycięzcy, i wiwatowali, i rzucali kwiaty.
Ale to było wszystko. Potem było powitanie ze smutną Claudią, do której dotarły wiadomości o tym, co tam się działo. Ze smutną i pełną najgorszych przeczuć. To zresztą powiedziała nie sama ze siebie, bo najchętniej nie powracałaby do tej bolesnej historii.
Piłat, jak to wyjątkowo tylko zdarzało się, relacjonował jej wypadki przy, najczęściej samotnych, posiłkach i domagał się oceny. Tłumaczył się, że do niczego by nie doszło, gdyby zgromadzeni Samarytanie spełnili jego jedyny warunek: rozbroić się i rozejść. Że czekał cierpliwie na spełnienie tego rozkazu. Że zagroził atakiem swoich żołnierzy. A więc wiedzieli z góry dobrze, że to nie żarty. Był przekonany, że się przestraszą. Gdy upłynęły wszystkie terminy, nie mógł się ośmieszyć i odejść. Dopiero wtedy ruszył do ataku. Że sam się nie spodziewał takiej masakry. No ale tak to już jest. Żołnierze jak żołnierze. Gdy się rozwścieczą, to już końca nie ma. Zabijali wszystkich. Nawet uciekających, nawet tych bez broni.
Więc mówił bez końca, powracał po wiele razy, szukając w jej oczach, na jej ustach akceptacji, potwierdzenia, przyznania racji, ale nie znajdował. Więc znowu tłumaczył, wyjaśniał. Czekał – i nie mógł się doczekać. To, co najwyżej uzyskiwał, to było:
- Stało się i już się nie odstanie. Nie powracaj do przeszłości bez końca, trzeba żyć, trzeba myśleć o tym, jak robić, by było lepiej, by nie powtarzać tych samych błędów.
Wtedy dopytywał się z paniką w oczach:
- Jakie widzisz szanse, jakie drogi postępowania?
Ale ona, jak to ona, choć umiała pocieszać, niemniej mówiła to, co myślała:
- Może uda się, że to, co się stało, nie dotrze do twoich przełożonych, że nie wyciągną konsekwencji, ale bądźmy realni. Powtarzam to, co twierdziłam przed tą wyprawą: Tyberiusz, praktycznie biorąc, już nie rządzi. Rządzi już Caligula. A jaki on jest, wiesz dobrze i ty, i ja. Jest pod wpływem Agryppy, który chce powrócić do Jerozolimy na króla.
Jedynym człowiekiem, którego czasem dopuszczano do tych rozmów, był setnik. Ale on najczęściej milczał. Czasem tylko zabierał głos. A był zawsze bardzo konkretny:
- Wszystko jest w rękach Viteliusza. Jeżeli zechce, może tego nie zauważyć, co się stało. Chyba że ma inne instrukcje.
- Jakie inne? – pytał Piłat.
- Choćby takie, żeby cię złapać na jakimś potknięciu i usunąć ze stanowiska jako przyjaciela Sejana.
- No, od jego śmierci upłynęło już dobrych parę lat – zareplikował Piłat.
- Ale nie okłamujmy się. Nic tak dobrze nie funkcjonuje w imperium jak administracja. Ta niczego nie zapomina.
Wobec tego czekał. Każdy dzień, który się kończył, żegnał jak darowany. Każdy dzień, jaki się zaczynał, witał jak prezent. Był pełen najgorszych przeczuć. To nie znaczy, że czekał bezczynnie. Porządkował sprawy. Licząc się z tym, że odejdzie ze stanowiska namiestnika cesarskiego, chciał, by następca zastał wszystko uporządkowane, żeby na niego nie narzekał.
A z drugiej strony, chciał zabrać wszystko, co do niego należało. Nie zostawić nic.
Najmniej bała się Claudia. Wierzyła w powiązania rodzinne, jakie miała w Rzymie. Ufała, że potrafią uratować jej męża przed wyrokiem śmierci. O resztę nie dbała. Nigdy nie polubiła Jerozolimy ani jej ludzi – za wyjątkiem przyjaciół Jezusa. Była prawie pewna, że mąż zostanie odwołany ze stanowiska namiestnika Judei i Samarii. I przygotowana na to, że trzeba będzie stąd wyjechać. Uznała, że nadszedł jej czas. Zabrała się do dzieła. Nie znosiła niespodzianek i biernego wyczekiwania. Bez porozumiewania się z mężem nawiązała korespondencję w tej sprawie, przy zagwarantowanej pełnej dyskrecji.
Po stosunkowo niedługim czasie nadeszły odpowiedzi na ręce Claudii. A więc, oczywiście, jej rezydencja rzymska gotowa na przyjęcie. Wszyscy oczekują, kiedy wróci z tego kąta świata, w który ją zapchała miłość do tego prymitywnego żołdaka, jakim jest Piłat. Że postarają się go uratować od śmierci nie ze względu na niego samego, bo jest gburem, arogantem i impertynentem, ale tylko ze względu na miłość ku niej, którą kochają i kochać będą po grób, a nawet daleko dalej, bo wieczność całą. Była jeszcze dopisana garść rozmaitych plotek o starzejącym się gwałtownie Tyberiuszu i o nadziei imperium, jaką jest Caligula, ale to już jej nie obchodziło, choć satysfakcjonowało w jakimś sensie, bo potwierdzało jej przypuszczenia.
Wreszcie stało się to, co przewidywali, choć przecież starali się odsuwać od siebie tę ewentualność. Posłaniec od Viteliusza, legata Syrii, przyniósł list. Właściwie nie było potrzeby go otwierać. Jeżeli Piłat to uczynił, to dlatego, że posłaniec czekał na odpowiedź. List był krótki. Legat żądał, aby Piłat stawił się u niego. Piłat już wolał tę sytuację niż upokarzające czekanie. Odpisał, że stawi się w terminie jak najkrótszym.
Już znowu był energiczny, sprawny, pewny tego co robi. Nikt by nawet nie poznał, że coś się stało tragicznego. Nikt prócz Claudii, która widziała po jego oczach, która wysłyszała w jego głosie, która wyczuła w jego sposobie zachowania się, że jej mąż umarł. On, który znał tylko drogę w górę po stopniach kariery aż pod samo niebo, teraz wiedział, że runął w przepaść bez dna. I że już nic go nie uratuje. Nic go stamtąd nie wydobędzie. Niezależnie od tego czy to śmierć, czy to więzienie, czy to wygnanie, czy emerytura.
 

 4.  Szaweł wrogiem Ewangelii

Annasz wszedł do obszernego scriptorium.
- Gdzie ty się chowasz? Gdzie ty się chowasz. Szukam cię po całym domu i odnaleźć cię nie mogę.
- Czy ja muszę ci się opowiadać? Dobrze mówię? – zapiszczał.
- Nad czym siedzisz? – zaglądnął mu przez ramię.
- Przeglądam relacje z terenu, jakie nasi kapłani mi dostarczają. Ktoś to w końcu musi czytać. Na to są.
- No, to jak możesz to zrobić dla mnie, przerwij robotę i zrobimy maleńki spacer.
- Przepraszam cię bardzo, ale na spacer to ja nie mam czasu – Kajfasz odpowiedział zniecierpliwiony.
- No to podczas spaceru spróbujemy załatwić maleńki interes – Annasz dodał tajemniczo.
- Co ty tam knujesz, mów – Kajfasz podnosił się z zydla.
- Chodź, chodź, a nie pożałujesz.
- Ale tu są moje obowiązki – Kajfasz słabo się bronił.
- Chcę ci pomóc, żebyś je lepiej jeszcze wypełniał.
Wyszli na korytarz, kierowali się ku wyjściu, a Annasz cały czas mówił:
- Donosów się już dość naczytałeś, teraz najwyższy czas, żeby przystąpić do akcji.
- Jakiej akcji? – Kajfasz pytał ostrożnie.
- Przekonaliśmy się, że uczniowie zmarłego Jezusa najodważniejsi nie są. Trzeba ich jeszcze trochę postraszyć, to się łatwiej uspokoją.
- Jak to chcesz zrobić? – Kajfasz był cały napięty z ciekawości.
- Pójdziemy prosić o pomoc.
- Prokuratora? – Kajfasz strzelił, ale nie trafił.
- Za bardzo się wiązać z Rzymianami nie można. Ludzie się dowiedzą. Napędzilibyśmy tylko nowych kandydatów Jezusowym wyznawcom.
- No to kogo chcesz prosić o pomoc? Ja nie widzę.
- Naszych braci faryzeuszów – Annasz odpowiedział spokojnie.
Kajfasz aż przystanął z wrażenia. Twarz mu zbladła i przypominała pysk wściekłego psa.
- Nie chcę pomocy faryzeuszów – wycharczał. – Mam ich dosyć. I tobie radzę: zastanów się, co robisz. Bo już niewiele brakuje do tego, że synagoga będzie ważniejsza niż świątynia. A może już tak jest.
Annasz też przystanął. Ujął szatę Kajfasza tuż pod brodą i już nie dowcipkując, ale najpoważniej w świecie zapytał swojego zięcia:
- Czy ty myślisz, że ja tego nie wiem? Myślisz, że ja inaczej chcę niż ty? Ale my ich nie pokonamy, siedząc obrażeni w kącie! Rozumiesz mnie?
- O co ci chodzi? – Kajfasz wyskakiwał ze skóry. – Nie drocz się ze mną.
- Nie droczę się, nie droczę – Annasz wziął swojego następcę na urzędzie pod rękę i kontynuował „spacer”. – Ja tylko nie życzę sobie dłużej narażać dobrego imienia kapłanów, bo i tak nim szargają faryzeusze, jak chcą. Mówiąc krótko, spróbuję napuścić faryzeuszy na wyznawców Jezusa.
Kajfaszowi pojaśniała twarz:
- Ale dokąd idziemy?
- Do Gamaliela.
- Do Gamaliela? A po cóż to do tego mądrali? – widać było, jak Kajfasz go nie znosi.
- Jak wiem, jego również nie lubisz.
- Żadnego faryzeusza – potwierdził kategorycznie.
- Z nich wszystkich chyba ten jest najrozsądniejszy. Czy nie tak?
- A jak się zachował w Sanhedrynie na przesłuchaniu Jezusa? – Kajfasz się zniecierpliwił.
- Zapomnij o tym.
- Ja niczego nie zapominam i niczego nie przebaczam – Kajfasz parsknął.
- Teraz mówmy o czym innym. Prowadzi dużą szkołę. Ma rozeznanie. Pogadamy.
Gamaliela zastali w sali będącej czymś między chederem a synagogą. Była bima na podwyższeniu i szafa, w której się przechowuje Pismo Święte. Ławy na sali i harmider głosów uczniów, którzy teraz żegnali się ze swoim mistrzem po zakończonych zajęciach. Najwyżsi kapłani przystanęli niezauważeni pod ścianą.
- Podobny chyba do swojego dziadka – mruczał Annasz trochę do siebie, trochę do swojego towarzysza. – Też taki dostojny, tylko tamten był drobnym staruszkiem, a ten potężny.
Aż wreszcie Gamaliel ich spostrzegł. Natychmiast przeprosił rozmówców i z rozjaśnioną twarzą podążał w ich kierunku.
- Witam was, wasze świątobliwości. Przepraszam was za to miejsce, niegodne goszczenia was.
- Właśnie. To nie przypadek – Annasz prawie mu przerwał, jakby w obawie, że uprzedzi go jego zięć. – Od dłuższego czasu myślę sobie, że warto by założyć coś podobnego, co wy robicie, a mianowicie teologiczną szkołę dla naszych kapłanów. To już nie te czasy, że wystarczało nauczyć się służby Bożej, śpiewać, okadzać, prowadzić procesje, no i oczywiście zabijać zwierzęta Bogu w ofierze. Ludzie pytają, chcą wiedzieć, należy im odpowiadać. Dlatego potrzeba stworzyć szkołę.
Gamaliel przysłuchiwał się tej mowie, gładził swoją siwą brodę. A Annasz nie przestawał opowiadać:
- Bo potrzeba nam wybitnych ludzi na te trudne czasy, które idą. A tak się mówi, że każda szkoła o jednym marzy, żeby raz na sto lat, przynajmniej raz na sto lat, wychować geniusza. Myślę, że każdy rebe o tym marzy.
Zauważył, że w miarę jak rozwijał tę kwestię, na twarz Gamaliela nasuwał się jakby cień smutku. Annasz nie rezygnował z tego wątku, ale go jeszcze wyostrzył:
- Bo chyba każdy marzy, by jego dorobek myślowy nie zaginął, ale był kontynuowany. Mylę się?
- To mądre – Gamaliel potwierdzał. – To bardzo mądre. Ale nie zawsze się to udaje. Miałem takiego. Niestety, odszedł ode mnie.
- Co się stało?! Dlaczego?! – wykrzyknął Kajfasz, który dotąd milczał, a tylko pilnie przysłuchiwał się rozmowie.
- Poszło o Jezusa. Zarzucił mi brak konsekwencji, brak stanowczości, kunktatorstwo. Że się z Nim zgadzam w wielu sprawach. Nawet że przejąłem od Jezusa niektóre idee. A jego błąd polega na tym, że on się trzyma kurczowo wyłącznie Pentateuchu. Nie tłumaczy go w duchu pism prorockich. A po drugie, tłumaczy go dosłownie. Bardziej by się nadawał do was, z jego niechęcią do proroków. I w końcu odszedł.
- Dokąd?
- Poszedł do synagogi Libertynów i tam naucza – powiedział Gamaliel głosem pełnym goryczy. – Chcecie, to możecie go tam posłuchać. Niekoniecznie tego, co naucza, ale jak. Przekonacie się, jaka to klasa.
- Szczerze ci współczuję, bo wyobrażam sobie, ileś w niego włożył pracy i nadziei.
- Jak on się nazywa? – spytał Kajfasz ciekawie.
- Szaweł.
Gdy już wyszli, Kajfasz spytał Annasza ironicznie:
- Nie wiedziałem, że ty masz zamiar otwierać szkołę czy studia teologiczne dla kapłanów. Zaskakujesz mnie.
Ale gdy Annasz nic nie odpowiedział, odezwał się już całkiem pojednawczym tonem:
- No i co, opłacało się iść na ten spacer? Nie trzeba było uciąć sobie drzemkę poobiednią?
Annasz nic nie odpowiedział, tylko szedł spokojnie. Po jakimś czasie oświadczył z zadowoleniem:
- Znaleźliśmy skarb.
Kajfasz tylko zamrugał oczkami i już nie podejmował tej kwestii. Dopiero po dłuższej chwili powiedział z podziwem w głosie:
- Ale ty masz głowę. Mógłbyś być spokojnie cezarem rzymskim.
  

5.  Sprawa wdów i sierot

- Stary, to nie jest tylko sprawa wdów nieżydowskich, czyli spoza obszaru Judei, że one są inaczej wspierane niż wdowy żydowskie. To nie chodzi o wsparcie, zapomogę czy jałmużnę, jak niektórzy pogardliwie się wyrażają.
- A o co chodzi? – Piotr przerwał wywód Szczepana.
- Chodzi o jakąś sprawę generalną: stosunku Żydów do nie-Żydów, do tych, którzy nie legitymują się pochodzeniem judejskim.
- Tak zawsze było, że Żydzi uważali się za coś lepszego niż chociażby my, Galilejczycy.
- Ale dlaczego? – Szczepan się zdenerwował. – Równie jak oni obrzezani, równie jak oni zachowujący Prawo Mojżeszowe.
- Co się pytasz, jak sam wiesz. Bośmy mieszańcy. Pochodzimy od Rubena czy Manassesa, ale mamy w swoim rodowodzie również Asyryjczyków.
- No i co z tego – Szczepan wciąż był niezadowolony z wyjaśnień Piotra. – Tak było i tak jeszcze jest wśród Izraelitów, którzy nie uwierzyli w Jezusa. Bóg z nimi. Ale ja się ciebie pytam, dlaczego tak jest również u tych, którzy w Jezusa uwierzyli! – Szczepan wykrzyknął z rozpaczą.
Piotr nie odpowiedział.
- Wam to najwyraźniej nie przeszkadza – Szczepan atakował. – Przywykliście od dziecka, od pokoleń, od stuleci. Ale zrozum, my już jesteśmy innymi ludźmi. Ile razy przychodziliśmy do Jerozolimy, to nas skręcało. Filippos może poświadczyć. Ale mówiliśmy sobie: „Nie nasza sprawa. Jesteśmy tu na parę dni, potem wracamy do siebie, do Grecji, do Macedonii, do Syrii, do Egiptu”. Trochę podśmiechiwaliśmy się, żartowaliśmy. Ale teraz ta sprawa jest nasza. Nie ma lepszych uczniów Jezusa i gorszych. Mateusz był takim samym apostołem jak Tomasz, chociaż ten z Galilei, a ten z Judei. Tyś został opoką, nie Judasz, chociaż tyś z Galilei, a on z Judei.
Piotr był tą rozmową wstrząśnięty. Słuchał tego jakby we śnie, jakby czegoś nieprawdopodobnego. To był przecież temat tabu, nietykalny. Nikt nie miał prawa go podejmować, a tym bardziej kwestionować: wyższość Judejczyków nad tak zwanym Izraelem. To było niepodważalne: czystość rasy narodu związana z religią Mojżeszową. I nagle ta teza, przeniesiona na grunt uczniów Jezusa, wykazała całą bezzasadność. Nie ma „równiejszych”, wszyscy są równi. I nawet może by to przytoczył, co Jezus powiedział na ten temat, ale Szczepan, wpatrzony w niego, wyczekujący z jego ust zajęcia stanowiska w sprawie, która go paliła żywym ogniem, znowu wybuchnął:
- Przecież sam Jezus powiedział: „Kto by chciał być pierwszy między wami, niech będzie sługą waszym”. To jest jedyny wyznacznik pierwszeństwa, wszystko inne jest nieważne, a najmniej pochodzenie. No jest tak, jak mówię?
- Chyba tak – Piotr potwierdził z ociąganiem, bojąc się go ośmielać, ale i tak to nie pomogło.
- Wiesz, co ja myślę? – Szczepan zdecydował się zmienić temat.
- No mów, śmiało – Piotr wewnętrznie ucieszył się, że Szczepan zmienia temat.
- Myślę, że wy się już nie nadajecie do tego, żeby do nas mówić o Ewangelii Jezusa.
- No tak, wielu z was już nie mówi po aramejsku, tylko koine – Piotr chciał wybrnąć z sytuacji obronną ręką.
- To też prawda, choć to nie jest ta największa trudność. Chodzi o to, że my mamy już inną mentalność. Nawet gdybyście mówili poprawnie koine, to nie zmienicie swojego myślenia, nie przestawicie go na nasze.
- Do czego zmierzasz? – Piotr spytał zaniepokojony.
- Tak rozmawialiśmy na ten temat, również był przy tym Filippos. Chcemy wam przedstawić naszą propozycję: wyznaczcie grupę ludzi, choćby siedmiu – wy lubicie święte cyfry – takich apostołów helleńskich, pomódlcie się nad nimi, włóżcie im ręce na głowy, pobłogosławcie ich – tak jak to zrobił Jezus wobec was, tak i wy. I niech idą nauczać Izraelitów helleńskich. A gdy będziesz chciał, to oni się zajmą również sprawą wdów i zasiłków dla nich.
Piotr słuchał i był coraz bardziej przerażony. Wyczuł to chyba Szczepan, bo go uspokoił, mówiąc:
- Zrobisz, jak zechcesz. Ja tylko proponuję.
- Pogadam z Dwunastką – Piotr wybrnął z sytuacji. – Zobaczymy, co na to powiedzą.


6.  Oczekiwanie końca świata

Siedzieli przy śniadaniu w Wieczerniku, prawie że w komplecie, co ostatnio się nie zdarzało. Piotr skorzystał z tej okazji, by zwierzyć się i poradzić w sprawie, która go od pewnego czasu coraz bardziej uwierała, a wciąż nie miał możliwości, aby z kimś na ten temat pogadać spokojnie.
- Nie wiem, co wy na to, ale mnie coraz bardziej niepokoi, że nasi ludzie ściągają bez przerwy ze wszystkich stron do Jerozolimy i tu szukają mieszkań. Gnieżdżą się po krewnych i znajomych. Zostawiają rodziny albo przychodzą z rodzinami. Porzucają swoje domy, pola, swoją robotę, a to rybołówstwo, a to rzemiosło, a to kupiectwo. Niby że to, jak co roku, na święta, a potem już się stąd nie ruszają. Albo nawet nie czekają na święta, tylko po prostu przychodzą, aby się z nami modlić w świątyni, a wieczorami łamać z nami Chleb po domach. Niektórzy nawet sprzedają swoje domy, pola, dobytek i kupują jakiś kąt tu, w Jerozolimie. Albo nie kupują i zużywają te pieniądze na jedzenie, na czynsze za wynajmowane domy.
Piotr mówił już długo, ale wciąż był słuchany z uwagą. Widać było, że to sprawa, która wszystkich jakoś dotyczy, że spotykają się z nią na co dzień.
- Wciąż są nawet tacy – Piotr kontynuował - którzy przynoszą do mnie większe czy mniejsze kwoty, żebym miał na potrzeby biednych. Myślałem, że to ustanie. Ale gdzie tam. Trwa w dalszym ciągu. Zresztą, całe szczęście. Bo dużo jest ludzi, którym się pieniądze skończyły i nie mają z czego żyć. Już nawet nie mówię o wdowach, bo to zrozumiałe, ale są całe rodziny. Co wy na to?
Rzadko się Piotrowi zdarzało tak długo przy stole przemawiać, ale to był znak, że ta sprawa faktycznie go niepokoi.
- Co się dziwisz? – Szymek nie widział problemu. – Przychodzą, bo chcą się dowiedzieć o Jezusie i o Jego nauce. A gdzie się dowiedzą? U nas? – mówił, jak to on, lekko się jąkając.
- Nie, nie. To nie tylko chodzi o słuchanie – Andrzej poparł brata. – Oni czekają na koniec świata.
- Na jaki koniec świata? Na jaki koniec świata? – Janek wyskoczył jak oparzony.
- Pogadaj z ludźmi, to się dowiesz – odpowiedział mu Kuba.
- Dobrze, pogadam. Ale zanim od nich się dowiem, ty mi powiedz.
- Wszystko ma swój kres. Nasz świat też – powiedział Kuba filozoficznie.
Janek chciał się go spytać, skąd wziął to powiedzenie, ale w ostatniej chwili opamiętał się, bo czuł, że może wybuchnąć awantura i na niej się wszystko skończy. Wobec tego przełknął tę filozofię i już by się włączył z kolejnym pytaniem, tylko uprzedził go sam Kuba:
- Zresztą, co my się będziemy domyślać. Jezus sam przepowiedział koniec świata. Pamiętacie, jak o tym mówił, patrząc na Jerozolimę.
- Chwileczkę, chwileczkę – zastrzegł się Tomasz. – Jezus mówił o zburzeniu Jerozolimy, a nie o końcu świata.
- Nie, nie, to było tak jakoś przeplatane – Andrzej prostował – jedno z drugim. Ale o końcu świata też było.
- Tak czy owak – podsumował Kuba – Jezus przepowiedział koniec świata.
- Ale dlaczego – Janek pozostał przy swoim – ten koniec świata ma być akuratnie teraz, a nie za sto lat albo przed stu laty?
- Bo ja tak myślę, że Pan Bóg ma wszystkiego tego dość. Umówmy się, że On też ma swoją cierpliwość i wreszcie powie: Koniec. Nie udało się z tymi ludźmi. Dałem im wolną wolę, ale oni jej źle użyli i zamiast kochać, to nienawidzą. I zrobi tak jak z Sodomą i Gomorą, tak jak zrobił z potopem.
- Powolutku, powolutku – Tomasz znowu miał swoje trzy grosze. – Pan Bóg obiecał, że potopu więcej nie będzie.
Tu Kuba się lekko zdenerwował:
- Potopu może nie być, ale może się powtórzyć Sodoma i Gomora.
- To myślisz, że – Janek znowu był na miejscu – że obecny świat przypomina, jest podobny do Sodomy i Gomory?
- A nie? – Kuba już był trochę rozzłoszczony. – Popatrz tylko, co się dzieje. Piłat masakruje Samarytan. Ja tam nie jestem za nimi, bo nam wciąż dokuczali i dokuczają, ale to, co Piłat zrobił, to jest zbrodnia.
- No i co jeszcze? No i co jeszcze? – Janek dopominał się.
- No właśnie. Żeby to był jedyny wypadek. Ale to co rusz. Gdzie się tylko obrócisz. Przed chwilą miałeś Sejana.
- Ale to nasz wróg! – Janek wykrzyknął.
- No dobrze, wróg. Ale to, co Tyberiusz rękami Macrona wyrabia z jego zwolennikami, to się w głowie nie mieści. Już w końcu nie wiadomo, kto byłby lepszy.
- I co jeszcze? I co jeszcze? – Janek wychodził ze skóry.
Tu nie wytrzymał Jakub i wybuchnął:
- Janek, nie przerywaj bez końca i daj Kubie mówić. Bo jak nie, to złapię za łeb i wyrzucę za drzwi.
- A właśnie że nie, a właśnie że nie. Wolno mi mówić, co zechcę. I ty nie będziesz mi rozkazywał! Chociaż jesteś starszym bratem.
Uspokoił ich Kuba, mówiąc:
- Niech pyta. Mnie to nie przeszkadza. – I mówił dalej: - Ale żeby daleko nie szukać: my chlubimy się, że jesteśmy narodem wybranym. I bardzo dobrze. Ale tak przyglądnąć się temu narodowi wybranemu, to włosy dęba stają na głowie.
- Bo co? Bo co? – Janek był niepoprawny.
- Bo faryzeusze nienawidzą saduceuszów i tylko czekają na ich potknięcie, aby ich zniszczyć do gruntu. Widzimy własnymi oczami.
- No co widzimy? No co widzimy? – Janek był napięty jak struna. Już nie potrafił usiedzieć, ale wyskoczył na równe nogi, stanął przed Kubą i wpatrywał się w niego rozwartymi z ciekawości oczami dziecka.
Kuba przerwał na moment, niepewny, czy on kpi, ale nie stracił wątku i mówił dalej:
- Widzimy, jak powoli faryzeusze zdobywają coraz więcej miejsc w Sanhedrynie. Kosztem saduceuszów. Kapłani nienawidzą faryzeuszów, bo widzą, jak wydzierają im naród spod ich władzy, spod ich wpływów. Chociażby przez to, że opanowali synagogi i nauczają swojego Talmudu wszystkich, od dziecka począwszy aż po starszych.
- A pamiętasz? A pamiętasz? – Janek wyskoczył jak Filip z konopi. – Jak razu pewnego Pan Bóg chciał ukarać nasz naród za grzechy, to Abraham zwrócił się do Niego i zaproponował Mu handel. Że gdy się znajdzie w narodzie stu sprawiedliwych, żeby Pan Bóg dla tych stu nie karał naszego narodu.
- Janek – Kuba upomniał go – o czym ty pleciesz? My o czym innym mówimy.
- Tak, ale pamiętasz także, że Abraham nie znalazł stu. I potem wykłócał się z Panem Bogiem, żeby dla osiemdziesięciu, żeby dla pięćdziesięciu sprawiedliwych Pan Bóg przebaczył. Teraz w Izraelu jest więcej niż pięćdziesięciu sprawiedliwych.
- O kim myślisz? – Kuba go spytał.
- O mnichach z Qumran.
- Toś źle trafił. Ci świątobliwi mnisi z Qumran nie są wolni od zarazy nienawiści. Nienawidzą kapłanów, i zwłaszcza najwyższych kapłanów, twierdząc, że to oni powinni sprawować te funkcje.
- No to co dalej? No to co dalej? – Janek czekał na rozwiązanie.
- No to nie ma się co dziwić, że ludzie mówią o końcu świata. I ściągają do Jerozolimy.
- Po co do Jerozolimy? – Janek chciał wiedzieć wszystko dokładnie.
- Żeby tu przeżyć ocalenie. Bo ocaleją tylko ci, którzy nie będą skażeni nienawiścią. Którzy żyją w miłości. Tak jak Lot, tak jak Noe.
- Na co czekają? – Szymek prawie że wszedł mu w słowo.
- Na przyjście Jezusa – Janek wypalił.
- My też czekamy – Szymek potwierdził. – Albo to źle?
Zapadła cisza. Dotąd na te tematy nie rozmawiali. Jakoś nie było na nie czasu. Dni płynęły. Fala ludzkich spraw całkowicie ich pochłonęła. Wszystko to zdawało się naturalne, jasne, oczywiste. A tymczasem nagle wypowiedziane zabrzmiało fałszywie.
- No, co się na mnie tak patrzycie. Coś powiedziałem nie tak?
- Już rozmawialiśmy na ten temat, nie pamiętasz? Zdawało mi się, że jest wszystko jasne – spytał Szczepan, patrząc mu prosto w oczy.
Ale Szymek wyglądał tak, jakby go po raz pierwszy w  życiu zobaczył.
- Na co czekasz? – Szczepan jeszcze raz go zapytał.
- Na to co ty, na to co my wszyscy.
- Nie mów tak, odpowiedz na moje pytanie.
- Na przyjście Jezusa – Szymek gwałtownie odpowiedział. – A ty nie czekasz – mówił podniesionym głosem, zacinając się co krok – że przyjdzie i zbuduje królestwo Boże? A Piotr nie czeka? Wszyscy czekamy. Przecież powiedział. No to oni też czekają.
- A co na to cezar rzymski, a co na to Piłat? – zaczął Szczepan. – Wyście tu, w tej samej izbie, już kiedyś rozmawiali, choć przy innej okazji, na ten temat. Andrzej mi to opowiadał, że Łazarz oświadczył wyraźnie, że przyjście Jezusa jest niemożliwe z punktu widzenia prawa miłości, bo pociągnęłoby z konieczności wojny, i to wojny potworne, niekończące się. Więc o czym wy mówicie.
- Nie rozumiem cię – Szymek wyjąkał.
- Bo Jezus nie musi przychodzić. On jest dalej wśród nas, żyje w nas, jeżeli przyjęliśmy to, czego wciąż naucza, jeżeli żyjemy tak, jak On żył – oświadczył stanowczo Szczepan.
Kolejny szok był nie mniejszy niż poprzedni. I znowu cisza zapanowała, aż wyrwał się głos protestu. Tylko tym razem już bardziej energiczny:
- Co ty opowiadasz? Jak to jest możliwe? – wykrzyknął ktoś swoje zdziwienie czy nawet przerażenie.
- A tak to. Odpowiem ci trochę naokoło. Nasze weteranki i weterani czekają wciąż, że przyjdzie z nieba Jezus i z pomocą aniołów, może nawet archaniołów, pokona mieczem ognistym swoich wrogów i zbuduje królestwo izraelskie.
- A jak inaczej? Wszyscy na to czekamy – ktoś z tłumku potwierdził.
- A tymczasem On wcale nie odszedł! On jest wśród nas. A dokładnie mówiąc, On jest w nas – powtórzył Szczepan.
- Faktycznie tak było, że Jezus mówił wciąż o królestwie Bożym – zaczął Andrzej. – Nam się zawsze kojarzyło z królestwem ziemskim. Mnie także. Dopiero gdy Łazarz nam zrelacjonował rozmowę Jezusa z Piłatem, dopiero wtedy chyba zrozumiałem, o co chodzi.
- O jakiej rozmowie mówisz?
- Kiedy Jezus powiedział do niego: „Królestwo moje nie jest z tego świata”.
- Słyszałem od was – Szczepan znowu zabrał głos – że Jezus kiedyś oświadczył faryzeuszom: „Królestwo Boże nie przyjdzie dostrzegalnie. I nie powiedzą: »Oto tu jest« albo »tam«. Oto bowiem królestwo Boże jest pośród was”.
- Jak to rozumiesz? Jak? – dopraszał się Janek.
- No, każdy z nas – tłumaczył Szczepan – na ile Boga kocha, na tyle jednoczy się z Nim, wtapia się w Niego. I to jest Jego królestwo. A więc to zupełnie ma być inaczej. Nie będzie żadnego potopu ani żadnej Sodomy i Gomory.
- A jak będzie? – Janek zaatakował tym razem Szczepana.
- To my mamy być Arką Noego. To my mamy być świątobliwym Lotem, który wyprowadza swoją rodzinę z zepsutego świata.
- A jak to zrobić? – Janek nie dawał spokoju.
- Głosić Ewangelię. Ukazywać ludziom życie w miłości. Zarażać ich miłością.
Słuchali go wszyscy urzeczeni. Jak ciekawej lekcji w chederze, powtórzonej jeszcze raz. Nawet Szymek, o którym Tomasz mówił, że ma ptasi móżdżek, siedział wpatrzony w niego, mrugając oczami. Aż wreszcie stwierdził:
- To wcale nie jest takie głupie, to co mówisz. Chyba już kiedyś o tym słyszałem.
- Mogę ci przypomnieć, kiedyś to słyszał i od kogo – włączył się do rozmowy Bartłomiej.
- No, powiedz? Kto to mówił?
- Jezus. To powiedział Jezus: „Królestwo Boże w was jest”.
- Nie chcę cię martwić – powiedział Tomasz, jak zwykle niezadowolony, gdy to nie on był tym, kto wyjaśniał – ale ludzie swoje wiedzą. Spróbuj im to wytłumaczyć. Nic z tego. Oni chcą królestwa Mesjasza. Z takim prawdziwym królem, który na czele swoich wojsk pokona Rzymian i wyrąbie niepodległe państwo, w granicach, jakie wyznaczył Herod Wielki.
- A po co my jesteśmy? – Szczepan przerwał wywód Tomasza.
- A po co? A po co? – Janek był dzisiaj niespożyty.
- Po to – Szczepan ciągnął – żeby głosić Ewangelię.
- A kto jej nie przyjmie?
- To stanie się z nim tak, jak z tłumem, który wołał „ukrzyżuj Go”, gdy zobaczył Jezusa w cierniowej koronie.
- I co dalej? I co dalej? – Janek aż podskakiwał z niecierpliwości.
- I pójdą za każdym, który im zbuduje królestwo Izraela. W tym wypadku za Agryppą.
- Co z tego wynika? – Tomasz zapytał, koncentrując na sobie uwagę. Po chwili odpowiedział: - Ja bym się zbytnio nie martwił. Niech ludzie ściągają do naszego miasta, niech się nasłuchają Ewangelii, niech się wspólnie namodlą. Bo przyjdą trudne czasy.
 - A co ci tak nagle strzeliło do głowy z tymi trudnymi czasami? Myślisz, że może być źle? – Jakub zapytał.
 - Jezus ostrzegał, że przyjść może czas prześladowań dla Jego uczniów. A ludzie dużo mówią, że po śmierci Tyberiusza lada dzień zawita do Jerozolimy nowy władca na miejsce Piłata. A będzie nim, jak twierdzą wtajemniczeni, i nie tylko wtajemniczeni, Agryppa, przyjaciel księcia Caliguli – Tomasz powtórzył to, co kiedyś powiedział Szczepan, ale wrażenie było jeszcze bardziej wstrząsające.
 - No i co z tego? – Teraz Tadek nie rozumiał.
 - A to chasyd. Fanatyk Talmudu. To wystarczy. Nie musimy nic dopowiadać. Nawet gdy ktoś ma słabą wyobraźnię, może się domyślić, jak będzie wyglądała nasza przyszłość.
 - Ale ja się pytam, co z tego? – powtórzył Tadek.
 - Jeżeli on jest przyjacielem księcia Gajusa – Tomasz mówił wyraźnie na modłę faryzeuszy, jak to było zawsze, gdy się zdenerwował – a cóż prostszego dla niego, jak odwołać Piłata i oddać Agryppie Judeę i Samarię. Jest jasne?
 - My tu sobie opowiadamy o tym, co nas czekać będzie z rąk Agryppy, następcy Piłata – Andrzej mówił powoli, ale jakoś bardzo stanowczo. – Owszem, można i o takich rzeczach rozmawiać. Ale zdawajmy sobie z tego sprawę, jaka zabawa nam się gotuje za ścianą.
 - O czym myślisz? – Kuba zapytał.
 - Może nie o czym, ale o kim. Myślę o Szawle.
 - A kto to jest Szaweł? – Janek znowu chciał wiedzieć.
 - To wściekły pies. Słyszałem o nim – Szymek wyszarpnął z siebie, zacinając się, słowo po słowie.
 - Słyszałeś o nim? – wtrącił cicho Filip.
 - Nawet go słyszałem na własne uszy. Byłem w synagodze Libertynów. Tam działa.
 - Ale kto to jest, pytam się?! – Janek prawie wrzeszczał.
 - To uczeń Gamaliela – objaśnił Tadeusz.
 - Gamaliel przecież jest wobec nas tolerancyjny. Nawet niektórzy mówią, że sympatykiem Jezusa, niektórzy nawet, że przejdzie całkiem na naszą stronę – Kuba tłumaczył rzeczy prawie oczywiste.
 - On odskoczył od Gamaliela. Właśnie dlatego. I szaleje.
 - Ale że aż taki ważny? – Janek się dziwił.
 - Drugiego takiego mówcy nie słyszałem. Myślę, że nie ma w ogóle w Jerozolimie. Albo nawet w całej Palestynie.

 
 

strona: ...[2]  [3]  [4]  [5]  [6]  ...