Biblioteka


Rozesłanie uczniów (1)



 

Rozesłanie uczniów (1)

 
  Stał tak, choć już dawno zniknęli w ciemnościach, z tym zdaniem, które Mu zostawili na pożegnanie: „To już Twoja rzecz”. Mimo woli rozglądnął się po obozowisku i naraz poczuł, jakby znajdował się w tłumie – że Mu ciasno. Zapragnął ciszy, samotności, niezamąconego niczym ani nikim stanięcia przed Ojcem. Prawie odruchowo skierował się w stronę wzgórza i już za chwilę zaczął wspinać się po stoku. Szybko, byle szybciej, aż serce się tak rozpędziło, że z trudnością łapał oddech. Dopiero wtedy, gdy wiedział, że nie ma wokół Niego nikogo ani śpiącego, ani czuwającego, wyrównał krok. Wzgórze było niewysokie, częściowo pokryte roślinnością. Jakby tego nie widział, pochłonięty myślami. Wkrótce był już na jego szczycie, nad którym wisiał sierp księżyca. Uklęknął. Jeszcze przez chwilę wydychał zmęczenie, ale już ogarniała Go cisza tego miejsca i spokój, którego tak bardzo potrzebował.
 „Ojcze, Ojcze” – powtarzał, jakby Go przyzywał, jakby siebie nawoływał do skupienia, by stanąć przed Tym, który jest w Nim, który wciąż Go otacza, a tylko trzeba uciszenia, aby całym sobą zanurzyć się w Jego obecności.
 „Ojcze, Ojcze” – wymawiał te słowa z największą czułością, bo rosło w Nim jakby ogromne słońce, rozciągała się cisza. Nabrzmiewała radość tak wielka, że zdawała się rozsadzać Mu serce. Trwał w tym zachwycie czas jakiś, aż gdzieś jakby zza świata powróciło do Niego zdanie wypowiedziane na odchodne przez uczniów Janowych: „To Twoja rzecz”.
 „Tak, moja. Nie moja tylko – oprzytomniał – ale Twoja, Ojcze mój, i moja. Co mam zrobić? Oświeć mnie. Mam takie masy ludzi, o jakich mogłem tylko marzyć. Mam uczniów, którzy choć wiele jeszcze nie rozumieją, ale chcą budować Twoje królestwo i teraz mi to wszystko odbierasz? Nie mogę ich dłużej trzymać przy sobie wobec tej wiadomości, którą przynieśli ludzie Jana, nie pozostaje mi nic innego jak tylko zrezygnować z dalszego nauczania. Muszę się z tym liczyć, że wojsko Heroda może tu być w bardzo krótkim czasie i dokona masakry”. I wtedy jako konieczność pojawiło się rozwiązanie: „Nie ma innej rady jak tylko rozproszyć rzesze”. I z kolei, jakby logiczny dalszy ciąg powróciła myśl, wyrosła przy ognisku przed rozstaniem się z Janem: „Podzielić ludzi na grupy i oddać je w ręce Dwunastki”.
 Pomysł, który pojawił się najpierw jak sygnał, uchwycony przez Niego już zaczął rozwijać się, rozbudowywać, nawiązywać do wszystkiego tego, co już od dłuższego czasu Go nurtowało:
 „Przecież już od dawna przygotowywałem ich do misji głoszenia słowa Bożego. Gdyby nie to, co dzisiaj zaszło, może bym wciąż jeszcze odkładał czas ich samodzielności, ale widocznie Ty chcesz, bym nie odwlekał. Może to czas i na to, żeby wprowadzić w życie kolejną grupę: „Siedemdziesięciu dwóch” – „Sanhedryn Nowego Przymierza”? Jakby nagle zawstydził się: „Wybacz, Ojcze, tę dziecinadę może, ale Ty wiesz lepiej niż ja, że ludzie bardzo potrzebują symboli, a zwłaszcza nasz naród izraelski. Przyzwyczaiłeś ich do tego. Wobec tego ja też idę tym tropem. A więc niech będę nowym Jakubem, a moi uczniowie dwunastoma moimi synami. Niech mają świadomość nowego, które tkwi i wyrasta ze starego. Niech wiedzą, że budują nową społeczność, która wyrośnie poza wymiary Izraela i ogarnie całą ludzkość. Wtedy człowiek człowieka będzie nazywał bratem, niezależnie od tego, jakiego jest koloru skóry i jakim językiem się posługuje, wiedząc, że jest Twoim synem”.
 Księżyc już wyszedł wysoko, gdy zbiegał na dół do obozu. Ludzie spali. Przy „ich” ognisku drzemał Piotr. Widać czekał. Zbudził go. Ten zerwał się gwałtownie zupełnie przytomny.
 – Gdzie byłeś, Jezu? Co się z Tobą działo? Tak się o Ciebie niepokoiłem – zasypał Go wyrzutami.
 Odwołał go na spacer, aby nie budzić śpiących towarzyszy i aby nie podsłuchali tej rozmowy niepowołani. Powtórzył mu wszystko to, co przyniosła dwójka uczniów Janowych, i poddał pod rozwagę Piotra. Ale poza wielkim zaskoczeniem nie było Piotra stać na nic więcej. Wobec tego podjął sam wyciąganie konkretnych wniosków:
 – Należy się liczyć z tym, że Herod zechce uderzyć również w nas i w ten sposób położyć kres całej sprawie. Oczywiście, może nie dojść do tego, ale lepiej nie ryzykować.
 – Wobec tego co robimy? Siedźmy tu! Przecież jesteśmy na terenie Dekapolu.
 – Dla Heroda to nie trudność, aby nas tutaj zaatakować. Pójdę w stronę Galilei.
 – W stronę Galilei? – Piotr był kolejny raz zdumiony. – Przecież to samobójstwo.
 – W takim przypadku lepiej być na własnym terenie niż na cudzym. Tam, gdzie jest oparcie w ludziach: w przyjaciołach i znajomych.
 – Tylko dlaczego Ty mówisz: pójdę do Galilei – Piotr się zaniepokoił – a my?
 – Musimy się rozbić.
 – Musimy iść na pustynię? – Piotr nie rozumiał i usiłował zgadywać.
 – Nie można zostawić ludzi, skoro do nas przyszli. Każdy z was weźmie jakąś grupę ludzi i na własną rękę odprowadzi ich tam, gdzie mieszkają.
 – Kto „każdy”?
 – Każdy z naszych chłopców.
 – Jak to „pójdzie”?
 – Poprowadzi. Będzie nauczał.
 – Nauczał? – Piotr był zdumiony pod samo niebo. – A czego nauczał?
 – Prawdy Bożej. Tego, w co już wierzycie, o czym jesteście przekonani, co wam się nie podoba i co was zachwyca.
 – Ależ my nie umiemy mówić! – Piotr prawie wykrzyknął, wciąż zaskoczony propozycjami, jakie słyszał. – Tu potrzeba zdolności kaznodziejskich. Któż z nas? Może jeden Tomasz, ewentualnie Kuba. Ale ja, naprawdę, nie poczuwam się, nie widzę się w takiej roli.
 – A jak ty sobie wyobrażałeś swoją przyszłość, że wciąż ja będę nauczał, a wy co? Będziecie wciąż tylko słuchaczami?
 – No nie. Może faktycznie kiedyś, po latach. Jak się nic nie zmieni – Piotr usiłował się bronić. – Ale nie teraz, gdy dopiero kilka miesięcy jest za nami. Przepraszam, że Cię spytam, a Janek też?
 – Owszem, on też.
 – Przecież to jeszcze dziecko.
 – Niech się uczy. Niech dorasta w tym obowiązku, który przed nim stanie. Spróbuj sobie wyobrazić, że mnie może w każdej chwili zabraknąć.
 – Jak Ty zginiesz, to ja wracam do mojego rybołówstwa – prawie że się to Piotrowi wyrwało. – Ale Ty nie zginiesz. Przy Twojej mądrości, przy Twojej mocy cudotwórczej. Przecież Bóg nie pozwoli, byś Ty zginął. Za co miałby Cię karać, jeżeli Ty starasz się pełnić Jego wolę?
 Piotr mówił bezładnie, nie bardzo się kontrolując, ale przez to odkrywał się cały. Gdy tak słuchał Piotra, wzrastał w Nim niepokój. „A więc tak myśli i czuje człowiek najważniejszy w całej grupie? Gdy przychodzi godzina próby, reaguje tak, jakby mnie spotkał po raz pierwszy w życiu. Jakby nie słyszał ani jednej mojej nauki”? Ale odpowiedział zupełnie spokojnie:
 – Gdy się uspokoi, znowu się spotkamy i będziemy chodzić tak jak teraz, ale próbę trzeba zrobić, bo przecież to będzie wasza przyszłość. Budź naszych chłopców. Musimy z nimi pogadać.
 – Gdzie ich sprowadzić? Tutaj?
 – Pójdziemy na górę, żeby ludziom nie przeszkadzać.
 – Teraz, zaraz?
 – Później możemy się obudzić już z kajdanami na rękach. Będę tu czekał.
 – Kogo budzić? Wszystkich?
 – Dwunastu.
 – O! Dwunastu?
 – Dziwi cię to, że Dwunastu?
 – Myśmy od dawna zauważyli, że ze wszystkich uczniów naszą Dwunastkę darzysz specjalną troską.
 – No to ich budź.
 – Kogo?
 – Jak sam wiesz, po co pytasz? – zażartował.
 – Wolę od Ciebie usłyszeć, kogo. Kogo?
 – Andrzeja i Jana.
 – Janek nie za młody? Przecież to prawie dziecko – Piotr powtórzył swoje obiekcje.
 – Dorośnie. Bardzo liczę na niego.
 – Kogo jeszcze?
 – Jakuba.
 – Nie wystarczy Janek? Po co jeszcze brat. Weź lepiej Józefa.
 Jakby nie dosłyszał, co mówi Piotr.
 – Budź Jakuba, Tomasza.
 – No, Tomasz to chyba jest już za stary.
 – Ale mądry. Wołaj naszego zelotę: Szymka.
 – Przecież to prostak.
 – Jest w nim dużo prostactwa. Ale sam przyznasz, że powoli wyrasta z tego, a co bardzo ważne, ma znakomity kontakt z pewną kategorią ludzi. To też się liczy. A zresztą, ma wielkie serce i zapał do tego, co zrozumie. Poza tym weź Judę Tadeusza i Mateusza.
 – Tadka oczywiście. Jego na pewno. To równy chłopak. Ale Mateusza? Mateusz nie był z Tobą od początku. Wolałbym Macieja. Ten był od początku z nami. A poza tym…
 – Co poza tym?
 – Mateusz nam wciąż psuje opinię.
 – Jak to rozumiesz?
 – Myślałem, że ludzie zapomną. A oni wciąż do tego wracają, że był celnikiem.
 – Poza tym nie masz żadnych zastrzeżeń?
 – No nie.
 – No to jego też.
 – Kogo jeszcze?
 – Filipa.
 – Ależ on się do niczego nie nadaje! Przecież on tchórzliwy jak zając i nieśmiały jak dziecko. Ten na pewno słowa z siebie nie wydusi.
 – Nie zapominaj, że on sprowadził do nas Natanaela-Bartłomieja. A więc wołaj Filipa, Bartłomieja i mojego kuzyna, Jakuba młodszego.
 – Przeciwko Kubie nic nie mam ani nic nie mogę mieć. To Twój krewny. Kto dwunasty?
 – Judasz.
 – Nie, tego stanowczo nie. Albo on, albo ja. Kogo chcesz mieć wśród swoich ludzi, szpiega? Chcesz, żeby rozwalił społeczność, którą z takim trudem budujesz? Nie ryzykuj. Przecież to jest człowiek synagogi, Świątyni albo nawet Rzymu, sam nie wiem. Nie cierpię go. Nie znoszę jego ironicznych uśmiechów, jego złośliwości. Jego elegancji udawanej, jego uważania się za kogoś lepszego. Jego lekceważącego traktowania naszych chłopców, dokuczania im, wyśmiewania się z nich.
 – Wiem, że go nie cierpisz, ale powiedz mi: zmienił się choć trochę czy też nie zmienił się nic? Tak całkiem uczciwie, proszę.
 Piotr oklapł. Zwiesił głowę pomiędzy potężnymi ramionami. Chwilę milczał. Potem zaczął powoli mówić:
 – Może się zmienił. Ale ja mu i tak nie wierzę.
 – Myślisz, że udaje?
 – Nie. Nie wiem. Ale jestem mu przeciwny.
 – Gdy się już coś w nim zaczęło, miejmy nadzieję, że dalej się potoczy.

 Kiedy piął się ze swoją Dwunastką pod górę, przysłuchiwał się uważnie dyskusjom, jakie rozwijały się pomiędzy Jego chłopcami. Spostrzegł, że wśród rozmówców byli i tacy, którzy specjalnie mówili głośno, żeby Go sprowokować do jakiejś reakcji. Ale nie zabierał głosu, najwyżej uśmiechał się, słysząc bardziej ostre wypowiedzi.
 – A ty jak myślisz, po co Jezus bierze nas ze sobą na górę? – pytał Szymek Andrzeja.
 – A czy ja wiem – Andrzej udawał obojętnego.
 – Bo wszystkie ważne sprawy Boże dokonywały się na górze – wtrącił Tomasz niepytany.
 – Jakie na przykład? No powiedz, jakie? – zapytał Janek.
 – Chociażby nadanie przykazań Bożych na Synaju Mojżeszowi – wyjaśnił Tomasz.
 – To my otrzymamy przykazania Boże? – zdziwił się naiwnie Janek.
 – Jak też Jezus mógł cię powołać na jednego z Dwunastu, muszę przyznać, nie rozumiem tego zupełnie – Jakub podsumował Janka.
 – Ale mnie akurat nie o górę chodziło, tylko o nas samych: o Dwunastu – Szymek zażegnał wybuch Janka – właśnie dwunastu. Jak myślisz. Jest to przypadek?
 – Jezus nie jest takim, który robi coś przypadkowo – oświadczył krótko Tomasz.
 – Wobec tego jak ty to rozumiesz?
 – Było dwunastu synów Izraela. Dwanaście pokoleń Jakuba stanowi naród wybrany. Teraz Jezus tworzy nowy naród wybrany. To będą ci, którzy służą Bogu w duchu i prawdzie.
 – O! – wykrzyknął Janek – to znaczy, że każdy z nas ma zastąpić jednego z synów Jakuba. Czy tak? To znaczy, że Ty, Jezu, jesteś Jakubem, a my Twoimi dziećmi. Czy tak? – dopytywał się Janek nachalnie, ale ponieważ nie uzyskał odpowiedzi, kontynuował swoje domyślanie się: – To znaczy, że każdy z nas dostanie w posiadanie ziemię synów Jakubowych? Będziemy królami nad tymi ziemiami. No, może nie królami. Królem będziesz Ty, Jezu. A my czym? A my książętami – odpowiedział sam sobie na stawiane pytanie. – No, jakie to są pokolenia synów Jakubowych, no jakie? Komu Jezus przydzielił krainy Ziemi Obiecanej, no komu?
 Janek zadawał pytania, ale nikt nie raczył na nie odpowiadać. Tak jakby wszyscy przeczuwali, że Janek rozpoczął niebezpieczną grę, w którą najlepiej nie angażować się. On jednak z uporem dziecka, które chce postawić na swoim, nie zdając sobie sprawy, ku czemu zmierza, dopytywał się nadal, czekając na odzew. Nie doczekał się go. Mimo to, wciąż niezrażony, dalej się napierał:
 – No, kto umie wyliczyć wszystkie pokolenia? Może być od północy na południe albo od południa na północ, albo po alfabecie, albo według jakiejś ważności, albo bądź jak, byle było dwanaście. No, kto powie?
 Ale dalej panowało nieprzyjazne, wprost groźne milczenie.
 – No to ja powiem: Ruben, Gad, Juda, Efraim, Menasses, Beniamin, Symeon, Zabulon, Issachar, Aser, Neftali, Dan. Dobrze było? Nie opuściłem żadnego?
 Milczenie trwało.
 – A teraz, kto bierze jaki ród? No kto? Kto dostanie jakie dziedzictwo? No kto, no kto chce być czyim następcą?
 Nadal nikt mu nie odpowiadał. Nie dlatego, żeby nie interesowano się tym, co Janek „jak zwykle plecie”. Wprost przeciwnie, dało się wyczuć w całej grupie narastające napięcie, a nawet zdenerwowanie. Chłopcy rozumieli, że zbliżają się ważnie rozstrzygnięcia, choć jeszcze nie wiedzieli jakie. Gadanina Janka obudziła ich czujność, a teraz już byli zmobilizowani zupełnie.
 – Nooooo – Janek przeciągał początek kolejnego zdania i, wciąż idąc pod górę, rozglądał się wokół siebie. – Noooo – powtórzył. – Zabulona ja wziąłbym dla siebie – oświadczył – bo to teren Kafarnaum, gdzie mieszka moja rodzina.
 – Ani się waż – usłyszał nagle warknięcie Szymka – ja pochodzę z rodu Zabulon i mnie się te ziemie należą.
 Zdawało się, że w grupie idących pod górę dopiero teraz zapanowała cisza. Choć przecież – sam się zdziwił – cisza występowała wiele już razy w tej ich drodze ku szczytowi. Janek, który na moment zamilkł, zaskoczony przez Szymka, teraz podjął na nowo swoje gadanie:
 – Dobrze. Jak ci na tym tak zależy, to sobie weź, a ja wezmę Issachar, bo mniejsze, a Jakub dostanie Manassesa.
 Napięcie jakby zmalało, ale nie znikło. Wszyscy wiedzieli, że ostatnie słowo będzie należało do Niego – do ich Mistrza-Króla, ale zdawali sobie sprawę, że ta przymiarka też ma swoje znaczenie.
 – Judea jest moja! – wykrzyknął Judasz. – Jak się chce rządzić, to trzeba mieć najpierw jakieś pojęcie o kraju i ludziach. Judea jest moja.
 Znowu zapanowała konsternacja. Janek najwyraźniej nie wiedział, jak z tego wybrnąć.
 – To weź Judeę, a Jerozolima jest dla Piotra.
 – Nie. Jerozolima należy do Judei. Nie dam.
 – Nieprawda. Jerozolima należy do wszystkich – oświadczył krótko Piotr.
 Janek był zupełnie zdetonowany. Nie bardzo wiedział, co dalej ma zrobić. Zaczął swój podział Palestyny w konwencji żartu i nagle przekonał się, że to, co było zabawą, przestało nią być. Po chwili ciszy jeszcze raz poderwał się do swojej gry:
 – A może zróbmy inaczej, niech każdy powie, co by chciał mieć.
 Nie było odpowiedzi. Zapadła kolejna groźna cisza. Rozładował częściowo to napięcie Jakub, stwierdzając:
 – Najgorzej, kiedy dzieci zabierają się do spraw, które należą do dorosłych. Prosiłeś o zezwolenie Jezusa?
 – Nie – odpowiedział Janek z uporem w głosie.
 – Wiesz, po co Jezus nas prowadzi na tę górę?
 – Nie – powtórzył Janek prawie z płaczem.
 – Wystarczy? Nie muszę już nic dodawać?
 Teraz już się Janek rozryczał jak mały dzieciak. Wybuchnął spazmatycznym płaczem:
 – Tak, właśnie, wszystko źle. Co powiem – źle. Co zrobię – źle. Czy to znaczy, Jezu, że mnie nie chcesz?
 – Jakby cię Jezus nie chciał, to byś, baranie, nie szedł teraz do góry – skwitował spokojnie płacz swojego brata Jakub.
 – O, jeszcze „baranie”, jeszcze „baranie”.
 Niby nie było sprawy. Atmosfera się rozładowała, ale coś zostało, co trudno było określić, a co dało Mu dużo do myślenia. Przypomniało Mu się czyjeś powiedzenie: „Kto jest kim, można się dopiero wtedy dowiedzieć, gdy pieniądze zadźwięczą na stole”. Niby to nie były pieniądze, a jednak były. „Dobrze, że się tak stało. To powinno im wszystkim pomóc. Jeżeli nie zaraz, to potem. A mnie ukazało, czego brakuje moim chłopcom”.
 Za chwilę już siedzieli naprzeciw Niego jak gromada dzieciaków czekająca na rozdawanie łakoci, wpatrując się w Jego usta, skąd padnie rozstrzygnięcie, kto otrzyma jaką ziemię. Patrzyli w Niego z najwyższym zainteresowaniem, wciąż niepewni, co ich jeszcze czeka. Przecież nigdy dotąd nic takiego nie miało miejsca. Trochę Mu się chciało śmiać, ale dominował smutek, że tacy oni jeszcze zieloni, tacy – tak właśnie jak dzieci – czasem przebłyskujący geniuszem, pełnym zrozumienia istoty rzeczy, a czasem tak jak teraz rozpaczliwie naiwni i prymitywni. Ale nie miał zamiaru im robić przykrości ani ich upokarzać. Nie chciał dłużej napinać tej nieprzyjemnej atmosfery. Zaczął zupełnie od czegoś innego, jakby nie słyszał ich kłótni. Spokojnie powiedział do nich:
 – Poprosiłem was tutaj, żeby wam powiedzieć, że Jan został przez Heroda uwięziony.
 Nawet nie przypuszczał, że ta wiadomość zrobi na nich aż takie wrażenie. Zwłaszcza na dawnych uczniach Janowych. Zamarli jakby uderzeni gromem. Tak jak to stwierdzał wielokrotnie, rozmawiając z ludźmi na temat Jana, uważali go wszyscy za nietykalnego: za świętość, na którą nikt nigdy nie ośmieli się podnieść ręki. Ale w tej reakcji Jego chłopców wyczuł coś więcej. Był również strach o siebie samych: „Jeżeli on, to i my”. I ten fakt ocenił bardzo pozytywnie. Niech zdadzą sobie z tego sprawę, że nie są bezpieczni. Niech wiedzą, że ryzykują. Niech się namyślą, co chcą robić dalej. Dopiero po chwili ciszy napadli Go pytaniami:
 – Za co go Pan Bóg skarał?
 – Czy to jest w ogóle możliwe?
 – Czym Boga obraził?
 – Jak to się stało!
 – Kto Ci o tym doniósł?
 Wobec tego, żeby już nie było żadnej wątpliwości, przedstawił im wszystko od początku: od rozmowy, jaką przeprowadził z Janem, kiedy to usłyszał od niego, że się wybiera do Heroda, by go przekonać do Ewangelii, a skończywszy na relacji z uwięzienia, jaką Mu przekazali uczniowie Janowi. W czasie, gdy im to opowiadał, panowała cisza, tylko zakłócały ją ptaki, budzące się przed świtem ze snu. Gdy skończył, cisza trwała nadal, aż wreszcie ktoś zapytał:
 – Co robimy dalej?
 Pytanie utwierdziło Go w tym, że zrozumieli grozę położenia i związek, jaki ma uwięzienie Jana z ich sytuacją. Piotr uznał, że on się lepiej nadaje do wyjaśnienia swoim kolegom w czym rzecz i oświadczył:
 – Musimy się na jakiś czas rozproszyć, zrozumiano? Każdy pójdzie w swoją stronę.
 – Wracamy do domu? – Filip wyskoczył z pytaniem.
 Piotr się zdenerwował:
 – Kto się boi, niech wraca do domu. Tylko mówcie od razu, bo musi być Dwunastka.
 Przerwał. Ale nikt się nie zgłosił. Wszyscy czekali na dalsze wyjaśnienia.
 – Trzeba kiedyś wreszcie zacząć prawdziwe apostołowanie – podjął kwestię Piotr.
 – Apostołowanie? – zapiszczał Janek.
 – A wyście co myśleli? Że będziecie bez kończ włóczyć się za Jezusem, przysłuchiwać się temu, jaką kolejną herezję wypowie, jaki kolejny cud uczyni. Albo jesteśmy prawdziwymi Jego uczniami, albo nie.
 – Jesteśmy, jesteśmy – wyjąkał przerażony Janek.
 – Jak jesteśmy, to zabierajmy się do roboty. Jak uważamy, że ma rację w tym, co mówi, to miejmy odwagę sami to powiedzieć innym ludziom.
 – A posłuchają nas? – tym razem był Filip przy głosie.
 – Jeżeli będziesz mądrze mówił, to cię posłuchają. Tak jak Jezusa słuchają.
 – Ale On jeszcze do tego cuda czyni.
 – Ja też mam nauczać? – zapytał Janek.
 – Żaby – Judasz mu doradził. – Dogadasz się z nimi znakomicie.
 Ale Janek nie zdążył się obrazić, taki był przejęty usłyszaną wiadomością.
 – A właśnie że będę nauczał, a właśnie że będę nauczał. I będę cuda czynił. Jezus mi to jeszcze w Kanie powiedział, że jeżeli tylko bardzo będę prosił, jeżeli się tylko tak przejmę ludzkim nieszczęściem i tak mocno, mocno będę chciał pomóc – to mówiąc, ściskał pięści aż kostki mu zbielały – to Bóg mnie wysłucha i uzdrowi człowieka.
 – A co z Tobą, Jezu? – zapytał Go Judasz z przymilnym uśmiechem.
 Nie odpowiedział wprost na pytanie:
 – Gdybym z wami pozostał, podejrzewam, mielibyście trudności. A więc po rozprowadzeniu ludzi do ich krain przyjdźcie do Betsaidy. Tam się spotkamy.
 Na koniec, już prawie mimochodem, wspomniał jakby o rzeczy oczywistej o tym, co Mu najbardziej leżało na sercu:
 – Budujemy Nowy Izrael, który będzie obejmował całą ludzkość. Ale zacząć należy od narodu wybranego. Stąd trzeba, abyście przejęli funkcję synów Jakuba, a więc rolę dwunastu duszpasterzy tego nowego narodu. Wybierzcie sobie ród, którym się będziecie opiekować, za który weźmiecie odpowiedzialność i przekażcie mu prawdę Ewangelii. Chcecie tego? – spytał ich.
 Wciąż zaskakiwani tym nowym, które On im kolejno obwieszczał, wszyscy zgodnie oświadczyli:
 – Chcemy.
 Wstał, wyciągnął nad nimi ramiona, wzniósł oczy w górę i zaczął się modlić nad nimi do Ojca, prosząc Go o dary umysłu i dary serca. O to, by mieli dość mądrości i dobroci do spełnienia swojego zadania. Nie trwało to długo. Potem, żeby nie było nieporozumień, powtórzył im:
 – Nie idźcie do pogan i nie wstępujcie do żadnego miasta samarytańskiego…
 – A przecież Tyś poszedł z nami do pogan w Tyrze i Sydonie – nieoczekiwanie przerwał Mu Janek.
 Nie dał się wytrącić tą uwagą, ale mówił dalej:
 – Idźcie raczej do owiec, które poginęły z domu Izraela.
 – Kto to są owce, które poginęły z domu Izraela? – Janek nie dawał za wygraną.
 – Przestań, bo szału dostanę! – krzyknął Jakub.
 – Przecież muszę wiedzieć, do kogo mam iść?! – Janek odwrzasnął mu tym samym. – Jak nie rozumiem, to muszę pytać!
 – Chodzisz, baranie, z Jezusem od samego początku i wciąż nic nie zrozumiałeś. Przecież owce, które poginęły z domu Izraela, to ci, którzy żyją nie według Pisma Świętego, ale według Talmudu nauczanego przez faryzeuszów albo według nauki saduceuszów, albo według nauki esseńczyków.
 – No, teraz już wiem, ale czemu tak wrzeszczysz na mnie?
 – Bo mnie twoja głupota denerwuje.
 Przeczekał tę burzę, która wybuchła tak gwałtownie, ale na szczęście na krótko. Do dalszego przemawiania przymusiło Go kolejne pytanie, tym razem Szymka:
 – A o czym mamy ludziom opowiadać?
 Wobec tego mówił dalej:
 – To, coście ode mnie słyszeli. Idźcie i głoście: Bliskie już jest królestwo niebieskie.
 Przerwał, czekając na kolejne pytanie, ale takiego na razie nie było. Wobec tego wydał im polecenie:
 – Uzdrawiajcie chorych, wskrzeszajcie umarłych, oczyszczajcie trędowatych, wypędzajcie złe duchy.
 Zobaczył, że to zrobiło na nich największe wrażenie. Ożywili się. Jakby dopiero ta funkcja w pełni ich satysfakcjonowała. Popatrzyli na siebie z dumą i uśmiechem. Któryś z nich zatarł ręce jak przy robieniu dobrego zakupu. Zabolało Go to, bo już sobie wyobraził, co im po głowie może chodzić: jakie korzyści przy tej okazji będą mogli uzyskiwać. Wobec tego natychmiast dodał:
 – Darmo dostaliście, darmo dawajcie. Nie bierzcie ani złota, ani srebra, ani miedzi do swych trzosów.
 Znowu przerwał, żeby to ważne ostrzeżenie do nich prawdziwie dotarło.
 – Będziemy wyglądali jak wędrowni filozofowie – dosłyszał ironiczny szept Tomasza.
 Wobec tego znowu dodał:
 – Wart jest robotnik strawy swojej. A gdy przyjdziecie do jakiegoś miasta albo wsi, wywiedzcie się, kto tam jest godny i u niego zatrzymajcie się, dopóki nie wyjdziecie. Wchodząc do domu, przywitajcie go pozdrowieniem. Jeśli dom na to zasługuje, niech zstąpi na niego pokój wasz, jeśli zaś nie zasługuje, niech pokój wasz powróci do was. Gdyby was nie chciano przyjąć i nie chciano słuchać słów waszych, wychodząc z takiego miasta, strząśnijcie proch z nóg waszych.
 Uznał, że to już jest wszystko, co miał im do przekazania, ale stwierdził, że oni jeszcze na coś czekają. I faktycznie tak było, bo nagle Janek wyjąkał:
 – A komu przydzielasz jaki ród?
 „A oni wciąż swoje” – pomyślał, ale nie powiedział. Odrzekł, świadomie nadając głosowi obojętny ton:
 – To już sami ustalcie pomiędzy sobą.
 Ale nagle zaniepokojony błyskiem, jaki w ich oczach zobaczył, bojąc się, żeby nie zrozumieli źle swoich funkcji, powiedział im wprost:
 – Jeśli kto z was chce być pierwszy, niech będzie jak sługa, jak niewolnik. Ja też nie przyszedłem po to, aby mi służono, ale aby służyć.
 Zatrzymało Go jeszcze wystąpienie Piotra:
 – Jedna prośba. Na ile rozumiem, my będziemy szli wolno. Tak jak się idzie z rzeszami ludzi. Zadaj sobie ten trud i przyjdź ku nam. Podeprzyj nas swoim autorytetem. Przypatrz się nam, jak będziemy się zachowywali jako Twoi apostołowie. Posłuchaj tego, co będziemy mówili czy nauczali.
 – Co, Piotrek, nie wierzysz nam? – spytał ostro Judasz.
 – Wyobraź sobie, że ci nie wierzę – oświadczył Piotr niespodziewanie. Wytrzymał go tak chwilkę.
 Jednak Judasz nie dał się sprowokować. Nie odpowiedział ani słowem. A Piotr po przerwie uzupełnił:
 – Nikomu nie wierzę. Ani tobie, ani sobie, ani nawet Tomaszowi, ani Kubie. Nikomu nie wierzę, że potrafił ktokolwiek z nas zrozumieć do końca to, czego Jezus naucza.
 – Włożył na nas ręce… – Filip nieśmiało zaoponował.
 Ale Piotr pominął tę uwagę:
 – I powiem wam, że nie mogę się nadziwić, że tak zaryzykował. Gdybym był na Jego miejscu, to bym was wszystkich przepędził, razem z sobą samym. Ale to już Jego sprawa.
 – O czym my w ogóle mówimy? – odezwał się Mateusz, chyba po raz pierwszy tak stanowczo. – To jest poza wszelką dyskusją. – Podniósł głos, pijąc wyraźnie do Judasza: – Coście tak wydorośleli? Jeszcze przed chwilą upieraliście się, że nie potraficie nauczać, a teraz nie życzycie sobie kontroli?
 A zwracając się wprost do Niego, powiedział:
 – Prosimy Cię, Jezu, byś do nas przychodził – do każdego z nas.
 Teraz już wszyscy wybuchnęli krzykiem, potwierdzając stanowisko Piotra i Mateusza. Judasz znowu nie odezwał się ani słowem. Wobec tego odpowiedział im:
 – Dobrze. To będzie okazja, abym mógł sobie skontrolować, czy do was dostatecznie jasno się wyrażam, czy moje nauczanie jest dostatecznie zrozumiałe.
 Skończył, gdy zdawało Mu się, że wszystko zostało powiedziane. Dla jasności powtórzył:
 – Proszę, żebyście teraz zeszli na dół, żebyście bez siania paniki, ale jednak przekazali rzeszom wiadomość o uwięzieniu Jana i spowodowali rozejście się ludzi. I oczywiście, żebyście sami z nimi poszli. A spotkamy się w Betsaidzie. Tam na was będę czekał po świętach Pięćdziesiątnicy.
 – To nie pójdziemy na Święta do Jerozolimy? – spytał Piotr.
 – Nie ma co się niepotrzebnie narażać.
 Już zaczęli zbierać się do odejścia, gdy przypomniał sobie jeszcze jeden pomysł:
 – Proponuję, abyście szli po dwóch.
 – Kto z kim ma iść? – znowu nie wytrzymał Janek, sygnalizując kolejny problem.
 – Dobierzcie się sami.
 – Musimy iść po dwóch? – upewniał się Tomasz.
 – Nie, niekoniecznie. Ale sądzę, że zwłaszcza na początek będzie wam lepiej we dwójkę.
 Patrzył, jak się dobierali. Trwało to dłuższą chwilę w niemożliwym rejwachu, jak stado wróbli o zachodzie słońca: w obrażaniach się i przepraszaniach,  w przetargach i wypominaniach sobie dawnych zaszłości, w śmiechu i złości. Wyłaziły z nich stare urazy, animozje ale i przywiązania. W końcu się odnaleźli. Szymon z Andrzejem – naturalnie, bracia. Podobnie Jakub z Jankiem – chociaż się wciąż kłócili, to przecież chcieli być razem. Filip przylepił się do Bartłomieja – tak jak to było na początku. Mateusza wziął sobie Tomasz – „przynajmniej Tomasz będzie miał cierpliwego słuchacza”. Kubę wybrał Szymek – zawsze imponował mu wiedzą na temat tego jak On – Jezus rozumuje. Od samego początku był ciekawy, z kim będzie chciał pójść Judasz, względnie kto z nim zdecyduje się pójść w drogę. No i teraz okazało się: Judasz wybrał sobie Tadka. Albo mógł to również inaczej interpretować: nad Judaszem, z którym nikt nie miał zamiaru wybierać się w drogę, zlitował się Tadek. Podchodzili kolejno do Niego dwójkami, a On kładł na ich głowy swe dłonie, błogosławił.
 Gdy ostatnia dwójka zeszła na dół, dopiero wtedy poczuł, jak jest zmęczony. Miał zresztą powody po temu. Przecież nie spał ani chwili. Położył się na podeschniętej trawie na wznak, patrzył przymrużonymi oczami w błękitne niebo. Słońce już wstało, ale jeszcze powietrze było rześkie, trwał nocny chłód idący od ziemi. Sen nie nadchodził. „Właściwie mógłbyś mnie już, Ojcze, zabrać do siebie. Swoją misję spełniłem. Najważniejsze zręby Ewangelii ukazałem. Podchowałem Dwunastu. Oni będą jak ziarno w ziemi, jak drożdże w cieście” – myślał coraz wolniej. Obejmowało Go zmęczenie, czuł je w mięśniach nóg i rąk, tak jakby ciężko pracował siekierą i młotem. Kręciło Mu się w głowie. Przymknął oczy. Zasypiał.
 
 

cd. Rozesłanie uczniów (2)