Biblioteka






GDY JEDNO JEST NIEWIERZĄCE



          Dzieci na Wielkanoc są inne niż zazwyczaj,
          w dzieciach na Wielkanoc jest moc tajemnicza,
          dzieci na Wielkanoc
          wstają bardzo rano
          i pytają: – Dlaczego dzwony tak głośno krzyczą?
                                                                          (K. I. Gałczyński)


     Przyszli obydwoje z jakąś bardzo ważną sprawą. To było widać po ich skupieniu. Rozebrali się z kożuchów. Powiedzieli, że dawno nie widzieliśmy się.
     – Czy to jedyny powód, dla którego przyszliście?
     Pili herbatę, jakby nic ważniejszego nie mieli do zrobienia, ze spuszczonymi oczyma. Zaczął on:
     – Wie ksiądz, jest taka delikatna sprawa, chodzi o to po prostu, że nasza Moniczka rośnie, już ma dwa latka i powstaje pytanie, co będzie dalej? Już się klują jej pierwsze pytania.
     Jeszcze nie wiedziałem, o co chodzi. Słuchałem w milczeniu.
     – Przecież choinka, przychodzi Boże Narodzenie, jakąś szopeczkę trzeba będzie zrobić – może razem z nią.
     Podjąłem po wariacku, jak się potem okazało:
     – Najlepiej. Oczywiście. Zróbcie tak. Tak trzeba. Teraz jest Adwent. Trzeba co wieczór. Pamiętam, tak było u nas cudownie, wyciągało się co wieczór bańki, zabawki – były złożone w pudłach z roku poprzedniego – i zaczynało się je naprawiać. Bo okazywało się, że pajacowi się buzia zbiła, trzeba było nową wydmuszkę, pogniótł się łańcuch, oderwał się dziób ptaszkowi. To wszystko trzeba było lepić, malować, a już nowe pomysły wciąż się rodziły, gdzieś tam zasłyszane, gdzieś tam zobaczone w tamtym roku przy śpiewaniu kolęd u sąsiadów. A gdy Boże Narodzenie było tuż tuż, całkiem blisko, to malowaliśmy orzechy na złoto taką pozłótką śmieszną, która się kleiła potem do palców i trudno było to nawet zmyć, zresztą nie bardzo chcieliśmy to zmyć, bośmy chcieli być trochę złoci. A już całkiem na końcu odbywało się wiązanie jabłkom nitek, żeby je przymocować do drzewka.
     Wreszcie się opamiętałem. Wyhamowałem swoje gadulstwo i zakończyłem, na mój gust, mniej więcej zgrabnie:
     – Oczywiście, róbcie tak z dzieckiem.
     Spostrzegłem, że trafiłem jak kulą w płot. Skutek był żaden. Żadnych jakichś uśmiechów radości czy zadowolenia, że ja im poddaję te myśli. Było wprost przeciwnie – jakieś większe zażenowanie i nieśmiałość. Pomyślałem: Och, tu coś jest niedobrze. Tylko wciąż nie wiedziałem, co jest. Podjęli oni:
     – Tak, właśnie o to chodzi. Nasza Moniczka jest już coraz większa i… No, bo szopka i drzewko to jeszcze nie zmartwienie. Tak, szopka… Bo można nawet kupić takie wycinanki, nakleić na dyktę albo na tekturę, można to samemu zrobić.
     Przerwali. Zapanowała znowu cisza. Wyrwałem się jak Filip z konopi:
     – Pamiętam, robiliśmy taką szopkę w domu. Czworo nas było. Strzecha była z prawdziwej słomy. Wyprosiliśmy ją od kobiety noszącej ser i jajka. Na to jeszcze trochę waty. Figurki pasterzy były powycinane z dykty. Jeszcze trochę mchu, żeby owieczki mogły się gdzie kłaść.
     Spostrzegłem, że żadnej reakcji nie ma. Zaryzykowałem pytanie wprost:
     – No dobrze, a więc co z tą Moniczką? – spytałem.
     – No właśnie. Nie wiem, czy ja księdzu wspominałem o tym, że moja żona jest niewierząca.
     Nie, nie wiedziałem, nie pamiętałem, czyżby to w ogóle do mnie nie dotarło.
     – Tak, ona skończyła z tymi sprawami zaraz po maturze.
     – Czy tak? – spytałem, wciąż zaszokowany tą wiadomością.
     – Tak – przytaknęła.
     – Po prostu wyrobiła sobie inny pogląd na świat, przestała praktykować. No i wie ksiądz, teraz przychodzi sprawa wychowania dziecka. Przecież Moniczka rośnie. Takie wydarzenia jak święta Bożego Narodzenia czy każde inne święta. Ale niezależnie od tego trzeba wszystko jakoś to ustalić. Żona powiedziała, że wcale nie ma zamiaru wbrew swoim przekonaniom mówić cokolwiek dziecku na temat wiary, więc to będzie teraz moja sprawa. Ale dziecko zadaje pytania, stawia problemy, żąda odpowiedzi i nie wybiera czy matka, czy ojciec. Co my mamy teraz zrobić.
     – Tak, rozumiem – powoli przychodziłem do siebie. – Sytuacja nie jest łatwa i na pewno nie wolno pani postępować niezgodnie z sumieniem, ale z drugiej strony trzeba mieć dostateczną ilość taktu i wyczucia, ażeby nie zrobić krzywdy dziecku. Sprawa po prostu jakiejś kultury współżycia, wzajemnego zrozumienia i będzie wszystko dobrze.
     – Ale – przerwał – no dobrze, co będzie jednak, gdy Moniczka spyta żonę o te rzeczy?
     – Proszę się nie martwić. Każda sprawa ludzka jest do załatwienia, jak jest tylko trochę dobrej woli. A więc po prostu – pan obejmie wychowanie religijne dziecka. Pan będzie się z Moniczką modlił rano i wieczór.
     – Już tak robię – przerwał mi.
     – No właśnie – mówiłem dalej – pan będzie chodził z dzieckiem do kościoła i pan będzie odprowadzał je na katechizację. W końcu odprowadzania na katechizację i żona może się podjąć, to jeszcze nie jest coś wbrew swoim zasadom. No i pan będzie mówił dziecku swojemu o Bożym Narodzeniu i o Adwencie, gdy pan będzie wycinał te zabawki, i pan będzie chodził na święcenie pokarmów przed Wielką Niedzielą, pan zadba o to, żeby było sianko pod obrusem. Zresztą, powiedzmy sobie i to, że to są tradycje już tak polskie i narodowe, że i dla pani nie będzie trudnością w nich uczestniczyć. Sprawa odbioru, sprawa podejścia do tego…
     – No a z pytaniami, jakie dziecko będzie zadawało? – przerwał mi znowu.
     – Tu trzeba sprawę postawić bardzo wyraźnie, trzeba po prostu powiedzieć dziecku: a z takimi pytaniami to zwracaj się do tatusia, bo tatuś jest specjalistą od tych spraw. I wtedy będzie dobrze.
     Kończyli pić herbatę.
     – No to już pójdziemy chyba. Na nas czas i nie chcemy zabierać czasu księdzu.
     Pomagałem im ubierać kożuchy. Pozapinali się, odprowadziłem ich do drzwi i tak patrzyłem jak schodzili – teraz bardziej razem niż przedtem, gdy tu wchodzili, pełni niepokoju i troski o swojego małego człowieka, którego mają wychować.