Biblioteka



s. 6.



 


 


     Aż przyszedł czas, kiedy wszystko się zmieniło. Panowie węgierscy okrzyknęli 17 września 1382 królem Węgier Marię. W pierwszej chwili tego nie zrozumiała.
     – Nie chcą mnie. Ale co ja złego zrobiłam. Czy ich obraziłam? Przecież pan ojciec Marię przeznaczył dla Polski.
     – Tak, ale panowie węgierscy chcą, ażeby Maria była tak jak ojciec twój, świętej pamięci, królem i Węgier, i Polski.
     – A ja? – wyrwało się jej prawie mimo woli.
     – A ty będziesz żoną Wilhelma i pojedziesz do Styrii, gdy skończysz dwanaście lat.
     I już nikt na nią nie zwracał uwagi. Musiała ustąpić z centralnego miejsca przy stole. Teraz Maria była królową Polski i Węgier. Obok niej zasiadł jej mąż, Zygmunt Luksemburski, syn margrabiego brandenburskiego, Karola IV. Nie przepadała za nim, bo czuła, że on jej nie lubi. Wobec tego najchętniej uciekała do swojego pokoju i płakała. Nawet nie za królestwem Węgier, które utraciła, ale za tym wszystkim, co odeszło, co się skończyło, za tym światem, który tak nagle się zmienił. Chętnie klękała przed swoim krzyżem i modliła się. Miała różaniec, który otrzymała jeszcze od swojego pana ojca – na nim się modliła najchętniej. „Ojciec pan powiedział, że każdy ma swój krzyż i ja mam też swój”.
     Odbyła się uroczysta koronacja Marii w katedrze. Przyjechali dostojni goście. Gdy arcybiskup wkładał na głowę Marii koronę, przez moment pomyślała, że to ona miała tam, na stopniach, klęczeć i to na jej głowę miano kłaść koronę. Choć już się pogodziła. I już przywykła do ważnych rozmów prowadzonych przy stole przez Marię i panią matkę z doradcami. A nie przez nią. Jej się o zdanie już nikt nie pytał. Chciała już jak najprędzej mieć dwanaście lat i wyjechać do Wilhelma.