Biblioteka


POGADAJMY O WAŻNEJ SPRAWIE



16. MY, KATOLICY POLSCY

      1. My, katolicy polscy, prawie nie zauważyliśmy zachodniej herezji działania. Co innego nas angażowało: ocalenie swojej tożsamości światopoglądowej i narodowej – podobnie jak wszystkie narody pozostające pod władzą reżimu komunistycznego.

Nasz katolicyzm odegrał w tym procesie zasadniczą rolę. Ewangelia głosi, że człowiek, jako najwyższa wartość, ma prawo do wolności osobistej. Idee demokratyczne, które z taką wizją człowieka są nierozdzielnie związane, stały w opozycji do komunistycznej wizji człowieka uzależnionego całkowicie od państwa i partii. Stąd na Msze święte niedzielne przychodzili nawet opozycjoniści – niekatolicy, widząc, że mają na tej płaszczyźnie wspólny język z katolikami. W kościołach wygłaszali odczyty czy referaty opozycjoniści – niewierzący, ale zjednoczeni z chrześcijanami ideami demokratycznymi. Stąd też Msze święte za Ojczyznę, które rozsypały się po całym kraju, na które ciągnęły niezliczone tłumy.

Ale, jak potrzeba czasów wymagała, był to przede wszystkim katolicyzm masowy. A więc wielkie uroczystości religijno-patriotyczne. Pielgrzymki do miejsc odpustowych. Częstochowa urosła do rangi symbolu dla narodu, który bronił się przed zniewoleniem i walczył o niepodległość. Znakomity odbiór znalazła w społeczeństwie polskim Wielka Nowenna: dziewięć lat przygotowujących do rocznicy tysiąclecia Chrztu Polski. Również uroczystości związane z cztery lata trwającym Soborem Watykańskim II. Te wydarzenia miały charakter nie tylko narodowy, ale i europejski: odwoływały się do wielkiej wspólnoty kulturowej, do której należymy.

Kiedyś w tamtym okresie komuś w USA powiedziałem, że gdybym miał więcej czasu i pieniędzy, to bym założył towarzystwo lotnicze, które by organizowało loty czarterowe do Polski na nabożeństwa majowe czy październikowe. Żeby zobaczyli wystawienie Najświętszego Sakramentu w monstrancji (tam uchodzi to za herezję), poczuli zapach kadzidła (to prawie druga herezja) i posłyszeli dźwięk kadzielnicy w czasie okadzania, usłyszeli melodię Litanii Loretańskiej (to prawie trzecia herezja). A potem już mogliby wracać do domu. Myślę, że przeżycie takiego nabożeństwa majowego dla nich jest porównywalne z zobaczeniem wodospadu Niagara.

Ale gdy czasy komunistyczne się skończyły, przed katolicyzmem polskim, zwłaszcza przed księżmi, stanęły zupełnie nowe zadania i nowe wymagania. Bo choć totalitaryzm komunistyczny został formalnie usunięty, to społeczeństwo polskie jeszcze z niego w pełni nie wyrosło. A po drugie, jeszcze nie nauczyło się demokracji: ani życia w indywidualnej wolności, ani w społecznej. A po trzecie, przyszedł kapitalizm, który niesie nie tylko dobro, ale i zagrożenia. Mówiąc krótko, należało nauczyć ludzi żyć w normalnych warunkach, które z rozmaitych punktów widzenia są trudniejsze niż te poprzednie – na tej samej zasadzie, na jakiej w więzieniu jest „łatwiej żyć” niż na wolności.

Przyznam się, że gdy dogorywało państwo komunistyczne, czekałem na księży społeczników, choćby takich jak Wawrzyniak czy Kuznowicz, ale nie doczekałem się. Chyba zbyt długo trwała cezura: te 50 lat. Ci, którzy pamiętali przedwojenne lata, byli już za starzy. A młodzi po prostu zatracili zmysł rozwiązywania spraw społecznych. Bo gdyby go mieli, to i sposób by się znalazł. Nawet się nie ruszyli do odbudowania stowarzyszeń o charakterze ściśle religijnym, jak KSM (nie mówiąc o działalności tego typu, jaką prowadził przed wojną np. proboszcz z Liskowa). Do unikalnych wyjątków można by zaliczyć ks. Kazimierza Jancarza, wikariusza parafii Św. Maksymiliana Kolbego w Krakowie-Mistrzejowicach – za czasów komunistycznych wielkiego organizatora Mszy świętej za Ojczyznę, od 1989 proboszcza w Luborzycy pod Krakowem, gdzie się pokazał jako działacz-społecznik. Niestety, zmarł w 1993, w wieku 46 lat.

– A tak całkiem praktycznie – spytasz – zdaniem księdza, na czym się powinna skupić praca księży społeczników?

Po pierwsze, na budowaniu społeczeństwa, które zniszczył system komunistyczny. Nieprzypadkowo rozwiązał organizacje, rozsypał ludzi i wpędził ich do domów, przed telewizory, zakazał zakładania nowych stowarzyszeń, odzwyczaił od życia wspólnego. A tymczasem trzeba wyciągać ludzi z dziupli, z nor, jak dzikusów na światło dzienne, żeby jak człowiek człowiekowi podali sobie rękę, żeby zaczęli wspólne działania. Trzeba więc wiązać ludzi w naturalne społeczne grupy, niech się dogadują, niech się zżywają, niech zakładają kluby, wspólnoty, spółdzielnie, spółdzielnie i jeszcze raz spółdzielnie, mleczarnie, serowarnie, banki, kasy zapomogowo-pożyczkowe, niech działają razem, budują firmy, przedsiębiorstwa, zakłady.

      2. Ale ten problem ma jeszcze wymiar religijny: Człowiek jest istotą społeczną i powinien nią być również w modlitwie. Już nie w imprezach masowych, ale w małych grupach, gdzie trzeba się poznać, nawiązać kontakt, rozmawiać, otworzyć się, zaprzyjaźnić. Tego jeszcze wciąż nie umiemy, boimy się, stronimy od tego typu spotkań, wolimy w masie, bo w niej człowiek znika, staje się anonimowy.

Niestety, całość liturgicznych obowiązków kapłana coraz bardziej ograniczamy do odprawiania Mszy świętej. Całość obowiązków liturgicznych naszych wiernych ograniczyliśmy również do niedzielnej Mszy świętej, po której szybko wracamy do domu – tak szybko, jak szybko szliśmy na nią. Msza święta jest na pewno najważniejszą modlitwą – choć bardzo specyficzną formą modlitwy – ale sprowadzać do niej całą liturgię i paraliturgię chrześcijańską, to po prostu nieporozumienie, mówiąc delikatnie, a mówiąc bardziej dosadnie: to samobójstwo. A jeżeli tak być musi, to Msza święta nie w tej postaci, w jakiej ją obecnie praktykujemy. Ale o tym za chwilę. W tym mieijscu należy przypomnieć, że stale maleje ilość ludzi uczęszczających na niedzielne Msze święte.

A przecież do niedawna śpiewano po kościołach rano przed Mszami świętymi w niedziele, ale i w dzień powszedni Godzinki ku czci Najświętszej Marii – oryginalność polska. Po południu w niedziele były powszechnie odprawiane nieszpory, w czasie których śpiewano psalmy Dawidowe w języku polskim – wtedy, gdy na świecie panowała w liturgii wszechwładnie łacina. Nawet były ze strony niektórych rygorystów watykańskich upomnienia, byśmy śpiewali po łacinie. Ale uparliśmy się i śpiewaliśmy po polsku. Teraz, kiedy język narodowy zyskał prawo obywatelstwa, zrezygnowaliśmy z tego zwyczaju. Gasną drogi krzyżowe, gorzkie żale; te ostatnie – znowu polska oryginalność. Umierają nabożeństwa majowe, czerwcowe, październikowe.

Choć nie wszędzie umierają. Umrą, gdy stają się nudne, jeżeli są powtarzane jak pieczątka przybijana mechanicznie. Nie umrą żadne nabożeństwa pod pierwszym warunkiem, że będzie się na nich coś działo. Jeżeli będą mieć charakter modlitwy, a nie „odklepywania” – a więc, gdy poza modlitwami wyznaczonymi rytuałem znajdą się akcenty spontaniczności. To się ma przejawiać choćby nawet w drobnych szczegółach. A wtedy ludzie będą ciągnąć do kościoła jak za najlepszych czasów – aby się modlić.

Jeżeli te akcenty osobiste ważne są w nabożeństwach, to o ileż bardziej gdy chodzi o Msze święte codzienne, a zwłaszcza niedzielne. Wykorzystać należy wszystkie propozycje, jakie podsuwa rytuał Mszy świętej, by nadać jej znamiona autentycznej modlitwy. Choćby wstęp. Choćby jedno, dwa zdania w kanonie po podniesieniu, gdy wymieniamy tych, za których chcemy prosić Boga. Wreszcie jedno, dwa zdania na przekazanie sobie znaku pokoju. Może jeszcze na zakończenie Mszy świętej. Niezbyt tego wiele, ale jak ważne.

I kazanie. Mój Boże. Si tacuisses, philosophus visus esses. „Gdybyś milczał, miano by cię za filozofa”. Ale tu nie ma rady. Nie możesz milczeć. Musisz mówić. I mowa twoja ciebie zdradzi. Kim jesteś, co myślisz. Jakie horyzonty – szerokie czy żadne. Głębie czy płycizny, kontemplacja czy dewocja, otwartość czy ciasnota, wspaniałomyślność czy strach i sknerstwo. I ludzi to najbardziej zraża: niski poziom kazania. Gdy jeszcze są w stanie wytrzymać Mszę świętą odprawianą – mówmy oględnie – niepobożnie, to nie wytrzymują, reagują ostro na tego typu kazania. Dlatego, jeżeli mogę radzić księżom, to radzę: pisać! I raczej czytać z kartki niż „lać wodę”. Bo pismo, z natury rzeczy, zmusza do określenia się merytorycznego. Wtedy jesteś w stanie łatwiej zawstydzić się swojego pustosłowia.

A może spróbować bardziej radykalnych zmian w prowadzeniu nabożeństw? Ale nawet wtedy niech się i tak wciąż dzieje coś nowego, aby nie osiadać w schematach, bo jesteśmy bardzo leniwi i wygodniccy. Oczywiście, inicjatywa leży w pierwszym rzędzie w rękach księdza. Ale przecież nie tylko. Święty Franciszek nie był księdzem, a zreformował Kościół. I dlatego: A może by jednak powrócić do Godzinek, do nieszporów, ale znowu: w nowej oprawie, z nowymi pomysłami liturgicznymi czy raczej – paraliturgicznymi.

      3. Jest jeszcze drugi warunek, żeby nie umarły nasze Msze święte i nabożeństwa – jeżeli ich skutkiem będzie wymierne budowanie więzów społecznych. Tak przypomina mi się pastor ewangelicki na lotnisku w Pusan, obiecujący, że oni: Koreańczycy przyjdą do Europy, aby nauczyć nas, europejskich chrześcijan – chrześcijaństwa. I gdy usiłuję odpowiedzieć sobie na pytanie, co on przez to rozumiał, przychodzą mi na myśl jakieś strzępy tej rozmowy, gdzie była na przykład informacja, że codziennie rano kościół jego jest pełny: schodzą się ludzie o szóstej, aby przed pracą wspólnie się modlić przez godzinę, po której filiżanka zielonej herbaty. Wtedy nie mogłem się temu nadziwić.

Gdy tak to teraz piszę, staje mi przed oczami kościół dominikanów krakowskich, gdzie jest Msza święta dla młodzieży studenckiej o godzinie 7 rano, na którą przychodzi masa ludzi, potem wspólne śniadanie w krużgankach i na koniec wszyscy rozchodzą się na zajęcia. Przecież fenomen nieprawdopodobny: ściągnąć brać studencką wieczór, no, to jeszcze może się udać, ale rano? I udaje się od wielu lat.

Zresztą sam przekonałem się o tym. Kiedyś kolega mnie poprosił, żebym go zastąpił w Londynie na Wimbledonie, bo on chce jechać na miesiąc urlopu. Zgodziłem się. Kościoła jeszcze nie było, tylko kaplica na piętrze, na parterze mieszkanie. Na wyjezdne powiedział: „Mieszkanie do twojej dyspozycji. Lodówka pełna, a w kredensie krakersy w dużej ilości, do kawy”. I pojechał. Na codzienną Mszę świętą popołudniową przychodziło parę osób, przeważnie starsze panie i panowie. Ale tuż zaraz na początku prawie wpadło mi do głowy i zaprosiłem uczestników Mszy świętej na kawę, co przyjęte zostało z aplauzem. I odtąd po każdej Mszy świętej zbieraliśmy się przy kawie, no i przy krakersach, których ilość okazała się zdumiewająca. Ale nie o to chodzi. Spostrzegłem, po pierwsze, że powoli rośnie ilość uczestników. A po drugie, że rozmowy przy kawie są kopalnią nie tylko wiadomości – również inicjatyw. Choćby taka sprawa, jak studenci i studentki, którzy pojawiali się z Polski i szukali pracy. Moje panie i panowie wiedzieli, kto w okolicy szuka człowieka do opieki nad dzieckiem czy przy chorym. Może mi ktoś powie:

– To tak jest, gdy ludzie się dowiedzą, że można za darmo zjeść czy wypić.

Nic podobnego. Tym bardziej, że z powodu zwiększonej ilości uczestników krakersy się skończyły. I wtedy domyślne panie, domyślni panowie i domyślna młodzież zaczęli sami przynosić krakersy i co ciekawsze – aby ożywić menu, własnoręcznie zrobione. Po prostu ludzie szukają ludzi. A także chcą być potrzebni – bo tak nas Pan Bóg stworzył. I przyrzekam: nie zgasną ani nieszpory, ani nabożeństwa majowe, czerwcowe, październikowe, gdy po nich ksiądz zaprosi uczestników do sali parafialnej, siądzie z nimi do stołu albo – w stylu bufetowym – na stojąco będzie pił z nimi herbatę, kawę czy soki, zagryzał kanapkami albo nie, i co najważniejsze – rozmawiał.

Tylko mi nie mów, że ludzie dzisiaj nie mają czasu na takie imprezy. Wprost przeciwnie, tęsknią za takimi imprezami, dowodem na to jest siedzenie przed telewizorem, który stanowi namiastkę spotkania towarzyskiego. W tych zebraniach po Mszach świętych czy nabożeństwach tkwi coś więcej: jest pragnienie, by wprowadzić w czyn miłość, którą zostaliśmy napełnieni. Nie przez pustą gadaninę, ale w rozmowach szukamy inspiracji do naszych czynów. To nie żaden nowy pomysł, lecz nawiązanie do dawnej tradycji: do agapy.

Będąc w Toronto w 1993 roku z rekolekcjami, podziwiałem sale parafialne, które przeważnie znajdują się pod kościołami, i w większości są właśnie tak wykorzystane, jak to przedstawiamy.

Niektórzy narzekają na to, co się dzieje przy kościołach polskich, choćby w Rzymie na Botteghe Oscure, w Wiedniu na Rennweg, w Monachium, Paryżu i innych miastach zachodnich. „Bo po Mszy świętej ludzie zbierają się czy zostają przy kościele i rozpoczyna się coś na kształt biura pośrednictwa pracy, biura wynajmu mieszkań, jakiegoś nawet handlu – relacjonują mi zgorszeni. – Pojawia się wino, piwo”. Ja osobiście żałuję tylko, że musi się to dziać na ulicy. Lepiej by to było w sali. I żałuję, że przeważnie nie ma wśród tego tłumku księdza. A poza tym, powinien być zorganizowany parafialny bar, nawet z parówkami czy ciastkami, a na pewno z kawą czy herbatą. Ci, którzy narzekają, nie zdają sobie z tego sprawy, że pcha się duszpasterska szansa do wykorzystania, a oni ją odpychają, jeszcze do tego gorsząc się.

      4. A modlitwa osobista? Ona jakoś była w czasach komunistycznych odsunięta na drugi czy dziesiąty plan. Na pierwszym były manifestacje religijne. I gdy te się skończyły, okazało się, że nie mamy do czego wrócić. A tymczasem modlitwa indywidualna powinna być najważniejsza. A my nie umiemy się modlić. Czyja to wina? Oczywiście również księży. Erozja życia wewnętrznego niszczy przede wszystkim księży. Odeszliśmy i odchodzimy od modlitwy. Jak również nie uczymy jej. A nie uczymy ludzi – bo sami nie bardzo umiemy. Świadczy o tym chociażby fakt, że nasze polskie kościoły po odprawieniu Mszy świętej w dużym procencie są zamykane na głucho. A to dlatego, że czasem nie przychodzi do nich nawet przysłowiowy pies z kulawą nogą, żeby się modlić.

Ileż razy umęczony chodzeniem po mieście, ogłupiony migotaniem samochodów, ludzi, sklepów, zatruty smrodem spalin wchodziłem choćby na chwilę do kościoła. Czy to był Kraków, Warszawa, Poznań, Gdańsk, Wrocław. I to rozczarowanie, gdy natrafiałem na zamkniętą bramę.

Tak na dobrą sprawę, dzisiejszy człowiek nie bardzo ma się gdzie modlić. Zapewnianie czy obiecywanie sobie modlitwy na łonie natury jest niełatwe do zrealizowania. W domu często nie ma warunków, bo po prostu wciąż ludzie. A nawet gdy jesteś sam, to nie zawsze wnętrze mieszkania nastraja do modlitwy. A więc jednak kościół. W tym celu został w końcu zbudowany. Nieprzypadkowo Pan Jezus powiedział: „Mój dom ma być domem modlitwy”. Niechże on będzie miejscem, dokąd przychodzimy, aby się modlić. Żeby każdy mógł wejść. Żebyś ty mógł wejść. Niech cię ogarnie cisza świątyni. Niech się uspokoi to migotanie obrazków ulicy. Niech odpoczną twoje umęczone nogi, ramiona zmordowane dźwiganiem. Niech się mięśnie rozluźnią. Żeby przez chwilę przynajmniej nikt cię nie potrącił, nie straszył cię, nie obrażał swoim brutalnym zachowaniem.

Usiądź albo uklęknij, jak chcesz, oprzyj głowę o ramiona. I słuchaj, jak ci tętni jeszcze serce, jak ci szumi krew. Uspokój się. Przynajmniej przez chwilę nie musisz być w towarzystwie ludzi. Nie musisz rozmawiać, nie musisz być zmobilizowany. Możesz milczeć. Zamknij oczy, tak jakbyś chciał zasnąć. Na nic nie czekaj, do niczego się nie przymuszaj. Niech cię nie straszą odruchy, że „tu jest miejsce święte, to należy się tu modlić”. A przynajmniej nie podganiaj się do takich wysiłków. To samo przyjdzie. A jakby nawet nie, a gdybyś wyszedł z kościoła tylko po takim „powrocie do siebie”, po takim „odetchnięciu” – to też dobrze. A może zdarzy się coś więcej. Może zauroczy cię architektura wnętrza świątyni. Może zapatrzysz się w jakiś obraz święty. Może zauważysz tabernakulum.