Biblioteka



s. 7.



 



     Wszedł do gabinetu. Za biurkiem siedział w skórzanym fotelu książę Jan Drucki-Lubecki, szczupły mężczyzna, z pociągła twarzą i krótko przyciętymi włosami, który na jego widok podniósł głowę znad papierów, uśmiechnął się, wstał zza biurka, podszedł do niego, wyciągnął rękę na powitanie.
     – Ojciec Maksymilian Kolbe, jeżeli się nie mylę, czy tak?
     – W samej rzeczy.
     – Proszę siadać.
     Zaprowadził go do stolika pod oknem, przy którym stały dwa, również skórzane, fotele.
     – Trochę już wiem od mojego plenipotenta z Poniemunia, który z kolei został o wszystkim poinformowany przez księdza Ciborowskiego – chyba nie przekręcam, tak on się nazywa.
     – Tak, tak.
     – Ale chętnie z ust samego księdza dowiem się dokładnie o co chodzi, bo to, co doszło do mnie, wygląda trochę nieprawdopodobnie. A więc, czy czegoś nie pokręciłem. Chce ksiądz budować drukarnię, jak słyszę.
     – Nie tylko. Po prostu dom zakonny, którego celem jest drukowanie i wydawanie, w tej chwili, miesięcznika „Rycerz Niepokalanej”, a jak Bóg da, w przyszłości również innych czasopism i książek.
     – Ile ziemi ksiądz chciałby kupić?
     – Myślałem o pięciu hektarach. Przynajmniej na razie.
     – Ale po co ojcu aż tyle? Myślałem, pół hektara. No, hektar najwyżej. Ilu was jest?
     – Około dwudziestu, w tym dwóch księży.
     – Jaki macie nakład?
     – Na ten rok, 1927, 65 tysięcy „Rycerza”, co miesiąc i co roku kalendarz. W tym roku było 50 tysięcy.
     – A kiedy zaczęliście?
     – W 1922 w Krakowie, z nakładem 5 tysięcy. Kalendarz po raz pierwszy w 1925, o nakładzie 12 tysięcy.
     – Postęp zaiste błyskawiczny. Ale wystarczy jeden budynek mieszkalny i jeden, czy ewentualnie nawet dwa, przeznaczone na drukarnię i wydawnictwo.
     – Ja wolałbym pięć hektarów.
     – Dobrze. Ja parceluję, ojciec kupuje. Proszę sobie jeszcze tylko wynaleźć, który kawałek chciałby ojciec kupić. Nie wiem, ale przypuszczam, że ojcu zależałoby na jakimś terenie blisko Warszawy – choćby ze względów komunikacyjnych.
     – Wybrałem już.
     – O, to ojciec jest szybki.
     – W pobliżu Sochaczewa.
     – Nie jest to za daleko od Warszawy?
     – Trochę tak, ale chcę, aby było to również miejsce spokojne. Chyba tam będzie dobrze. Dla zakonników i dla przyszłej stacji radiowej.
     – O, to coś nowego – książę prawie że wykrzyknął.
     – To jeszcze nie teraz, to dopiero w przyszłości. Teraz trzeba porządnie zorganizować drukarnię i wydawnictwo.
     – Jeżeli tak, wobec tego zaczynam w tych pięciu hektarach domyślać się jeszcze innej niespodzianki. Niech ojciec zdradzi swoje plany.
     – To raczej marzenie niż plany konkretne. Ale jeżeli książę sobie życzy, mogę powiedzieć. Marzę o bocznicy kolejowej i…
     – I? – książę nalegał, uśmiechając się.
     – I o lotnisku.
     – Przepraszam, nie dosłyszałem, o czym?
     – O lotnisku.
     – Jeszcze nie wiem, po co księdzu lotnisko, ale muszę przyznać, że ksiądz mi imponuje fantazją i odwagą. Ale po co księdzu lotnisko?
     – Dla sprawniejszego rozprowadzania prasy codziennej.
     – Chwileczkę. O prasie codziennej, jak dotąd, nie było mowy. Ksiądz mówił o miesięczniku.
     – Zgadza się. Ale to w dalszej perspektywie – boję się, że nawet niedalekiej – stanie przed nami.
     – I radio, tak?
     – Tak. Jak zresztą może być inaczej. Jesteśmy narodem katolickim. A gdy weźmiemy naszą prasę codzienną, to w niej śladu nawet nie ma, że tak jest. Może ja pokrótce przedstawię moje poglądy na ten temat. Prasa powinna kształtować społeczeństwo, zgoda, ale najpierw powinna wyrastać ze społeczeństwa. Proces ten powinien przebiegać spontanicznie. Tymczasem wynikają zakłócenia z najrozmaitszych stron, po pierwsze, jest to gigantyczny organ propagandowy, narzędzie w kształtowaniu osobowości poszczególnych obywateli i całych społeczeństw. Sposób narzucania ideologii itd. itd. Poza tym, można na nim robić pieniądze. Biorąc pod uwagę te fakty i bardzo wiele innych, doszedłem do wniosku, że trzeba się tą dziedziną kultury zająć, ażeby ona była wyrazem społeczeństwa, które jest chrześcijańskie, i żeby ona kształtowała chrześcijańskość tego społeczeństwa.
     – Słucham, słucham i uszom prawie że nie dowierzam: że znalazł się w Polsce człowiek o takim myśleniu.
     – Nic w tym myśleniu nadzwyczajnego nie ma. Czysta logika.
     – I prawda. Tylko, jak historia uczy, najtrudniej zawsze jest właśnie o nią.
     – Czy może mi książę sprzedać te 5 hektarów?
     – Ma ojciec na zapłacenie?
     – Nie mam. I wobec tego nie zapłaciłbym od razu, ale ratami, sukcesywnie.
     – Proszę ojca. Proszę sobie te 5 hektarów wziąć. Jak trzeba będzie – choćby na przedłużenie pasa startowego – zaśmiał się – dodam. A za to, jeżeli ksiądz będzie mógł, to proszę co roku odprawić kilka Mszy świętych za zmarłych z mojej rodziny.