Biblioteka



s. 17.



 



     – Czytała pani kierowniczka dzisiejszą gazetę? – spytał ksiądz Budkiewicz, wchodząc do jej pokoju.
     – Jeszcze nie.
     – To proszę przeczytać. Ten artykuł.
     Z tymi słowy położył jej na biurku najnowszy numer „Nowoje Wremia”. Przeglądała go pospiesznie. Znowu było o nawracaniu Rosjan na katolicyzm, o tajnej propagandzie jezuickiej.
     – Tym razem jest tu pani nazwisko.
     – O, rzeczywiście – przyznała.
     – Jest wymieniony i pani brat, Włodzimierz, członek Kurii Generalnej Jezuitów w Rzymie, i pani zmarły stryj, kardynał Mieczysław, rezydujący w Watykanie, prefekt Kongregacji Rozkrzewiania Wiary, na poparcie, że sformułowanie „propaganda jezuicka” nie jest czczym wymysłem gazety, ale ma oparcie w faktach.
     – Jeszcze tak poważnego ataku na nas dotąd nie było.
     – Trzeba coś z tym zrobić.
     – Wybierałam się już od pewnego czasu do premiera Stołypina. Wobec tego teraz już pójdę do niego.
     – Ja osobiście bardzo się boję tych rozmów z urzędnikami carskimi. Już ich pani miała kilka i nie tylko nic one nie dają, ale pogarszają pani i naszą sytuację. A spowodowane to jest tym, że pani się do tych rozmów kompletnie nie nadaje. Pani nie zna tych piesków carskich. Oni uprzejmi, przymilni, serdeczni – ot, serce na dłoni, dusza-człowiek. I pani nagle myśli, że pani spotkała swojego człowieka, wprost brata. I z wszystkiego się im pani zwierza. A oni współczują, razem z panią płaczą i śmieją się. Na koniec jeszcze na pożegnanie obcałowują pani ręce. Pani odchodzi, będąc przekonana, że pani udało się brata pozyskać – że nasze ostrzeżenia są po prostu defetyzmem. Zamyka pani drzwi, a on pani nóż w plecy wbija. Podchodzi do telefonu i przekazuje wszystkie zdobyte informacje policji i ich ludziom, a my z kolei czytamy w gazecie rewelacyjne artykuły, właśnie z tych informacji, które sama pani przekazała temu nowo odkrytemu bratu. Tak było z naczelnikiem wydziału obcych wyznań Tiażelnikowem, tak było z kuratorem okręgu szkolnego w Petersburgu hrabią Musinem Puszkinem. Temu było jeszcze łatwiej, bo się pieczętuje hrabiowskim sygnetem, bo ma herb w pieczęci i pani tym bardziej dała się nabrać na to, że spotkała bratnią duszę.
     Słuchała tego przerażona i zdruzgotana.
     – Pani się nie nadaje do tego świata. Tu się trzeba urodzić. Mieć to we krwi. Albo próbować się tego nauczyć. Jest to zresztą umiejętność nie do nauczenia dla nas, Polaków.
     – Na czym ta umiejętność polega?
     – Na kłamaniu. Pani musi udawać, że pani wierzy w to, co on mówi. On udaje, że wierzy w to, co pani mówi. I tak to się kręci. Wszyscy tutaj kłamią. I wszyscy udają, że w tej kłamstwa wierzą.
     – Ale dlaczego kłamią?
     – Bo się boją.
     – Czego?
     – Że zostaną ukarani, skazani, że utracą posadę, wpływy, stosunki, że wypadną z układów, z klik, koalicji. Kłamać naprawdę nie da się powierzchownie, zatrzymując prawdę w głębi duszy. Na to, żeby naprawdę kłamać, trzeba kłamać również w głębi duszy. Oni są przeżarci kłamstwem na wylot. Oni już sami nie wiedzą, że kłamią. I to jest ideał. Taki system stworzył car i nie ma innego wyjścia, trzeba kłamać, bo on tak chce. Bo na tym system polega, żeby ludzie się siebie bali, żeby byli samotni, żeby nie łączyli się w grupy, żeby nie było społeczności, ale żeby były tylko jednostki samotne, osaczone, bojące się głośniej przed samymi sobą powiedzieć prawdę. A jedynym sposobem na to jest kłamać w duszy. Bo mogą donieść. Fenomenem towarzyszącym kłamaniu i bojaźni jest mianowicie donosicielstwo rozbudowane tutaj do wymiarów monstrualnych, do takich, że nawet dziecko potrafi donosić na drugie dziecko w szkole, że dziecko potrafi donosić na swoich rodziców temu, kto zbiera informacje. Donosicielstwo weszło w krew jak kłamstwo. Taki jest carski system. A pani weń weszła ze swoją polską szczerością i powiedziała pani hrabiemu Puszkinowi: jestem zakonnicą, wierząc, że on tę informację zostawi przy sobie.
     – A miałam skłamać?
     – Proszę pani. Błąd polegał na czym innym. Jeżeli pani chciała mówić prawdę, to nie trzeba było tu przyjeżdżać wcale, a na pewno nie przyjeżdżać jako zakonnica.
     – Napisałam do Rzymu i uzyskałam zwolnienie od ślubów zakonnych. Teraz mogę mówić prawdę, że zakonnicą nie jestem.
     – Przepraszam bardzo. Niechże pani nie będzie dzieckiem. Gdy pani powiedziała, że pani jest zakonnicą, teraz nic nie pomoże zwalnianie się od ślubów i mówienie prawdy. W kartotekach jest pani odnotowana na wieki wieków amen i przeznaczona na zniszczenie, choćby pani przysięgała, że już pani zakonnicą nie jest.
     – A więc co mam zrobić?
     – Pani jest spalona. Musi pani zniknąć z Piotrogradu. Może w Finlandii, choćby na krótko, dadzą pani spokój. Tu musi pani zostawić internat pod czyjąś opieką.
     – Wzięłaby siostra – pani Zaborowska.
     – Może być siostra – pani Zaborowska – uśmiechnął się. – I zobaczymy, co będzie dalej.
     – Ale i tak pójdę do Stołypina.
     – Jak pani musi, proszę iść, ale jak najmniej mówić. Najlepiej wcześniej na kartce napisać, dać do sprawdzenia jakiemuś Rosjaninowi i nauczyć się tego na pamięć. Widzi pani. Cały konflikt polsko-rosyjski na tym polega. Oni nam zazdroszczą, nienawidzą nas, podziwiają nas, nie darują nam właśnie tego, że jesteśmy wolni, że mówimy prawdę. Nawet gdy to wykorzystują, gdy uważają nas za naiwnych. Myśmy są w ich oczach pany. Bo się nie boimy, bo mamy odwagę mówić prawdę, co tylko przysługuje carowi – choć car też kłamie. A oni się wciąż czują niewolnikami i tymi niewolnikami są. Przez kłamstwo. Wyzwolenie z caratu, o którym marzą, to przede wszystkim dla nich oznacza wyzwolenie z tego systemu kłamstwa. Może ja przesadzam. Ale takie jest moje zdanie.