Biblioteka


PUSTELNICY



 


PUSTELNICY


 
     Już pod wieczór otrzymaliśmy telefon ze Spytkowic, że proboszcz tamtejszy ciężko zachorował i prosi o zastępstwo. Wobec tego wigilię na naszej plebanii przyspieszono. Ksiądz dziekan wyznaczył mnie do zastępowania chorego proboszcza. Jeszcze przed godziną 21 dano znać, że przyjechali po mnie. Przy niziutkich saniach, do których zaprzężone były dwa niewielkie, czarne, o długiej sierści konie, z ogonami do samych pęcin, stał woźnica ubrany w wielki kożuch i w ciepłą czapę, spod której błyskały oczy, sterczały wąsy i zwisała fajka. Wszystko to wyglądało egzotycznie, trochę nierzeczywiście. Aby przekonać się o realności tego, co widziałem, zagadnąłem do woźnicy coś o koniach. Dowiedziałem się, że jedzą byle co, nie chorują, robotne, silne, szybkie. Spytałem o pustelnika. Zamilkł. Potem odpowiedział: „Pomarł. Świeć, Panie, nad jego duszą”. I już nie odzywał się wcale. Gdy ruszyliśmy, zawinąłem się w baranicę i w pozycji półleżącej patrzyłem w gwiazdy. Mróz był silny. Śnieg duży.
     Plebania była urocza. Pachniało w niej woskiem i pszczołami, pszczołami przez całą noc grały świerszcze. Po południu w pierwszy dzień świąt przyszedł kleryk i spytał, czy nie przeszedłbym się; powiedział, że chce mi pokazać pustelnię. Poszliśmy na „Dzioł”, grzbiet górski dzielący Spytkowice od Podwilka. Po drodze kleryk opowiadał mi o pustelniku. Nikt nie wiedział, skąd się wziął. Przyszedł i zamieszkał w opustoszałej chatce po poprzednim, zmarłym pustelniku. Rzadko pojawiał się między ludźmi. Przynosił wtedy jakieś tam przez siebie zrobione rzeczy. Dawali mu za to jedzenie: kaszę, mąkę. Zresztą bez tego też by mu dali. Dobrze im z nim było. Jakoś był im potrzebny. Trudno to określić. Ale to chyba było tak: był on dla nich jak płonąca świeca adwentowa. Otaczali go szacunkiem. Pełni podziwu i uznania dla jego wyrzeczenia i umartwienia. Potwierdzał, że To Wszystko nie jest pustym słowem, że Pan Bóg jest godny wielkiej miłości.
     Słońce już zachodziło, gdy weszliśmy w las. Tam, w głębokim jarze, schowana pomiędzy drzewami, mało różniąca się od nich, już tak samo sczerniała od deszczu, stała maleńka chatka. Byłbym nie zauważył, gdyby mi jej nie wskazał kleryk. Proponował, żebyśmy tam weszli, ale nie chciałem profanować jej spokoju i ciszy.


     Pustelnicy pojawili się w Kościele prawie od początku jego istnienia, gdy tylko chrześcijaństwo zaczęło się rozszerzać, gdy poczęło obejmować szersze kręgi społeczeństwa. Życie pustelnicze było odejściem w samotność. Po to, jak powie św. Augustyn – sam zwolennik tego typu życia – aby żyć w jedności wewnętrznej, wyłącznie dla Boga, a nie być rozdartym troską o Boga i świat.
     Szczególnie wielu pustelników było w Egipcie i w Małej Azji. Głównym tego powodem był mistycyzm ludzi Wschodu. Jest faktem, że ludzie Wschodu są bardziej „wewnętrzni”, głęboko przeżywający. Dla nich miłość Boża łączy się nierozerwalnie z kontemplacją. Życie pustelnicze jest dla tych ludzi antycypowaniem stanu szczęśliwości. Pustelnicy uprzedzali stan, który nastąpi po śmierci: visio beatifica – obcowanie z Bogiem twarzą w twarz – tylko – tak jak w czasie naszego pielgrzymowania jest to jedynie możliwe – dokonywali tego przez modlitwę i kontemplację. Nie chcieli, aby im przeszkadzało ciało ze swoimi namiętnościami i skłonnością do złego. Stąd umartwienie.
     To wszystko zresztą spełniali w poczuciu łączności ze społecznością całego Kościoła i w tym sensie, że przez swoje życie przyczyniają się do zbliżenia Królestwa Bożego w duszach innych chrześcijan.
     Klasycznym wzorem pustelnika był św. Antoni Egipcjanin, który odszedł na odludzie mając 20 lat i zamieszkał w ruinach w pobliżu Pisper. Ale po jakimś czasie poszedł dalej w głąb pustyni i osiedlił się na górze Kolozim, bo po prostu nie wytrzymywał napływu ludzi szukających kontaktu z nim. Umarł około roku 356. Jego biografię napisał św. Atanazy około roku 360. Służyła pokoleniom pustelników za wskazówkę, za wzór życia. Rzecz charakterystyczna – ludzie potrzebowali pustelników i umieli ich odnaleźć na pustyniach. Przychodzili po radę, pomoc, czasem prosili o jakąś ingerencję bezpośrednią. Czasem pustelnicy powracali ze swoich pustelni do życia wśród ludzi. I tak np. św. Antoni Egipcjanin dwa razy powracał, zresztą na krótko, do Aleksandrii: raz w czasie prześladowań Dioklecjana, drugi raz, gdy szerzyła się herezja Ariusza.
     Bywało, że ludzie, którzy przychodzili do jakiegoś pustelnika, szukając pomocy, pozostawali przy nim na całe życie. Byli inni pustelnicy, którzy zachęceni sławą jakiegoś samotnika przychodzili, prosząc o rady, i zostawali w jego pobliżu, by czerpać z jego życia wzór dla siebie. Zajmowali pobliskie groty lub budowali sobie lepianki. I tak powstawała jakaś wspólnota pustelników. Schodzili się na nabożeństwa, modlitwy, nauki, czasem również posiłki, czasem nawet ustalali porę snu. Było takich wspólnot wiele i rozmaitego typu. Najsławniejsza to św. Pachomiusza w Górnym Egipcie, założona w roku 323. Napisał on wskazówki życia dla swojej wspólnoty, zawarte w 194 artykułach. Jest to jak gdyby pierwsza reguła mnisza. Świadczy o dużej znajomości praw psychiki. Znamienne, że kładzie – po pierwsze – duży nacisk na posłuszeństwo przełożonemu – i po drugie – łączy ascezę z pracą. Gdy św. Pachomiusz umierał w roku 364, pozostawił 9 wspólnot męskich, którym przewodniczył, i 2 żeńskie, na których czele stała jego siostra Maria.
     Na Wschodzie – w Palestynie był św. Hilarion z Gazy (+ 367), w Azji Mniejszej św. Eustachy (+ 356), ale najsławniejsza była wspólnota św. Bazylego, którą założył on około roku 357 w Poncie wraz ze św. Grzegorzem z Nazjanzu. Św. Bazyli napisał „Regułę większą” i „Regułę mniejszą”. Formułuje w nich swoje poglądy na życie mnisze, określając je wyraźnie jako „życie Pismem Świętym”. Cały nacisk kładzie nie na praktyki zewnętrzne mnicha, ale na wewnętrzną postawę. Dzieła te miały kapitalne znaczenie dla rozwoju życia mniszego tak na Wschodzie, jak i na Zachodzie. Warto wiedzieć, że stanowiły one m. in. podstawę życia ośrodka mniszego na górze Athos, z którego mnisi poszli w X wieku do państwa kijowskiego, gdzie rozwinęli się znakomicie.
     Koncepcja życia pustelniczego w formie zorganizowanych wspólnot wciąż wracała w Kościele. Przykładem niech będą: św. Romuald z Camaldoli w 1012 roku, benedyktyni – pustelnicy z Monte Virgine, Wilhelm z Volpiano, kartuzi z roku 1084. W ostatnich latach – Karol de Foucauld.
     Ale rzecz charakterystyczna, dobrze uwidoczniona w życiu św. Bazylego: bywało tak, że społeczeństwo chrześcijańskie lub przełożeni kościelni żądali od pustelnika, żeby porzucił swoją samotnię i objął konkretne stanowisko w Kościele lub wykonywał funkcję potrzebną dla życia społeczności. Tak św. Bazyli, wyrwany ze swojej wspólnoty pustelniczej, został w roku 365 wyświęcony na kapłana dla Cezarei w Kapadocji, a w roku 370 wybrany na jej metropolitę.
     Gdy patrzymy na życie wielu wybitnych biskupów, teologów, działaczy tamtych czasów – takiego na przykład św. Hieronima (+ 420), doradcę papieży, pisarza, tłumacza Pisma Świętego na łacinę z hebrajskiego, niesłychanie gwałtownego polemistę, czy św. Augustyna (+ 430), duszpasterza, pisarza, lub św. Grzegorza z Nazjanzu (+ 390), biskupa, mówcę, pisarza – trzeba stwierdzić, że żyli oni w jakiś sposób podwójnym życiem; nie wiadomo, czemu przypisywali większe znaczenie, czemu oddawali się z większą pasją: czy pracy aktywnej czy życiu pustelniczemu. Może – wbrew pozorom – te dwa sposoby życia były u nich ściśle złączone?
     Powiedzmy jeszcze i to, że życie pustelnicze stoi z reguły na początku wielkich dzieł w Kościele, a potem stale im towarzyszy. Miał swoją pustelnię św. Benedykt, miał św. Franciszek z Asyżu, miał ją nasz Brat Albert. Ten styl pustelniczy wszedł na stałe do życia Kościoła – do naszego życia – w formie rekolekcji.
     Wąską, mało uczęszczaną drogą, wijącą się wśród wzgórz, dojechałem do maleńkiego miasteczka na końcu świata: Manreza. Nad rzeką, daleko od centrum miasta, ciężki klasztor niedawno zbudowany, pod nim zagrodzone grubymi kratami wejście do groty. W niej przeżył swoje odnowienie św. Ignacy Loyola, w niej napisał swoje Ćwiczenia, rozmyślania rekolekcyjne, jak byśmy to teraz nazwali.
     Rekolekcje odprawiają biskupi, dzieci szkolne, akademicy, profesorowie uniwersytetu: wszystkie stany, wszystkie warstwy społeczne. Rekolekcje zamknięte i rekolekcje parafialne, a tu jeszcze: rekolekcje zwyczajne, odprawiane w okresie Wielkiego Postu, i misje – jakiś stan wyjątkowy w parafii.
     Rekolekcje: okres oderwania się, w ramach swoich możliwości, od normalnych, codziennych zajęć po to, żeby przemyśleć swoje życiowe problemy w świetle prawd odwiecznych: życia i śmierci, piekła i nieba, celu ostatecznego, miłości i grzechu, odkupienia i łaski uświęcającej. Rekolekcje: okres, po którym wraca się do swoich codziennych prac, do tych samych ludzi, ale wraca się innym, pogłębionym, odnowionym.


*


     Nadchodziła pora łowów wieczornych i stary samotnik, wielki lew o ciemnej grzywie, wyszedł nad wysoki brzeg wyschniętej rzeki, co przed wiekami płynęła tu u stóp Hedżasu. Zachodzące słońce malowało krwią pustynię, aż zapłonęły różowo odległe, ginące w chmurach szczyty Makli i Dibbagu. Samotnik przeciągał się leniwo i znieruchomiał naraz w zdziwieniu. Przerwane ziewnięcie odsłoniło gorącą czeluść paszczy i połysk zębów straszliwych.
     Na przeciwległym brzegu pustego „wadi” (rzeki), na wzgórzu, ujrzał kształt nowy, postać nieznajomą, nigdy dotychczas na pustyni nie widzianą. Choć nieruchoma, nie była ani skałą, ani krzewem – nie była także zwierzęciem. Skąd przyszła? czym była?… Cichym, sprężystym krokiem lew-samotnik przeszedł kamienne koryto rzeki i przystając za głazami, zbliżył się do wzgórza. Postać trwała nieruchomo, brunatna i wąska jak opalony pień drzewa, dziwnie drobna i maleńka w kamienistym bezdrożu pustyni. Wiatr tchnął żarem nad skałami; lew podniósł nozdrza i roztworzył je na wiew. Gniew zmarszczył skórę na wypukłym czole, bo wiatr przyniósł woń człowieka. Samotnik przypadł za skałą, opierając brodę w piasku, gdy potężne lędźwie drżały jak do skoku, a brwi zbiegły się w jedno nad płonącymi ślepiami. To był człowiek! (…) Przyczajony za skałami lew wpatrywał się badawczo w widniejącego na wzgórzu człowieka; pierwszy raz mógł dokładnie przyjrzeć się podstępnemu wrogowi. Wróg ów klęczał z głową wzniesioną ku niebu, a zachodzące słońce kładło smugę różowego światła na jego głowie łysej, wypolerowanej jak kość. Dokoła tej połyskliwej wypuklizny rzadkie kępki siwych włosów otaczały się glorią słoneczną, barwnym obrzeżem tęczowym. Z luźnych rękawów odzieży wysuwały się ręce stare, o pomarszczonej skórze, pozbawione mięśni i giętkości. Lew pogardliwie zmrużył żółte ślepia i patrzył dalej. Wróg był bezbronny. Nie leżała przy nim włócznia ani łuk; odzież, zwisająca z chudego grzbietu jak worek, nie kryła w sobie zasadzki. Co uczyni, gdzie ucieknie, zobaczywszy pana puszczy? (…) Zapragnął spojrzeć mu w oczy, nasycić się lękiem zaskoczonego, usłyszeć skrzek przerażenia… Obszedł wzgórze miękkim, bezszelestnym krokiem i wysunął się z nagła spośród złomów skalnych. Wzniósł groźnie wielki, ugrzywiony łeb, wpierając ślepia w twarz wroga. Wtedy człowiek klęczący zwrócił wzrok ku niemu. Oczy jego błękitniały w suchej, pomarszczonej twarzy jak pogodne niebo. Wyglądały one oczy niby dwa bliźniacze kwiatki porzucone na kamiennym stepie. Nie ruszył się z miejsca, patrząc niebieskością źrenic w straszliwego zwierza. Uśmiech roztworzył zwiędłe, wąskie wargi, gdy ciało zachowało poprzednią nieruchomość. (…)
     Odtąd w kotlinie kamiennej, nad poszarpanym korytem wyschłej dawno rzeki, żyli dwaj samotnicy: człowiek i lew.


Zofia Kossak, Szaleńcy Boży