Biblioteka



s. 2.



 


     Zasiedział się w szkole dłużej niż zwyczajnie. Wychodził ostatni. Gdy był na drodze do konwiktu, usłyszał za sobą tętent konia. Minął go chłopiec jadący na pysznym rumaku. „Tak, to chyba Bolesław, najstarszy syn księcia Kazimierza – pomyślał. – Ma chyba tyle samo lat co i ja”. Ale był drobniejszy, niższy. Zobaczył, że tamten nagle zatrzymał się.
     – To ty też uczysz się na klechę?
     – Też.
     – Bo masz wcale wygląd nie klechy. Umiesz jeździć na koniu?
     – Umiem.
     – A chcesz się przejechać na moim?
     – Chętnie.
     – Ale uważaj, bo ostry.
     Już gdy wkładał nogę do strzemienia, poczuł drgnienie, jakby przez konia przeleciała iskra. Ostry to jest on chyba faktycznie. Gdy tylko dotknął siodła, poczuł, że leci w górę. Koń skoczył dęba, aby go zrzucić. Na szczęście nie stracił równowagi i opadł na siodło, ale tylko po to, aby być znowu wyrzucony w górę. Tym razem koń bił zadem i próbował go tą metodą zrzucić z grzbietu. Ale on już połapał się, w czym rzecz. Po prostu to był wierzchowiec, który nie dopuszcza innego jeźdźca na swój grzbiet poza właścicielem. Potwierdził to śmiech Bolesława, jaki do niego doleciał. Zobaczył kątem oka, jak Bolesław przygląda się tej szarpaninie i czeka, kiedy przyszły klecha zleci na ziemię. Ale przyszły klecha to był koniarz, który od dziecka nie rozstawał się z koniem i ujeżdżanie dzikusa nie było dla niego pierwszyzną. Trzymał się, obejmując nogami z całych sił boki ogiera, i zrzucić się nie dawał. Ale ten też robił wszystko, co możliwe, aby pozbyć się intruza. Wyczyniał najróżniejsze podskoki, wierzgania, aby go zrzucić. On z nadludzkim wysiłkiem starał się utrzymać w siodle i w strzemionach. Pot zalewał mu twarz, ale nie dawał za wygraną. Kto się pierwszy zmęczy, kto ustąpi. Trwało przemaganie się. Wreszcie koń zdecydował się położyć na brzuchu i przeturlikać. Zorientował się i zeskoczył. Cały mokry, zdyszany, nagle usłyszał:
     – To jeszcze nikt tak długo jak ty nie utrzymał się na grzbiecie mojego konia. Ależ ty jesteś dobry jeździec.
     Podszedł do Bolesława i powiedział mu:
     – Gdybyś nie był synem naszego księcia, to byś oberwał. Ale i tak zapamiętaj sobie, nie próbuj drugi raz takich żartów ze mną, bo ci tak przyłożę, że mnie popamiętasz.
     I poszedł. Potem mu było głupio, że się tak zezłościł, że mu tak ostro powiedział. Spotykał go rzadko, ale wykorzystywał każdą sposobność, aby mu okazać, że się nie gniewa. Bolesław był parę razy na lekcjach łaciny. Parę razy spotykał go po drodze. Za każdym razem albo machnął ręką do niego, albo go pierwszy pozdrowił. Raz nawet usłyszał propozycję:
     – Pojechałbyś ze mną na spacer?
     – Chętnie, ale nie na twoim koniu tylko na swoim.
     Aż wreszcie przyszło do rozmowy z dyrektorem szkoły katedralnej, który go wezwał do siebie:
     – Książę Kazimierz życzyłby sobie, żeby jego syn, Bolesław, następca na książęcym stolcu, opanował lepiej łacinę. Nawet był taki pomysł, aby Bolesław uczęszczał do naszej szkoły na lekcje łaciny, ale nie spodobała mu się wasza grupa ani sposób uczenia. Została wysunięta propozycja, aby któryś z uczniów przychodził do niego na konwersacje w języku łacińskim. Bolesław na to się zgodził. Tylko zaproponował ciebie. Już nawet nie wiem, skąd się znacie. To nieważne. Zgadzasz się?
     – Bardzo chętnie.
     I tak się zaczęło. Konwersacje były przeprowadzane nietypowo, bo przeważnie na koniach, na przejażdżkach za miasto. „Przejażdżki” były to często gonitwy po chaszczach, mokradłach, łąkach. Wracali na ogół obłoceni, obdarci, potargani, zmordowani i szczęśliwi. Przestrzegał jednego, by nie padło słowo po polsku, a żeby panowała wyłącznie łacina. Niepostrzeżenie tak się ze sobą zaprzyjaźnili, że poza sobą świata nie widzieli. Czuł, że książę ojciec przyglądał się tej przyjaźni z całą aprobatą. Może matka trochę patrzyła się koso, że nie jest synem magnackiej rodziny, ale chyba na swój sposób także go polubiła. Nawet wyraziła zgodę, aby Bolesław pojechał z nim do Szczepanowi, bo bardzo chciał poznać jego rodzinę, o której tyle już słyszał.
     Był bardzo ciekawy, czy Bolesławowi spodoba się jego rodzinny dom. A jemu podobało się tam wszystko. I sam dom – dworek przysiadły w ogrodzie – i ojciec poważny, spokojny i mądry; matka ciepła, serdeczna; dzieciaki, z którymi rozsiadł się na polepie i bawił się, jakby je znał zawsze. Smakowało mu kwaśne mleko, którym go poczęstowano w ten letni dzień.
     – Po coś ty do tego Krakowa przyjechał. Źle ci tu było.
     – Dobrze, na pewno bardzo dobrze.
     – Jakbym ja miał taki dom, nie wyciągnęliby mnie stąd nawet wołami.
     Gdy już wracali do Krakowa, podsumował:
     – Wiesz, dlaczego chciałem tak bardzo być u ciebie?
     – No, dlaczego?
     – Żeby cię lepiej poznać i zrozumieć. Myślę, że mi się to udało.
     – A po co ci to?
     – Po wszystko. Również i po to, że gdy ja będę księciem krakowskim, to ty będziesz biskupem krakowskim. Zbudujemy Polskę, jakiej dotąd nie było.