Biblioteka



s. 2.



 


 


 Siedział w bezruchu, wpatrzony w ciemność na dworze. Lampka oliwna kładła krąg światła na stolik i kartkę papieru listowego. Jakby czekał, aż się coś jeszcze więcej stanie, aż wybuchnie ciemność i zamieni się w jasność. Ale przecież wiedział, że tak nie będzie. Najwyżej tylko tyle, że będzie musiał wyjść z tego bezpiecznego miejsca, z tej twierdzy, gdzie dziś pełni nocny dyżur, i wejść w mrok. Zamaczał pióro w kałamarzu, ale znowu zawisło bezradnie nad listem. Co mu napisać. Jak mu przetłumaczyć. Miał przed oczami roześmianą twarz Karola. Szkoda cię, chłopaczku, szkoda cię. Po co ci się pchać w tę bezsensowną awanturę, jaką jest powstanie. „Nie, wprost tego nie mogę mu napisać. Przecież nie mam prawa. Karol nic mi na ten temat nie powiedział. Boi się mnie. Uważa, że potępiłbym ten krok”. A jakże. Porzucić uniwersytet moskiewski, przekreślić całą dotychczasową linię życia. Cóż na Litwie będzie robił. Weźmie ze ściany dubeltówkę, osiodła konia i pójdzie do lasu. Czyste szaleństwo. Może Wiktor mu jakoś poradzi. Zaczął pisać do niego dalej: „Nie krwi, której do zbytku się przelało na niwach Polski – ale potu ona potrzebuje! Na nieszczęście kraju, młodzież tego zrozumieć nie chce”.
Ktoś zapukał.
 – Wejść.
 Wszedł Włodyczański.
 – Przynosisz coś nowego?
 – Oddział Rogińskiego zbliża się do nas lasami. Zaatakował już Białą Podlaską, Radzyń, Siedlce, Łuków, Kodeń, Łomżę. W Kodniu zagarnął magazyny artylerii, w Łomczach rozniósł jazdę. U nas w twierdzy obowiązuje oczywiście w dalszym ciągu ostre pogotowie. Nasi dowódcy – wygląda na to – zaczynają głowę tracić. Nie wiem, jakby się zachowali, gdyby on rzeczywiście podciągnął pod naszą twierdzę.
 – Nonsens. Co poza tym?
 – W Królestwie i na Litwie zarządzono koncentrację oddziałów. Likwiduje się małe punkty, gdzie stacjonują niewielkie oddziały, przesuwa się je do większych miast. Już mamy zamiast 180 punktów – tylko 40. Aby nie dochodziło do potyczek z niewielkimi oddziałami, w których powstańcy mogliby zdobywać broń na naszych żołnierzach.
 – Na naszych? Którzy są nasi, a którzy nie nasi.
 – Ach, zostaw. Już mam dość tych dywagacji, od których tylko w głowie mi się miesza.
 – Byłeś na wartowni?
 – Byłem. Nie, nie było żadnego listu do ciebie. Ile już czekasz na zwolnienie do cywila?
 – Długo. Najwyraźniej nie spieszą się. Ale ja się spieszę.
 – Ale czy zdajesz sobie sprawę, w jak niekorzystnym czasie wystąpiłeś o dymisję? Przecież oni teraz nikogo z wojska nie wypuszczają. Teraz, kiedy wybuchło powstanie? A zwłaszcza oficerów. Ciebie, wykształconego w Petersburskiej Mikołajewskiej Szkole Inżynieryjnej. Nie mówiąc o tym, że z pewnością traktują twoją prośbę jako zamiar przystąpienia do powstania.
 – Jakbym chciał przystępować do powstania, to bym się ich o pozwolenie nie pytał, ale bym zdezerterował. Nie. Wiesz, że z moim zdrowiem nie jest najlepiej, wie o tym również mój dobry znajomy, doktor Jansen. Z jego zdaniem liczy się nasz lekarz wojskowy.
 – Józek… – Włodyczański usiadł na krześle po drugiej stronie stołu, wpatrzył się w jego twarz. – Powiedz prawdę, nie czaruj. Czy ty naprawdę tylko ze względu na stan zdrowia odchodzisz z wojska?
 – Chcesz prawdy, proszę cię bardzo. Odchodzę ze względu na powstanie.
 – Przecież jesteś mu przeciwny.
 – Tak, jestem mu przeciwny. Uważam nawet coś więcej, że jest bezsensowne, wręcz szkodliwe dla naszego narodowego bytu, jest szaleństwem naszej młodzieży, przed którą, niestety, nie potrafiliśmy się obronić. Ale nie mogę nosić munduru rosyjskiego wtedy, gdy moi bracia walczą z Rosją. Nawet gdybym przesiedział tu, w twierdzy brzeskiej, jak u Pana Boga za piecem. Nie mówię o sytuacji, gdybym otrzymał rozkaz wymarszu w pole do walki z powstańcami.
 – A wtedy co byś zrobił?
 – Uczciwie?
 – Uczciwie.
 – Nie wiem. Już dość nad tym nałamałem głowy. Nie wiem.
 – A słyszałeś, co stało się, gdy rosyjski oficer, porucznik Potapow, otrzymał rozkaz strzelania w Warszawie do bezbronnego tłumu Polaków? Złamał szablę przed oddziałem żołnierzy i został skazany na rozstrzelanie. A inny oficer rosyjski, Aleksandrow, przeinaczył rozkaz dowództwa, generała Lüdersa. W telegramie było napisane „kartaczować”, a on podał: „postępować najoględniej”. Dostał wyrok śmierci. Ale car go ułaskawił: na dożywotnią katorgę. – Nie wiem, co lepiej mu życzyć. Chodźmy w obchód. Ale ubierz się porządnie, bo wiatr ciągnie po korytarzach i gankach, że łeb chce urwać.
 – To już taka uroda naszej twierdzy – powiedział, wciągając płaszcz, zapinając pas z wiszącą na nim szablą.
 Wyszli na ciemny korytarz, z rzadka oświetlony kagankami oliwnymi umieszczonymi za szybkami we wnękach murów. Faktycznie wiało niemiłosiernie. Szli powoli marszowym krokiem, przepychając się przez wichurę, która szalała w gankach. Obchodzili lawety armat tkwiące lufami w otworach strzelniczych. Napotykali okutanych w kożuchy żołnierzy stojących na warcie. Z nasadzonymi na karabiny bagnetami, pobłyskującymi w ciemnościach. Na ich widok prostowali się, stawali na baczność, mechanicznymi ruchami prezentowali broń, oddawali honory. Coraz pędził tuman pyłu śnieżnego, zmiatał śnieg leżący na ceglanej posadzce, wynosił w górę, kręcił się wirami. Uderzał w twarz zimnym tuszem, wciskał się w oczy, w uszy, za kark. Zasłaniał widok. Niektórzy żołnierze spali. Ot, takim żołnierskim snem zająca. Oparci o mur, trzymając sztywno karabin u boku, z odchyloną głową. Budzeni, wykrzykiwali odruchowo „kto idzie”, stropieni przestępowali z nogi na nogę.
 – Nie śpij, bo zamarzniesz albo ci łeb oberżną.
 Szedł dalej ze swoim towarzyszem, wiedząc, że ostrzeżenie przyda się tylko na parę minut. Wrócili do dyżurki, strząsając przed drzwiami śnieg, który osiadł w fałdach płaszczów.
 – A co będziesz robił po powrocie do cywila? – spytał Włodyczański, gdy już siedzieli.
 – O tym myślałeś podczas całego obchodu? – zaśmiał się. – Wrócę do moich kolei. Zahaczę się przy mojej starej firmie i będę budował tory. Albo pójdę gdzie indziej. Mam listy polecające od inżyniera Kierbedzia, jakoś bardzo mnie uważa. Myślę, że nie będę miał trudności w znalezieniu czegoś interesującego.
 – Bawi cię taka robota? Mieszkać wciąż na odludziach, ciągnąć sposobem cygańskim, od wsi do wsi.
 – Jak najbardziej. Już nie problemy czysto techniczne, bo tu doszedłem do dużej wprawy, ale świadomość, że w ten sposób otwieram ludziom okno na świat. Umożliwiam im dostęp do kultury. Szczególnie nauki. To wielka dla mnie radość tak ewidentnie doświadczać tego, że się komuś pomaga.
 – Pójdę do siebie. Ale tak na zakończenie. Jak ty osądzasz samo powstanie?
 – Moim zdaniem wybuchło przypadkowo. Oczywiście, bezpośrednim sprawcą był margrabia Wielopolski, swoim zarządzeniem branki. W ten sposób chciał sobie oczyścić teren, wcielając do wojska najbardziej wojowniczy element. Jak to gdzieś sam miał powiedzieć: „Dopiero wtedy będę mógł swobodnie rządzić”. Branka została zaplanowana na 25 stycznia. Wobec tego rozpoczęcie powstania zostało wyznaczone na noc z 22 na 23. Ale naprawdę naród był kompletnie do powstania nieprzygotowany.
 – Z punktu widzenia wojskowego kompletne zero. Przygotowywano chyba polityków, ale nie wojskowych. Poza tym brak im zupełnie uzbrojenia. Stąd szukanie broni przez zdobywanie naszych magazynów. Na co oni liczą.
 – Na pomoc zagranicy.
 – To już kompletna bzdura, wymyślona z palca. Bismarck zawarł umowę z carem antypowstaniową. Zarządził blokadę granic. Cesarz austriacki jest o krok od tego. Liczyli oczywiście na Francję. Ale cóż Francja. Cesarz Napoleon III w żadnym wypadku nie zaangażuje się militarnie w powstanie. Ograniczy się do ciepłych słów. Już nawet coś takiego powiedział. Może przyśle trochę broni. Chociaż nie wiem, jaką drogą. Morzem? Ale to nic nie da. Nawet gdyby ta broń dotarła, wiele się nie zmieni. Na kogo jeszcze liczyli. Na Turcję? Nikt za nas nie będzie krwi przelewał. To tylko nas stać na to. Tak Francja, jak Turcja wystąpiłyby, jeżeliby miały jakieś konkretne zyski. Ale nic tu takiego im się nie kroi.
 Słuchał tego, co mówił Włodyczański, a przed oczami jak błyskawica przeleciał obraz: scena sprzed kilku miesięcy. Wnętrze klubu, zapach cygar zmieszany z zapachem wina i piwa, kawy. Nocne Polaków rozmowy. Dyskusja na temat szans powstania.
 – Coś się tak zamyślił?
 – Przypomniał mi się taki drobny incydent w resursie z pewnym nauczycielem na ten temat.
 – Ach, ta sprawa „zdrajcy moskiewskiego”? Głośno o tym było przez jakiś czas w kantynie. Bardzo ci za złe mieli panowie oficerowie naszej twierdzy brzeskiej, żeś go za tę obrazę twojego honoru nie spoliczkował i nie wyzwał na pojedynek.
 – I co by to dało? Siedzielibyśmy dzisiaj tak jak siedzimy. Prawdopodobnie nie byłoby na świecie nauczyciela – bo przecież skąd on umiałby się strzelać. Albo w najlepszym razie mnie by nie było, bo by mu się udało mnie zastrzelić. A ty, zapytany po latach, o co to chodziło, odpowiedziałbyś: Wiesz, nawet sobie nie przypominam, o co się strzelali.
 – Idę do siebie – powiedział nieoczekiwanie.
 Gdy został sam, zabrał się znowu do pisania listu. Nagle ktoś pchnął drzwi. Do izby wpadł Włodyczański. Ledwo go poznał. W rozpiętym mundurze, ze zmierzwionymi włosami, z wybałuszonymi oczami, wrzeszczał od progu:
 – Na litość Boską, nie można wywoływać powstania z powodu branki, do czego to podobne!
 Chciał wstać, ale ten go przytrzymał na krześle.
 – Nie, nie wstawaj. Ja ci to wszystko wytłumaczę – mówił już spokojnie, rozsądnie: – Poderwały się do walki poszczególne grupy inteligencji, szlachty i magnaterii – bo nie cała magnateria. Nie ma zupełnie albo prawie zupełnie chłopów. A to już nie te czasy, kiedy można ich pomijać. Nie, nie. A to trzeba zupełnie inaczej.
 – Jak? – spytał go, licząc, że rozmowa przyprowadzi go do opamiętania.
 – Powiem ci. Ale mnie nie zdradź. Trzeba, żeby we wszystkich kościołach w Polsce zaczęły bić dzwony. Niech ludzie odświętnie ubrani pójdą w procesji z feretronami, chorągwiami, sztandarami. A na początku pójdzie pod baldachimem ksiądz niosący monstrancję z Najświętszym Sakramentem – mówił głośnym szeptem, pochylony nad nim, wprost do ucha.
 – I co dalej?
 – Pójdą do koszar wojsk rosyjskich, do urzędów, skąd rządzą Rosjanie. Przecież my wszyscy chrześcijanie. I my, i oni. Co z tego, że oni prawosławni, a my katolicy. My chrześcijanie i mamy prawo do wolności. Tak jak oni!
 Już nie mówił, ale krzyczał. Wymachiwał rękami. Patrzył to na ścianę, to na niego niewidzącymi oczami. Znowu zamilkł. Gdy zaczął mówić, miał głos normalny, przytomny:
 – Chodzi o chłopów. Nieuświadomieni. Nierozbudzeni narodowościowo. Wy zajmowaliście się dyskusjami politycznymi w salonach i po dworach. A o chłopach nikt nie myślał. Jakoś wszyscy uważali, że chłopi pójdą tam, gdzie wy, na zasadzie pańszczyźnianego odruchu – posłuszeństwa psa. Aliści okazało się, że już nie! Teraz chłopi napadają na pańskie dwory, chłopi wyłapują powstańców, a wy jesteście zdziwieni! Nie byliście w stanie „zniżyć się” do chłopów, „upodlić się”, aby wejść pomiędzy nich! – podszedł z pięściami przed niego. Krzyczał mu w twarz.
 Patrzył na Włodyczańskiego, kontrolując się maksymalnie. Starał się nie reagować żadnym ruchem, choć spodziewał się, że w każdej chwili może zostać uderzony. Czekał aż się przebudzi, aż oprzytomnieje. Ale jak dotąd bezskutecznie.
Nagle głos mu się załamał, przeszedł do spokojnego tłumaczenia. Ale z tą samą nieprzytomną twarzą, z tymi samymi niewidzącymi oczami:
– Jedyną warstwą inteligencji pracującą wśród chłopów, zrośniętą z tkanką wsi, byli księża. Mieliście w plebaniach znakomitą bazę, punkt oparcia i punkt wyjścia do pracy na wsi. A nie wykorzystaliście jej. Zresztą księża wywiązali się ze swego patriotycznego obowiązku na ogół dobrze. To można stwierdzić po liczbie spalonych plebanii z rozkazu rosyjskiego, po liczbie księży powieszonych, rozstrzelanych, uwięzionych, wywiezionych na Sybir, skazanych na katorgę. – Przeszedł do szeptu: – Nie mówię o takich, jak ksiądz Brzóska, który jest najlepszym dowódcą oddziału partyzanckiego na Litwie.
Nagle rozpłakał się, rzucił się mu w objęcia. Przytulił go, odczekał aż uspokoił się. Wreszcie Włodyczański oderwał się od niego, popatrzył na niego już przytomnie, powiedział:
– Przepraszam.
I wyszedł. Zamknął za nim drzwi. „No, jak tak dalej pójdzie, to wszyscy powariujemy. Rany Boskie. Rany Boskie”. Przejechał ręką po twarzy i dopiero teraz spostrzegł, że ma całą zlaną potem.
Zabrał się znowu do pisania listu. A właściwie chciał się zabrać. Bo wciąż był myślami w tym, co przed chwilą mówił, co przed chwilą słyszał, czego nie zdążył powiedzieć, bo jeszcze nie potrafił słownie określić, co w nim żyło, co go dręczyło. – „A potem lekarze mi tłumaczą, że jedynym lekarstwem na moją nerwicę żołądka jest nieprzejmowanie się. Powinienem się wobec tego urodzić w innych czasach. Tylko zostaje pytanie: czy były albo czy będą takie inne czasy, kiedy nie trzeba się będzie denerwować o Polskę i o braci Polaków”. Oparł głowę o ręce położone na stole.
Obudziło go pukanie do drzwi. „Znowu Włodyczański?” – przeraził się.
– Wejść.
Wszedł żołnierz.
– Pułkownik Igelström prosi pana kapitana do siebie.
– Już idę.
Spojrzał na zegarek. Parę minut po siódmej. No, jak zwykle pułkownik punktualnie zaczyna pracę.
W poczekalni zastał Włodyczańskiego. Ten przywitał go zdziwiony:
– To ty też zostałeś wezwany? Ledwo się zdążyłem położyć. Wiesz, o co chodzi?
– Pojęcia nie mam. Zobaczymy, kogo jeszcze wezwał.
– Pytałem się żołnierza. Tylko nas dwóch.
– O…? – lekki niepokój koło serca.
Otworzyły się drzwi kancelarii. Pułkownik we własnej osobie zapraszał ich do wnętrza. Jego mroczna jak zwykle twarz była i teraz nie do odgadnięcia.
– Siadajcie, panowie – wskazał im krzesła krótkim gestem. Sam usiadł za biurkiem. – Moje spotkanie z panami dzielę na dwie części. Pierwsza przyjemna. Druga nieprzyjemna. Za przyjemną dla was uważam informację, którą mogę wam przekazać wyłącznie do waszej wiadomości, że odchodzę ze stanowiska dowódcy brzeskiej twierdzy.
– Dlaczego? – prawie równocześnie wyrwało się im obu to pytanie.
Tu pułkownik uśmiechnął się gorzko:
– Przyszła godzina prawdy, kiedy czas na trzymanie tajemnic minął. Będę mówił do was jak nie do podwładnych mi oficerów, ale do znajomych. Wyobraźcie sobie, że nie mamy mundurów i spotkaliśmy się na piwie albo na kawie. Choćby w „Bristolu”. Kim był mój dziad, to dobrze wiecie i ja też wiem, że przyczynił się do rozbiorów Rzeczypospolitej Polski jako ambasador rosyjski w Warszawie. Ale to mi w niczym nie pomogło w oczach cara. Prędzej zaszkodziło, w tym sensie, że nie jestem taki, jak mój przodek. Jestem przyjacielem Polski i Polaków, a w dodatku katolikiem. Dlatego muszę stąd odejść. Na moje miejsce przyjdzie generał von Nostitz – zruszczony Niemiec, który jest znany w kołach oficerskich z tego, że jest wielkim służbistą i wrogiem Polaków. To może śmiesznie zabrzmi, gdy powiem, że mi było dobrze w tej twierdzy między wami. Teraz wracam do Rosji i w moim majątku będę wspominał nasze wspólne lata. Na tym się kończy pierwsza część naszego spotkania. A teraz przechodzę do drugiej: przykrej. Dostałem polecenie od głównego dowództwa, aby „zlikwidować bandę Rogińskiego, która grasuje w sąsiedztwie twierdzy Brześć”. Koniec cytatu. Nie wiem, czy ta partia jest taka groźna, czy raczej ktoś mi chciał dokuczyć, uprzykrzyć pobyt w Brześciu. Być może, że ktoś chciał, komuś na tym zależało, aby wśród Polaków pozostawić złe wspomnienie, że przecież Igelström rozbił oddział Rogińskiego. Nie wchodzę w to.
„O Boże, a więc to tak”.
– Rozkaz rozkazem, należy go wypełnić, tym bardziej, że obowiązuje stan wojenny i za nieposłuszeństwo kula w łeb. Żonatych nie chcę narażać bez konieczności. Wybrałem was, boście kawalerowie. Jeden z was poprowadzi oddział. Niestety, nie mogę dać zbyt wielu ludzi, aby nie narażać na szwank gotowości bojowej twierdzy. Pójdziecie w pole i rozejrzycie się, czy to jest przeciwnik do pokonania, czy też nie. Jeżeli napotkacie przeważające siły, to się wycofacie i zdacie mi raport. Który z was pójdzie?
Zapadła chwila ciszy.
– Widzę, że żaden z was nie ma ochoty. Ja też nie mam na wiele rzeczy ochoty. Żeby nie była niczyja krzywda, proponuję losowanie. Zgoda?
Milczeniem potwierdzili jego propozycję.
– Mam tu jakąś monetę – wyłuskał z kieszeni kamizelki rubla. – Orzeł, reszka. Kto orzeł, kto reszka?
Włodyczański powiedział:
– Ja reszka.
– No to panu, panie kapitanie Kalinowski, pozostaje dwugłowy orzeł – zamknął sprawę, siląc się na uśmiech, po czym zgrabnym ruchem podrzucił monetę. Spadła na zielone sukno biurka.
– Reszka. – Pułkownik wstał, podał rękę Włodyczańskiemu. – Powodzenia. I proszę wracać cały. – Z kolei podał rękę i jemu.
Szedł na miękkich nogach, bez słowa.