Biblioteka



4. Przełożone  a  Obraz



 


4.


Przełożone  a  Obraz



    Tymczasem matka Kłobukowska doszła do przekonania, że sprawa siostry Faustyny przerosła ją. Tym bardziej, że spodziewała się, że na tym się nie skończy. Będzie miała ciąg dalszy. Uznała, że należy zawiadomić o tym wszystkim matkę generalną i poddać się jej rozstrzygnięciom. Pojechała do Warszawy na Żytnią. Zgłosiła się do matki Michaeli, przedstawiła sprawę. Opisała wszystko możliwie najdokładniej, nie pomijając żadnego szczegółu. Powstrzymała się od własnego komentarza. I zakończyła, mówiąc:
    – Proszę o radę, względnie polecenie, jak postępować dalej.
    – Dziękuję, że mi to siostra opowiedziała. Uważam faktycznie, że to zbyt ważna sprawa, aby można ją było zlekceważyć. Siostrę Faustynę pilnie obserwuję od pierwszej chwili jej wkroczenia w mury naszego klasztoru. Szanuję ją za głęboką wiarę, z jaką podchodzi do swoich obowiązków zakonnych. Za szczerą miłość względem sióstr i naszych wychowanek. Choć przyznam się, że przyjmowałam jej opowiadania o mistycznych przeżyciach z dystansem. Słuchałam o jej rozmowach z Panem Bogiem, o radach, jakich jej udzielał, o poleceniach, jakie jej dawał, oraz o wizjach, których doświadczała. Zwłaszcza o wizjach Jezusa. Cieszyłam się, że nie robi z tego żadnych sensacji, ale traktuje je w sposób naturalny: jako formę modlitwy, która przecież jest rozmową z Panem Bogiem.
    Matka generalna przerwała swój przydługi wywód, ażeby przejść do następnej kwestii.
    – Ale w tym wypadku – wtrąciła siostra Róża – mamy coś innego.
    – Siostra mi z ust wyjęła to, co chcę powiedzieć. Dotąd było wszystko w murach klasztornych. Dotąd to było sprawą naszego zgromadzenia. Ale w tym wypadku sprawa nabiera charakteru publicznego. Przynajmniej chce nabrać.
    – I czy nam wolno dopuścić do tego, żeby się upubliczniła?
    – Ja przyznam się, że nie lubię żadnych nowostek w Kościele. Boję się tego. Dość jest nabożeństw, obrzędów, kultów, nowenn do świętych Pańskich, bractw, arcybractw, zakonów, zgromadzeń, trzecich zakonów, tercjarek, bigoterii, dewotów, dewotek, i tak dalej, i tak dalej, w których można się z powodzeniem zagubić.
    – A ja się boję, żebyśmy się nie stały pośmiewiskiem.
    – O to mnie także chodzi. O biskupów, teologów, o inne zgromadzenia i klasztory. Bo jaką to rewelację siostra Faustyna chce głosić?
    – No właśnie.
    – Na ile potrafię – matka generalna spoważniała – poskładać to wszystko, co zdążyłam od niej wysłuchać, na ile potrafię to zrekapitulować, odcedzić, odlać wodę wielomówstwa i przyglądnąć się, co z tego zostanie jako treść, to jest nią prawda o tym, że Bóg jest nieskończenie miłosierny. To po pierwsze. Po drugie, że miłosierdzie ujawnił w sposób szczególny w stworzeniu świata i ujawnia w aktualnej miłości do świata i do każdego stworzenia. Po trzecie, że ukazał miłosierdzie swoje w Osobie Jezusa Chrystusa. Po czwarte, oczekuje od człowieka bezgranicznej ufności.
    – Matka to piękniej powiedziała, niż by potrafiła to opowiedzieć siostra Faustyna.
    – No bo starałam się ją zrozumieć. Ale powiedzmy sobie uczciwie: to nie jest nic nowego. Prawdę tę zawiera sama Ewangelia święta. I w Kościele była ta prawda ustawicznie głoszona. Dość wymienić Katarzynę ze Sieny w dziele Księga Opatrzności. Albo bliższą nam świętą Marię Małgorzatę Alacoque.
    – Czyli to, co siostra Faustyna mówi, to jest powtórzenie tamtej dawnej prawdy, tylko innym językiem.
    – Gdybyśmy mimo wszystko próbowały wystąpić z  miłosierdziem Bożym jako posłaniem do świata, to natychmiast narażamy się jezuitom, zresztą naszym opiekunom, którzy upomną się o swoje prawa, czyli o nabożeństwo do Serca Jezusowego.
    – I powiedzą, że to konkurencja, że to zamach na ich specjalność.
    – No właśnie, po co się nam narażać. A już nie chcę mówić, co by było, gdybyśmy wystąpiły, tak jak siostra Faustyna chce, o ogłoszenie pierwszej niedzieli po Wielkanocy świętem Miłosierdzia Bożego.
    – Tego się domaga Faustyna czy, jak ona twierdzi, Jezus,  który się jej objawił.
    – Tak, ale wtedy spytają nas biskupi i teologowie, i zakony, i zgromadzenia, kimże jest ta siostra Faustyna.
    – Gdyby z tym wystąpiła któraś z matek z pierwszego chóru, po wyższych studiach, z dużym stażem zakonnym…
    – O właśnie, to chciałam powiedzieć. Siostra Faustyna ma dopiero dwadzieścia pięć lat. Z czego w zgromadzeniu jest dopiero pięć lat.
    – W czasie których zajmowała się przeważnie obieraniem ziemniaków.
    – No właśnie. I w szkołach spędziła wszystkiego dwa i pół roku. A więc jakbyśmy wyglądały przed światem z taką naszą prorokinią czy nawet tylko apostołką. Ja nie przeczę, jest zakonnicą pobożną, posłuszną, umartwioną. Można się poważyć nawet na określenie: świątobliwą. Ale to nic nie znaczy. Owszem, nie mam nic przeciwko temu, żeby zrobiła trzecią probację i przystąpiła do ślubów wieczystych.
    – Ale to jedno z drugim nie ma nic wspólnego.
    – A więc jako konkluzja: żadne wychodzenie na zewnątrz, żaden rozgłos – zamknęła sprawę matka generalna.
    – Mnie się też zdaje, że ta sprawa umrze śmiercią naturalną.
    – Tylko na to trzeba naszej cierpliwości. I przede wszystkim nie robić z tego żadnej tragedii ani jakiejkolwiek sensacji.
    – Na razie siostra Faustyna jest zaplątana, i śmiem  przypuszczać – na długo, poleceniem Jezusa, żeby wymalowała Jego obraz – uśmiechnęła się z pobłażaniem matka Róża.
    – No i ja jestem ciekawa, jak się z tym upora.
    – Śmiem twierdzić, że nie upora się wcale. I to ją zaabsorbuje jakiś czas, zmęczy, zmartwi. Przecież nie umie malować. I się rozmyśli.
    – Przekona się, że się pomyliła, że to jej własny wymysł, że sama się wpędziła w ślepy zaułek.
    – Po prostu przekona się, że to nie Jezus do niej przemawiał, tylko jej chora wyobraźnia.
    – Żal mi jej. Bo to się wcześniej czy później rozejdzie po zgromadzeniu i przylepi się jej na stałe przezwisko: histeryczka.