Biblioteka



s. 6




 


     Piotr Dunin kończył przemówienie:
     – Zebrałem jaśnie wielmożnych panów na naradę, bo sam nie ośmieliłbym się wziąć na swoje barki decyzji co do dalszych losów tej wyprawy. Choć wszyscy wiemy, jak jest, jeszcze raz pokrótce przedstawię sytuację, w jakiej się znaleźliśmy. Mieliśmy dotrzeć do Pesztu. Aliści Korwin, zastąpiwszy nam drogę z szesnastu tysiącami żołnierzy, zmusił nas do cofnięcia się do Nitry.
     Słuchał wywodu Dunina pół-uchem, a rozglądał się pomiędzy siedzącymi. Na naradę przyszli prawie wszyscy panowie i dowódcy polscy. Dersław z Rytwian, starosta sandomierski – Jan z Tarnowa, kasztelan wojnicki – Stanisław Szydłowiecki, kasztelan tarnowski – Spytko z Melsztyna, Andrzej z Oleśnicy, Jan z Czyżowa, Paweł Jasieński. A tymczasem Dunin mówił dalej:
     – Siedzimy w Nitrze szósty tydzień i sprawa nie rusza z miejsca. Czas gra na naszą niekorzyść. Korwin wzrasta w siły, nasze siły topnieją. Do niego dołączają wciąż nowi zwolennicy. Do nas nie dołączyli żadni magnaci węgierscy, nie dołączyli nawet sami spiskowcy, którzy nas wezwali z Polski, proponując królewiczowi Kazimierzowi koronę Węgier. Nasi żołnierze, niewypłacani od tygodni, wymykają się z naszych szeregów, bądź to uciekając do kraju, bądź to przechodząc na stronę Korwina. Liczymy się z tym, że Maciej Korwin wiedząc coraz lepiej, w jakim stanie znajduje się nasza armia, może uderzyć na nas już jutro albo w najbliższych dniach. Takie wiadomości do nas dotarły.
     Pierwszy się odezwał dowódca zaciężnych, siedzący w otoczeniu paru swoich oficerów:
     – Po co ta komedia. Po co ta narada. Żeby zwalić odpowiedzialność ze siebie na innych? Na kogo? Na nas? Trzeba było pod Pesztem przyjąć bitwę. Co z tego, że ich było 16 a nas tylko 12 tysięcy. Nie to jest najważniejsze. Wtedy nasi ludzie stanowili pełnowartościową armię i stać nas było na wygranie bitwy. Może było ryzyko, ale trzeba było je podjąć. Teraz to już zdemoralizowana banda, która żąda wypłacenia żołdu. Po pierwsze, wypłaćcie pieniądze. Jeżeli ich nie mieliście, nie trzeba było podejmować tej wyprawy.
     – Pieniądze mieli zapłacić panowie węgierscy.
     – Z wami była umowa i do was po pieniądze przychodzimy. Jeżeli nie, to pożałujecie. Żołnierza nie da się oszukać. Jak nie dacie wy, po dobrej woli, to on sam sobie weźmie daleko więcej niż mu się należy. Wiecie, o czym mówię, i nie potrzebuję tego wyjaśniać.
     – Nie gróźcie.
     – Ja nie grożę, tylko ostrzegam. Obyczaje żołnierskie znacie tak jak i ja znam, wobec tego nie oskarżajcie mnie, gdy dojdzie do rabunku wsi królewskich czy nawet kościelnych. Straty wasze będą przerastały wielokrotnie to, co powinniście dać po dobroci. O radę mogliście się pytać pod Pesztem. Teraz nie czas na rady. Teraz najwyższy czas na wycofanie się. Powtarzam, wypłaćcie żołnierzy i jak chcecie wynieść cało głowy z tej opresji, należy się wycofać.
     Siedział, jak za każdym takim razem, na najważniejszym miejscu, a równocześnie czuł się, jak zawsze, nad wyraz upokorzony. To poczesne miejsce uważał za kpiny. Nie dostrzegali go. Nie brali go pod uwagę. Bo cóż z tego, że nazywali go królem. Przecież wszystkie ważne sprawy przelatywały mu nad głową. Nikt się go nie pytał o zdanie, nikt się nie liczył z jego opinią. Nawet gdy coś czasem kiedyś powiedział, choć to czynił z rzadka i już w ostatecznym razie, gdy uważał, że dłużej milczeć mu nie wolno. Teraz też uznał, że jest czas na włączenie się:
     – Wiem, że wieziemy z Krakowa skarbczyk, który jest przeznaczony na mojej osobiste potrzeby i do mojej dyspozycji. W tej okoliczności, jaka nastała, moją wolą jest, aby został przeznaczony całkowicie na wypłacenie żołnierskiego żołdu.
     – No wreszcie jakiś krok naprzód i jakiś sens tego dzisiejszego spotkania. Dziękuję w imieniu żołnierzy z całego serca za ten sprawiedliwy akt. Ile tego będzie? – z tym pytaniem zwrócił się dowódca zaciężnych do Piotra.
     – Sporo, sporo. Choć nie aż tyle, żeby wystarczyło na opłatę całego wojska za te sześć tygodni.
     – Jeżeli braknie, to proszę wziąć na te cele moje kosztowności królewskie.
     Tu zaprotestował Piotr Dunin:
     – Wielka jest wasza łaskawość i szczodrobliwość, ale to są już skarby jagiellońskie i żadną miarą nie powinny iść w obce ręce, ale pozostać we własności rodzinnej.
     – Chyba że macie jakieś wyraźne polecenie mego ojca, króla Kazimierza, to wtedy ustępuję. Jeżeli nie, proszę przeznaczyć je na żołd. Ja do nich nie przykładam szczególniejszej wagi.
     – Jeszcze i za ten kolejny dar składam podziękowanie.
     Tu przerwał Piotr Dunin:
     – Klejnotów oddać mi nie wolno. W tym względzie mam wyraźne królewskie rozkazanie. Ale myślę, że to byłoby nawet zupełnie zbyteczne. Jak panowie wiecie, specjalnego pilnego posłańca pchnąłem do Krakowa z pismem do miłościwie panującego nam króla Kazimierza, w którym to piśmie przedstawiłem naszą sytuację, prosząc o zezwolenie na wycofanie się, jak również prosząc albo o przysłanie pieniędzy, albo o przyrzeczenie, że zostaną wypłacone żołnierzom po powrocie do kraju. Posłaniec powinien być tu od rana.
     – Poczekamy, zobaczymy – powiedział dowódca zaciężnych. – Ale gdy narada, jak tuszę, zmierza ku zakończeniu, chciałbym zaznaczyć, że moi żołnierze i ja nie byliśmy tu całkiem na darmo, jak niektórzy z tu obecnych chcieliby nam imputować. Samą tylko obecnością swoją, nawet nie wchodząc do walki, związaliśmy przez sześć tygodni siły główne Korwina i uwagę jego samego. A to posłużyło do tego, by król praski, Władysław – brat tu obecnego Najjaśniejszego Pana Kazimierza – mógł odetchnąć, okrzepnąć, wzmocnić swe siły, przygotować się do ewentualnego odparcia napaści Korwina, który wciąż ma chętkę na zagarnięcie drugiego tronu: w Pradze. Niby to, co mówię, wszystkim jest wiadome, ale zgodnie z intencją pana Dunina, aby na tej naradzie wszystko sobie uświadomić i uporządkować, nie od rzeczy było przypomnienie, że nasza wyprawa miała również te właśnie cele dywersyjne, żeby ostudzić pragnienie Macieja na czeskie królestwo.
     Słuchał tego ostatniego wywodu z narastającym zdumieniem. Jak to, a więc o to ojcu chodziło? „Dlaczego mnie okłamał. Dlaczego nie powiedział mi całej prawdy”. Dopiero teraz, jak zapomniana w nawale wydarzeń stara melodia, zabrzękły mu słowa królowej matki, która przybiegła do niego, gdy czekał w antykamerze królewskiej: „Trzeba Władziowi pomóc”. Trzymał oczy wbite w stół, bojąc się, że go zdradzą, że się wyda jego ignorancja w tej materii. Ale może ten człowiek się myli. Przecież to niemożliwe, żeby ojciec król tak postąpił. Niechże ktoś zabierze głos i powie, że to nieprawda. Zabrał głos Dunin:
     – Dobrze, niech wasze będzie na wierzchu – zażartował. – Przyznaję, że to zaszachowanie Korwina było dla naszego króla równie ważne jak samo zdobycie korony węgierskiej. Spodziewał się jednym strzałem dwóch niedźwiedzi powalić.
     – Gdyby to były kuropatwy, albo nawet zające, może by się udało – zaśmiali się wszyscy.
     Już wstawali, już dźwigali się z siedzeń, gdy ktoś stojący przy oknie powstrzymał ich:
     – Wydaje się, posłaniec królewski przybył. Zatrzymajcie się waszmoście i ty, Najjaśniejszy Panie.
     – Dajcie mu znać – odezwał się pan Dunin – aby bez zwłoki przybył tu do nas.
     Za chwilę pokazał się we drzwiach jeszcze zmęczony, obłocony rycerz.
     – Przynosisz ustną odpowiedź czy pisemną? – spytał Dunin.
     – Pisemną.
     Wyciągnął z saka rulon opieczętowany i wręczył go panu Duninowi. Ten złamał pieczęcie, otworzył rurę, rozwinął rulon pergaminu i zaczął po cichu czytać. Oczy wszystkich zgromadzonych zawisły na jego twarzy. Cisza zapadła, słychać było tylko hałas obozu wojennego. Patrzył na jego twarz i widział coraz wyraźniej, że nie wróży nic dobrego. Istotnie, pan Dunin skończył czytanie, powoli zwijał pergamin i powiedział krótko:
     – Mamy wracać z polecenia króla Jegomości do kraju. A żołd powinni zapłacić panowie węgierscy.