Biblioteka


2. (1)



CHRZEST JEZUSA (1)

     W pierwszej chwili nie zwrócił uwagi na paplaninę, która znowu wybuchła w pobliżu. Był zbyt skupiony na swojej robocie i chyba zbyt zmęczony – pracował przecież od wczesnego rana, a zbliżało się południe. Aż zatrzymało Go słowo „Jan”, które padło niespodziewanie. A właściwie spodziewanie, bo gospodarz – równie gadatliwy jak jego gość, który się niedawno pojawił – zadał pytanie: „A jakie jest jego imię?” To wszystko sobie uświadomił przez to imię „Jan”.
     Przerwał pracę. Odgiął schylony grzbiet, wyprostował się. Przyglądnął się parze rozmówców. I z trudem wracał pamięcią o tego, co zostało już powiedziane, a równocześnie starał się nic nie utracić z tego, co młody człowiek, który dopiero co przybył, opowiada z szybkością stukania dzięcioła.
     – Ludzie mówią, że to oczekiwany Mesjasz.
     – A skąd pochodzi? – gospodarz zatrzymał ten rozpędzony potok słów.
     – Nie pamiętam, ale gdzieś spod Jerozolimy.
     – Z Betlejem?
     – Nie pamiętam, ale chyba nie.
     – Jak nie z Betlejem, to nie Mesjasz. A cuda czyni?
     – Nie słyszałem – chłopiec przygasał, choć przed chwilą jeszcze był taki pewny swego. – A nawet mówi, że on przygotowuje ścieżki dla tego, kto po nim przyjdzie – dorzucił z rezygnacją.
     – A widzisz. To nie jest Mesjasz.
     Chłopiec teraz znowu się poderwał do obrony:
     – Ale wszyscy tak mówią, że to Mesjasz. Widziałem go. Ogromny, groźny, spalony od słońca jak heban. Długie włosy, długa broda – chłopiec pokazywał rękami to, o czym mówił. – Pełno ludzi. Schodzą do niego z całej Jerozolimy i z okolicy. Słuchają jego przemówień całymi godzinami, całymi dniami. A on chrzci.
     – Co robi? Chrzci? – zdumiał się gospodarz. – A cóż to znaczy?
     – Wchodzi do rzeki i leje wodę na głowę ludziom.
     – Każdemu?
     – Każdemu, kto o to prosi, kto się nawróci, kto postanawia zmienić życie, przestać grzeszyć.
     Wciąż jeszcze słuchał, co chłopiec opowiada. Ale już odłożył siekierę. Teraz powoli zdejmował fartuch, odwiązywał sznurek. Wciąż czekał jeszcze na jedno pytanie. I ono padło:
     – Ale jeszcze dotąd nie wiem, gdzie to wszystko się dzieje?
     – Przecież mówię.
     – Nic nie powiedziałeś.
     – Na przejeździe pod Jerozolimą. Niedaleko, gdzie Jordan wpada do Morza Martwego – dodał, żeby nie było wątpliwości.
     Jednym ruchem przerzucił fartuch przez głowę i zaczął go składać.
     – A Ty dokąd, Jezusie? – usłyszał głos gospodarza.
     – Na mnie już czas – odpowiedział. – Przepraszam cię, że nie skończę ci tej roboty. Ale to nie jest nic szczególnie trudnego. Znajdziesz kogoś, kto ci skończy. Niewiele zresztą zostało.
     Nie zwracał już uwagi na biadolenie, którym chciał Go gospodarz zatrzymać. Tylko mu przerwał, gdy ten doszedł do wynagrodzenia:
     – Nie. Wynagrodzenia żadnego nie chcę. Ja zrywam umowę, wobec tego nic mi się nie należy. Pokój niech będzie z tobą.
     Jeszcze słyszał rzucane pytania:
    – Co się stało? Dlaczego tak nagle? Mało Ci obiecałem pieniędzy? A może złe otrzymywałeś jedzenie? Czyś Ty się na mnie obraził? Przecież szanowaliśmy Ciebie. Wiemy, żeś najlepszy cieśla. Nie ma drugiego takiego na całą okolicę. Zostań przecież. A może i Ty idziesz do Jana?
     Ale na żadne z tych pytań już nie odpowiedział. Z fartuchem przerzuconym przez ramię szedł spokojnie do domu. Właściwie sam się sobie dziwił, że tak może iść spokojnie, że nie biegnie, albo że nie stoi zmartwiały. Jedno i drugie byłoby bardziej zrozumiałe niż to spokojne powracanie do domu. Tym bardziej, że serce Mu się tłukło jakby po jakimś długim biegu albo po ciężkiej robocie. „A więc to już na mnie czas. Zgodnie z umową. Jan zaczął, teraz ja”. Tyle lat czekał na tę chwilę. Nie spodziewał się, że ona przyjdzie tak nagle i tak po prostu.

     Na ścieżkę, którą podchodził do domu, wybiegł ich pies z radosnym szczekaniem, łasił się, lizał Go po rękach, wyskakiwał w górę, chcąc dosięgnąć twarzy. Przystanął, pochylił się, głaskał go po głowie, drapał za uszami.
     Z domu wyszła Matka.
     – O, jesteś? – spytała, ale bez specjalnego zdziwienia.
     „Już wie, dlaczego wróciłem”. Poznał to po Jej oczach. Przywitał się z Nią jak zawsze, gdy powracał do domu po pracy.
     – Dawno Cię nie było tak wcześnie z pracy – powiedziała, prawie prowokując Go, by wszystko wyjaśnił.
     – Skończyłem z ciesielką.
     – Czekam na Ciebie z obiadem – odpowiedziała.
     – Spodziewałaś się, że wcześniej wrócę? Słyszałaś, że Jan zaczął nauczać pod Jerozolimą? – teraz On Ją zapytał.
     – Tak – odpowiedziała pospiesznie. – Kiedy chcesz wyruszyć? Jeszcze dzisiaj?
     Dopiero teraz zwrócił uwagę na Jej lekko zaczerwienione oczy. „Płakała” – pomyślał.
     – Nie. Jutro skoro świt.
     Zdawało Mu się, jakby odetchnęła z ulgą.
     – Chciałbym trochę posprzątać, uporządkować swoje rzeczy. Może jeszcze wpadnę do któregoś z moich chłopców, chyba że sami przyjdą – wyjaśniał.
     – Co Ci przygotować na drogę? – spytała tak naturalnie, jakby wychodził na jeden dzień, najwyżej na parę.
     – To, co uważasz. Ale nie za dużo, bo ciężko mi będzie dźwigać – zażartował.
     Podczas posiłku prawie nie rozmawiali. Tylko zauważył, że Jej drżą leciutko ręce.
     – Jak się dowiedziałeś? – spytała Go w którymś momencie.
     – Jakiś chłopiec przyniósł tę wiadomość człowiekowi, u którego pracowałem – odpowiedział. – A Ty?
     – Wpadł Kuba i pytał o Ciebie i przy okazji opowiedział to, o czym – jak się okazuje – już wszyscy we wsi wiedzą. Obiecał, że jeszcze przyjdzie. Musisz już tam iść?
     – Muszę. Tak umawiałem się z Janem.
     – A chcesz tego? – powiedziała ciszej, nie podnosząc oczu. Jakby bała się sugerować Mu cokolwiek.
     – Uważam, że tak powinienem zrobić.
     Po posiłku nie kładł się spać – szkoda Mu było czasu. Wiedział, że ma go niewiele. Sprzątał swoją małą izbę. Układał, porządkował, wyrzucał to, co niepotrzebne. Odkładał to, co weźmie ze sobą: to, co powinien wziąć, co Mu jest konieczne bezwzględnie. Trzymał się ściśle tego kryterium, bo inaczej natychmiast rósł Mu stos rzeczy, które chciałby ze sobą wziąć. W domu panowała cisza. Maria zachowywała się tak, jakby Jej nie było. Choć raz czy drugi posłyszał, jakby stłumiony szloch. Wciąż sobie powtarzał, że przecież tu jest Jego dom, że będzie do niego wciąż powracał, że chodzi tylko o to, by zrobić jaki taki porządek, by Matka nie miała kłopotu ze sprzątaniem. Ale nie potrafił przezwyciężyć pewności, która uwierała Go jak kamień w sandale, że to nieprawda, że tu już nigdy tak nie powróci, że gdy nawet powróci, to jako gość, jako przechodzień, że to wszystko, co było dla Niego dotąd ważne, swoje, bliskie, stanie się dla Niego obce, błahe, nieważne. Dziwne, bo przecież czekał na tę chwilę, zdawało Mu się, że był na nią przygotowany, a zaskoczyła Go swoją innością.
     Nie spodziewał się, że tak będzie wyglądała ta chwila – że tak będzie wyglądało pożegnanie z dotychczasowym życiem. „Jak Maria powiedziała? ‚Czy tego chcesz?’ Czy można chcieć wielkiej niewiadomej?” Tu już miał życie ustabilizowane. Czy można chcieć czegoś, o czym się nie wie, jak będzie wyglądało? Nie miał żadnego modelu, według którego mógłby sobie wyobrażać to życie, które Go czekało.
     – Może Ci w czym pomóc? – usłyszał niespodziewanie Jej głos od drzwi. Prawie Go przestraszyła.
     – Nie, nie, dziękuję. Już wnet będę kończył.
     Odeszła. On wrócił do dalszego porządkowania z jeszcze cięższym sercem. „Wiem tylko jedno: że nie można patrzeć obojętnie na to, co jest: na to, w co ludzie wierzą, jak żyją i postępują, bo to nie jest nawet pogaństwo, ale karykatura” – powtarzał sobie niby uczeń szkolną lekcję wyuczoną na pamięć. – „Nie można żyć spokojnie, jeżeli ogłupiają ten naród z jednej strony kapłani a z drugiej faryzeusze” – mówił teraz do siebie to, co wiele razy tłumaczył innym. Aby siebie przekonać, aby uzasadnić swój krok. – „Trzeba ludziom ukazać prawdę, którą Bóg objawił temu jedynemu na świecie narodowi, jakim jest nasz naród. A więc pójdę do Jana. Co dalej, to Bóg mi wskaże”. Ale nie czuł się przekonany do końca. Najchętniej odłożyłby tę całą grzebaninę, poszedł do kuchni i powiedział Matce: Zostaję. Nie idę nigdzie.
     Gdy zaszczekał pies, wyszedł do drzwi. To był Kuba.
     – Słyszałeś już? – zapytał Go zdyszany biegiem.
     – Tak.
     – Czyżbyś się pakował?
     – Porządkuję moje rzeczy, żeby nie przeszkadzały. A co niepotrzebne, wyrzucam.
     – I co, idziesz do niego?
     – Tak, jutro rano wychodzę.
     – Zazdroszczę Ci. Ale może i ja kiedyś dołączę do was. Zobaczymy. Pobiegnę do chłopców. Wieczorem przyjdziemy, żeby Cię pożegnać.
     – Nie ma co robić wielkich pożegnań, przecież będę tu wracał do was.
     – No, ale zawsze. Jeżeli Tobie nas nie będzie brakować, to nam na pewno będzie Ciebie bardzo brak.

     Wieczorem zeszedł się kto mógł z paczki Jego przyjaciół. Nie było wszystkich. Nawet tych, których był pewien, że przyjdą. Ochoty do rozmowy nie miał ani nikt z nich, ani On się do niej nie spieszył. Poprosił wobec tego Kubę:
     – Wziąłeś ze sobą flet?
     – Oczywiście.
     – No to pośpiewamy, a ty graj.
     I tak też było.
     – Bo zaczyna wyglądać to nasze spotkanie jak stypa pogrzebowa. A przecież cieszyć się trzeba, że dopełnia się wola Boża.
     Ale i to nie potrafiło przełamać ciężkiej atmosfery, która panowała. Byli sztywni, obojętni, jakby zapatrzeni we własne życie. Rozeszli się do domów wcześniej niż planowali, niż On przypuszczał. Tłumaczyli się, że już późno, że jutro trzeba wstawać rano wczas do roboty. Żegnał się z każdym z nich. Życzyli Mu – jak komuś obcemu – dobrej drogi, powodzenia, powrotu do Nazaretu po spełnieniu misji.
     – Będziesz miał nam po powrocie dużo do opowiadania.
     Ale czuł, że żaden z nich nie wierzy sam w to, co mówi. „Chyba tak się żegna skazańca idącego na śmierć” – pomyślał. Może tylko jedno zdanie zabrzmiało najprawdziwiej: „Nie spodziewałem się, że Ty kiedykolwiek naprawdę stąd odejdziesz”.
     Czuł się tak rozbity tym spotkaniem z kolegami, że nie był w stanie iść spać, choć przecież sobie to obiecywał, mając perspektywę wczesnego wstawania. Wobec tego jeszcze kręcił się trochę po domu. Ale nie mógł się uspokoić. Nawet gdy przystąpił do modlitwy wieczornej. Dopiero po dłuższej chwili spłynął na Niego pokój. Ale gdy się położył, nie potrafił zasnąć. Wobec tego zaczął odmawiać swój ulubiony psalm:
          „Kto się w opiekę odda Panu swemu,
          a całym sercem szczerze ufa Jemu,
          śmiele rzec może: mam obrońcę Boga,
          nie przyjdzie na mnie żadna straszna trwoga”.
     Patrzył w ciemność szeroko otwartymi oczami, tak jak to robił, gdy był mały. Po chwili już widział drobne, kolorowe koraliki biegnące gdzieś od sufitu aż na sam dół. Przy którejś zwrotce, nawet nie wiedział kiedy, zasnął.
     Zerwał się, gdy jeszcze była noc. Poczuł na ramieniu Jej dłoń i usłyszał Jej szept:
     – Wstawaj, już czas na Ciebie. Lepiej wyjść wcześniej, bo wtedy panuje jeszcze chłód wieczorny. W południe, gdy słońce będzie stało wysoko i upał nie do zniesienia, wtedy znajdziesz po drodze jakiś zagajnik albo jaskinię i prześpisz parę godzin.
     Mówiła do Niego rzeczy oczywiste – wiedział: to tylko po to, by znowu nie pogrążył się w sen. A miał prawo. Zasnął późno. Stąd też noc skróciła się do paru godzin. Ubierał się szybko trzęsącymi rękami, cały jakiś wewnętrznie rozedrgany. Dopiero lodowato zimna woda, w której się umył, jakoś Go obudziła. Modlitwa uspokoiła Go i przywróciła do pełnej przytomności. Zaczął jak zwykle, jak co dzień, jak całe życie: „Słuchaj, Izraelu, Bóg twój jest Bogiem jedynym. Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całym swoim umysłem, ze wszystkich sił swoich”.
     Śniadanie jedli jeszcze przy kaganku, ale na niebie pojawił się już leciutki brzask dnia. Rozmawiali o rzeczach najprostszych – Ona zdawała Mu relację, co przygotowała na drogę z rzeczy ubraniowych i z pożywienia.
     – Za dużo, za dużo tego wszystkiego – powtarzał.
     – Droga długa, jeść coś musisz, a z pewnością będą i tacy, z którymi trzeba będzie się podzielić. Jak chcesz iść?
     – Tak jak chodziliśmy na święta Paschy do Jerozolimy. Ale to też będzie zależeć i od tego, czy Samarytanie nas przepuszczą.
     Teraz On opowiadał rzeczy oczywiste, na które naprawdę szkoda było czasu. Ale przecież nie mogli tak siedzieć przy stole w milczeniu. Więc mówił:
     – Gdyby Samaria nas przepuściła, to byłoby najprościej, najszybciej. Gdy nie, to trzeba będzie skręcić na wschód, wejść do Dekapolis i dalej przez Pereę, a potem powrócić nad Jordan. Jedyna korzyść, że wtedy omija się pustynię Judzką. No, zobaczymy. Okaże się w drodze. Gdzieś Jana znajdę.
     – A co dalej? – spytała po chwili milczenia.
     – Co Bóg da.
     I znowu zapadła cisza. Jeszcze na koniec zwróciła się do Niego z pytaniem:
     – Będziesz na weselu w Kanie? To jeszcze daleki termin, ale wiesz, jak im bardzo zależało, żebyś był.
     – Postaram się. Obiecałem im przecież.
     Wychodził w jaśniejący już dzień. Maria zarzuciła sobie chustę na ramiona i towarzyszyła Mu, już nic nie mówiąc, aż do drogi. Szłaby dalej, ale się temu sprzeciwił:
     – Zimno jest, a Tyś tak lekko ubrana. Wracaj, proszę. Dziękuję za odprowadzenie. Niech Cię Bóg ma w swojej opiece.
     Potem widział, że chciała coś powiedzieć, ale słowa grzęzły Jej w krtani, z trudem wykrztusiła, tak że ledwie Ją zrozumiał:
     – Idź z Bogiem. Ale jak Ci na świecie będzie źle, wróć do domu.

     Szedł już kilka godzin. I musiał stwierdzić, że warto było się na tę pielgrzymkę wybrać, żeby obserwować choćby tylko to, co się działo. Zwłaszcza gdy znalazł się na głównym trakcie. Już tyle razy przemierzał tę trasę. Ale czegoś tak uroczystego nigdy nie było, nawet wtedy, gdy ludzie pielgrzymowali na święto Paschy. Takiego nastroju święta, takiego ożywienia, tyle radości, nadziei, „że wreszcie się coś zaczęło”. Nawet u tych, którzy wędrowali za swoimi sprawami i wcale nie mieli zamiaru zbaczać, aby choćby na chwilę posłuchać czy zobaczyć Jana. Tym też wystarczało, że on zaistniał. Czy jest Mesjaszem, czy nie, to nawet nie było najważniejsze, ważne, że jest KTOŚ. Autentyczny, wiarygodny Mąż Boży. Bo że on taki, nikt nie miał wątpliwości. To potwierdzały liczne fakty – anegdoty, które sobie ludzie przekazywali z ust do ust. Te jeszcze nie dawały odpowiedzi na podstawowe pytanie: Czego on chce, do czego on zmierza. co planuje, ale było to wielkie JUŻ, było to oczekiwane WRESZCIE. Chociaż interpretacje tego faktu były rozmaite.
     O tym wszystkim przekonywał się z przelotnych rozmów nawiązywanych z idącymi. To byli ci, którzy dołączali do Niego – do których On dołączał na krótszy czy dłuższy czas. Chwilami dolatywały Go zdania, poszczególne słowa ludzi idących obok.
     Usłyszał za sobą doganiające Go kroki i jakiś młody głos zawołał:
     – Hej, a Ty też do Jana?!
     Odwrócił się. Zbliżał się do Niego wysoki, silnie zbudowany młody człowiek. Mógł mieć nie więcej jak dwadzieścia lat. Z workiem – podobnie jak On – podróżnym przerzuconym przez ramię.
     – Też.
     – Jak myślisz, zacznie się wreszcie? – spytał Go ni stąd, ni zowąd.
     – Zależy co. Ale myślę, że już się zaczęło dużo dobrego. Wystarczy popatrzeć i posłuchać ludzi, którzy idą.
     Tak jakby tego nie dosłyszał i mówił dalej:
     – Tylko, czy on się zna na sztuce wojennej, jak myślisz, czy on stanie na czele powstania, czy też kogo innego postawi? – mówił, lekko się zacinając.
     – Uważasz, że powstania nam najbardziej potrzeba?
     – A Ty co znowu. Myślisz, że naród wybrany powinien być uciskany przez przeklętych pogan? To my mamy rządzić światem, a nie Rzymianie! – wykrzyknął.
     – Sądzisz, że po to nas Pan Bóg wybrał?
     – A tak! A po co innego? Jak wybrał, to wybrał. Dał nam ziemię obiecaną? Jak dał, to dał! A oni nam odebrali! – prawie krzyczał.
     – Mówisz, jakbyś historii nie znał. Oni sami nie przyszli. To myśmy ich sprowadzili przeciwko naszym braciom.
     – No to co. Twoim zdaniem mamy na wieki być ciemiężeni?
     Chłopak mówił głośno. Czasem nawet wykrzykiwał. Zwracał uwagę idących. Niektórzy przybliżyli się, przysłuchiwali się ich rozmowie.
     – My mamy stać się znowu narodem wybranym – odpowiedział mu. – To znaczy narodem Boga samego. To znaczy, żyć według nauki, którą nam objawił.
     – A nie żyjemy?
     – A żyjemy?
     – Idź do diabła! Co Ci się u nas nie podoba? – przyspieszył kroku i oddalił się.
     Żal Mu było chłopca, że się tak zdenerwował. Obiecywał sobie, że jeszcze go odnajdzie i spróbuje poprowadzić dalej tę rozmowę.
     – No cóż, mamy niecierpliwą młodzież. Spieszy im się do wojaczki. Ręce ich świerzbią. Nie dziw się temu. I ja się też nie dziwię. Gdy byłem młody, też mi się zdawało, że pierwszą rzeczą jest przepędzić Rzymian z naszego kraju. Teraz już mi się tak nie zdaje.
     To mówił do Niego starszy mężczyzna, który zajął miejsce chłopca. Miał sposób mówienia żydowskich faryzeuszy.
     – Dokąd ja idę? Ja idę w swoich sprawach do Jerozolimy, mam tam rodzinę. Ale zajrzę do Jana. To powinno być całkiem po drodze. Może nawet dłużej u niego pozostanę – zwierzał Mu się.
     – Nie spieszy ci się?
     – Czy mi się spieszy? Chcę go posłuchać. Już niejedno w życiu słyszałem, a nawet widziałem. Byli tacy, którzy się obwoływali Mesjaszami, byli tacy, których ludzie obwoływali Mesjaszami. Jedni i drudzy ginęli na krzyżach albo w walce. Jeszcze inni od skrytobójczego sztyletu. I przysypał ich piasek niepamięci.
     Przerwał. Chwilę szli w milczeniu. Ale przygodny towarzysz podróży znowu zaczął mówić:
     – Może się dziwisz, po co idę do Jana. To ja Ci powiem: takiego jeszcze nie było. Jak się go pytają żołnierze, co mają robić, on mówi: bądźcie żołnierzami, nikomu nie dokuczajcie, nikogo nie wykorzystujcie, ale poprzestańcie na własnym żołdzie, brońcie ludzi przed niesprawiedliwością i bandytami. Jak się go pytają celnicy, co robić, on im odpowiada: bądźcie celnikami, nie czyńcie nic ponad to, co do was należy.
     Uśmiechnął się słuchając Tomasza, bo – jak się okazało – tak było mu na imię. Przypominały Mu się wszystkie dawne rozmowy i dyskusje prowadzone z Janem.
     – Czy to nie jest genialne? – kontynuował Tomasz. – To ja Ci mówię: to jest genialne. Może mnie zapytasz, czy to nie jest za proste? To ja Ci odpowiem: to jest właśnie takie proste, że aż wielkie. Ale Ty mi chyba nie powiesz, że to jest bardzo łatwe. Bo to jest naprawdę trudne. Ja myślę coś więcej: to jest bardzo trudne. Ja Ci mogę przysięgnąć z ręką na sercu: to jest najtrudniejsze. Nawet może łatwiej jest iść na pustynię? To też jest trudne. Choć nie takie jak to, czego Jan uczy. To wymaga heroizmu. Ale czy człowiek żyje dwa razy? On żyje tylko raz. Wobec tego niech on się zdobędzie na taki heroizm.
     – I dlatego idziesz do Jana?
     – I dlatego ja idę do Jana. Może on jest Mesjaszem? Ja nie wiem. Może on nie jest Mesjaszem? Ale po tym jednym wiem na pewno, że to jest mądry człowiek. A jak on jest mądry, to on jest również człowiekiem Bożym. Czy ja się mylę? Przecież Bóg jest samą mądrością.
     Wciąż towarzyszyło im kilka osób, przysłuchujących się pilnie ich rozmowie. Niejednokrotnie zabierali głos, pytali, czy też odpowiadali na pytania. Dopiero taka luźna rozmowa ukazywała, jak ludzi obchodzą losy ich narodu. To, co dalej z nami, stanowiło główny przedmiot zainteresowania.
     Szli bez pośpiechu, jak na kilkudniowy marsz przystało, ale szli intensywnie. Robili krótkie postoje, żeby się posilić tym, co nieśli ze sobą albo tym, co zakupili w napotkanej wsi – i szli dalej. Tomasz wciąż starał się iść przy Nim. Przed wejściem na teren Samarii byli niepewni, czy ich przepuszczą Samarytanie. Choć, jak się okazało, nie stawiali im oporu. Na wszelki wypadek jednak omijali wsie. Spali pod gołym niebem. Noce były już chłodne, ale wystarczyło znaleźć miejsce chroniące przed wiatrem, okryć szczelnie opończą, żeby można było spokojnie się przespać.

     Zanim ogarnęła ich noc swoim nagłym skokiem, przystanęli na spoczynek w zacisznym zagajniku.
     Choć był bardzo zmęczony drogą, zaczął zbierać suche badyle i gałęzie na ognisko. Za Nim poszli i inni. PO chwili zgromadzili całą stertę opału. I gdy powiało chłodem, już mieli swoje ognisko, swój ogienek. Byle trochę ciepła, byle trochę światła. Zajęli miejsca ciasno, jeden przy drugim. To i cieplej, i raźniej, gdy za plecami czeluść ciemności. Mieli swój wspólny kociołek zawieszony nad ogniskiem, do którego każdy wrzucił, co uważał za stosowne do spożycia.
     – Jak Ty oceniasz nasz naród izraelski? Bo z tego, coś dotąd powiedział, masz do nas stosunek krytyczny – wrócili do rozmowy, którą prowadzili w drodze.
     Zaczął mówić powoli, prawie półgłosem:
     – Mieliśmy być narodem wybranym: światłem prawdy świecącym dla wszystkich narodów świata, a staliśmy się ciemnością, pośmiewiskiem świata. Mieliśmy nieść pokój, braterstwo, przyjaźń, a nieśliśmy innym narodom pożogę, wojny, nienawiść – my, których największym przykazaniem miało być przykazanie miłości.
     – A jakim prawem tak twierdzisz? – ktoś gwałtownie zaprotestował.
     – Jesteś rabbim? To czemu nie ubierasz się jak rabbi?
     – U kogo się uczyłeś, gdzie? – opadły Go nagle zewsząd głosy.
     Nie odpowiedział, ale mówił dalej:
     – Mieliśmy być jedną rodziną. Narodem miłującym się wzajemnie, a napadaliśmy wciąż na siebie, prowadziliśmy między sobą wojny, mordowaliśmy jedni drugich; przecież to my sami sprowadziliśmy Rzymian przeciwko swoim braciom.
     Zamilkł. Słabe światło ledwie tlącego się ogniska z trudem wydobywało z głębokiej czerni nocy szarzejące twarze. Błyszczały tylko oczy wpatrzone w Niego z ciekawością.
     Jakby w odpowiedzi zaczął mówić Tomasz:
     – Mówisz gorzką prawdę. Nie słyszałem, żeby jakiś rabbi tak przemawiał. Jest dużo słuszności w Twojej mowie. Bo przecież tak to jest – Tomasz zaczął spokojnie na pozór, jakby miał im opowiadać obojętną historię, trochę znaną, trochę nieznaną. – Jakub-Izrael miał dwunastu synów. Było nas dwanaście pokoleń. Otrzymaliśmy po niewoli egipskiej kraj obiecany. Rozdzieliliśmy go pomiędzy jedenastu synów Jakuba. I Bogu niech będą za to dzięki. Kapłański ród Lewiego miał być utrzymywany przez wszystkich. My, potomkowie synów Jakuba, powinniśmy żyć jak jedna rodzina. I co z nas zostało? Na Judę napadło dziesięć bratnich pokoleń. Po co? Po co im było zakładać ligę przeciwko Asyrii? Jedni Judejczycy się temu sprzeciwili. Przyszła Asyria. Rozbiła ligę w puch. Wycięła żołnierzy, a ludzi uprowadziła w głąb imperium. Nie powrócili nigdy. I tak znikło dziesięć pokoleń Izraela! – tu wykrzyknął i przerwał, jakby sparaliżowany tym odkryciem.
     – Po co to wspominasz! Po co rozdrapujesz rany! – rozległy się okrzyki protestu.
     – Czy wolno zapomnieć o swojej przeszłości – odpowiedział Tomasz spokojnie. – Choćby po to, byśmy nie powtarzali głupstw naszych przodków, ale i po to, żebyśmy wiedzieli, kim my jesteśmy. Tylko, czy to pomoże?
     Mówił trochę do nich, ale chyba bardziej do siebie, zapatrzony we własne myśli, we własną gorycz:
     – I co się zdawało? I zdawało się, że Judejczycy już będą mądrzejsi. Że już będą nauczeni tym, co się wydarzyło z ich braćmi. Ale gdzie tam! Najpierw walczyli z Egiptem, a potem z Babilończykami, aż ci ich zabrali w niewolę nad Eufrat i Tygrys – zaśmiał się ostrym, nieprzyjemnym śmiechem-nieśmiechem, raczej skrzekliwym szczekaniem hieny. Wytłumaczył to swoje zachowanie: – Jak myślę teraz o tym, to mnie śmiech pusty ogarnia i wstyd mi za moich przodków, za moich braci, że tacy głupi, takie pustogłowy. To jakby żaba wciąż wyciągała łapę u kowala, żeby ją podkuł. – Spoważniał. – I Bóg ich skarał. Ty – zwrócił się do Niego – Tobie na imię Jezus, nieprawda? Ty byś to nazwał inaczej, że oni sami się ukarali za to, że nie żyli według Prawa Bożego.
     Tomasz zamyślił się i przerwał swoją historię Izraela. Po chwili podjął ją na nowo:
      – I jeszcze im było mało. Judejczycy, gdy w końcu pod Machabeuszami odzyskali niezawisłe państwo, wtedy sami wzięli się za łby. I sprowadzili Rzymian jako rozjemców. A teraz o niczym nie myślą jak o tym, żeby ich przepędzić – znowu zaczął śmiać się swoim suchym śmiechem pełnym złości. – Ale Rzymianie jak raz wejdą, nie odchodzą, o nie. Oni są mądrzy. Sami nie lubią się pokazywać na widoku. To sobie takiego pajaca, Heroda Antypasa wynaleźli, żebyśmy mieli poczucie wolności. „Jak to, przecież macie żydowskiego tetrarchę”. A jakże. Mieszka we wspaniałym pałacu. Niczego mu nie brakuje. Opływa we wszystko. Ma nawet swoje wojsko. Tylko może się ktoś spyta: Gdzie ten tetrarcha izraelski ma swoją stolicę? Oczywiście w Jerozolimie, nieprawda? Otóż nie. Nie w Jerozolimie, w Tyberiadzie, nad jeziorem Galilejskim, wybudowanej na cześć rzymskiego cesarza Tyberiusza. To nie rządzi Judeą? Też nie. Rządzi Galileą i Pereą. A w Jerozolimie? Rządcą był inny syn Heroda Wielkiego: Archelaos. ale gdy Rzymianie uznali, że się źle sprawuje, zastąpili go swoim namiestnikiem. Obecnie jest nim Piłat i sprawuje władzę nad Judeą i Samarią. A gdzie mieszka? W Samarii. W zbudowanej przez Heroda Wielkiego Cezarei.
     – Podobno tam, w Samarii, nad brzegiem Morza Śródziemnego, jest lepsze powietrze niż w Jerozolimie – ktoś zakpił.
     – Po prostu nie lubi Judejczyków. Woli Samarytan. Tfu – splunął, jakby nie mógł tej perfidii rzymskiej dłużej trzymać w swoich ustach, poderwał się i sandałem wtarł plwocinę w piasek. Znowu usiadł. – Nie, nie. Jak Rzymianie potrafią rządzić, to warto od nich się uczyć. Sam cymes. Delicje – uśmiechnął się gorzko.
     Zapadła cisza. Przerwał ją niespodziewanie młody człowiek, ten od wojskowości:
     – Nie wszystko z tego, coś mówił, zrozumiałem, ale dla mnie jeden jest wniosek: najwyższy czas, aby chwycić za broń i przepędzić Rzymian.
     – A ty jesteś Galilejczykiem? – zapytał Tomasz.
     – A co, nie słyszysz, jak mówię? Pewnie żem Galilejczyk. Na imię mam Szymon i należę do zelotów.
     – Nie boisz się tego mówić? Rzymianie chętnie takich wieszają na krzyżu.
     – Nikogo się nie boję.
     – A czy możesz mi powiedzieć, jakie pokolenia Izraela mieszkały na terenie Galilei? – spytał go z uśmiechem Tomasz.
     – Nie „mieszkały”, tylko mieszkają.
     – No, niech będzie.
     – Ja jestem z pokolenia Zabulona. A reszta mnie nie obchodzi. No, jeszcze naszymi sąsiadami jest ród Asera, wzdłuż morza.
     – Dobrze, niech tak będzie, ale do kompletu brakuje ci Neftalego i Issakara.
     – Może być. Tak, zgadza się: Neftali na północ od nas, a Issakar na południe.
     – Ty wysil swoją mózgownicę i staraj się przypomnieć sobie to, czego cię uczono w chederze: W jaką teraz wejdziemy krainę?
     – Samarię.
     – Tak się to teraz nazywa, a jakie narody ją zamieszkują, mówmy dokładniej: zamieszkiwały?
     – Manasses.
     – Dobrze, a dalej na południe?
     – Chyba Efraim.
     – No widzisz. Więcej umiesz niż byś na to wyglądał. A po drugiej, wschodniej stronie Jordanu?
     – No, tego już nie wiem.
     – No tam, gdzie teraz jest Perea.
     – A, tam chyba Gad.
     – Całkiem dobrze mówisz: pokolenie Gad. Powoli, powoli wszystko można z ciebie wyciągnąć. A jeszcze dalej na południe, po naszej stronie, to znaczy po zachodniej stronie Jordanu, kto tam mieszkał?
     – Juda.
     – No, trochę ci się pomyliło. Judea to jest już teraz, ale niesłusznie. No, między Efraimem a Judą, jakie dwa rody zamieszkiwały ten teren?
     Reszta siedzących przy ognisku przysłuchiwała się pilnie tej powtórce z geografii, a właściwie z historii Izraela, trochę podśmiechując się z tego, trochę się zastanawiając. Teraz ktoś spośród nich nie wytrzymał i powiedział półgłosem:
     – Dan i Beniamin.
     – Spokój tam! – warknął Szymon Zelota. – Ja rozmawiam. I mam nie tylko tu – wskazał na swoje umięśnione ramię – ale i tu – pokazał na głowę.
     – Potem Juda. A po drugiej stronie Morza Martwego?
     – To już wiem: Ruben. Tam teraz jest osada esseńczyków w Qumran i tam jest twierdza Macheront – mówił jak o dobrze mu znanych miejscach.
     – No to mamy już dziesięć pokoleń Jakubowych. Ale brakuje nam jedenastego. Którego nam brakuje? – Ale nie doczekał się odpowiedzi. więc sam odpowiedział: – Nam brakuje Symeona. No, gdzie on mieszkał? – A ponieważ milczenie trwało, dopowiedział:- Na południe od Judy.
     – Skończyłeś? – spytał podenerwowany nieco zelota.
     – Tak. Przynajmniej ustalanie, gdzie który ród mieszkał.
     – No to teraz powiedz: czemuś mnie o to wypytywał. Po to, żeby mnie zawstydzić? Po to, żebyś się mógł popisać, jakiś ty mądry a ja głupi?
     Tomasz jakby tego nie usłyszał i ciągnął dalej tę dziwną ni to rozmowę, ni to przepytywanie jak w chederze:
     – Tyś powiedział: jestem z pokolenia Zabulona. I ja to przyjmuję. Ale gdybyś to powiedział jakiemuś Judejczykowi, to by cię wyśmiał.
     – Niechby spróbował – warknął osiłek.
     – Coś ty jeszcze powinien wiedzieć? Chyba uczono cię, co zrobiła Asyria po rozbiciu ligi antyasyryjskiej. Uprowadziła mieszkańców tak Galilei, jak i innych krain i oni już nigdy nie powrócili. Rozpłynęli się wśród różnych narodów. Przecież mówiłem o tym przed chwilą. Nie dotarło to do ciebie?
     – A my, skąd myśmy się wzięli? Przecież jesteśmy – zdumiał się Szymon.
     – Skąd wyście się wzięli? Asyryjczycy na miejsce uprowadzonych ściągnęli ludy z głębi lądu. Te, przyszedłszy na nasze tereny, przyjęły religię Mojżeszową, zgodnie z ówczesnym obyczajem, że przyjmuje się religię tej ziemi, do której się wchodzi.
     Chłopiec nie rozumiał:
     – Jak to? Przecież mówisz, że ludność została uprowadzona.
     – Co to znaczy ludność? Ludność w sensie arystokracja. mieszczaństwo, a więc kupcy, rzemieślnicy. Pozostała ludność rolnicza i z tą się zlała fala osadników. I to są Galilejczycy czy Samarytanie.
     – Z tego wynika, że niewielka jest różnica pomiędzy Galilejczykami a Samarytanami.
     – Ano niewielka.
     – Czy nie trzeba by już iść spać? – odezwał się jakiś głos. – Jutro przed nami szmat drogi.
     – Kto chce iść spać, niech idzie – odwarknął Szymek. – Dla mnie to ważniejsze niż spanie. To czemu się tak nienawidzimy z Samarytanami?
     – Czemu się nienawidzimy? Bo jak wrócili Judejczycy – czyli, jak to mówimy: Żydzi – z niewoli babilońskiej, wtedy przystąpili zaraz do odbudowy świątyni jerozolimskiej. A było ich wszystkiego trzydzieści tysięcy. Ty sobie wyobrażasz? Tylko trzydzieści tysięcy.
     – A co z resztą? – zdziwił się Szymon.
     – Co się stało? – powtórzył Tomasz. – To, co się dzieje z tymi, którzy przebywają na emigracji. Tęsknią, obiecują sobie i innym, że na pewno powrócą, jak to tylko będzie możliwe, a potem już im tam jest dobrze. Zakładają rodziny, żenią się, wychodzą za mąż za tubylców i to już jest koniec. Wystarczyło siedemdziesiąt lat niewoli babilońskiej. Wróciło tylko trzydzieści tysięcy – powtórzył.
     – Ale co z Samarytanami?
     – Aha. Co z Samarytanami? Samarytanie chcieli im pomóc w odbudowywaniu świątyni. A Judejczycy tę pomoc odrzucili, twierdząc, że oni nie są Izraelitami.
     – Dlaczego? – Zelota wciąż nic nie rozumiał. – Przecież to byli potomkowie Manossesa i Efraima! – wykrzyknął.
     – Czy ja mówię, że nie? Ale zmieszani z poganami. I dlatego Judejczycy ich nie uznali jako czystych rasowo Izraelitów. Tak jak ciebie nie uznają, że jesteś czysty potomek Zabulona.
     – No, niech spróbują.
     – A jakie są granice Galilei? – zapytał Tomasz niespodziewanie, jakby chciał zakończyć ten drażliwy temat.
     – To powinny być tereny zamieszkałe przez pokolenia Asera, Neftalego, Zabulona i Issakara.
     – Sam powiedziałeś: „powinny być”. I słusznie, bo pokolenie Asera prawie zupełnie znikło. Na to miejsce przyszli Syrofenicjanie. A i pokolenie Neftalego sięgało dalej na północ, tam gdzie teraz jest Syrofenicja. Także pokolenie Issakara sięgało bardziej na wschód, tam gdzie dziś jest Dekapolis.
     – A co ty mnie tak wciąż wypytujesz? – obruszył się po raz drugi młody człowiek. – Czy wyglądam na durnia?
     – Czy ja powiedziałem, że ty wyglądasz na durnia? Wyglądasz na człowieka oddanego całym sercem sprawie naszego narodu. Na północy?
     – Do Tyru.
     – I tylko tyle, nie więcej. A imperium rzymskie sięga po słupy Herkulesa i od Egiptu aż po Morze Północne. Rozumiesz? Czy ty masz pojęcie, jaka to potęga? Co chcesz? Z motyką na słońce? Chcesz powtarzać błędy twoich praojców?
     – Bóg nam pomoże. Przecież nas wybrał.
     – Czy ja mówię, że nie wybrał? Ale wybrał nas nie do tego, byśmy wygrywali wojny.
     Posłyszał zbliżający się z ciemności stukot kopyt osiołka o wyschłą glebę i jakieś towarzyszące mu ludzkie kroki. Odwrócił się, żeby przyjrzeć się nadchodzącym, ale zanim ich dojrzał, zabrzmiało pozdrowienie:
     – Pokój z wami.
     Judejczycy – poznał po akcencie. Krąg siedzących przy ognisku zamilkł i zamarł w bezruchu. Odpowiedziało parę głosów:
     – Pokój, pokój.
     Dorzucono gałęzi do ognia. Płomień buchnął w górę i oświecił jasnym blaskiem gości. W świetle ogniska pojawiło się parę postaci. Tak, nie mylił się. Judejczycy.
     – Możemy się dosiąść? Zawsze raźniej w grupie.
     – Oczywiście. Siadajcie. Poczęstujcie się tym, co jeszcze w kotle zostało.
     – Dziękujemy, ale wieziemy ze sobą dość swojego jedzenia.
     „Aha, oczywiście, nie chcą od nas, Galilejczyków, niczego przyjmować, gardzą nami” – przebiegło Mu przez myśl. A oni już zdejmowali juki z osiołka. Odwiązywali worki.
     – Skąd to Pan Bóg prowadzi?
     – My kupcy, idziemy z Judei do Galilei.
     – A my w przeciwnym kierunku.
     – Ale o czym tak żywo rozmawiacie? Jeżeli można spytać.
     – Moi towarzysze douczają mnie, abym nie miał zbyt przewrócone w głowie i umiał odróżniać Judejczyków od jakichś tam nędznych Galilejczyków czy Samarytan – uprzedził wszystkich czupurny młokos.
     – A o cóż to sprawa? – spytał ostrożnie któryś z przybyszów, najwyraźniej nie wiedząc, czy to przypadkiem nie prowokacja.
     – Ano, pouczano mnie, jakie pokolenia Jakubowe i gdzie mieszkały w Ziemi Świętej, potem jakie są granice Galilei, a na koniec dowiedziałem się, że nie jestem Izraelitą.
     Judejczycy nie odpowiadali. Ale Szymon Zelota nie dawał za wygraną. Zapytał ich wprost:
     – A co wy o tym sądzicie?
     Po denerwującej, pełnej napięcia chwili, stary Żyd z siwą już brodą, odpowiedział wymijająco:
     – Galilea ma trudne położenie. Zewsząd prawie otaczają ją poganie: z zachodu, z północy i ze wschodu. A do tego zmarły król Herod. Niektórzy nasi ludzie chwalą go i nazywają Wielkim. A ja bym wam powiedział, jaki on był wielki, ale nie chcę obrażać waszych uszu. Powiem tylko, że był wielkim łotrem. Ale jego nie ma co chwalić nawet takim imieniem. On był gorszy niż poganin. Dążył wszystkimi sposobami do hellenizacji Galilei. To się tak ładnie nazywa. On to tak ładnie nazywał! A co to znaczy, to my dobrze wiemy.
     – Co to znaczy hellenizacja? – spytał chłopiec, jakoś nie wstydząc się swojej niewiedzy.
     – Że ty tego nie wiesz, to ja się nie dziwię. Jesteś młody. Hellenizacja to znaczy spoganienie pod płaszczykiem ukulturalniania. Tego samego nauczył swojego syna, Heroda Antypasa, który wam miłościwie panuje – tu zaśmiał się ironicznie – w Galilei i Perei. My mamy jeszcze gorzej, bo rządzi nami Piłat. Od czego Herod Antypas zaczął? Zaczął od miast. To tylko świadczy o tym, jaki jest przebiegły. Przecież zawsze tak bywało, że wieś bierze przykład z miasta.
     – No, ale wieś się trzyma – zapewnił ktoś z siedzących.
     – To jest chytry lis. Na wieś też ma swój sposób: popiera magnatów, którzy wykupują drobnych gospodarzy. A ci magnaci to poganie albo tacy Izraelici, z którymi ja nie chciałbym mieć nic do czynienia.
     – Poczekaj, poczekaj. Ale ja nie o to pytałem. Odpowiedz mi, czy ja jestem Izraelitą, czy nie – Szymon z uporem powrócił do swojego pytania.
     Stary Żyd rzekł wymijająco:
     – Co ja ci będę odpowiadał. Ty nie jesteś małym dzieckiem. Ty powinieneś to wiedzieć. A jak nie wiesz, to się spytaj swoich ludzi. Dość jest między wami ludzi mądrych.
     – Oni mówią, że dziesięć pokoleń Izraela Asyryjczycy uprowadzili, a na ich miejsce przyszły ludy gdzieś tam, znad Tygrysu i Eufratu.
     – I zlały się z tymi, którzy zostali. No i o co pytasz?
     – O to czy jestem Izraelitą.
     – Ty sobie sam odpowiedziałeś – powiedział rozzłoszczony Żyd – że jesteś mieszaniec.
     – Coś ty powiedział?
     – Jak słyszałeś.
     – Ja mieszańcem? Czy wiesz, żeś mnie obraził? – Szymon wstał od ogniska i zbliżał się groźnie do starego Żyda.
     Podnieśli się na równe nogi wszyscy Judejczycy. Widział, że zanosi się na awanturę, i najwyższy czas na to, żeby temu przeszkodzić.
     – Czy wam zły duch rozumy pomieszał? O co wam chodzi? – spytał ich stanowczym głosem.
     Młody Galilejczyk, wściekły jak stado dzikich psów, zatrzymał się:
     – Jak to o co? Nie słyszałeś, co on do mnie powiedział?
     – Czy to jest naprawdę ważne, ile masz w sobie krwi izraelskiej?
     – Jak to nieważne? Ja się uważam za członka narodu wybranego.
     – Czy decyduje o tym krew? Jeżeli chcesz być prawdziwie wyznawcą Boga Jedynego, który się objawił naszemu ojcu Abrahamowi, to ważne jest twoje życie, a nie twoja krew.
     – Jak to, co Ty…? – Szymon zająknął się ze zdumienia.
     – Skąd Ty pochodzisz? – włączył się stary Judejczyk.
     – Z Nazaretu.
     – Tak też myślałem po twojej mowie. A więc powolutku, Nazarejczyku, bo jak mnie słuch nie myli, to Ty uważasz, że nie jest ważny rodowód. Ty wiesz, co Ty mówisz? To bardzo niebezpieczna nauka. Należeć do narodu wybranego może tylko Izraelita.
     – A jeżeli ktoś zachowuje Prawo, a nie jest Izraelitą, to nie należy do narodu wybranego?
     – Nie.
     – A prozelici? To są przecież poganie, którzy przyjęli nasze Prawo.
     – To jest sprawa skompllikowana.
     – Tak czy nie? Mogą być zbawieni czy nie?
     – No, to proste nie jest. Oni mimo wszystko nie są Izraelitami.
     – Czy dla Pana Boga nie jest istotne to, że ktoś pełni Jego wolę? Czy ważne dla Niego jest, z jakiego narodu kto pochodzi? Przecież On stworzył człowieka i wszystkie narody, to i wszystkich chce zbawić.
     – Nic Ci na to nie odpowiem, tylko ostrzegam: Może u was, w Galilei, takie rzeczy wolno głosić, ale jak przyjdziesz kiedyś do Jerozolimy, to trzymaj język za zębami, jeżeli Ci życie miłe.
 

  cd. CHRZEST JEZUSA (2)