Biblioteka







MIEĆ DZIECKO


          Matka Gracchów? Rzymska matrona?
          „Propagandowe” nazwisko?
          Nie, to tylko dobroć wcielona,
          Zwykłe matczysko.
                                       (M. Pawlikowska-Jasnorzewska)


     Mam przed oczami parę moich młodych przyjaciół, studentów, potem – od niedawna – już asystentów. On i ona – jakby się w korcu maku mógł ktoś spotkać, tak oni się spotkali. Dwoje matematyków. Jajogłowi. Myślący i formułujący zdania ze ścisłością komputera. Pokochali się. Choć to trudno mi było sobie pomieścić w głowie, że tacy mogą kochać. Podejrzewałem z cicha, że rozmawiają o tych swoich najważniejszych sprawach wzorami matematycznymi. Bo chyba tak było im najłatwiej. Dawałem im potem ślub. Było nawet przyjęcie weselne. Trochę na mój gust dziwne. Może mi się zdawało, ale przebiegało ono w pośpiechu. Miałem wrażenie, że spieszą się do swoich pracowni. Nie myślałem, że będą mieć dziecko. Jeżeli, to chyba urodzą komputer. Ale nie, urodziła się śliczna dziewczynka – Matylda, nawet z zadartym nosem. A potem patrzyłem ze zdumieniem na matkę – na to, jaka się w niej dokonała transformacja. To był już prawie nie ten sam człowiek. Owszem, tak jak dawniej zawsze wyciszona, małomówna, ale co w niej teraz było najbardziej uderzające, to promienność, ciepło, gdy nosiła swe dziecko na rękach, gdy patrzyła na nie, jak leżąc w wózeczku bawi się swoimi rączkami. Ojciec długi czas zachowywał dystans do tego, co się wydarzyło w jego domu. Patrzył z boku na tę okruszynę, która była nazywana jego dzieckiem. Osobisty stosunek nawiązał z nim chyba odtąd, odkąd nawiązał z nim kontakt – gdy na sygnał z jego strony otrzymał odpowiedź, gdy coraz częściej dziecko kierowało ku niemu sygnały uśmiechów, popiskiwań, machania rączką, domagając się odpowiedzi.
     Dziecko. Dziecko chciane, oczekiwane, upragnione to w historii miłości nowa epoka. Dziecko jako owoc kwiatu, który się nazywa miłością małżeńską, jako wynik najgłębszego zjednoczenia, które dokonuje się w akcie współżycia małżeńskiego. Dziecko jako wspólna „własność”. Choć z natury rzeczy inaczej rozwija się miłość matki do swojego dziecka, inaczej miłość ojca. Dziewięć miesięcy ciąży od momentu, gdy kobieta uświadomi sobie, że poczęło się w niej nowe życie, to okres przekraczający możliwości jakiegokolwiek opisu. To, co rozgrywa się w tym okresie pomiędzy matką a dzieckiem, którego tętno, którego ruchy coraz wyraźniej czuje, wykracza poza możliwości rozumienia tych, co tego nie doświadczyli, a więc i ojca. Czasem tylko uczuciem radości wiedziona żona bierze dłoń męża, przykłada do swojego łona, mówiąc: „Czujesz, jak kopie, czujesz?” Ale mąż nie jest w stanie nigdy w pełni zrozumieć przeżyć żony. Nawet może być zazdrosny o tę miłość, którą obdarza żona dziecko, a która – jak on uważa –  cała się jemu należy. Dopiero gdy je zobaczy, gdy zaczyna – jeszcze wciąż ze zdziwieniem – odkrywać w nim własne podobieństwo – a to układ brwi, kształt nosa, zarys brody, odgięcie uszu – może dopiero wtedy nazwie je naprawdę swoim dzieckiem. Gdy znajdzie w nim ten sam co u żony owal twarzy, sposób trzymania głowy, nazwie je naprawdę „naszym dzieckiem”. Potrzebne to, bo czas największego trudu jeszcze przed nimi. To jest czas biegunek, przeziębień, wysypek, uczuleń, zatruć. Czas częstej zmiany pieluszek, czas płaczu – nieustannego płaczu, a więc i nieustannego – w dzień i w nocy – noszenia na rękach tej małej łkającej okruszyny, by przynieść mu ulgę, by przestało płakać, by choć trochę odpoczęło, utuliło się, zasnęło. W tym okresie dla obserwatorów stojących z zewnątrz tego dramatu trud rodziców jest gigantyczny, ponadludzki. Dla samych rodziców tak naturalny i tak sam przez się zrozumiały, że uważają, iż nie ma się czemu dziwić. Bywa, że dla małżeństwa, które złączyło się jakoś w biegu, w jakimś początkowym, „zielonym” stadium, to jest dopiero pierwsza prawdziwa – a więc bezinteresowna – miłość, której wobec siebie wzajemnie nie zdążyli doświadczyć.
     Mieć własne dziecko. Ale to nie to samo co mieć szafę czy samochód. To relacje międzyludzkie i tu słowo „mieć” jest niedobre, a przynajmniej co innego znaczy niż w wypadku rzeczy. I będzie coraz bardziej co innego znaczyło w miarę upływu miesięcy i lat. Od momentu, gdy ta twoja własność przylepiona ufnie, czasem nawet kurczowo wczepiona, wysunie swoją łapkę z twojej dłoni i oświadczy z całą stanowczością: „Ja siama”. I trzeba puścić jej rękę, a ubezpieczać wciąż, żeby sobie nie zrobiła krzywdy, żeby nie zawędrowała do rozpalonego pieca, do otwartego balkonu, do schodów. Na tym polega wychowanie: na dorastaniu do wolności, do samodzielności, do odpowiedzialności. Praktycznie nazywa się to popuszczaniem sznurka, zwalnianiem wodzy, aż dojdzie kiedyś do ich odrzucenia. Ale może się zdarzyć, że jakaś matka nie zgodzi się na to nigdy. Kierowana małpią miłością, będzie chciała dziecko zachować dla siebie wyłącznie, na zawsze. I gdy w życiu jej syna pojawi się inna kobieta, będzie starała się wszelkimi sposobami nie dopuścić do małżeństwa, a nawet gdy do niego dojdzie, doprowadzi do rozbicia. Ściągnie dziecko do siebie, powołując się na obowiązki wdzięczności syna wobec siebie, zapłaty za wszystkie miesiące jego niemowlęctwa, za wszystkie jego choroby, w których go pielęgnowała. Będzie symulowała własną chorobę, niedołężność, by go zatrzymać przy sobie. Dopiero co przeżyłem podobną historię: matka ściągnęła do siebie swoją córkę wraz z dzieckiem, odrywając ją od męża. I to tak przemyślnymi metodami, że córka uwierzyła w krzywdę, którą wyrządza jej mąż, w to, że go nigdy nie kochała i że bez niego jeszcze lepiej wychowa swoje dziecko. Są ojcowie, którzy nie chcą się pogodzić z tym, że ich dziecko to nie ich własność podporządkowana ich woli i całe wychowanie sprowadzają do tresury. I jeżeli się to nie udaje, uważają, że dziecko jest złe.
     Ale może być przeciwnie. Może nie być żadnego sznurka. Może nie być żadnej więzi, żadnego zainteresowania się rodziców swoim dzieckiem. A jeżeli nawet nie żadnego, to minimalne, ograniczone do spraw najbardziej elementarnych: żeby miało co jeść i było jako tako ubrane. Rodzice mają swoje sprawy, swoje dorosłe problemy i zainteresowania, swoje kariery naukowe czy swoje dorabianie się, swoje wczasy czy urlopy, swój samochód i swoje kontakty towarzyskie. Wśród tych wszystkich dorosłych spraw plącze się dziecko ze swoimi pytaniami, zmartwieniami, na które otrzymuje jednakową odpowiedź: „Nie przeszkadzaj”. „Widzisz, że tatuś (mamusia) pracuje (rozmawia, czyta gazetę, książkę, słucha radia, patrzy w telewizor, gra w karty, urządza przyjęcie)”. A tymczasem jedno z praw człowieka brzmi: Każdy człowiek musi codziennie otrzymać pewną ilość pogłaskań. Najwięcej dziecko, mało człowiek dorosły, więcej człowiek stary. Bez pogłaskań człowiek nie potrafi żyć. I jeżeli bez pogłaskań trudno jest żyć człowiekowi dorosłemu, to dziecko nie może się normalnie rozwinąć i braki w tej dziedzinie pozostawiają nieodwracalne skutki w psychice dziecka. Co to są pogłaskania? To po pierwsze zwrócenie na dziecko uwagi, zainteresowanie się nim – co robi, co mówi, o co pyta, to życzliwość, serdeczność, ciepło, to pochwalenie, uznanie, podziw albo nawet nagana, upomnienie.
     Innymi słowy – powtarzając raz jeszcze – rodzice muszą w stosunku do dziecka znaleźć drogę wypośrodkowaną, którą im podyktuje ich serce i rozum – pomiędzy czułością i surowością, by wychować swoje dziecko na samodzielnego człowieka.
     Po drugie – mieć dziecko, to wychowywać je do życia. I wobec tego, jeżeli możesz dać mu jakiś dar największy, to daj mu braciszka czy siostrzyczkę. Ileż to razy słyszałem od jedynaków: Mój największy żal do rodziców to ten, że nie mam rodzeństwa. Najczęstsze wytłumaczenie ze strony rodziców: „Chcemy naszemu dziecku dać wszystko, czego potrzebuje. Nie stać by nas było na to wobec dwojga dzieci”. A prawda brzmi wciąż tak samo: największy dar, jaki rodzice mogą dać swojemu dziecku, nazywa się braciszek albo siostrzyczka. Żyjąc samotnie z najbardziej nawet kochającymi rodzicami, staje się starym malutkim, zostaje mu zabrany najpiękniejszy okres życia, który się nazywa dzieciństwem. Jeżeli tylko to możliwe, dzieci powinny się rodzić w krótkim odstępie czasu.
     Boże, nikogo nie namawiam do dziewięciorga dzieci. Chociaż… Jechałem akuratnie samochodem, gdzieś tam po Rzymie, i brat zakonny, Władysław, który wóz prowadził, powiedział: „Nas w domu było dziewięcioro”. Wyrwało mi się: „Jak sobie wasza matka potrafiła poradzić z taką gromadą?” „Mam nie miała dużo roboty. Trzecie dziecko miało za obowiązek wychowywać pierwsze, i tak szło”.
     Mimo to nie namawiam nikogo do dziewięciorga, chociaż… do trójki na pewno. Nas w domu było czworo. Brat umarł, została nas trójka i żal nam, że nas nie ma więcej. Niemniej, lansuję plan minimum: jeżeli rodzice chcą dać dziecku jakiś dar największy, to niech mu dadzą braciszka albo siostrzyczkę.
     Siedzę w zaprzyjaźnionym domu, popijając herbatę i rozmawiając o jakichś ważnych sprawach. Na środku pokoju na dywanie bawi się dwójka rodzeństwa. Od czasu do czasu wybucha jakaś awantura, czasem kończy się rykiem starszego czy młodszego i skargą na kolanach mamy: „Mamo, bo Piotluś zablał mi zabawkę”. Potem próba mediacji i powrót do dalszej zabawy. Ale niechby mama ukarała za surowo Piotrusia, to będzie zaraz drugi ryk: w obronie „Piotlusia”. Cóż pomogą wykłady, jak dziecko powinno się zachować. Nie ma innej, lepszej szkoły życia niż życie samo. I to się dzieje na oczach i przy współpracy rodziców.
     – A cóż tam tak cicho? – pytam w innym domu.
     – Bawią się w szkołę. Starszy właśnie wrócił ze szkoły i ma lekcję z Andrzejkiem.
     – Przecież Andrzejek ma dopiero dwa latka.
     – Tak, ale bardzo lubi te lekcje. Starszy prowadzi dziennik, pisze w nim noty. Mogą tak godzinami.
     To jest najlepsza nauka życia – kontrolowana przez rodziców.
     Drugi bardzo ważny czynnik w rozwoju dziecka, twórczy albo destrukcyjny – bardzo, ale to bardzo często przez rodziców niedoceniany i w związku z tym pozostawiony samemu sobie – to koledzy i koleżanki. W hierarchii ważności zajmują drugie miejsce po rodzeństwie. Oczywiście, koleżanki i koledzy to w dużej mierze czysty zbieg okoliczności. Decyduje o tym sam fakt, że dziecko mieszka w tym, a nie innym bloku, że chodzi do tej właśnie szkoły i tej klasy. Ale na dobrą sprawę i w tych tak zwanych losowych przypadkach też istnieje jakieś „pole gry”. Poza tym istnieje duże pole działania, z którego rodzice często nie korzystają. A trzeba rozglądać się pilnie, szukać rodzin, szukać dzieci w tych rodzinach, które by były dobrymi partnerami dla mojego dziecka. Zaznajomić się z takimi domami. Planować wspólne wakacje, ferie. Zapraszać te dzieci, tych rodziców do swojego domu z okazji rodzinnych uroczystości. Oczywiście nie na siłę. Oczywiście jako propozycję, która może będzie przez dziecko odrzucona albo która może zostanie przyjęta. Dzieci już starsze można zainteresować wakacjami, obozami organizowanymi pod opieką księży. Takich i tym podobnych możliwości jest wiele, a trud włożony w ich wynalezienie opłaca się zawsze.