Biblioteka


1.



 

Trzydziesta rocznica urodzin Jezusa

 – Jezusie, synu Józefa, czy ja Ci bronię? Ja Ci nie bronię. Ja Ci nie mówię: nie. Ty sobie czytaj Pismo Święte. Każdy Żyd ma do tego prawo, a tym bardziej Ty, który jesteś z rodu Dawidowego. Co prawda z dość ubogiej linii, ale nie przeczę, z rodu Dawida. A więc Ty sobie możesz czytać Pismo Święte.
 Przełożony synagogi stał nad Nim już tak od chwili i mówił bez przerwy. Znał to już na pamięć.
 – Ale czy to nie łatwiej czytać Talmud – pisma uczonych w Piśmie – a nawet nie czytać, ale słuchać tego, co mówią.  Je Cię zapewniam: o wiele łatwiej. Oni są uczeni, oni wiedzą, jak należy rozumieć każde słowo, każde zdanie, każdy rozdział. A co Ty? Przecież Ty nie uczony. A kto nie uczony, to jemu takie czytanie może zaszkodzić. Jak mu może zaszkodzić? Głowa go rozboli, wątroba go rozboli, albo nawet zwariuje Czy to mało mamy takich myszygene? My takich mamy bardzo dużo. Nie wszystkie one zwariowały od czytania Pisma Świętego, ale są i takie. A więc lepiej Ty nie czytaj, bo a nuż zostaniesz takim myszygene.
 – Rebe – powiedział mu na poły żartobliwie – czy mogę ci coś powiedzieć?
 Zapytany, choć wyraźnie ucieszył się, że nazwał go takim tytułem, aż podskoczył z niepokoju:
 – Nie chcę słyszeć o żadnych Twoich trudnościach religijnych, już ich mam dość. Ty się do mnie z nimi więcej nie zwracaj.
 – Chcę ci zadać tylko jedno pytanie: Czy mi w końcu wolno, czy nie wolno czytać Pismo Święte?
 Rabin wyraźnie odetchnął i już spokojnie, jak dziecku, zaczął tłumaczyć:
 – Ty jesteś dobrym cieślą. Niektórzy mówią, że bardzo dobrym. Ty nawet jesteś najlepszym cieślą na całą okolicę. Ty możesz mieć taką robotę, jaką Ty zechcesz. Ty możesz tyle pieniędzy żądać za robotę jak żaden inny cieśla. Po co Tobie czytać Pismo Święte? Bo Ty potem masz jakieś wątpliwości. Nie powiem, że głupie. O nie. One nie są głupie. One są trudne. Nawet ja nie mogę Ci wszystkiego wytłumaczyć, bo nie potrafię. Chociaż ja się uczyłem u bardzo mądrego rebe. On był taki mądry, że do niego przychodziły inne rebe, żeby się go radzić w swoich trudnościach, a on odpowiadał na wszystkie. No, prawie na wszystkie. A ja Tobie nie potrafię pomóc nawet w połowie, a i z tej połowy Tyś i tak nie jest zadowolony.
 – Nie chcesz, żebym się do ciebie zwracał ze swoimi kłopotami? – znowu zażartował.
 – Bo żebyś Ty się mnie pytał naprawdę. Ty tego nie robisz. Jak Ty się nawet pytasz, to ja wiem, że Ty wiesz i wcale nie potrzebujesz wyjaśnień. Ja Ci mogę nawet określić, jakie to są te Twoje pytania. To są pytania retoryczne. Ty się do mnie zwracasz z nimi po to, żebym ja Ci nie mógł odpowiedzieć.
 – Nie, nie po to – zaprzeczył. – Ale po to, żeby się podzielić z tobą spostrzeżeniem, że nie wszystko jest w porządku.
 Rabin znowu podskoczył:
 – Co znowu nie jest w porządku? Co znowu dla Ciebie nie jest w porządku? Tobie się zdaje, że nie jest coś w porządku. Wszystko jest w największym porządku. Przynajmniej to, czego my, faryzeusze, nauczamy. Jeżeli jest coś nie w porządku, to tylko to czego uczą kapłani albo te głupie esseńczyki. One całkiem pogłupiały.
 Poczekał aż się rabin wygadał, dopiero teraz przeszedł do kontynuowania swojej myśli:
 – Mnie tylko o to chodzi, że nas nazywają inne narody narodem Księgi.
 – I one bardzo dobrze nas nazywają – znowu rabin Mu przerwał. – One bardzo słusznie nas nazywają. My wierzymy w to, co jest zawarte w Piśmie Świętym i według tej Księgi żyjemy.
 – Właśnie, i tu ja mam trudności – teraz On wszedł w zdanie rabina. – Ja ciągle natrafiam na rozbieżności pomiędzy tym, co jest w naszej Świętej Księdze, a tym, czego nas uczą nasi nauczyciele i jak nam nakazują żyć. Czy ja ci mogę dać jakiś przykład?
 – Nie, nie musisz mi dawać przykładu. Ty ten przykład możesz zachować dla siebie – bronił się rabin.
 – Ale ja się chcę podzielić z tobą moimi zdumieniami. Ja się pytam ciebie, co znaczy zdanie proroka Ozeasza: „Miłosierdzia chcę, a nie ofiary”. Dzisiaj na nie natrafiłem – powiedział, z góry już spodziewając się, jaka będzie reakcja.
 – To się dobrze pytasz, teraz to Ty się bardzo dobrze pytasz. Tylko tak się powinieneś pytać. Ja chciałbym Ci zadać jedno pytanie. Czy chodzisz czasem do Jerozolimy? Bo ja nie wiem, czy w ogóle tam chodzisz.
 – Jak to czy chodzę. Przecież jestem tam zawsze wiosną na święto Paschy.
 – A Nowy Rok?
 – Jak tylko mogę, to idę z końcem września na Nowy Rok.
 – A na święto Chanuka?
 – Z końcem grudnia, jak tylko mi czas pozwala, tam świętuję święto Chanuka albo, jak wolisz, rocznicę oczyszczenia świątyni przez Judę Machabeusza.
 – A święto Purim? – wypytywał Go rabin.
 – Przyznam, że rzadko bywam w Jerozolimie na święto Purim. To jest święto ocalenia judejskiego narodu od niewoli babilońskiej, a więc jest to bardziej święto Żydów niż Galilejczyków czy innych ludów izraelskich. Ale dlaczego mnie o to pytasz?
 – Bo jeżeli chodzisz na święta do świątyni jerozolimskiej, Ty się mnie o takie rzeczy nie pytaj. Ty się spytaj kapłanów. Tak, idź sobie do Jerozolimy i tam się spytaj kapłanów.
 – Owszem, nawet pytałem, ale dawali dość mgliste odpowiedzi.
 – Tyś się naprawdę o to pytał w świątyni? – rabin znowu wyraźnie się zaniepokoił.
 – Tak. Rozmawiałem nie tylko o tym, ale już o niejednym.
 – To ja Ci na przyszłość tego nie radzę, jeżeli chcesz pożyć na tym świecie.
 – Widzę, że nie bardzo kochasz kapłanów oraz że chcesz zamykać synagogę. Chodźmy, to chętnie ci coś pokażę.
 Zdjął z głowy tałes i złożył go starannie – również przez szacunek dla swojej Matki, która Mu tę modlitewną chustkę przyozdobiła – zsunął z czoła tefilin. Rzemyk, który opasywał głowę, owinął wokół kostki skórzanej z zawartym w niej tekstem przykazań Bożych i schował do kieszeni na piersi.
 Równocześnie przyglądał się, jak rabin jeszcze raz starannie roluje zwój Pisma Świętego, który przed chwilą mu oddał, owija go aksamitną sukienką haftowaną srebrnymi i złotymi nićmi, wsuwa na szczyt rulonu złotą zabytkową koronę – dumę całej społeczności nazaretańskiej – i wkłada go do drewnianej szafy-arki pięknie rzeźbionej, przyozdobionej złotem i srebrem. Wreszcie jak zasuwa piękną zasłonę, odcinając świętą szafę od reszty synagogi. Teraz już mogli wychodzić.
 – Wiesz, o czym myślę? – spytał rabina.
 – O czym myślisz, to mnie wcale nie obchodzi – powiedział zaniepokojony znowu rabin.
 – Ja myślę o tym, że ty wciąż mnie uważasz za nie bardzo ortodoksyjnego Izraelitę. Mam piękny tałes? Mam. Zakładam zawsze tefilin? Zakładam. Chodzę do Jerozolimy? Chodzę. Czytam Pismo Święte? Czytam. A tobie i tak się to wszystko nie podoba – mówił pół żartem, pół serio. – A ty się wciąż o mnie boisz.
 – Że mnie się nie podobasz? Mam być szczery? Ja się nie o Ciebie boję. Ja się Ciebie boję! Czy wiesz, co Ty mi przypominasz?
 – A cóż takiego? – zażartował.
 Ale dla rabina to nie był czas żartów.
 – Ty mi przypominasz wciąż pochodnię, która jeszcze nie płonie, ale która jest gotowa do zapalenia. Możesz mi powiedzieć, że ja jestem do Ciebie uprzedzony i dlatego ja o Tobie tak źle myślę. A więc mogę Ci oświadczyć, że nie tylko ja tak myślę. Tak myśli o Tobie nasz kahał. Tak. Cały.
 Słuchał go uważnie, czekając, co jeszcze rabin Mu powie.
 – Ty się na mnie tak nie patrz. Ja wiem, co mówię. Nasza starszyzna Nazaretu, która się tu, w tej synagodze, zbiera, a której obowiązkiem jest strzec dobrych tradycji i dobrych obyczajów, ona się bardzo Tobą martwi. Nie tylko się martwi. Ona nie wie, jak sobie ma z Tobą poradzić. Powiem Ci w zaufaniu: kahał się Ciebie boi. On nie wie, co jeszcze nas czeka z Twojej strony.
 Musiał przyznać, że jeszcze nigdy dotąd rabin tak szczerze do Niego nie przemawiał.
 Wyszli na drogę. Minęli przylegający placyk z sadzawką i bieżącą wodą potrzebną do rytualnych oczyszczeń, łaźnię, przy której, jak zwykle, wciąż kręcili się ludzie. Zaraz też przyplątały się dzieci, które właśnie wychodziły z chederu, znajdującego się tuż obok synagogi. Musiał je pogłaskać, przytulić – domagały się tej serdeczności, do której je zdążył przyzwyczaić. Najmłodsze wziął na ręce.
 Jego towarzysz, widząc to, odsunął się od Niego i zaczął wrzeszczeć:
 – Przepędź te bachory! Nie dotykaj ich!
 – Dlaczegóż to? – spytał i dalej głaskał je po głowinach.
 – Czy Ty wiesz, czyje one są?
 – Czy to takie ważne – tłumaczył mu.
 – A jeżeli ja Ci powiem, że celnika albo innego grzesznika?
 – Cóż temu dziecko jest winne, że ma ojca celnika czy, jak to mówisz, innego grzesznika.
 – Co Ty takie głupstwa opowiadasz! Oczywiście, że winne: nosi na sobie grzechy swoich rodziców.
 Już nie chciał zaostrzać sprzeczki. Wobec tego pożegnał się z malcami. Zbliżali się właśnie do domu jednego z miejscowych bogaczy. Przy bramie, w pozycji na wpół leżącej, drzemał na ziemi żebrak.
 – Popatrz na Łazarza.
 – Nie muszę patrzeć. Widzę go dobrze.
 – A co o nim myślisz?
 – Myślę, że cierpi, bo na to zasłużył. Bóg skarał go za grzechy – Jego towarzysz mówił to ze złością.
 – Czy ty naprawdę tak myślisz? Przecież znasz go całe lata, może nawet od dziecka. Jakie grzechy? O czym ty mówisz?
 – Jeżeli on ich nie popełnił, to może cierpi za grzechy swoich rodziców.
 – Ależ przecież znałeś jego rodziców, to byli uczciwi ludzie.
 – To może zawinili jego dziadkowie albo praojcowie.
 – A czy Pan Bóg może karać człowieka za cudze grzechy? No, a weź tego bogacza, przed którego domem Łazarz żebrze.
 – Pan Bóg mu wynagradza bogactwem i dobrym zdrowiem jego cnotliwe życie – powiedział z taką samą zawziętością.
 – Jak możesz to mówić. Przecież wcale tak nie jest. Bo wiesz, wszyscy wiedzą, że dużo na jego sumieniu nieuczciwości, również wobec tego Łazarza. Jeszcze może dopowiesz, że po śmierci Łazarz pójdzie do piekła, a bogacz do nieba.
 – Oczywiście, że tak! – wykrzyknął. – Tak uczy Talmud.
 – A przecież Bóg jest sprawiedliwy i dobry, jak chcesz to pogodzić z tym, co powiedziałeś.
 – Ja wiem, że masz uprzedzenie do bogatych i wciąż na nich nastajesz – przełożony synagogi uciekł od odpowiedzi.
 – Nie do wszystkich.
 Odszedł od swojego rozmówcy, zbliżył się do Łazarza, pochylił się nad nim. Psy liżące rany odskoczyły. Nie chciał go budzić, ale pogłaskał go z miłością po głowie.
 Usłyszał głos przełożonego:
 – Teraz już na pewno stałeś się nieczysty. Nie zbliżaj się do mnie, ale idź i oczyść się.
 – Zostań z Bogiem – powiedział do przełożonego synagogi, skręcił w boczną dróżkę i zaczął piąć się ścieżką, która wiodła do Jego domu.
 Matka – jak to często bywało – stała już przed furtką, czekając na Niego. Pocałował Ją na przywitanie w policzek.
 – Szedłem z przełożonym synagogi, ale nie zdążyłem mu powiedzieć tego, co chciałem, a więc Ty będziesz musiała tego wszystkiego wysłuchać – powiedział, śmiejąc się.
 – Dobrze, kochany, ale może najpierw przywitaj się z kolegami, którzy czekają na Ciebie. Przecież to Twoje dzisiaj urodziny. Trzydzieści lat kończysz.
 – O, już są? Cieszę się, że przyszli. Pogadamy. Ale dzisiaj spodziewamy się jeszcze naszego Jana. Gdy byłem ostatni raz u niego, obiecał, że przyjdzie na moje urodziny.
 – Już jest i on, czeka na Ciebie.
 – To jeszcze lepiej, to jemu też powiem.
 Wszedł do domu. Jak zwykle dotknął mezuzy. Zatrzymał się przy niej. „Trzeba ją będzie jakoś przyozdobić, no i zaglądać do niej. Coś mi się zdaje, że tam mrówki zachodzą. Mogły zniszczyć zawartość pudełeczka”.
 – O czym myślisz? – zapytała Go Maria.
 – O tym, że jeżeli mrówki zjadły przepisy dotyczące domu rodzinnego, jakie Pan Bóg nam dał, to by to bardzo źle o nas świadczyło – zażartował.
 Przeszedł przez kuchnię, znalazł się w małym ogródku, gdzie czekali Jego przyjaciele. Ogarnął ich wzrokiem, zauważył siedzącego osobno, opartego o mur, czarnego jak heban Jana i z uśmiechem do nich zawołał:
 – Witajcie, chłopcy! Witaj, Janie, synu Zachariasza – zwrócił się do swojego kuzyna.
 – No, wreszcie jesteś. Doczekać się na Ciebie nie możemy – odezwało się kilka głosów.
 – Chyba się nie nudziliście. Mieliście towarzystwo mojej najlepszej Mamy.
 – Już Twoja Mama zdążyła nas poczęstować tym i owym.
 – Cieszę się, żeś przyszedł, Janie. Jaka była droga?
 – Dziękuję, spokojna.
 – Dawno cię nie widzieliśmy. Stęskniliśmy się za tobą. – Spojrzał na obficie zastawiony stół. – To najwyższy czas, abyśmy usiedli i wreszcie trochę porozmawiali wspólnie. Nie spodziewałem się, że Mama moja przygotuje tyle wspaniałości. Dla Niej rezerwujemy najbardziej dostojne miejsce, bo przecież to Ona mnie porodziła. Jan, proszę, na drugim ważnym miejscu, jako że tu jesteś rzadkim gościem, a zresztą zajmujemy miejsca, do których przyzwyczailiśmy się przez tyle lat.
 Mówił serdecznie, z uśmiechem, pomagał w sadowieniu się kolejnym ludziom, wreszcie zajął sam miejsce obok Jana i zaproponował:
 – A teraz zapraszam do modlitwy.
 Stojąc, odśpiewali psalm, odmówili modlitwę i dopiero wtedy zasiedli do uczty. Na początku, swoim zwyczajem, wziął chleb – placek jeszcze ciepły i pulchny, łamał go i rozdawał siedzącym, na znak przyjaźni i jedności. Potem powrócił do przerwanej rozmowy:
 – Ale najpierw nasze kłopoty. Nie było mnie parę dni a już jest nowa sprawa: to nie może być tak, że Łazarz leży przed domem bogacza, a my na to patrzymy. Nie ma się nim kto zająć, to my się nim zajmijmy.
 – Jak każesz – odpowiedział któryś z kolegów. – Ale wiesz, że to wcale nie będzie takie łatwe. Co na to ludzie powiedzą, gdy my zaczniemy chodzić do niego i nim się opiekować. Wyobrażasz sobie, jaka się burza zwali na naszą, ale zwłaszcza na Twoją głowę.
 – Nie pierwsza i, daj Boże, nie ostatnia – powiedział pobłażliwie. – Trzeba systematycznie przełamywać te uprzedzenia i te zabobony, że ludzie biedni, chorzy, których spotykają jakieś nieszczęścia, wypadki, w ten sposób są karani przez Boga za swoje grzechy.
 – To nie taka łatwa rzecz z Łazarzem – odezwał się chłopiec z najbliższego sąsiedztwa. – Rozmawiałem z nim. Chciałem go nawet wziąć do siebie do domu. – Wszyscy słuchali tego z zainteresowaniem. – Ale się nie zgodził.
 – Dlaczego? – odezwało się kilka głosów.
 – Odpowiedział mi, że bogacz go zniszczył i on będzie siedział pod bramą jego pałacu tak długo, aż ten mu krzywdę wynagrodzi.
 – O, to skomplikowana sprawa. Trzeba, żeby ktoś z nas poszedł do bogacza i pogadał z nim. A potem i z Łazarzem. Mogę iść sam.
 – Idź Ty. On Ciebie najbardziej usłucha.
 – Jeżeli skończyłeś, Jezu, pozwól, że ja zabiorę głos – odezwał się jeden z Jego kolegów, siedzący na drugim końcu stołu.
 – Ależ oczywiście – odpowiedział lekko zaskoczony.
 – Otóż, był taki zwyczaj, że przemówienia zawsze wygłaszałeś Ty. Ale zgódź się, że z okazji Twoich urodzin ja wygłoszę przemówienie. Myślę, że nie będę jedyny. Po mnie zabiorą chyba głos inni mówcy. Przemówienie będzie trochę podobne do Twojego – nie na darmo tyle lat nas wychowujesz. A więc powiem to, co myślę. Względnie to, co myślimy, bo sądzę, będę mówił w imieniu tu zebranych. Przemówienie będzie na Twój temat i z góry uprzedzam, że będzie przykre dla Ciebie. Zacznę od dzisiejszego zdarzenia, z którym przyszedłeś, a więc od Łazarza i bogacza. Nie, nie mam nic przeciwko temu. Ale to jest kolejna nowość, którą nam dzisiaj dostarczyłeś. Ileż ich już było. I nic albo niewiele z tego wynika. Pytam się Ciebie: Co to ma być? Pouczenie dla nas? Dobrze, jeszcze jedno, chociaż już to braliśmy. Nie jest to dla nas żadna rewelacja. Zadanie do wykonania? W porządku. Stać nas na to i potrafimy to lepiej czy gorzej załatwić.
 Słuchał go z narastającym przejęciem. Bo już to, co dotąd usłyszał, świadczyło, że to nie będzie żaden urodzinowy panegiryk. A tymczasem Jego wierny druh, trzymając kubek z winem i wpatrując się w Niego, po to chyba, by lepiej się skoncentrować, mówił dalej:
 – I teraz ja się Ciebie pytam: To ma być wszystko? Czy tylko nasza grupka ma być obiektem Twojej troski? Do tego masz się ograniczyć? Wybacz, ale Ty jesteś człowiekiem ogromnego formatu. Jesteś stworzony do tego, żeby poprowadzić cały naród.
 Świerszcze już zaczęły swoje muzykowanie. Chwilami fala ich śpiewu tak wzrastała, że zdawało się, zagłuszą mówiącego.
 – A tymczasem co? Jan – tu zwrócił się do tkwiącego sztywno posągu – siedzi gdzieś w Judei na pustyni. Ty bawisz się w ciesielkę. Nam lata lecą, tak jak i wam. Pozakładaliśmy już rodziny. Najpierw, owszem, czekaliśmy. Ale potem trzeba się było brać za jakieś zwyczajne życie.
 Mówił, coraz częściej potykając się o słowa, robiąc przerwy między zdaniami. Chyba dlatego, że za dużo chciał powiedzieć, nikomu nie robiąc krzywdy. Słuchał go uważnie. Ale już wiedział, do czego on zmierza.
 – Bo sam powiedz: już Ci młodość minęła, masz trzydziestkę. To samo i Jan. Nie skończyłeś ani Ty, ani Jan żadnej szkoły rabinackiej. Teraz jest już chyba na to za późno. Ja wiem, że to Ci nie jest potrzebne. Jesteś od nich wszystkich razem wziętych rabinów sto razy mądrzejszy. Ale cóż z tego, żeby świat zmienić, trzeba… Nie obraziłem Cię, nie czujesz się dotknięty?
 – Nie, nie, mów dalej.
 – A więc zgodziłeś się, to mówię dalej. Jak chciałeś zmieniać świat, trzeba było zdobyć odpowiednie stanowisko, a tymczasem jesteś nikim. I Ty, i Jan. Nie zajmujecie żadnej pozycji społecznej. Ty przez wiele lat byłeś dobrze zapowiadającym się młodzieńcem, którego poglądy wywoływały kaskady podziwu z jednej strony, a gromy oburzenia z drugiej strony. Od pewnego czasu zegar Twój stanął. Wkrótce będziesz śmiesznym, zgrzybiałym staruszkiem, którego opinie już ani nikogo nie będą zachwycać, ani gorszyć, najwyżej wzbudzać uśmiech politowania.
 Mówiący przerwał, bo weszła Maria z tacą, na której niosła kolejny posiłek dla nich. Z pewnością nie chciał, by usłyszała te gorzkie słowa, które miał zamiar Jej Synowi jeszcze powiedzieć. Odczekał aż wyszła. Zresztą Ona to wyczuła, bo opuściła ogródek z pośpiechem.
 – Powtarzam, na nas już nie licz. Jesteśmy Twoimi wiernymi przyjaciółmi w tym sensie, że Cię podziwiamy. Rozumiemy Cię często z trudem, a bywa, że nie rozumiemy wcale, ale z czasem przekonujemy się do Twoich odkryć. Ale i współczujemy, że się tak marnujesz – przepraszam: żeś się tak zmarnował. Jedynie na kogo możesz naprawdę liczyć, to na Jana. On został Ci wierny do końca. Jest samotny i czeka cierpliwie. Będzie czekał aż do śmierci. Twojej czy swojej. Nas na to nie było stać, wybacz. Ale to i Twoja wina. Za długo kazałeś czekać.
 Znowu weszła Matka, wnosząc następną partię jedzenia. Przemawiający znowu odczekał aż wyjdzie, a wtedy kontynuował:
 – Nawet nie zrobiłeś kariery w tym małym grajdole, jakim jest nasz Nazaret. No bo sam popatrz. My, Twoi oddani przyjaciele, stanowimy niewielką garstkę. Dodajmy innych, którzy przyznają Ci rację, ale milczą schowani po kątach – bo chcą żyć i nie chcą się narażać. A ta ogromna reszta jest Ci przeciwna. Gorszą się Tobą, wyśmiewają się z Ciebie i gardzą nawet. Już nie mówię o przełożonym synagogi, który by Cię w łyżce wody utopił, który się Ciebie boi, żebyś go nie skompromitował przed ludźmi, a nienawidzi Cię zawodowo. I na Nazarecie się Twój wpływ kończy. Może sięga jeszcze trochę dalej. Ale przecież nie tak daleko. Kana Galilejska, Nain. Wątpię, czy wiedzą coś o Tobie nad brzegiem Jeziora w Tyberiadzie, Magdali, Genezaret czy Kafarnaum. Powiedzieliśmy sobie, że Ci dzisiaj, przy tym Twoim święcie, wyłożymy prawdę na stół. Że to byłoby nieuczciwe z naszej strony tak dłużej milczeć. Może rzeczywiście nie mówi się przykrej prawdy z takiej okazji. Ale czyż jest lepsza okazja, by podsumować dotychczasowe życie, jak rocznica urodzin i to właśnie trzydziesta?
 Urwał niespodzianie. Chyba skończył. Zapadło przykre milczenie. Wtedy zabrał głos Jego sąsiad. Chyba po to, aby wskazać, że wypowiedź poprzednika to nie jego indywidualne zdanie, lecz opinia wszystkich:
 – Sam siebie pytałem nieraz, gdzie był Twój błąd. Jaką inną drogą trzeba Ci było iść. I przyznam się, że nie umiałem sobie dać odpowiedzi. Chyba rzeczywiście jedyną drogą było: wejść w te struktury, jakie stworzyło nasze społeczeństwo, osiągnąć odpowiednie stanowisko w Jerozolimie i wtedy zacząć przeprowadzać reformy. A więc iść od wewnątrz, a nie od zewnątrz. Dlatego należało na początku zamilczeć, ukryć swoje poglądy, zataić to, co się rzeczywiście myśli i dopiero, gdy się uzyska pozycję, zrzucić zasłonę i pokazać, kim się jest naprawdę. Ale Tyś od samego początku zdradził, że myślisz inaczej i że Ci się nie podoba stan faktyczny.
 Zapanowała grobowa cisza. Wszyscy siedzieli jak zmartwiali. Chyba nikt się nie spodziewał aż takiego wybuchu szczerości. A nawet ci, którzy się na nią zdecydowali, teraz się jej przestraszyli. Nagle odezwał się Jan. Już kogo jak kogo, ale jego nie podejrzewał, że zabierze głos.
 – Wielu było takich, co tego próbowali. I żadnemu się nie udało. Ani się nie zorientowali, kiedy przestali być sobą i stali się takimi jak ci, do których dołączyli. I gdy już mieli stanowisko, okazywało się, że nic nie mają do powiedzenia ani do zaproponowania. Najwyżej zmianę sosu w królewskiej kuchni.
 Uśmiechnął się na to Janowe porównanie. Uśmiechnęli się z ulgą wszyscy. Jan skończył i znowu zapadł w bezruch, w którym przedtem trwał. Z przymkniętymi oczami, jak posąg z czarnego prawie marmuru – gdyby nie długa broda i długie włosy, gdyby nie przepaska na biodrach ze skóry wielbłądziej. Nie spodziewał się, że Jana będzie stać na to wystąpienie. Wiedział z własnego doświadczenia, co pustynia z człowiekiem robi. Wystarczyło być na osobności przez kilka dni. A ten przecież był na niej, praktycznie biorąc, całe życie. I nagle taka swobodna wypowiedź! Trwała cisza, która narastała z sekundy na sekundę. Aż wreszcie ktoś zdecydował się ją przeciąć:
 – Jezu, czekamy na Twoją odpowiedź. Powiedz, co myślisz. Powiedz, że jeszcze nie wszystko stracone, że są jakieś szanse!
 Znowu odezwał się Jan, chociaż zdawało się, że będzie milczał do końca:
 – Nic nigdy nie jest stracone, jeżeli człowiek gotów jest oddać siebie dla sprawy.
 Znowu zapadła cisza, ale już na krótko. Ktoś zaprotestował:
 – Czas robi swoje i wiek robi swoje. Potem już ani ochota na ryzyko, ani sił na to nie ma.
 Ale Jan jakby tego nie zauważył i, podejmując swoją myśl, dopowiedział:
 – Tylko trzeba wybrać bardzo dokładnie czas swojego działania i dokładnie obmyślić formę działania, nie popełnić żadnego błędu i spieszyć się, żeby zdążyć wszystko przekazać, co Bóg zlecił.
 Znowu zapadła cisza. Wszyscy zgromadzeni zdali sobie sprawę, że mają do czynienia z człowiekiem przygotowanym w pełni do takiego działania, jakie opisał w tym jednym krótkim zdaniu.
 – No, to teraz możemy się rozejść do domów – przerwał żartobliwie to milczenie. – Wszystko, co miało być powiedziane, powiedziane zostało. A jak nie chcecie iść do domów, to możemy zabrać się do owoców, których nam moja Matka tak wiele przyniosła.
 – Nie gniewasz się o to, co usłyszałeś?
 – Gniewać się? Gdybyście mnie nie kochali, nie troszczylibyście się o mnie tak, jak się troszczycie. Wdzięczny wam za to jestem. I ja kocham was jak braci. Znam was dobrze już tyle lat i wiem, co mówię.
 Zaszczekał pies.
 – Kogóż tam Pan Bóg prowadzi?
 – Z pewnością gości.
 Zobaczył wychodzących z ciemności swoich kuzynów. Szli po kolei – Józef, Judasz i Szymon. Sztywni, poważni zbliżali się do Niego. Emanowała z nich oficjalność i urzędowość. Uśmiechnął się do nich serdecznie:
 – Jakże się cieszę, że przyszliście na moje urodziny. A co z rodzicami? Nie przyjdą?
 – Są zajęci – odpowiedział Szymon wymijająco.
 – Żałuję bardzo.
 – A my przyszliśmy Ci złożyć życzenia.
 – Ależ siadajcie, proszę, czym chata bogata, tym rada. Częstujcie się – zapraszała Maria, która weszła za nimi.
 – Złożymy Ci życzenia i wracamy. Tak nam rodzice polecili.
 Odrzucali każdą propozycję. Nie ukrywali niechęci, a może nawet to już nie była niechęć, może nawet pogarda. Stanęli pod ścianą – trzy czarne słupy, odczekali nieco i wtedy zaczął swoją przemowę Szymon:
 – A więc przekazujemy Ci życzenia rodziców, do których dołączamy i nasze. Żebyś uporządkował jak najprędzej swoje życie, bo już na to najwyższy czas, żebyś się ożenił – dziewcząt w Nazarecie jest dość i mimo to, że jesteś dziwakiem, to któraś może się zdecyduje wyjść za Ciebie za mąż.
 Od pierwszej chwili, gdy ich zobaczył, był pewien, że nie spotka Go z ich strony nic miłego, jednak nie spodziewał się, że odważą się takie rzeczy mówić przy ludziach, przecież dla nich obcych. Ale on jeszcze nie skończył:
 – Życzą Ci nasi rodzice i my wraz z nimi, żebyś nie ulegał namowom fałszywych ludzi, którzy nie chcą Twego dobra, a kuszą Cię do złego, żebyś się oderwał od Jana, jak to on się nazywa, pustelnika…
 – Przepraszam cię – usiłował mu przerwać – mnie możesz mówić, co chcesz, ale moich gości…
 Ale nie pozwolili na to. Szymon podniósł głos i mówił dalej:
 – Najpierw skończymy nasze życzenia, a potem będziesz mówił, co zechcesz.
 Teraz zabrał głos Józef:
 – Życzymy Ci, żebyś zajął się swoim ciesielskim zawodem, a nie robił z siebie nauczyciela, przemądrzałego niby-filozofa, pożal się Boże, za którego musimy przed ludźmi świecić oczami, przez którego wstydzimy się wychodzić na ulice, bo wciąż nas ludzie zaczepiają i zagadują o Ciebie, czyś Ty już całkiem zwariował, komentują Twoje powiedzenia i poczynania. Nie ma dnia, żeby było inaczej. I my tego mamy po dziurki w nosie – dodał, już najwyraźniej tym razem tylko od siebie.
 Zakończył Judasz:
 – Mielibyśmy jeszcze wiele do powiedzenia, ale to innym razem. Z tym, że jeżeli nie pomoże inaczej, to użyjemy siły. Mamy do tego prawo, bo czy chcemy, czy nie chcemy, Ty jesteś naszym kuzynem i musimy Cię sprowadzić na drogę normalnych ludzi.
 Wykręcili się na pięcie i, nie czekając na to, co On powie, odeszli. Jeszcze dobrze kuzyni nie zniknęli w ciemności, gdy przyjaciele – trochę rozbawieni a zresztą oburzeni – zasypali Go swoimi uwagami:
 – Ale masz kochającą rodzinkę!
 – Już byli wszyscy, czy jeszcze paru innych kuzynków przyjdzie?
 – Widzę, że będziesz musiał wkrótce chodzić z obstawą. Chętnie się zgłaszam jako pierwszy.
 – Ale co oni tak Jana znielubili. Przecież on jest też ich, dalszym bo dalszym, ale jakimś kuzynem.
 – Ważniejsze od pokrewieństwa fizycznego jest pokrewieństwo duchowe, już to Jezus wam niedawno mówił – odpowiedział Jan.
 – No, to jeszcze jedna herezja. Ale niech to już tak będzie. Przyzwyczailiśmy się do tego.
 Rozgadali się na dobre, chcąc najwyraźniej zatrzeć to fatalne wrażenie, jakie zrobili Jego krewni ze swoimi życzeniami.
 – Czy jeszcze potrafimy powrócić do tego, co nam przerwano, czy też rozchodzimy się do domów? – spytał ich nieoczekiwanie.
 – Nieeee! – wykrzyknęli zgodnym chórem.
 – Żeby paru bałwanów miało nam zakłócić nasz wieczór! Na to się nie zgadzamy. Przepraszam za tych „bałwanów”, ale jak inaczej nazwać ich zachowanie się.
 – Pozwolicie zrobić małą przerwę? Mogę wam coś zagrać? – odezwał się Kuba, specjalista od fletu.
 – Dobry pomysł, ależ proszę.
 – To jest na Twoją cześć.
 I popłynęła piękna melodia wyczarowana z fletu. Słuchał jej, ale uparcie powracały zdania wypowiedziane przez Jego kuzynów. „Skąd u nich ten pomysł. Chyba chcieli zademonstrować swoje stanowisko wobec Jana, który tylko z rzadka tu się pojawia”. Tak się zamyślił, że ani się nie spostrzegł jak Kuba skończył.
 – Ja jestem tylko jednego ciekaw – odezwał się chłopiec siedzący obok Niego, gdy już umilkł flet – czy Jan przyszedł do Ciebie na urodziny, czy też dlatego, że coś we dwójkę razem planujecie.
 Uśmiechnął się:
 – Jak widzę, to masz nosa. Ale nie odpowiem ci, tylko zadam pytanie: A czy twoim zdaniem obecny czas byłby czasem sposobnym do jakichś działań?
 Chłopiec zrozumiał pytanie i wagę problemu:
 – Sytuacja polityczna jest ustabilizowana. To już kilkanaście lat rządów cesarza Tyberiusza. Poncjusz Piłat, gubernator, trzyma się mocno w Jerozolimie. Podobnie Herod Antypas jako tetrarcha Perei i Galilei, czy jak mówią: „król”, rządzi nami. Filip, jego brat przyrodni, bo z matki Kleopatry jerozolimskiej – tetrarcha w Iturei i w regionie trachonickim. Lizaniasz – tetrarchą Abileny. No, cóż jeszcze można powiedzieć: najwyższym kapłanem jest Kajfasz, wspierany przez wielkiego spryciarza, teścia swego, Annasza…
 – A może trzeba było się dołączyć do esseńczyków w Qumran? Czy to nie byłoby jakimś rozwiązaniem dla Ciebie, Jezu, i dla nas? – któryś nagle wypalił i przerwał ich rozmowę w pół zdania. – Nikt by się nami nie gorszył. Siedzielibyśmy tam jak u Pana Boga za piecem.
 – Masz ty dobrze w głowie? I bawić się w obmywania tak jak oni – odpowiedział mu sąsiad.
 – Byłeś tam, widziałeś jak żyją?
 – Pewnie że byłem i to kilkakrotnie. Chyba jeden raz z Jezusem. Przecież to niedaleko Jerozolimy, nad Morzem Martwym.
 – Ty wiesz, jakie oni sobie miejsce wybrali? Przecież tam gorąc, że ciężko wytrzymać. Gorsze miejsce trudno sobie wyobrazić niż właśnie tam, nad Morzem Martwym.
 – Ale mają spokój. Nikt im nie przeszkadza. Nikt im się nie wtrąca.
 – Nie, nie! Nie jest tak u nich gorąco. Widziałeś, jak potrafili nawodnić teren? Jakie mają bujne plantacje wszelakich roślin?
 – Może szkoda, żeśmy się do nich nie dołączyli.
 – A ten swoje. Do kogo? Popatrz, co się z nimi stało. Uciekli, żeby żyć w wolności i zaraz zgotowali sobie niewolę. Stworzyli nowe getto. Znowu przepisy, przepisy, przepisy. Nie. My nie zmieścilibyśmy się tam. A tym bardziej Jezus. Zresztą Tobie – tu zwrócił się wprost do Niego – chodzi o to, żeby ogarnąć cały nasz naród, a nie uciekać od ludzi.
 – Ja osobiście nie zniósłbym tego ichniejszego nauczyciela. Widziałeś go?
 – Nie tylko widziałem, ale słyszałem jak przemawia. To nie nauczyciel a prorok. Zupełnie niemożliwy człowiek. On uważa, że jest natchniony przez Ducha i koniec. Dla niego nie Pismo Święte jest ważne, tylko on jest ważny. Nie Pismo Święte jest natchnione przez Ducha Świętego, tylko on sam.
 – No to nic innego nie pozostaje jak dołączyć do faryzeuszów.
 – Idźże, idźże! Do faryzeuszów! Co oni z Pismem Świętym zrobili. Mieli być jego obrońcami i interpretatorami, a stworzyli własne przepisy i tę głupotę wtykają ludziom do głowy.
 – Poczekaj, poczekaj. Faryzeusz faryzeuszowi nierówny. A weź takiego Hilela. Umarł, już będzie chyba dwadzieścia lat temu, a ludzie go chętnie wspominają. Był też za młodu rzemieślnikiem, jak Jezus, tylko chyba murarzem, a potem zaczął wykładać Pismo Święte.
 – Co ty mi tutaj z Hilelem. Spokojny, dobroduszny staruszek, chciał wszystkim dogodzić. Tolerancyjny, a jakże. I pouczał, jak postępować, żeby ludziom nie dokuczać. Nie porównuj go z Jezusem, który ściany wywala, stawia świat na głowie, robi rewolucję w podstawowych pojęciach naszej wiary, zresztą wciąż powołując się na Pismo Święte, wykazując, że było właśnie fałszywie interpretowane. A więc nie Hilel, nie. Precz z różowiutkim staruszkiem o dobrotliwym spojrzeniu.
 – Ja bym z tym dobrotliwym się nie bardzo zgadzał. Przecież on nie uznawał innych Izraelitów poza Judejczykami. Czyż to nie on kiedyś gdzieś się wyraził, że takim jak Galilejczycy można wsadzić nóż w plecy bez grzechu, nawet w szabat? Chyba to on. A więc znowu nie taki on dobrotliwy.
 Przysłuchiwał się tym rozmowom swoich kolegów z uśmiechem, ale i z satysfakcją, bo musiał stwierdzić, że ich rozeznania były wnikliwe i trafne.
 – Jak widzę, dzielicie skórę na  żyjącym jeszcze tygrysie.
 – A co, chciałbyś zamieszkać w Qumran?
 – Albo dołączyć do faryzeuszów?
 – Albo zostać dobrotliwym Hilelem? – napadli na Niego.
 – Nie. Nie. Nie. Po trzykroć nie.
 – Ani nie chcesz być zelotą i z nożem w zębach latać za Rzymianami i zabijać ich?
 – Ani nie chcesz być saduceuszem i współpracować z Rzymianami?
 – Także nie.
 – Więc co pozostaje?
 – Zostać Jezusem! – wykrzyknęli chórem. – Mistrzem z Nazaretu.
 – Jedynym na świecie.
 – Najmądrzejszym.
 – Najlepszym.
 – Mającym najlepszą Matkę – przerwał im – która Synowi i Jego przyjaciołom przygotowała tak świetną ucztę na Jego trzydzieste urodziny.
 – Niech żyje sto lat! Niech żyje! Niech żyje! – zawołali znowu razem.
 – No i po tym przydługim wstępie doszliśmy do punktu wyjściowego. Mamy Jezusa w Nazarecie, z którym nam jest dobrze. A miało być: co dalej.
 – „Co dalej”, to się dowiemy od Ciebie, Jezu, czy nie tak?
 – A więc słuchamy.
 – Jeszcze nie dziś. Ale chyba dowiecie się wkrótce.
 Znowu zaszczekał pies.
 – Ktoś idzie – powiedziała Maria. – Pójdę zobaczyć.
 Ale zanim zdążyła się podnieść, już dał się słyszeć głos tuż od wejścia:
 – Pokój z wami. Pokój z wami.
 – A, to przełożony synagogi.
 – Jeszcze jego brakowało – ktoś mruknął.
 A ten był prawie w drzwiach. I jeszcze dobrze nie wszedł, a już mówił:
 – No i nie pomyliłem się! Tu jest wielkie święto. A nawet bardzo wielkie święto. Ja wszystkich tu zebranych najuprzejmiej witam i przepraszam, że przeszkadzam. Ach, kogóż to jeszcze moje oczy widzą? Jana, syna Elżbiety i Zachariasza.
 – To ty znasz Jana? – spytał zdziwiony.
 – Któż by nie znał słynnego pustelnika, przecież waszego krewnego. Ale, ale. Jak usłyszałem na dole „niech żyje”, to siebie spytałem, kto „niech żyje”? Jeżeli jestem przełożonym synagogi, to powinienem to wiedzieć, komu tak dobrze życzą. Czy mogę spytać, jakie to jest święto?
 – Urodziny mojego Syna. Już trzydzieste – powiedziała Maria.
 – Och, już trzydzieste. No, kto by to pomyślał. A Jezus wciąż tak młodo wygląda. Ja bym Mu dał dwadzieścia dwa lata. No, może dwadzieścia cztery. No, niechbym Mu dał dwadzieścia sześć. To jest moje ostatnie słowo. Ale już trzydzieści? Jak te lata lecą.
 – Ano lecą. Wszystkim nam ich przybywa – powiedziała Maria.
 – A ja Go wciąż pamiętam jako małego chłopca, którego uczyłem czytać i pisać. Jaki On był wtedy grzeczny chłopiec! Chociaż już wtedy był ciekawy i o wszystko się pytał. Czy ja mogę na chwilę usiąść?
 – Ależ bardzo proszę. Proszę usiąść. I częstować się – zapraszała Maria.
 – O, jakiż pięknie stół przygotowany. Nie na darmo słynie Twoja Matka w całym miasteczku jako wspaniała gospodyni. I wino jest. Czy ja mogę wznieść toast? – zapytał nieoczekiwanie.
 – Oczywiście, zapraszamy.
 Wstał, wziął kielich w ręce, ale się zawahał i spytał:
 – A czy on, ten kielich, był rytualnie obmywany? Bo tu taki dziwny dom… – i wzrok skierował w stronę Marii.
 – Tak – odpowiedziała – bo spodziewaliśmy się, że mogą przyjść rozmaici goście, a więc i tacy, którzy szczególnie na to zwracają uwagę. – Ale nie skończyła na tym: – Dlaczego mówisz „dziwny dom”. Pozwól do kuchni, pokażę ci moje garnki. W innych gotuję mleko, w innych mięso. My jemy koszernie. Ja dbam o to. – Po krótkiej przerwie dorzuciła: – Dość mamy kłopotów. Jeszcze nam takich potrzeba, żeby mówiono, że nie jemy koszernie.
 Rabin, jakby nie słysząc tego, co Maria dodała, wzniósł kielich w górę i, zwracając się do Niego, zaczął mówić:
 – Ja Ci życzę wszystkiego dobrego, to znaczy, niech Ci Bóg Najwyższy błogosławi. I ustrzeże Cię od wszelkiego zła i wszelkiego niebezpieczeństwa. Ja mówię: niebezpieczeństwa. To ja mówię nie na darmo. Bo są ludzie, którzy bardzo uważnie patrzą na Twoje życie i słuchają bardzo uważnie Twojej mowy. I oni Ci mają dużo za złe. Bo jeżeli Ty sobie co innego myślisz niż wszyscy prawowierni Izraelici, to Ty sobie myśl. Ale jeżeli Ty to mówisz, to Ty uważaj, co Ty mówisz.
 Powiało chłodem. Prawie odczuł to na sobie. Jakby wiatr uderzył skrzydłem w ich ogródek.
 – Bo u nas dopóki dobrze, dopóty dobrze, ale jak się zacznie niedobrze, to może być bardzo niedobrze. Ty możesz mówić do siebie. To już jest źle. Ty możesz mówić w domu. To jest gorzej. Ty możesz mówić do kolegów Twoich. To jeszcze gorzej. Ale jak Ty mówisz coś publicznie albo tym bardziej w synagodze, to jest już najgorzej. To wtedy może Ci się zdarzyć jakieś nieszczęście. A ja Ci życzę, jak Twoi tu zebrani, żebyś długo żył. I Ty, i ja, i my wszyscy.
 Podniósł kielich jeszcze wyżej, wychylił do dna, nie czekając na innych. A potem, jakby tego nie zauważył, że postąpił nietaktownie, powiedział:
 – Dobre wino. Lepszego w Jerozolimie nawet nie piłem. Czemu się zresztą nie dziwię. Co ci ludzie widzą w tej Jerozolimie? Ale ja już pójdę. Tyle człowiek ma jeszcze spraw na głowie.
 Odszedł. Mieszanina pokory i pychy. Uniżoności i bezczelności. Łagodności i brutalności. „A więc przyszedł mnie ostrzec. Któryż to już raz z rzędu”.
 Dopiero gdy umilkły jego kroki na ścieżce wiodącej w dół, wszyscy jakby odetchnęli. Naraz wstała Jego Matka i ze łzami w głosie zaczęła mówić:
 – Synu mój, nie mogę tak pozostawić tamtych życzeń, przecież to Twoje trzydzieste urodziny. – Wstała, wzięła swój kielich w ręce. – Życzę Ci, żebyś był takim, jak jesteś dotąd:  najcudowniejszym człowiekiem. Nie powiem wcale: najlepszym Synem – bo to nieważne dla nikogo, choć dla mnie najcenniejsze – ale najwspanialszym człowiekiem. Mówię to nie jako matka, ale jak ktoś, kto patrzy na Ciebie nie tylko z największą miłością, lecz i obiektywizmem. I żebyś się, tak jak dotąd, nie bał nikogo. I rób to, co uważasz, żeś robić powinien, i mów to, co uważasz, że mówić powinieneś, i wiedz, że…
 Utknęła. Już od chwili można było wyczuć wzbierające w Niej wzruszenie. Już od chwili zaczął się łamać Jej głos. A teraz nie potrafiła wykrztusić ani jednego słowa więcej. Podszedł szybko do Niej, objął Ją ramieniem. A Ona wybuchnęła płaczem. Przytulił Ją do siebie, głaskał po włosach i powiedział Jej:
 – A ja Cię przepraszam, że wciąż przysparzam Ci tyle kłopotów.
 – Nie, nie – zaprzeczała przez łzy. – Przysparzaj mi kłopotów tyle, ile tylko zechcesz. Ja je przyjmuję wszystkie, bo to od Ciebie, mój kochany chłopcze.
 Już uśmiechała się przez łzy, już było dobrze.
 Po skończonej uroczystości, gdy wszyscy się rozeszli, jeszcze jakiś czas rozmawiał z Janem. Dotychczasowe ustalenia zamknął oświadczeniem:
 – Zaczynasz, kiedy uznasz za stosowne. Z kolei ja dojdę do ciebie.
 Pożegnał się z nim. Gasił lampki oliwne rozwieszone w ogródku, gdy usłyszał cichy odgłos kroków na ścieżce. Ktoś wracał lub dopiero przychodził. Przyjaciel czy wróg? W dobrych czy złych zamiarach? W paru susach był przy ścianie, przylepił się do niej i wpatrywał się w otwór drzwiowy. Zobaczył przybysza i odetchnął. To był Kuba – dalszy kuzyn – przyjaciel, jedyny z rodziny, który przyjaźnił się z Nim.
 – Wybacz, wiem, że jest późno, ale jestem bardzo niespokojny, stąd jeszcze pytanie. Po pierwsze, czy Ty naprawdę chcesz głosić wśród ludzi Palestyny to, coś do nas mówił, co było przedmiotem naszych sporów i dyskusji?
 – Tak jak to już mówiłem: gdy tylko nadejdzie czas sposobny.
 – Nie rób tego – zmienił ton swojej mowy na proszący. – Ty w swojej nauce atakujesz wszystkich. Tak faryzeuszy, jak saduceuszy, esseńczyków jak i zelotów. A to jest nietaktyczne. Jednych przynajmniej powinieneś mieć za sobą.
 – A których ty proponujesz?
 – Faryzeuszy. Czasem tak się ludziom zdaje, że jesteś jednym z faryzeuszy – mówił pospiesznie, nerwowo, dość chaotycznie.
 Słuchał go cierpliwie.
 – Do czego zmierzasz? – spytał go wreszcie.
 – Człowieku, zrozum, przecież w tej naszej dziurze, w której nic się od wieków nie dzieje, bo wszystkich jedynie co interesuje, to tylko pieniądze, potrafiłeś doprowadzić wszystkich do gorączki.
 Pojawiła się w drzwiach Matka, chyba zaniepokojona gościem, który tak późno zawitał, ale zobaczywszy, kto to jest, wróciła do kuchni. „Ona też się o mnie wciąż boi” – pomyślał.
 A Jego nocny gość mówił dalej:
 – Nawiązuję do tego, co w swoim toaście powiedział przełożony synagogi. Bo on miał rację. Gdy Ty zaczniesz głosić oficjalnie swoje poglądy, występując w charakterze samozwańczego nauczyciela… – zamilkł, czekając na odpowiedź, którą zresztą powinien znać.
 Nie chciał go zbyć i powiedzieć chociażby: już jest późno, idź spać, jutro na spokojnie pogadamy, teraz jesteś i ty zmęczony, i ja. Tym bardziej, iż wiedział, że to może już jedna z ostatnich rozmów, że trzeba traktować każdą z takich okazji zupełnie zasadniczo.
 Niespodziewanie Kuba wybuchnął:
 – Ja sobie nie wyobrażam życia w Nazarecie bez Ciebie.
 – Ach, o to ci chodzi – powiedział, uśmiechając się.
 Ale on ciągnął dalej:
 – Chwileczkę, czy sobie z tego zdajesz sprawę, jak bardzo Tyś wrósł w horyzont tego miasta, jak bardzo do niego należysz. Gdy Ty z niego znikniesz, czym my będziemy żyli? Zapanuje marazm. Dzięki Tobie coś się działo. Pod każdym względem. Przecież nie było tematu, który byśmy pomijali. A teraz, co?
 – Czy ty myślisz, że nie mam takich pokus, by zostać w domu. Czy naprawdę sądzisz, że ja nie zdaję sobie sprawy, co mi grozi, gdy będę tego nauczał. Czy ty nie domyślasz się, że nie raz straszy mnie po nocach moja śmierć przez kamienowanie czy też krzyżowanie. Czasem – przyznam ci się – wolałbym mniej wiedzieć niż wiem, mniej czuć niż czuję.
 – A więc zostań – przerwał Mu Jego rozmówca. W Nazarecie jesteś naprawdę potrzebny. Dla tego środowiska naprawdę jesteś jak drożdże w cieście.
 Ale On kontynuował swoją myśl:
 – Może tu wrócę do zarzutu pierwszego, jaki mi jeden z naszych kolegów dziś wieczorem postawił. Otóż przyznaję: korzystniej byłoby, gdybym zaczął publiczne nauczanie przed kilkoma laty. Ale on zapomniał, że Józef długo i ciężko chorował. Nie mogłem odejść z domu, pozostawiając go opiece Marii. Lata płynęły, choroba trwała. Ograniczyłem moją działalność do kontaktów z wami. Na nic innego więcej nie miałem po prostu czasu. Pracowałem od rana do wieczora. Lekarze są drodzy. Lekarstwa też.
 – A więc Pan Bóg w ten sposób Ci wskazywał, że chce Cię mieć u nas, w Nazarecie.
 Nie dał się wytrącić z toku myśli i mówił dalej:
 – I ja do takiego wniosku doszedłem. Poza tym – może właśnie z tego powodu, że tak byłem obciążony pracą, jak i chorobą Józefa – długo dorastałem do tego, co teraz jest dla mnie oczywiste. Chyba nawet za długo. Ale pytałem wciąż siebie, czy się nie mylę. Czy to nie wybujała fantazja, czy nie pretensje bez pokrycia. Wciąż wracałem do Pisma Świętego, szukając w nim potwierdzenia. Dopiero teraz – zresztą już od długiego czasu – jestem przekonany, że tak to jest i że nie mogę już dłużej czekać.
 – Chwileczkę, na co nie możesz dłużej już czekać?
 – Czy mam ci powtarzać to, o czym tyle razy mówiliśmy: jest źle z naszym narodem i wciąż coraz gorzej. To, że nazywamy się wciąż jeszcze „narodem wybranym”, jest fikcją czy nawet parodią. Odeszliśmy dawno od tego, co nazywa się Przymierzem z Bogiem.
 – Przyznasz, że to ta praca u nas dała Ci takie możliwości.
 – Dokładnie tak. Dopiero przez to wędrowanie jako cieśla mogłem poznać, co ludzie myślą, w co wierzą, jak postępują, jaka motywacja nimi kieruje. Moimi klientami byli ludzie prości, inteligencja, biedni i bogaci, również faryzeusze.
 – Ale tym złym duchem, który Cię od nas wyciąga, jest Jan. To jego wina, że Ty idziesz w świat, od nas.
 – Jan pomógł mi przede wszystkim zobaczyć, jak przedstawia się sytuacja w Jerozolimie i w Judei. Przecież w tamtych stronach się urodził i ma wciąż kontakty z ludźmi, zwłaszcza z Jerozolimy.
 – Z tym, że on ma większe znaczenie w Twoim życiu niż tylko informatora.
 Znowu uśmiechnął się do niego:
 – Tak, masz rację. On zawsze bardziej niż ja sam widział, że jestem potrzebny naszemu narodowi. On więcej się po mnie spodziewa niż ja sam.
 – Toteż w tym sensie rację mieli kuzynkowie, że go tak ostro zaatakowali.
 – Tak jest. Mają nosa. Tylko nie mają racji. Jan to mąż Boży, to człowiek opatrznościowy. Tylko powtarzam ci, gdybym nie wiedział, w jakim stanie znajduje się nasz naród, mógłbym ze spokojnym sumieniem siedzieć do śmierci w Nazarecie. Ale wiem. Dlatego nie mam wytłumaczenia. Muszę go ratować. Muszę. Choćby za cenę własnego życia. Muszę. To mój obowiązek zawrócić go z drogi błędu.
 – Chwileczkę, ale czy to masz być akuratnie Ty? – powiedział Jego rozmówca prawie z rozpaczą w głosie.
 – Widzisz, każdy człowiek dla czegoś się narodził i dla czegoś żyje. Ja już teraz wiem dokładnie, że po to się narodziłem i po to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie. Naszej prawdzie.
 – Sam jeden przeciwko całemu narodowi? I to przeciwko narodowi ukształtowanemu, zorganizowanemu, który ma swoje tradycje, zwyczaje, instytucje, choćby Świątynię, choćby synagogi. A na straży tego porządku stoją ludzie, którzy pilnują, by wszystko było tak właśnie wykonane, gdyż z tego żyją. A naród nasz, choć czasem na to bardzo narzeka, już sobie siebie inaczej nie wyobraża. I Ty jeden chcesz to obalić?
 – Może powoli znajdę sobie uczniów, którzy mi w tym pomogą.
 – Po pierwsze – powiedział gorzko – ile lat potrzebowałeś, żeby nas ukształtować? Całe swoje życie – odpowiedział sobie sam. – Kiedy zdążysz to zrobić. My, którzy z Tobą wciąż jesteśmy, i to tyle lat przecież, bez przerwy jesteśmy przez Ciebie zaskakiwani. Przecież dotąd ja sam nie wszystko rozumiem z tego, co Ty mówisz, czego Ty chcesz. A co sobie wyobrażasz, jak długo pozwolą Ci nauczać? Zdążysz nowym uczniom przekazać to wszystko, co nam przekazałeś? Nie chce mi się w to wierzyć. I dlatego mam propozycję: Pójdę z Tobą.
 Wybuchnął śmiechem:
 – Kuba, Kuba. I tak wyszło szydło z worka. Wreszcie wydusiłeś z siebie to, z czym przyszedłeś. Czemu nie powiedziałeś tego od razu?
 – Z jednym zastrzeżeniem. Jak wiesz, mam tu rodziców. Od czasu do czasu chciałbym się tu pokazywać.
 – Słuchaj, żeby nie było nieporozumienia. Tu nie chodzi o wycieczkę krajoznawczą czy spacer po Palestynie perypatetyków dyskutujących na temat bytu. Tutaj czuje się krew.
 – Dlaczego krew? – zaprzeczył gwałtownie. – Dlaczego Ty jesteś taki pesymista.
 – Wiesz co, umówmy się – powiedział mu stanowczo. – Ty na razie zostajesz w Nazarecie i będziesz obserwował, jak to się potoczy. I wtedy dopiero namyślisz się czy tak, czy nie. Jak się zdecydujesz, bardzo się ucieszę. A na razie idź spać. Dobranoc.