Biblioteka



1. Klasztor w Łagiewnikach





V


KRAKÓW


1926



1.


Klasztor w Łagiewnikach



    Klasztor na Żytniej przyjął ją z radością. Postulantki zaklaskały na jej widok i ruszyły, aby ją przywitać. Ale i z płaczem.
    – Co się dzieje?
    – Masz jechać do Krakowa.
    – Do Krakowa?
    – Tak, do Krakowa. A wszystko chyba dlatego, że już tam dotarła sława o tobie.
    – Jaka znowu sława?
    – Że jesteś dobrą kucharką i nadajesz się najlepiej do tej roboty.
    „Jak piłeczkę traktują mnie, to tam, to tu. Dobrze, mój Boże, dobrze, rób ze mną, co uważasz. Jeżeli chcesz mnie w Krakowie, dobrze, niech będę w królewskim Krakowie”.
    – Czemu się uśmiechasz?
    – To śmiech przez łzy. Łzy, że was opuszczam, a radość że do Krakowa. Zawsze marzyłam o tym, żeby zobaczyć Kraków. A teraz go nie tylko zobaczę, ale będę tam mieszkać.
    – Masz tam nowicjat odbyć.
    – No proszę. Czy to nie jest powód do wielkiej radości? Pójdę sobie na Wawel, na Rynek Główny, do Barbakanu, do Smoczej Jamy, na Kopiec Kościuszki.
    – Ty sobie nie obiecuj zbytnio spacerów. Czeka na ciebie tam robota.
    – Nie kracz jak wrona, po co Helenkę straszysz? A może jej się uda i będzie miała wszystko, czego pragnie.
    – Uda ci się, uda – pocieszały Helenkę koleżanki.
    – A może mnie poślą na zakupy na Rynek Krakowski, bo wiem, że tam we wtorek i w piątek jest co tydzień jarmark. Ale nawet gdy się nie uda, to będę duchem blisko kościoła Mariackiego.


    Siedziała w wagonie kolejowym z towarzyszącą jej socjuszką, widziała przez okno ośnieżone krajobrazy, pola, lasy pokryte śniegiem, miasteczka i wsie. Do przedziału wchodzili ludzie i wychodzili. Coraz ktoś pozdrowił siostry zakonne:
    – Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.
    Czasem ktoś zagadał przyjaźnie.
    Siedziała i była przepełniona radością. Czasem aż przymykała powieki, żeby się nie zdradzać ze szczęściem, które w niej pulsowało. „Aleś mi, Boże, wymyślił znowu niespodziankę, żeby mnie wysłać do Krakowa. Skąd taki pomysł? Skąd wiedziałeś, że tak tęskniłam zawsze za tym miastem? Głupio mówię, przepraszam, przecież Ty wszystko wiesz. Ale wybacz, że ja tak po dziecinnemu z Tobą rozmawiam. Bo przecież jestem Twoim dzieckiem. A więc będę w Krakowie”. Prawie że nie wierzyła, że to się staje.
    – A dokąd to siostrzyczki w taki zimowy czas? – usłyszała pytanie.
    – Do Krakowa.
    – A skąd to?
    – Z Warszawy.
    – Tak z Królestwa do Galicji? – zapytywała się ciekawska.-A czemu tak siostrzyczka dziwnie ubrana? 
    – Bo ja jeszcze jestem postulantką. Jadę do Krakowa, gdzie będę zaczynać nowicjat.
    – To znaczy, że siostra jeszcze może się rozmyślić?
    – Mogę, ale się nie rozmyślę.
    – „Nie mów hop, póki nie przeskoczysz”, jak przysłowie mówi.
    – A ja wolę mówić „hop” dwa razy, przed skokiem i po skoku.


    Kraków przyjął ją styczniowym śniegiem i mrozem. Nie było mowy o żadnych spacerach ani zwiedzaniach. Była za to ciężka robota. Tak ciężka jak nigdy dotąd. Przepowiednie postulantek warszawskich się nie sprawdziły. Nie było żadnych propozycji, aby zajęła się prowadzeniem kuchni. Została przeznaczona znowu do najcięższej roboty – do ziemniaków. Obieranie, gotowanie.
    Ale zbliżał się koniec postulatu.
    – Myślisz, że cię dopuszczą do nowicjatu?
    – A jak ty uważasz? – odpowiedziała Helenka.
    – Nie wiem, ale niektóre mówią, że się nie nadajesz.
    – Poczekajmy. Jeżeli matka przełożona wraz z radą uzna za słuszne, żeby mnie przyjąć, to taka jest wola Boża. Jeżeli nie, to nie.
    Drgnienie serca. „A co będzie, jeżeli usłyszę: nie? Co będzie, mój Boże?” – pytała ciekawa. Ale Pan Bóg milczał. Helenka wyczuwała, że się uśmiecha do niej przyjaźnie. Jakby chciał powiedzieć: To już moje zmartwienie, zaufaj mi.
    Wątpliwości miała nie bez powodu. „Przecież niektóre siostry faktycznie mówią o mnie, żem cudaczka, żem histeryczka. A nawet niektóre są przekonane, żem wariatka. Bo mam zwidy. Bo mi się zdaje, że rozmawiam z Panem Bogiem, że widzę Jezusa. A przecież, Boże, to nie są zwidy. Mnie się nie zdaje, że Cię słyszę. Przecież ja Cię naprawdę słyszę, jak mówisz do mnie. A przecież, Jezu, to nie są zwidy. Ja Ciebie widzę naprawdę”. Ale wreszcie rozwiały się niepewności. Matka przełożona wezwała ją do siebie i oświadczyła:
    – Zgodnie z decyzją rady naszego zgromadzenia twój czas postulatu został oceniony pozytywnie. Jesteś przyjęta do nowicjatu.
    Może odegrało jakąś rolę zdanie, które miała o niej mistrzyni nowicjatu, siostra Joanna Bartkiewicz, która oświadczyła: „Helenka jest bardzo ściśle połączona z Panem Jezusem”.
    Może pomogła jej w tym względzie opinia siostry Krescencji Bogdanik – jej anioła opiekuńczego – która wprowadzała ją w arkany życia zakonnego. Ta powiedziała: „Nie trzeba jej niczego dwa razy powtarzać”.
    Ale niewątpliwie głos decydujący należał do matki Michaeli Moraczewskiej, która była Helence bardzo życzliwa.
    A więc kamień z serca spadł.
    – Zawiadom rodziców i rodzinę. Może ktoś będzie chciał przyjechać na twoje obłóczyny.
    – A kiedy się to odbędzie?
    – 30 kwietnia. Oczywiście w tym roku, czyli w 1926 – dodała półżartem.