Biblioteka


Rozesłanie uczniów (2)



 

Rozesłanie uczniów (2)

  Nagle poczuł rękę na swoim ramieniu. Nie wiedział, czy spał długo, czy też co dopiero zasnął. Otworzył oczy. Nad Nim pochylony był Piotr.
 – Coś się stało? – spytał pełen złych przeczuć.
 – Nie, nic – uspokajał Go Piotr. – Przyszedłem, żeby Ci powiedzieć, że Twój „Sanhedryn” się zbuntował.
 – Zbuntował? – wciąż jeszcze nie mógł się wyrwać z ciężkiego snu, w który zapadł, i nie bardzo rozumiał, o czym Piotr mówi.
 – No, powiedzieli, że oni są tacy sami Twoi uczniowie jak i my, wobec tego nie mają zamiaru iść z nami i to pod naszą komendą.
 – O jakiej komendzie ty mówisz? – wciąż nie rozumiał.
 – Mówiąc krótko: że są Twoimi uczniami, a nie naszymi i chcą z Tobą chodzić, a nie z nami.
 – A czy wy nie za bardzo bawicie się w komenderowanie? – zapytał zaniepokojony.
 – Może niektórzy nasi chłopcy faktycznie nieco za bardzo pokrzykiwali. A do tego tamci podbuntowali część ludzi. Też nie chcą z nami iść.
 – A więc nie udało się?
 – Odeszła Dwunastka, obrażona zresztą, zabierając mniejsze czy większe grupy ludzi, ale „Sanhedryn” i ogromna większość tłumów nie ruszyła się z miejsca.
 Nie bardzo wiedział, co teraz zrobić. Gorączkowo starał się znaleźć jakieś rozwiązanie, ale żaden pomysł nie nadchodził.
 Piotr nalegał:
 – Co robimy? Oni czekają na Ciebie. Powiedzieli, że na pewno wrócisz, że nie mógłbyś ich tak zlekceważyć.
 Niepokoił się coraz bardziej. Plan się nie powiódł, a niebezpieczeństwo pozostało. Ludzie powinni stąd zniknąć jak najprędzej. Rozpierzchnąć się na wszystkie strony. Lada chwila mogą się pojawić żołnierze Heroda. Wciąż nie widział wyjścia. Wreszcie się zdecydował. Zwrócił się do Piotra:
 – Poproś tutaj nasz „Sanhedryn”.
 Gdy Piotr odszedł, położył się na chwilę. Już wiedział, że nie zaśnie, ale chciał powrócić do przytomności po tamtym głębokim śnie, w którym jeszcze jakoś tkwił. „A zdawało mi się, że już mogę spokojnie odejść, że moi chłopcy są jak drożdże, jak ziarno” – powtarzał z gorzką ironią swoje niedawne stwierdzenia. „I cała wielka sprawa może się rozbić o czyjeś ambicje czy interesy”.
 Chociaż tego nie przewidywał, znowu zasnął płytkim snem. Raczej zdrzemnął się. Zbudził Go daleki gwar, który szybko narastał. Aż ich zobaczył. Hałasowali, pokrzykiwali buńczucznie, agresywnie, jakby przygotowując się do tego, że zostaną zrugani za nieposłuszeństwo. Czekał na nich cierpliwie, aż się wszyscy zeszli. Wypełnili prawie bez reszty cały szczyt wzgórza. Przed Nim cichli. Uspokajali jedni drugich, widząc Jego powagę i skupienie, tracili swoją pewność siebie, zadziorność. Nie liczył ich, ale byli chyba wszyscy.
 Już wiedział, jak postąpi: roześle ich tak jak Dwunastkę. Zrówna ich z tamtymi. Niech poczują się dowartościowani. Jeżeli tak chcą, niech spróbują. Nie wiadomo, co się może wydarzyć, i to w najkrótszym czasie. W gruncie rzeczy i ich chciał kiedyś również rozesłać na apostołowanie, ale gdy ich podchowa.
 Kiedy zapadła cisza, zaczął mówić, tak jak poprzednio przemawiał do swojej Dwunastki. Znowu od początku: od tego, że Jan Chrzciciel został uwięziony. Zobaczył, że niektórzy są zaskoczeni tą wiadomością. „A więc w tym ogólnym rozgardiaszu nie do wszystkich doszła ta podstawowa informacja”. Jakby nie zauważył tych reakcji, mówił dalej:
 – Herod najprawdopodobniej spróbuje zlikwidować najpierw uczniów Janowych. Ale w drugiej kolejności również mnie, jak i wszystkich moich współpracowników, a więc i was.
 Przerwał. Spostrzegł, że spoważnieli – jakby ich kto oblał zimną wodą. Po chwili Kleofas wyrwał się z propozycją:
 – Czy nie byłoby najrozsądniej, żebyśmy się rozeszli do domów? Przynajmniej na jakiś czas – dodał tytułem usprawiedliwienia.
 – A co, myślisz, że cię w domu nie znajdą? – zaśmiał się Józef. – Wybiorą cię jak rybę z saka.
 – No to co radzisz? – Kleofas wciąż szukał bezpiecznego miejsca.
 – Chcesz uciec od siebie? Jakeśmy już weszli w towarzystwo Jezusa, to już nie da się stąd wyrwać. Zostaniesz uczniem Jezusa do śmierci. Choćbyś nie chciał. Przynajmniej w oczach ludzi, a na pewno w oczach władz.
 Przerwał im Maciek:
 – Może odłożycie sobie te rozmowy na kiedy indziej, dobrze? Nam się ziemia pali pod nogami, a im się zebrało na gadulenie.
 – Pozwólcie Jezusowi, niech skończy, a nie przerywajcie Mu! – ktoś ich upomniał.
 Wobec tego zaczął wyjaśniać wszystko od początku. Przedstawił im spotkanie z Dwunastką i decyzję rozproszenia się, a zarazem rozpoczęcia przez nich pracy apostolskiej.
 – A dlaczegoś wybrał sobie Dwunastu, a nie więcej ani mniej? – spytał Go znowu Kleofas.
 Wytłumaczył im, tak jak to robił przed chwilą. Mówiąc to wszystko, czuł, że zaraz padnie kolejne pytanie. I tak się też stało.
 – To o Dwunastu. A co z nami?
 Widać było, jak wszyscy czekali na to i z kolei na Jego odpowiedź, bo zawisła cisza nad nimi jak ptak szukający miejsca na gniazdo. Powiedział im więc całkiem po prostu, jakby nie dostrzegał tej ich niepewności, to, co wiedzieli bardzo dobrze:
 – Dwunastka to ci, którzy ze mną są od początku, a wy przyszliście później i dlatego chciałem was dłużej przytrzymać przy sobie. Ale ponieważ zaistniała taka sytuacja, jaka zaistniała, wobec tego zdecydowałem się potraktować was tak jak tamtych. Chcę, abyście rozeszli się po całej Ziemi Obiecanej, głosząc Dobrą Nowinę.
 Jeszcze nie dowierzali:
 – Chcesz, byśmy tak nauczali jak Twoja Dwunastka?
 Gdy to potwierdził, zdecydowali się iść krok dalej:
 – Ale oni od Ciebie otrzymali władzę uzdrawiania. My także otrzymamy? – zapytał znowu Kleofas.
 – Tu nie chodzi o żadne otrzymywanie władzy – tłumaczył im z wyrozumiałością. – Wy nie jesteście i nie będziecie urzędnikami. Uzdrawianie to sprawa waszej wiary, nadziei i miłości. Ja ze swojej strony będę tylko was wspierał prośbą do Ojca, byście byli wysłuchani.
 – I będziemy nauczali i uzdrawiali tak jak oni?
 – Tak.
 I nagle wybuchła reakcja, której się nie spodziewał. Jakby dopiero teraz doszło do nich, że traktuje ich na równi z tamtymi: z Dwunastką. Zaczęli krzyczeć z radości, podnosili ramiona w górę, rzucali się sobie na szyję, ktoś podbiegł do Niego, objął Go ramieniem i ucałował, potem drugi i trzeci, i naraz wszyscy rzucili się na Niego, aby Mu podziękować. Wieszali Mu się na szyi. Całowali Go. Ściskali. Na koniec unieśli Go w górę i obnosili triumfalnie. Wreszcie Go uwolnili. Zaczął śpiewać psalm. Chłopcy natychmiast podjęli pieśń. Już się rozpraszali, trzymając się za ręce, tworzyli krąg i rozpoczął się taniec.
 – Na zgodę! Na miłość! Na zjednoczenie! – wołał do nich.
 Śpiewali i tańczyli: od czasu do czasu wykonywali znane im na pamięć od dziecka figury, wyrzucali w górę ramiona, klaskali w dłonie. Podnosili wysoko nogi w kolanach, kłaniali się w pas, kroczyli jeden za drugim, trzymając wyciągniętymi rękami za biodra swojego poprzednika, kręcili się wokół swojej osi, wszystko to miało teraz tę nową treść, a ona w skrócie nazywała się: radość, że On – ich Mistrz i Nauczyciel – uznał ich za godnych pełnienia misji. Tańczyli dotąd, aż padli, gdzie kto mógł, ze zmęczenia, ale jeszcze siedząc na ziemi, śmiali się, choć już nawet śmiać się nie mieli siły.
 Dopiero teraz, gdy się pozbierali, wyjaśnił im swoją taktykę, że trzeba się rozejść, aby wojsku trudniej było zaatakować. Trzeba się rozejść, żeby jak najprędzej jak najszersze masy ludzkie ogarnęła Ewangelia, że to ma być eksplozja, wybuch, którego nie potrafi powstrzymać ani nic, ani nikt. Rozumieli wszystko, zgadzali się na wszystko i palili się do roboty. Pytali, dokąd mają iść. Ale tu już był Kleofas na swoim miejscu:
 – Co wy pytacie? Dlaczego pytacie? Tu nie ma nic do pytania. Ja tylko się dziwię, skąd moi koledzy są czasem takie głupie, nowo narodzone osły – mówił trochę poważnie, trochę żartem, a naprawdę był tak szczęśliwy, że aż się z tego szczęścia zanosił. – Co tu jest do zastanawiania? Po co stawiać niepotrzebne pytania? Czy my jesteśmy Sanhedrynem w królestwie Nowego Izraela, czy nie jesteśmy?
 – Jesteśmy, jesteśmy! – odkrzyknęło mu parę głosów.
 – Jeżeli jesteśmy, to wszystko jest jasne.
 – Co jest jasne? – ktoś się zaniepokoił.
 – Czy myślicie, że to była zabawa? – zdenerwował się Kleofas. – Sanhedryn jerozolimski składa się z przedstawicieli wszystkich warstw naszego narodu. Są tam dwaj najwyżsi kapłani, starsi ludu, czyli reprezentanci arystokracji, uczonych w Piśmie, faryzeusze, kupcy, bankierzy, rzemieślnicy – ludzie uczciwi, którzy zachowują prawo Boże.
 Przerwały mu ten wykład okrzyki:
 – Dość tego opowiadania! Streszczaj się! Po co nam to tłumaczysz! Przecież nie jesteśmy dziećmi! Mów, do kogo mamy iść. Nie chcemy deptać po piętach Dwunastce!
 Ale Kleofas zachował się z godnością najwyższego kapłana:
 – Ja mówię do wszystkich, nie tylko do tych, którzy to bardzo dobrze wiedzą. Dobrze, nie chcecie, to nie będę mówił.
 – Czy to ma oznaczać, że wszyscy powinniśmy się udać do Jerozolimy i nawrócić Sanhedryn na Ewangelię?
 Znowu nie odpowiedział im wprost:
 – Każde miasteczko ma swój Sanhedryn, nazywany kahałem, składający się przeciętnie z dwudziestu trzech członków. Po sześciu do każdego rodu izraelskiego. Jest wszystko jasne? Po sześciu, bo rodów jest dwanaście, a nas siedemdziesięciu dwóch.
 – Czy więc o to chodzi, byśmy się skierowali do ludzi wchodzących w ich skład?
 – To jest wreszcie mądre słowo – powiedział Kleofas, prawie naśladując Annasza. – Na takie czekałem. Trzeba nawracać tych, co są przy władzy. Niech oni dalej rządzą, ale niech rządzą według Objawienia Bożego, a nie ludzkiego widzimisię zawartego w Talmudzie. To ja już skończyłem.
 – Teraz poprośmy Jezusa, żeby nam wydał swoje polecenia.
 Wobec tego zaczął im tłumaczyć, mniej więcej tak jak Dwunastce. Ale ci byli nienasyceni. I chyba jakoś nie chcieli się z Nim rozstawać. Nalegali, by dalej mówił. Domagali się więcej szczegółów. Coraz więc dorzucał parę zdań:
 – Nie noście z sobą trzosa ani torby, ani sandałów i nikogo po drodze nie pozdrawiajcie.
 – Oczywiście, bo jak się rozgadacie, to nie będzie końca – Józef się wyrwał.
 Zakrzyczeli go:
 – Czy ty musisz wciąż wyskakiwać i przeszkadzać?! Jezu, słuchamy.
 Uśmiechnął się i kontynuował:
 – A gdy do jakiego domu wejdziecie, najpierw mówcie: Pokój temu domowi. Jeśli tam mieszka człowiek godny pokoju, wasz pokój spocznie na nim. W tym samym domu zostańcie, jedząc i pijąc, co mają: bo zasługuje robotnik na swoją zapłatę. I nie przechodźcie z domu do domu.
 Józef po raz drugi zareagował:
 – Ty nam wyraźnie nie ufasz. Przecież patrzymy na Twoje życie i my naprawdę staramy się tak postępować jak Ty.
 Przygasili go tak jak poprzednim razem:
 – Czy ty nie skończysz z tym wtrącaniem się! Jezu, nie zwracaj na niego uwagi.
 Znowu się uśmiechnął i mówił dalej, wiedząc, jak dla nich jest ważne dopowiedzenie do końca nawet oczywistych spraw:
 – Jeśli do jakiego miasta wejdziecie i przyjmą was, jedzcie, co wam podadzą, uzdrawiajcie chorych, którzy tam są, i mówcie im: Przybliżyło się do was Królestwo Boże.
 Mówił coś jeszcze, ale zakrzyczeli Go wybuchem radości, gdy powiedział im po raz wtóry, że mają uzdrawiać. Jakby tego nie słyszeli za pierwszym razem. Potem już modlił się nad nimi w podobny sposób i z tak samo wyciągniętymi ramionami jak nad apostołami. Wreszcie ich odprawił: podobnie jak to było w wypadku Jego Dwunastki – kładł ręce swoje na ich głowy, a oni schodzili na dół.
 – A nie zejdziesz z nami? Tam ludzie bardzo na Ciebie czekają – poprosił Go ktoś z ostatnich dwójek.
 – Dobrze – zdecydował się. „Trzeba być przy nich, bo a nuż znowu wyskoczą jakieś niespodzianki”.
 Gdy już byli w połowie drogi, napotkali Piotra, który szedł pod górę.
 – O, jak dobrze, że schodzisz.
 – Znowu coś nie tak?
 – Ludzie są zaniepokojeni, co z Tobą się dzieje. Jedni mówią, żeś chory albo żeś umarł, inni żeś uciekł. Nikt nam nie wierzył, że z Tobą wszystko dobrze.
 – A czy wiedzą o zagrożeniu ze strony wojsk Heroda?
 – Wiedzą, ale mówią, że jak długo są z Tobą, to się nikogo nie boją.
 Zaniepokoił się:
 – A dlaczegóż to?
 – Uważają, że jeżeli czynisz cuda mocą Bożą, to i mocą Bożą możesz pozabijać swoich wrogów.
 – Pozabijać? – zdumiał się.
 – Ześlesz pioruny albo sprawisz, że popadną w obłęd.
 – Przecież ja nigdy nic takiego nie czyniłem, choć byłem zagrożony.
 – Ale to oni tak twierdzą, nie ja – bronił się Piotr.
 Już gdy schodził, widział w prześwitach drzew, że jest gorzej niż przypuszczał: łąki nadal były zawalone ludźmi. Zanim zeszedł na sam dół, zobaczyli Go na jakimś odcinku niezadrzewionym ci najbliżej stojący – zaczęli krzyczeć z radości. Krzyk objął zgromadzone tłumy jak pożoga obejmuje suchy step. Wobec tego przystanął na występie skalnym, skąd był widoczny dla wszystkich, podniósł ręce ku górze i tak ich pozdrowił.
 – Jeżeli to słyszą żołnierze, łatwo będą mogli zlokalizować, gdzie się znajdujemy. I wkrótce się tu pojawią – usłyszał za plecami głos zaniepokojonego Kleofasa.
 – Albo natychmiast uciekną, gdy się przekonają, że nas tak wielu – uspokoił go Piotr.
 Zaczął śpiewać psalm. Podjęli go ci, z którymi schodził z góry, a potem pozdrawiające Go tłumy:

          Chwalcie, o dziatki, najwyższego Pana,
          niech Mu jednemu cześć będzie śpiewana.
          Niech imię Pańskie przebłogosławione
          po wszystkie wieki będzie pochwalone.
          Gdzie wschodzi słońce i kędy zapada,
          niechaj świat Boską chwałę opowiada.

 Wznosił się ten śpiew ku niebu jak szum wichru, jak kołysanie rozhuśtanego morza. Gdy skończyli psalm, znowu wybuchł krzyk uszczęśliwionych ludzi. Zdecydował się wykorzystać tę sytuację. Wyciągnął w górę rękę na znak, że chce przemawiać. Powoli uciszył się tłum.
 Mówił wyuczonym sposobem: krótkimi zdaniami, wyrażającymi konkretną prośbę. Po każdym zdaniu robił krótką przerwę. W tym czasie Jego słowa powtarzali Jego uczniowie dalej: tym, do których Jego głos nie dochodził:
 – Wiecie, że Jan Chrzciciel został uwięziony. Proszę, abyście się rozeszli do swoich domów. Pójdą z wami moi uczniowie, a wasi bracia, będą po drodze mówili wam o Bogu i o człowieku. O tym, że Bóg kocha was i troszczy się o każdego jak o swoje ukochane dziecko. Tak jak się troszczy o każdy kwiat i wróbla. A gdy wrócicie do siebie, nie zapomnijcie o tym, coście usłyszeli. Żyjcie z radością, że jesteście kochani i tę radość przekazujcie braciom waszym.
 Skończył. Potwierdzeniem był kolejny wybuch krzyku. Więc w podziękowaniu podniósł oba ramiona. I schodził w dół. Szedł w dolinę wśród skandowania: Hosanna Synowi Dawidowemu. Błogosławiony, który idzie w Imię Pańskie, które to skandowanie przemieniło się w triumfalny śpiew. Za chwilę już Go otoczyli ludzie, którzy wybiegli Mu naprzeciw. Witał się z nimi. A oni podprowadzali Mu chorych – kładł na nich ręce. Szedł przez ten ogromny tłum, żegnając się z nim.
 Dopiero teraz zaczęli się rozchodzić. Grupa za grupą w towarzystwie Jego uczniów ruszała w drogę. Wkrótce na łąkach robiło się coraz bardziej luźno, coraz bardziej pusto. Pozostawała tylko pognieciona, wydeptana trawa i czarne placki wypalone po ogniskach.
 To, czego tak bardzo do niedawna chciał, zaskoczyło Go. Choć był zmęczony tłumami wymagającymi od Niego wciąż pełnej koncentracji i aktywności, to przecież teraz, gdy ich nie było, poczuł tak dojmujący, prawie że fizyczny brak, jakby ktoś odjął Mu część Jego samego. „Byle tylko nie natknęli się na żołnierzy”. Wchodził powoli z powrotem na swoją górę. Coraz odwracał się, wypatrując ludzi, którzy jak wielkie procesje rozchodzili się na wszystkie strony. Najwięcej ich szło na północ, w górę biegu Jordanu, drogą na Skythopolis. „Tak, jedni potem odbiją na zachód, w stronę Naim, Nazaretu i Kany. Ale większość pójdzie dalej na północ aż do samego jeziora Genezaret, a potem jego brzegiem przez Tyberiadę, Magdalę, do Kafarnaum. Albo lepiej by było – radził im w myślach – po dojściu do jeziora wsiąść w łodzie i popłynąć, żeby ominąć Tyberiadę. Ona jest zawsze niebezpieczna”. Widział i mniej liczne grupy, które, wykręcając dużym łukiem, kierowały się na północ, drogą tuż nad brzegiem Jordanu, w stronę Alexandrium na terenie Judei. Szedł wciąż w górę, jakby oddalał się od tego co ziemskie, przemijające, chwilowe, a wkraczał w to co wieczne, trwałe, istotne.

 Schodził z góry po kilku dniach modlitwy. Głodny, osłabiony fizycznie, ale uspokojony i szczęśliwy. Na samym dole ze zdumieniem spostrzegł Joannę i Tadeusza. Siedzieli przy ogienku i coś tam do siebie mówili. Gdy Go zobaczyli, zerwali się na równe nogi, witając Go serdecznie, jakby Go wieki nie widzieli:
 – No, wreszcie zeszedłeś. Doczekać się nie mogliśmy. Jak tam wytrzymałeś bez jedzenia i picia?
 – Piotr mi zostawił bukłak z wodą, trochę placków i owoców. Ale to już dość dawno się skończyło i chętnie coś z wami zjem.
 – Spodziewaliśmy się tego i mamy co nieco ze sobą. Usiądźmy, proszę.
 – A skąd wiedzieliście, że ja tam w ogóle jeszcze jestem? – spytał ciekawy.
 – Tadek był na górze i zobaczył, że się modlisz. A zejście jest tylko to jedno. Gdzie indziej urwiska i skały.
 Jeżeli Joanną zdumiał się, to Tadeuszem ogromnie:
 – A co ty tu robisz?
 – Przydzielili mi pokolenie Manassesa – mówił Tadeusz wyraźnie skonfundowany.
 Właściwie nie musiał nic więcej mówić. Ale chciał, żeby się wygadał.
 – No i co, wyrzucili cię Samarytanie? – zaśmiał się.
 – Dokładnie tak. Nie chciałem przyjąć Manassesa – jeszcze się tłumaczył. – Mówiłem im, że tam mieszkają Samarytanie, że nawet Ty zastrzegałeś się, abyśmy nie szli ani do pogan, ani do Samarytan, ale mi wytłumaczyli, że ktoś Manassesa musi wziąć, bo inaczej liczba się nie będzie zgadzać.
 – I poszedłeś do nich?
 – Tak i nawet próbowałem z nimi rozmawiać, ale oni w ogóle na tematy religijne nie chcą z nami podejmować żadnej dyskusji. Mają świętą górę Girizim, tam składają Bogu ofiary, do nas, Galilejczyków, mają pretensje, że zamiast dołączyć się do nich, to latamy do Jerozolimy, mimo że Judejczycy nami gardzą, bo uważają nas, tak jak ich, za mieszańców, a nie za prawdziwych Izraelitów. I cała rozmowa z Samarytanami do tego się streszcza: od tego się zaczyna i na tym się kończy i o czym innym nie chcą słyszeć. Co Ci zresztą będę opowiadał, sam lepiej wiesz ode mnie, jak jest.
 – Nie martw się, jeszcze do nich wrócimy.
 – Wrócę chętnie. Ale z Tobą.
 – A co robi w końcu Piotr?
 – On oświadczył, że będzie reprezentował pokolenie Lewi, a więc kapłanów.
 – Chce między nimi próbować?
 – Nie tylko. Mówił, że spróbuje wszystkich, całą resztę Dwunastki, kontrolować. Trochę podobnie jak Ty. Z tą drobną różnicą, że Ciebie o to chłopcy prosili, a jego nikt nie miał zamiaru prosić.
 – Już się o to Judasz zdążył obrazić – dorzuciła Joanna.
 – A co ty tu robisz? – zwrócił się do niej.
 – Owszem, szłam jakiś czas z Tomaszem. Ale to nie to. Ja Ciebie chcę słuchać, nie Tomasza. A zresztą, nie chodzi o samo słuchanie, ale o Twoją obecność czy też osobę. Wobec tego jestem tu. Jeżeli mnie wyrzucisz, to odejdę. Ale weź pod uwagę, że mogę Ci być użyteczna, zwłaszcza teraz, gdy uczniowie poszli w świat.
 Zaśmiał się:
 – Jak możesz mówić takie rzeczy, czyż ja kogoś odrzuciłem?
 – No to bardzo Ci dziękuję za zgodę. I słucham Twoich rozkazów.
 – Jak wiesz, pójdę za moimi chłopcami, żeby się przysłuchać ich nauczaniu. Jeżeli ci to odpowiada, możesz mi z Tadkiem towarzyszyć.