Biblioteka



s. 11.




 


     – Spocznijcie proszę.
     – Gdzieżbym śmiał wobec waszej wysokości zajmować miejsce siedzące.
     – Ależ tak. Zdrożeni jesteście, przecie z Wrocławia do Radomia kawał świata.
     – To może nie najgorsze. Ale że ta droga stała się niebezpieczna dla zwyczajnych podróżnych, a zwłaszcza dla kupców naszych, którzy ciągną na targi. Zwłaszcza do Lublina. Z czym właśnie przyjechałem.
     – Możecie mi coś więcej o tym powiedzieć?
     – Najjaśniejszy Panie…
     – Nie nazywajcie mnie tak – zaprzeczył gwałtownie, przerywając mu rozpoczętą relację. – Ten tytuł przystoi królowi, mojemu najdostojniejszemu ojcu, Kazimierzowi. Jak już macie takie życzenie, mówcie do mnie inaczej, tyle tytułów jest w mowie polskiej – jeżeli one w ogóle być muszą. Człowiekiem jestem, takim samym jak wy. Opatrzność Boża wyznaczyła mi zadanie namiestnika króla – mojego ojca, który – jak wiecie – od 1481 roku dla spraw ważnych zatrzymuje się na Litwie.
     – Nie chcę tu żadnych komplimentów głosić, powiem tylko, że do króla Kazimierza, waszego ojca, z moją sprawą nigdy bym nie przyszedł, bo bym nie śmiał, wiedząc, że to za wielka błahostka, by nią zakrzątać umysł i zabierać czas tak wielkiego władcy, który swoją troską ogarnia pół Europy, a nawet i więcej, nie ma więc czasu na jakieś powszednie kłopoty. Choć, jeżeli pozwolicie, to wypowiem tu zdanie, które nie jest tylko moim, ale nas wszystkich, mieszkających na Śląsku.
     – Mówcie śmiało, posłucham chętnie – choć przyznać musiał, że domyślał się już, o czym jego gość chce mówić.
     – Otóż szanujemy i podziwiamy wszystko, co dotąd uczynił nasz król Kazimierz dla Rzeczypospolitej. Rozumiemy też jego zabiegi dynastyczne. Choćby obsadzenie Władysława na tronie czeskim. Choćby, przed laty, próbę opanowania tronu węgierskiego przez was. Rozumiemy, że nie jest to sprawa ambicji rodu Jagiellonów, ale na zasadzie dynastycznej próby stworzenia sieci państw, które by wraz z naszą Rzeczypospolitą stanowiły wielką rodzinę współpracującą zgodnie dla dobra własnego jak i naszego.
     Coraz bardziej widział, w jakim kierunku jego gość steruje. Zgadzało się to z jego przewidywaniami. Rozmówca ciągnął dalej:
     – Ale istnieje niebezpieczeństwo – i naszym zdaniem tak to jest – że król, zajęty tymi wielkimi sprawami, nie jest w stanie zająć się drobnymi sprawami. Mówię „drobnymi”, choć ich za takie nie uważam, bo są nasze, codzienne. Chodzi mi o Śląsk.
     No, wreszcie dobrnął po wielkim krążeniu do sedna zagadnienia. Ale rozmówca nie dawał za wygraną i musiał wszystko dopowiedzieć do końca, choć mógłby i powinien wiedzieć, że szkoda czasu na to, by powtarzać historie ogólnie znane, wszystkim wiadome, a już chyba na pewno znane i wiadome najbliższym współpracownikom królewskim. Ale już nie popuścił tematu:
     – A przecież niedawno była taka dobra sposobność, by przyłączyć Śląsk do Korony. I umknęła nam sprzed nosa. Szkoda, że odszedł z tego świata nieodżałowanej pamięci kardynał, Zbigniew Oleśnicki.
     „No, dobrze, że kardynała wspomina przy mnie, a nie przy królu, bo by go od razu rozjątrzył”.
     – Był on nieugiętym zwolennikiem tej idei przyłączenia Śląska do Korony i, jak do nas wieści dochodziły, zarzucał wprost królowi, że zajmuje się sprawami dalekimi i nie bardzo koniecznymi, a zaniedbuje te, które bliskie i życiowe, niezmiernie ważne dla przyszłości Rzeczypospolitej. Tym bardziej, że warto, aby król wiedział, że książęta niemieccy nie zasypiają gruszek w popiele. Wszelkimi sposobami zniemczają te tereny, ściągają swoich ludzi, popierają niemieckich mieszczan naszym kosztem. Wiem o tym dużo, bom przecież burmistrz Wrocławia i stale na mnie idą naciski w tym kierunku.
     Prawie z bólu przymknął oczy, bo gość dotknął tego, co i jego samego do głębi przejmowało, co stanowiło przedmiot wielu rozmów i dyskusji z ojcem. Nie chciał, by on grzebał się więcej w tym temacie, jak kura w diamentach, i przerwał, mówiąc krótko:
     – Najjaśniejszy Pan, król Kazimierz, a mój ojciec, jeżeli dotąd nie zajął się sprawą Śląska, to nie dlatego, jakoby ją lekceważył i jakoby ta ziemia go nie obchodziła. Mogę was zapewnić, że leży mu ona na sercu i jest przedmiotem jego poczynań politycznych. Czeka tylko okoliczności, które by bez niczyjej krzywdy, bez rozlewu krwi, na stałe umożliwiły włączenie ziem śląskich do Korony. Zresztą nie tylko Śląska. Również przedmiotem jego troski jest Pomorze Zachodnie, tak jak Śląsk odwieczne, piastowskie ziemie.
     Ale burmistrz z Wrocławia najwyraźniej nie dowierzał tym zapewnieniom, bo dodał:
     – Ale jeżeliby najjaśniejszy pan, król Kazimierz, po najdłuższym życiu odszedł na wieczne w niebie królowanie, a nie zdążył tego załatwić, to pamiętajcie wy o nas, pokornie prosimy, gdy po nim przejmiecie tron Rzeczypospolitej.
     – Pamiętać będę, czy tu na ziemi, czy też na tamtym świecie, ale widzi mi się, że tę sprawę zostawię już na przyszłe życie i Bóg mi da łaskę, że nie ja mojego ojca kłaść do grobu będę, ale on mnie.
     – Nie godzi się tak mówić – zaprzeczył energicznie mieszczanin wrocławski. – Obyście w złą godzinę tego nie wypowiedzieli.
     – Nie, to nie domniemanie. Nietęgo z moim zdrowiem, a dokładnie z moimi płucami, krwią pluję. Medycy tę chorobę zwą suchotami.
     – A gdzież to się jej nabawiliście?
     – To niedawna historia, z 81 roku, a więc sprzed niecałego roku. To wtedy, gdy na Litwie grupa kniaziów litewskich i ruskich za poduszczeniem Moskwy postanowiła doprowadzić do zerwania unii Litwy z Polską i zawrzeć umowę z Moskwą, w tym celu mordując króla i jego synów. Właśnie wtedy przyszło mi pokonywać fosę zamkową pełną wody, a nie było to, niestety, lato tylko wczesna wiosna, wywiązało się z tego przeziębienie, zapalenie płuc i wreszcie te wspomniane suchoty. Leczą mnie rozmaitymi lekami, ale na razie nic nie pomaga.
     Poczuł pot na plecach. Jakby to wspomnienie spowodowało powrót słabości. Ale powodem była ta przeciągająca się niepotrzebnie rozmowa. Trzeba ją kończyć.
     – Ale na wszystkie choroby medycy potrafią znaleźć lekarstwo. Jak nie takie, to inne. Może małżeństwo dobrze wam zrobi, bo, jak słyszę, cesarz Fryderyk III chętnie by oddał wam swoją córkę.
     – Będzie, co Bóg da – odpowiedział krótko.
     Zmitygował się i ciekawski gość, bo przeszedł pospiesznie do meritum sprawy:
     – Takem się rozgadał de publicis, że na koniec zapomniałem przedstawić sprawę, z którą przyjechałem.
     – Mówcie proszę.
     – Otóż buszuje w Górach Świętokrzyskich rabuś. Napada na kupców naszych.
     – Któż to jest? Wiecie o nim coś bliższego?
     – Tak, doszliśmy do jego nazwiska. To Piotr Szafraniec, szlachcic. Zgromadził wokół siebie bandę obwiesiów takich jak on sam. Już szły z naszych stron wyprawy na niego. Ale wtedy umyka jak lis. Chowa się po jaskiniach skalnych. Zna dobrze tamte góry. A jak minie zagrożenie, znowu się pojawia i kąsa.
     – Wiecie coś więcej?
     – Tak. Swoje oparcie ma w obronnym zamku położonym w pobliżu Krakowa, w Pieskowej Skale. Tam składa łupy.
     – Ach tak. To bardzo ważne i to już bardzo dużo. To nam pomoże w dalszym działaniu.
     – Na koniec jeszcze prośba. Chciałbym, aby Wasza Wysokość choć parę zdań napisał do kupców wrocławskich. To zupełnie co innego, gdy ja im opowiem, a co innego, gdy zobaczą wasz list.
     – Dobrze. Chętnie tę prośbę spełnię i skieruję do nich list. Będziecie go mogli sobie jutro odebrać, bo teraz widać trzeba mi odpocząć. Niech was Bóg prowadzi.