Biblioteka





 
WIERNOŚĆ


       Choćbyś odszedł z miasta, będę czekać tu,
       tak jak spadła gwiazda, będę czekać tu,
       tysiąc długich nocy i sto długich dni.
                                           (Piosenka z filmu
                                                       Parasolki z Cherbourga)


     Poznałem go później. Wtedy, gdy mówili o nim: najprzystojniejszy z mądrych pediatrów i najmądrzejszy z wszystkich przystojnych pediatrów. Jedynak. Od maleńkiego chorowity, wychuchany przez mamę i babcię, które nim zawładnęły tak, że niełatwo mu było nawet ruszyć palcem u nogi. A ona – Grażyna – fanatyczka spotkań, zabaw, ciągle wokół niej było mnóstwo ludzi, w wiecznym ruchu, hałasie. Zawsze na najwyższych obrotach, w podnieceniu. Bez przerwy coś się musiało dziać: wydarzenia, sprawy i przygody – wszystkie najważniejsze. Sam żywioł, energia, odwaga, radość życia. Fanatyczka gór. W lecie wspinaczki, oczywiście z linami, w zimie przejścia i na nartach, i na rakach. Ze Stefanem zetknęła się w liceum. On ją pokochał swoją pierwszą i ostatnią miłością. Chodzili ze sobą. Ona wciąż: „Wyobraź sobie…” – on wyobrażał sobie zapatrzony, zasłuchany. Wciąż były tam jakieś przejścia skrajnie trudne, fantastyczne widoki. Wciąż mnóstwo nazw – które on czasem, ku jej oburzeniu, mylił. Czy go kochała? Trudno powiedzieć. Na pewno miała w nim cierpliwego słuchacza, zaufanego powiernika. Ale wciąż traktowała go jakoś pobłażliwie. Gdzie to on, Stefan. Grażyna taterniczka, narciarka, wokół niej Bronisław taki, a Jerzy taki, a Janusz taki, a Andrzej taki – jej oczywiście przyjaciele – sami mistrzowie świata albo przynajmniej Polski, albo okręgu; poniżej nie schodziła. A Stefan zawsze miał coś z sercem. Wokół niej przyjaciele GOPR-owcy, a wiec przewodnicy, a wszyscy z jakimiś odznakami, osiągnięciami, tytułami, dyplomami. A Stefan miał jeszcze lęk przestrzeni, więc musiał chodzić ostrożnie, zwłaszcza na eksponowanych trasach. Aż wreszcie w tym wielkim rozmachu natrafiła na podobnego – jak się jej zdawało – wariata i bez namysłu wyszła za niego za mąż. Ale okazało się, że to był niewypał. Można było z takim człowiekiem iść na Sylwestra na zabawę, bo do tego nadawał się znakomicie, ale nie nadawał się do małżeństwa. Bo się okazało, że to jest pijak, i to nałogowy. Nagle zapadła wokół niej wielka cisza. Znikli przyjaciele. Została sama ze swoim nieszczęściem. To była jedna wielka gehenna, zwłaszcza gdy przyszła na świat córeczka. Wszystko skończyło się tragicznie: mąż zginął w wypadku po pijanemu. Wtedy, po pogrzebie, Stefan znalazł się przy niej. To już nie była tamta Grażyna; zgnębiona fizycznie i moralnie, przestraszona życiem, nie była w stanie się pozbierać. Teraz on mówił do niej, gdy zaszyta w kąt ze swoim dzieckiem, jak zaszczute zwierzę, już w nic ani w nikogo nie wierzyła. Zaufała jego słowom, że życie może być piękne. Pobrali się. Mieli troje dzieci. W tym czasie zaprzyjaźniłem się z nimi. A było to tak: Zobaczyłem kobietę niosącą na rękach rozkrzyczane dziecko i zapytałem:
     – Co się stało?
     – Marysia przycięła sobie ząbkami język. Języczek jej spuchł i ona tym przerażona, a przy tym jeszcze ją boli.
     To była sobota. W następny dzień przyszli do mnie wszyscy do zakrystii po Mszy świętej, żeby mi pokazać zdrową już Marysię, Bożenę i Joasię. Jaś malutki został w domu. Tym razem na rękach niósł Marysię – już uśmiechniętą, choć trochę zawstydzoną – najprzystojniejszy z mądrych pediatrów, aby się przedstawić i zaprosić na wieczór na herbatę. O historii ich życia dowiedziałem się dopiero później. Grażyna już odtajała. Znowu w uśmiechach, pogodna, serdeczna, pełna zachwytów, ale i głębokiej mądrości, nabytej w tamtych przejściach. Wpatrzona w niego. On jak zawsze spokojny, cierpliwy, oczarowany swoją Grażyną.
     Sprawa wierności to najpierw sprawa człowieka, który jest zdradzony. Innymi słowy: wierność to jest po pierwsze pozostawanie, trwanie przy człowieku, który odszedł, upadł, zdradził, który – mówiąc krótko – złamał słowo. Sens takiego trwania możemy dopiero wtedy zrozumieć, jeżeli postawimy pomiędzy wiernością a miłością znak równości. Wierność jest innym aspektem tej samej rzeczywistości, którą nazywamy miłością – aspektem, gdzie podkreślony jest element woli opartej o ocenę obiektywną. Właśnie tu nieraz usłyszysz zarzut: jeżeli tak, jeżeli miłość równa się wierności, to jak mogę być wierny człowiekowi, który odszedł; jak mogę kochać człowieka, który upadł. Właśnie: dopiero w takiej sytuacji ukazuje się wierność. Jeżeli ja kocham, jeżeli moja miłość to nie przelotne uczucie, to ona się tak łatwo nie rozsypie, nawet wtedy, gdy on w jakiś sposób zdradzi. Człowiek zdradzony wie dobrze, dlaczego kocha: wie, że ten, kogo on kocha, jaki był taki jest, mimo że się potknął, że z jakiegoś powodu odszedł.
     Druga sprawa – gdy mówimy o wierności – to sprawa człowieka, który przestał być wierny, który zdradził, odszedł. Wtedy jest bardzo ważne, aby nie zapominać o tym, że jesteśmy ludźmi. Innymi słowy: nie zapominać, że ja, który odszedłem, jestem w stanie wrócić. Bo może się zdarzyć, że upadnę, odejdę, zdradzę drugiego człowieka, ale przecież ja wiem, kim on jest, ja wiem, że go nie pokochałem bez powodu. I fakt, że zdradziłem go, nie zmienia faktu wartości tego człowieka, którego kocham. Wobec tego, gdy wreszcie przyjdę po rozum do głowy, opanuję się, stwierdzę, że to była moja słabość, że to było moje potknięcie się. Wtedy wracam. Albo dokładniej: wracam i przepraszam.
     Oczywiście zasady są jasne. Przykład podany na początku – prawie klasyczny, i to tym milszy, że graniczy z cudem. Ale przykładów negatywnych, źle rozegranych i kończących się głupio, jest o wiele więcej, jest przerażająco dużo.
     Obydwoje plastycy. Pokochali się i stanowili parę znakomitą. Bardzo inteligentni. Ta sama dziedzina zainteresowań: grafika. Pracowali cudownie. I naraz pojawił się chłopak – cudzoziemiec, taki szczupły, czarny, bardzo inteligentny chłopak, przyjaciel męża, wszedł w ich życie. Razem z nimi pałętał się nad morzem, po Krakowie, Łodzi i Zakopanem. Ona zaczęła z tym obcym chłopcem chętnie przestawać, najpierw z żartów – ponieważ tamto zdawało się jej nienaruszalne – potem zainteresował ją na dobre, ona jego też coraz bardziej. Doszło do umawiań się, spotkań, wyjazdów poza Markiem. Powoli zaczęły te sprawy do niego dochodzić. Usiłowałem łatać: rozmowy z Beatą, tłumaczenie Markowi. Ale już Beata nie chciała się przyznać do winy. Zwalała winę na Marka – że ją zaniedbywał. Marek uniesiony „męską” ambicją nie chciał jej przebaczyć tego, że go tyle razy okłamała. I rozleciało się wszystko. Ty spytasz: to wyszła za mąż za tego zagraniczniaka? Nie.
     Mówiłem dotąd o małżeństwach. Dlatego, że tu mi łatwiej precyzować pojęcia. Ale te same rygory i te same schematy obowiązują w układzie chłopiec – dziewczyna. Wobec tego przejdźmy do takich niemałżeńskich przykładów.
     – Mam dziewczynę. Chodzę z nią już chyba rok. Poszliśmy na zabawę i naraz okazało się, że tam przyszło jakieś jej towarzystwo, mnie nieznane – jakichś dwóch chłopców, jakaś dziewczyna. Moja dziewczyna przetańczyła prawie całą zabawę z jednym z tych dwóch. Co ksiądz na to, przecież ja przyszedłem z nią na tę zabawę?
     Mówię:
     – Na pewno nietakt z jej strony, bo mogła z tamtym zatańczyć raz czy drugi, ale w końcu nie rób tragedii.
     On mi na to:
     – Proszę księdza, gdyby to był jedyny wypadek, to by mnie oczywiście nie zaniepokoiło, ale mój kolega mi kiedyś mówi: To ta twoja dziewczyna przestała z tobą chodzić? – Nie, co ci do głowy przyszło? Nic się nie zmieniło. – Bo ja widuję ją z kim innym teraz. Wobec tego ja do niej: Słuchaj, dowiedziałem się od kolegów, że ty się spotykasz z kim innym. – Ależ skąd, bzdura, nieprawda. Uwierzyłem. Ale za jakiś czas znowu taka sama gadka z innej strony, od innych kolegów. Wreszcie mi powiedziała: A zresztą, ślubu ze sobą jeszcze nie mamy.
     Co o tym myśleć?
     Sytuacja chłopca chodzącego z dziewczyną nie jest diametralnie różna od sytuacji w małżeństwie – tylko zależy od tego, na jakim etapie. Wierność na godzinę przed ślubem jest prawie identyczna jak w godzinę po ślubie. Możemy mówić o jakimś dochodzeniu do miłości i wierności – do świadomości małżeństwa. Na początku znajomości, kiedy to jeszcze nic nie wiadomo, swoboda w doborze innego partnera jest prawie nieograniczona. Na końcowych etapach obowiązuje wierność prawie taka jak wierność małżeńska. I z jednej, i z drugiej strony. W miarę upływu czasu, gdy coraz bardziej kochasz, coraz bardziej ograniczasz swoje sympatie – coraz bardziej skupiasz się na tym człowieku, którego określasz słowem „mój”. Jemu poświęcasz maksimum uwagi, czasu, troski, uczucia, myśli. Nie chcesz go „okradać” ze swojego uczucia. Nie chcesz, by ktoś zabierał choćby cząstkę miejsca w twoim sercu. To jest wierność, gdy dzień spokojny.
     Aż naraz zainteresuje cię ktoś trzeci. Wtedy to ty powinieneś być zaniepokojony, to ty musisz być bardzo uważny – nie twój partner. To twoja uwaga musi się wyostrzyć. Nie pchaj rąk w ogień. Ani na złość, ani dla żartu, ani dla samej gry, ani dlatego, żeby popróbować siebie czy jego, ani dlatego, żeby pokazać swojemu otoczeniu, ile jesteś wart.
     Bo przejdziesz do zwierzeń. Niepostrzeżenie powstanie w tobie rozdwojenie. Z czasem dominanta przesuwać się zacznie w kierunku tego nowego człowieka, zaczniesz pytać o rady, powierzać swoje sprawy, szukać oparcia, pociechy. Aż twój partner stanie się tobie obcy – i to jest gorsze niż zdrada fizyczna. Rozejście się formalne będzie tylko dopełnieniem tego stanu, który od dawna narastał. Aż odejdziesz od człowieka, którego kochałeś i który cię kochał naprawdę, a którego straciłeś przez swoją głupotę – przez to, że nie umiałeś być wierny w czasie próby.