Biblioteka


POGADAJMY O WAŻNEJ SPRAWIE



2. MODLITWA JAKO TERAPIA

      1. Co to znaczy modlić się? Czym jest modlitwa? Jedna z odpowiedzi na to pytanie brzmi: modlitwa to jest spotkanie człowieka z Bogiem.

Co to znaczy „spotkać się”? Jeszcze nie mówmy: z Bogiem, najpierw z człowiekiem. Można zobaczyć się z rozmaitymi ludźmi choćby w dzień imienin. Można z nimi rozmawiać o pogodzie, o polityce. Ale naprawdę – zawsze czekasz na tego kogoś. I przejdzie takie przyjęcie bezowocnie, jedno, drugie, dziesiąte. Aż może doczekasz się. Tego jednego, jedynego człowieka – którego już znasz albo jeszcze nie znasz, ale za kim podświadomie, a może całkiem świadomie tęskniłeś. Tego, kto ciebie odbierze po pierwszych dwóch zdaniach, po pierwszym spojrzeniu. Przed którym wreszcie możesz się otworzyć, opowiedzieć mu swoje zachwyty i wyżalić się, bo cię zrozumie, wysłucha, poradzi – z którym potem rozstać się trudno, a rozmowy nawet do białego rana nie dosyć – kogo możesz nazwać przyjacielem.

Dopiero takie spotkanie może ci przybliżyć zrozumienie, czym powinna być modlitwa. Bo to wszystko inne, co nazywasz modlitwą, przypomina bardzo często ot, to gadanie u cioci na imieninach – o tym, o tamtym, o wszystkim i o niczym, co się wykłada na nasz język – odklepanie pacierza: jakiś tam znak krzyża świętego na początku i na końcu, atrapa tego wszystkiego, czego nas rodzice uczyli. Nawet nie zauważysz Pana Boga, może najwyżej przemkniesz po Nim oczami. Ale to nie jest spotkanie z Nim.

Żeby Boga spotkać, trzeba zatęsknić. Za Nim zatęsknić. Choćby wtedy, gdy jesteś zachwycony światem, ludźmi, człowiekiem, zachodem słońca, zapachem lasu, urodą łąk, wierszem, teatrem, obrazem, muzyką – znowu człowiekiem. Zatęsknić za Bogiem, którego spotykasz w Jego stworzeniach.

Trzeba zatęsknić za Nim wtedy, gdy jesteś szczęśliwy, gdy wszystko ci się dobrze układa i w domu, i w pracy, gdy jesteś na fali tworzenia, działania, gdy ludzie cię chwalą i ty masz poczucie dobrze spełnianego obowiązku – zatęsknić za Nim, który jest Sprawcą wszystkiego i tego, co się w twoim życiu dzieje.

Trzeba zatęsknić również wtedy, gdy jesteś bezradny, gdy nie wiesz, co dalej, gdy ani ty, ani nikt nie jest ci w stanie doradzić, jak należy postąpić, jaki kolejny ruch powinieneś wykonać – za Nim, który jest Mądrością.

Ty, sto razy upadający i sto razy usiłujący stanąć na nogach – za Nim, który jest Siłą.

Ty, skołatany kłopotami własnymi, kłopotami innych ludzi, które ci bezceremonialnie wrzucają na plecy – za Nim, który jest Wytrwałością.

Ty, który nie wiesz, jak uratować siebie albo innych przed śmiercią, jak wyjść z choroby, w której tkwisz albo ty, albo twoi bliscy – za Nim, który jest Wszechmocny.

Ty, niezrozumiany przez ludzi – za Nim, który jeden do końca cię rozumie.

Ty, zmordowany pracą, hałasem, jazgotem ludzkim – za Nim, który jest odpocznieniem.

     2. Powinieneś z tego zdać sobie sprawę: Codzienne urazy gromadzą się w tobie. Dzień za dniem uderzają w ciebie bolesne ciosy. Ze strony ludzi, ze strony świata. Ze strony najbliższych i ze strony obcych. To mogą być drobiazgi: Nie to słowo, które zostało w twoim kierunku zwrócone, nie to słowo, nie ten uśmiech, nie ten gest, jakiego byś oczekiwał. Zaczynając od tego. A kończąc na zawodach, rozczarowaniach, na wyraźnych krzywdach, niesprawiedliwościach, nieuczciwościach, które spotykają cię od najbliższych nawet, a i od ludzi stojących z zewnątrz – od przełożonych i od podwładnych, wreszcie od takich ludzi, z którymi w ogóle kontaktów nie miałeś i nie chcesz mieć. Oszczerstwa. Obmowy, niedyskrecje, chamstwa, zwyczajne potrącenia, nieuprzejmości w tramwaju, na ulicy, w sklepie. Brak cierpliwości, uprzejmości, delikatności, brak troski tych, którzy się tobą opiekują w chorobie. To wszystko wali w ciebie dzień za dniem.

I ty sam też jesteś winien, że ci nielekko. To twoja codzienna słabość, twoja głupota, która ci coraz bardziej ciąży, niedokształcenie, źle rozgrywane i przegrywane sprawy, to myślenie na odległość własnego nosa. Twoja naiwność, prymitywizm, z których tylko czasem zdajesz sobie sprawę i równocześnie twoja pazerność, chciwość, wybuchy gniewu, które ciebie samego przerażają, krzywdy, które innym wyrządzasz, do których długo nie chcesz się przyznać – czasem nigdy. I to wszystko – każde z tych wydarzeń – nie spływa po tobie, nie ginie w niepamięci.

Do tego dołącza się cały śmietnik, z którym spotykasz się chcąc nie chcąc na co dzień. Artykuły w tygodnikach, gazetach codziennych – złe, głupie, prymitywne, sensacyjne, ziejące nienawiścią. Rozmowy poniżej wszelkiego poziomu, powiedzenia, dowcipy, dowcipasy, za które ci wstyd, rozmówcy posługujący się językiem uwłaczającym godności ludzkiej.

Do tego dołącza się śmietnik, który ty sam sobie zafundowałeś i z uporem maniaka nieustannie sobie fundujesz. To są programy telewizyjne i filmy. Oglądasz horrory, okropności z gatunku science fiction – ale przecież nie tylko – obrazy ukazujące okropności wojny, ale i bestialstwa, które dzieją się w czasie pokoju, znęcanie się człowieka nad człowiekiem, tortury, morderstwa, gwałty, przemoc, zwyrodnienia psychiczne, ludzie dokonujący monstrualnych zbrodni, przestępstw. I seks najbardziej wyuzdany, perwersyjny, obnażanie się, prześciganie się w tym, co jeszcze można odsłonić i jak odsłonić aż do obrzydliwości, kiedy już nie można dłużej patrzeć bez wstrętu i przerażenia. A przy tym ta tak zwana normalna, a ogłupiająca, masa seriali, które ukazują życie w nieprawdziwym zwierciadle, życie gdzie się łatwo zdradza, kłamie, oszukuje, gdzie się łatwo napada, rabuje, strzela, morduje, gdzie wciąż trwają gonitwy, pościgi, ucieczki tych ludzi-zwierząt, zwierząt-ludzi. A tej zabawy w życie, a tej nauki życia głównym sensem jest zdobywanie pieniędzy i łóżko. I w ten sposób zabudowujesz sobie swoją wyobraźnię aż po sam sufit, żyjesz w oparach zła, które z czasem coraz wyraźniej zaczyna o sobie dawać znać.

Bo to wszystko zostaje w tobie. Nie potrafisz – jak w szkolnym zeszycie – gumką po prostu wymazać to, coś zobaczył czy przeżył. Nie potrafisz jak w komputerze przez naciśnięcie klawisza zlikwidować to, co ci przeszkadza. To już zostanie w tobie na zawsze. I już coraz mniej stać cię na to, by patrzeć normalnie na drugiego człowieka. I już nie potrafisz myśleć po swojemu – ty, jako ty sam – o miłości, o pracy, o życiu, o obowiązkach, o radościach, o tragediach, ale myślisz tamtymi obrazami, których cię nauczył film, posługujesz się tamtymi reakcjami, nawet słowami. Czasem wraca wyraźnie w snach, z których się zrywasz z krzykiem. Ale gdyby nawet i w snach nie wracało, to czujesz ten ciężar. I nie możesz sobie z nim poradzić. Szarpiesz się jak spętany, rwiesz się jak koń ciągnący zbyt wielki ładunek. Narastają w tobie kompleksy, zahamowania, fobie, wypaczenia – karłowaciejesz coraz bardziej, jesteś z dnia na dzień coraz bardziej przestraszony, uprzedzony do ludzi i do świata.

Jeżeli nie potrafisz się sobie przyjrzeć w prawdzie, to możesz się rozglądnąć i zobaczysz, jakie chodzą po świecie kaleki. Połamani, powykręcani, przetrąceni. Choćby z „zakrętem” na zemstę, na seks, na zazdrość, na pieniądze. Trudno z nimi rozmawiać. Bez przerwy wracają do swego tematu. Żadne twoje wyjaśnienia, tłumaczenia nie pomagają. Bywa, że uderzy w nich taki cios, po którym się nie pozbierają. I trzeba iść do zakładu zamkniętego.

      3. Może już nie spytasz, co ma z tym wszystkim wspólnego modlitwa. Modlitwa to jest porządkowanie swojego świata – całego świata, każdego świata – na tym modelu, w którym Bóg stanowi podstawę dla wszystkiego, co jest. Bo naprawdę dopiero w Nim, który cię stworzył i który jest Stwórcą wszystkiego, możesz zobaczyć w prawdzie siebie samego, ludzi i świat. Dopiero w zjednoczeniu z Nim potrafisz powiedzieć: nieważne – o tym, co nieważne i: ważne – o tym, co naprawdę ważne. Wyjaśnić sobie to, czego bez Niego nie zrozumiesz. Układać na nowo prawidłową hierarchię wartości, naruszaną przez ludzi, przez świat, przez ciebie.

Tylko czy potrafisz się modlić, czy potrafisz spotkać się z Bogiem, z Nim się zjednoczyć: ty – taki ziemski, zmysłowy – z Nim, który jest czystym Duchem. Jak sięgnąć Jego wyżyn. Jak wznieść się ponad swoją materialność, cielesność. Jak odnaleźć Tego, który jest Spokojem, w twoim rozbałwanionym świecie?

Dlatego najpierw proś Go o to, żeby to rozbieganie twojej wyobraźni wyciszyło się. I żeby fala uczuć opadła. Żeby napięcia zelżały. Ta prośba to już pierwsze kroki do Niego. Mów do Niego swoimi słowami. Mów do Niego choćby tak, powoli, powoli, bardzo powoli:

Ty, który jesteś Pokojem, Ty, który jesteś Pokojem, Ty, który jesteś Pokojem,
daj mi siebie.
Daj mi Twoją ciszę. Daj, bym ja stał się ciszą. Bym się złączył z Tobą, który jesteś Ciszą.
Ty, który jesteś Światłem, Ty, który jesteś Światłem, Ty, który jesteś Światłem,
rozjaśnij moje mroki.
Ty, który jesteś Miłością, Ty, który jesteś Miłością, Ty, który jesteś Miłością,
daj mi Twoją miłość.
A potem odkryjesz, że On jest jeszcze i Przebaczeniem, i Radością.

Klęcz z pochyloną głową i zamkniętymi czy półprzymkniętymi oczami. W kościele czy w domu. [Ks. Jerzego Popiełuszkę zastałem w czasie wakacji, na parę miesięcy przed jego śmiercią, wcześnie rano, jak klęczał na piachu na pustej jeszcze plaży, z twarzą zwróconą ku morzu.]

Stój oparty o drzewo w lesie, stój w kościele. Albo, jak wolisz, siedź w łąwce kościelnej, na łące, w swoim mieszkaniu. Pięć minut, dziesięć. Aż się uciszysz, aż się uspokoisz – aż zobaczysz w swojej ciemności światło, choćby na początku jak jeden daleki, jasny punkt. Aż ocieplejesz, aż rozgorzejesz, aż się odprężysz, rozjaśnisz jak twarz Jezusa na Górze Przemienienia.

I co dalej? – spytasz. I nic. Tak trwaj przed Nim i w Nim ogarnięty Ciszą. I nie mów nic. Jeżeli chcesz, możesz powiedzieć tylko jedno słowo: „Ojcze”. Albo możesz mówić, co ci podyktuje serce. Możesz prosić, dziękować, wielbić.

Możesz mówić do Niego o konkretnych twoich sprawach. Tak jak Syrofenicjanka, która prosiła o uzdrowienie swojej córki. Pytaj. I słuchaj. Bo On do ciebie też mówi. Słuchaj. Bo On istnieje jako trwała Rzeczywistość w twojej duszy. Jako stały Partner, z którym prowadzisz rozmowy. Partner najdroższy z partnerów. Przyjaciel najwierniejszy z przyjaciół.

Przekonasz się, jak pod wpływem takiej modlitwy zacznie zmieniać się twoje życie. Uspokoisz się. Zaczną się topić góry lodowe kompleksów. Odblokują się twoje zahamowania. Zabliźnią się, wygoją twoje urazy. Spadnie z ciebie garb, który ci rósł bez końca – garb pretensji do ludzi, niewyrównanych z nimi rachunków, żalów, gniewów. Będziesz umiał porzucać to, co nieistotne. Będziesz coraz bardziej postępował, myślał, mówił jak On – w prawdzie, sprawiedliwości i wolności.

     4. Ale gdy myślę o tym wszystkim, co zostało powiedziane, dochodzę do wniosku, że to jest groch o ścianę. I to z bardzo prostego powodu. Boimy się Pana Boga. Boimy się na Niego podnieść oczy. Boimy się, żeby On nie spojrzał na nas. Dlatego też wolimy paciorki niż modlitwę. Ot, takie z daleka pokłonienie się Panu Bogu, ruszenie kapeluszem, gdy przechodzimy obok kapliczki, i jakby śpiesząc się – szybko przemknąć, oddając Mu , co Mu się należy: to ruszenie kapeluszem albo pośpiesznie zrobiony znak krzyża świętego. I dlatego wolimy odklepać swój pacierz, potem prędziutko dźwignąć się z klęczek i zapomnieć.

Boimy się Pana Boga. Tak jak wtedy, kiedy położymy się na plaży w nocy, popatrzymy na czarną czaszę nieba i gwiazdy, na księżyc – i zaczynają nam powoli włosy stawać dęba ze strachu. Gdy zdaje się nam, że jeszcze chwila i zwariujemy ze strachu, wtedy najlepiej znaleźć sobie na niebie Wielki Wóz, Mały Wóz, Drogę Mleczną – i tak uratować się.

Boimy się stawać przed Nim w pustym kościele. Na Mszę świętą wolimy z chmarą ludzi wchodzić, z chmarą ludzi wychodzić, w kupie. Ale nie samotnie. Bo mógłby na nas spojrzeć, bo moglibyśmy na Niego podnieść wzrok. A wtedy nam się zdaje, że jeszcze moment, a piorunem w nas uderzy. Bo mamy świadomość, w takich chwilach zwłaszcza, jacy jesteśmy niedorośli. Jak nasze życie jest skarlałe. I że my za nie ponosimy odpowiedzialność.

Skąd ten strach? Bo my wciąż w swojej świadomości nosimy Boga Starego Testamentu. Wciąż ten Bóg z gromami w dłoniach.

Gdy będziesz w Krakowie, pójdź jeszcze raz do kościoła Franciszkanów na Franciszkańską, gdzie jest witraż Wyspiańskiego nad organami – Bóg Stworzyciel. Najlepiej wejść bocznym wejściem i iść do tego ogromnego, groźnego witraża. Powolutku w niego wchodzić. To jest Ten – Kogo się boisz.

Ale potem trzeba się odwrócić i zacząć drogę powrotną – spod chóru ku prezbiterium, gdzie ołtarz główny, Najświętszy Sakrament i krzyż. Gdzie obok w witrażu bł. Salomea w zachwycie i św. Franciszek z Asyżu. Idź ku Bogu, który jest Miłością. Który jest Miłosierdziem. Który jest Wyrozumiałością. I uwierz w to, że Bóg cię kocha takiego, jaki jesteś.

Żebyś umiał za Nim zawsze zatęsknić. Żebyś chciał być z Nim jak najczęściej zjednoczony.