Biblioteka



s. 2.



 


 


   Pana ojca zastali w gabinecie nad rachunkami.
   – Chciałem panu kasztelanowi donieść… – zaczął pan Biliński.
   – To później. Otóż mamy już potwierdzenie z Wiednia, że tam na was czekają, o czym, jak tuszę, pan Biliński ci, Staszku, zakomunikował. Czasu jest mało, bo, jak słyszałeś, oni chcą, byście tam byli już z końcem sierpnia. Droga daleka. Na samą drogę zejdzie wam, licząc z popasami, dobre dwa tygodnie.
   Weszła matka z czerwonymi oczami, objęła go serdecznie i bez słowa rozpłakała się. Po chwili, przytulając jego głowę do swojej, zaczęła mówić:
   – A tak się spodziewałam, że nic z tego nie będzie, że przyjdzie odpowiedź odmowna. Cóż ja bez was tu zrobię. Zapłaczę się i zamartwię na śmierć. Gdybym to ja mogła sama z wami pojechać.
   – Daj spokój. Będą mieli przy sobie pana Bilińskiego. Te parę lat przeleci jak z bicza strzelił. Ani się spodziejesz jak wrócą.
   – Chciałem panu kasztelanowi i pani kasztelanowej donieść, że panicz Stanisław kosił dzisiaj zboże z kosiarzami i spożył z nimi obiad.
   – Oj, Staszek, Staszek – pogroził mu pan kasztelan palcem, uśmiechając się pod wąsem. – To my cię na dyplomatę chcemy wykierować, a ty byś najchętniej hreczkosiejem został. Nic tylko między chłopami się kręcisz. Już ci to jezuici z głowy wybiją i do wyższych rzeczy umysł skierują, do których jesteś stworzony. Panie Biliński, a Pawła waść nie przyprowadził? Wie waść, gdzie ten nicpoń się podziewa?
   – Dowiedziałem się, że panicz Paweł udał się, jak zwykle, do dworu naszych najbliższych sąsiadów, aby spotkać się z ich córką.
   – Niechże więc waść tam się uda, i to jak najprędzej.
   – Zgodnie z życzeniem pana kasztelana.
   – Poczciwa kreatura, tylko strasznie nudna – powiedział do siebie ojciec pan, gdy ten już zamknął drzwi. – No i powiedz mi, jaśnie pani żono, skąd z jednej matki dwóch takich różnych synów. Jeden za pannami goni i ma lewe ręce do roboty, a drugi by zasmarkanym bachorom nosy wycierał, leczył staruchów i w kościele siedział.
   – A może on się na medyka nadaje, albo na księdza.
   – Nie, na medyka nie. Co to, to nie. Jak chce na księdza, to proszę bardzo. Zrobimy go prędko kanonikiem, prałatem, biskupem, a może nawet o purpurę kardynalską wystaramy mu się. Stać ród Kostków na to, pieniędzy jest dość, a koneksji, pokrewieństw i powinowactw jeszcze więcej.
   W sieni czekał na niego pan Biliński.
   – Mam zapytanie. Czy mógłby panicz pojechać ze mną po panicza Pawła?
   „Znowu się go boi. Jakiż to wychowawca, co się boi swojego wychowanka”. Ale żal mu się go zrobiło. Tym bardziej, że przed chwilą skarżył na niego. Gdyby mu odmówił, poczytałby to za zemstę.
   – Dobrze.
   – To ja spytam pana kasztelana, czy możemy wziąć linijkę.
   – Dobrze.