Biblioteka


5.
MIŁOŚĆ ZDARZA SIĘ TYLKO RAZ ?




5.
MIŁOŚĆ ZDARZA SIĘ TYLKO RAZ ?


Ulałabym ci wina
nakruszyła chleba
abyś powrócił
słowa bym ci ułamała
i snu bym ci uchyliła
i krwi bym ci utoczyła
i sypnęła ziaren pszenicy
i czarnej soczewicy
i krąg zakreśliła na ziemi
i zapaliła zioła na ofiarę
i dymem oddech bym syciła
i w lustrze o północy czuwała
i krzyczałabym twoje imię
w studnię głęboką
abyś się w sobie obrócił
abyś wrócił na chwilę
                   
A. Kamieńska: Ulałabym ci wina 
                         (wiersz poświęcony pamięci męża
                         – poety Jana Śpiewaka)




   T
   o było urocze małżeństwo. Poznali się jakoś przypadkiem, zachwycili się sobą i pokochali bezgranicznie. Patrzyłem na nich z podziwem. Bo też faktycznie stanowili wspaniałą parę. Ona czuła, wrażliwa, inteligentna, dobra a przy tym pełna uroku dziewczęcego. On przystojny, opiekuńczy, energiczny – taki prawdziwy mężczyzna. Zupełnie niespodziewanie przyszła na nią drobna choroba. Trzeba było do szpitala. Okazał się rak. I to bardzo szybki. Stan się gwałtownie pogarszał. Przeniesiona na oddział intensywnej terapii. Cierpiała ogromnie. Potem już mniej: traciła świadomość. Gdy tam przyszedłem, jeszcze na chwilę odzyskała przytomność. Ale to już był koniec. Dotąd nie jestem w stanie zapomnieć tej śmierci. Jaromir jeszcze jakiś czas zachodził do mnie. Wspominał Olgę z najgłębszym rozrzewnieniem. Płakał.
   Potem zniknął mi jakoś z horyzontu. Po dłuższym czasie pojawił się nieoczekiwanie w towarzystwie pani korpulentnej i przedstawił mi ją:
   – To jest moja żona.
   Zdrętwiałem. Myślę, że to wyczuł, bo dodał wyjaśniając:
   – Ożeniłem się z nią, bo mi przypomina Olgę. Jest całkowicie do niej podobna.
   Nie widziałem żadnego podobieństwa. Od tego czasu już się nie spotykaliśmy.
   Aż natknąłem się na diametralnie inny wypadek. Umierająca żona prosiła małżonka, żeby po jej śmierci związał się drugim małżeństwem z kobietą dobrą i mądrą, która pomoże mu wychować dzieci. Nawet wskazała mu parę kobiet, które by najlepiej się nadawały do tej roli.
   Jakoś wyczuliłem się na ten problem i chyba dlatego zauważyłem wypadek, kiedy znacznie starszy mężczyzna po śmierci swojej żony poślubił kobietę również w starszym wieku, jak to powiedział:
   – Żeby nie iść samotnie przez życie, żeby sobie wzajemnie służyć pomocą, żeby nie być opuszczonym. Bo to rodzina się rozproszyła, trochę powymierała, nie ma się człowiek do kogo zwrócić o pomoc. A co najgorsze, że nie ma dla kogo żyć.
   I zaczął mi opowiadać, jak to wygląda w praktyce na co dzień:
   – A teraz rano jest dla kogo zrobić śniadanie. Idziemy razem przed południem na zakupy. To zupełnie jest inaczej, gdy człowiek musiał iść sam. Po drodze mamy naszą kawiarnię, gdzie chętnie wstępujemy. Potem wspólne przygotowanie obiadu. Jak się było samotnym, to jadło się byle co i byle jak. Po prostu nie chciało się człowiekowi ani rzucić świeżego obrusa na stół, ani tym bardziej przygotować jakiś przyzwoity obiad. No bo dla kogo? Dla siebie? A w niedzielę idziemy do dzieci w odwiedziny. 
   -A jak zdrowie? Dopisuje?
   – No właśnie, Wtedy się dopiero okazuje, co to znaczy drugi człowiek w domu, Już nie chcę myśleć, jak było wtedy, gdy byłem sam, Telefon do córki i w ogóle mobilizacja kogo się da, żeby miał kto przynieść obiad, otworzyć drzwi, gdy przyjdzie doktor czy pielęgniarka, kupić lekarstwa w aptece. I tysiąc innych spraw. A gdy choroba się przeciągała, to już było nie do wytrzymania. Po prostu koszmar. A teraz jest wszystko normalnie. 
   „I nie opuszczę cię aż do śmierci”. Niektórzy rozumieją to w ten sposób, że jeżeli pokochali jednego człowieka, to na zawsze, to jedyny, to do swojej śmierci.
   – Już drugiego nie potrafię pokochać. Drugi mąż nie wchodzi w rachubę. Tylko ten był, jest i będzie moją jedyną miłością. Czy żyje, czy nie żyje, jest mój, tak jak ja jestem jego. Chcę być wierna do śmierci. Swojej śmierci, nie tylko jego śmierci.
   A są tacy, którzy uważają, że można znaleźć podobną żonę czy podobnego męża i związać się sakramentalnym węzłem na dalsze życie.