Biblioteka


7 Burza na morzu



 

Burza na morzu

 Wymarzył sobie – On i Jego umordowani chłopcy, że jak tylko dobiją do brzegu, to zwalą się na pierwszym lepszym skrawku trawy i będą spać aż do samego południa. Ale stało się całkiem przeciwnie do tego, co sobie obiecywali. Świt zastał ich jeszcze na morzu, które po ich spotkaniu powoli uciszyło się. Potem, umęczeni do granic możliwości, grzebali się, cumując łódź przy brzegu. Z kolei, gdy dobrnęli na miejsce spotkania, okazało się, że już są pierwsi przybysze. A wtedy odeszła ich ochota do spania.
 Na ugór pod Betsaidą zaczęli ściągać „ludzie Sanhedrynu” – Jego siedemdziesiątka dwójka. Z przykrością obserwował, że historia powtarza się. Wszystko było tak samo jak poprzednio z Jego Dwunastką. Już znał to na pamięć i nie przejmował się tak jak przedtem. Te same miny, to samo pobłażliwe traktowanie Jego osoby, te same ironiczne uśmiechy, lekceważące kiwanie głowami. Takie same opowiadania o dokonaniach, sukcesach, tłumach, uzdrowieniach, niebezpieczeństwach, pochwałach. Często poprzebierani dziwacznie, czasem bardzo bogato, jakby ostentacyjnie odrzucający Jego wskazania o ubóstwie. Przychodzili przeważnie ze swoimi słuchaczami, wielbicielami, wpatrzonymi w nich jak w największych proroków. Wygłaszali coraz to jakieś mądre sentencje, pouczenia. Jednym słowem, uważali się już za pełnowartościowych apostołów Boga Najwyższego, niepotrzebujących Jego opieki, towarzystwa, a już na pewno nie Jego instrukcji, nie-daj-Boże Jego uwag, krytyki czy upomnień. Jego samego traktowali jako co najwyżej kogoś równowartościowego, ale w zasadzie już konserwatywnego, który stracił rozeznanie rzeczywistości i tkwi w starych schematach, nietrafiających do wszystkich, a na pewno już nie do młodego pokolenia i do młodzieży. Dwunastka, wciąż jeszcze pod wrażeniem ostatniego dnia i nocy, próbowała podzielić się przeżyciami ze swoimi przybywającymi kolegami. Ale ci na nic nie reagowali. Jakby to do nich nie dochodziło.
 – Jezus – opowiadał z przejęciem Filip – pięcioma chlebami i dwiema rybami nakarmił pięć tysięcy mężczyzn, nie mówiąc o kobietach. Ludzie chcieli Go obwołać królem.
 – Mnie też chcieli obwołać królem – odpowiedział Kleofas. – I nie wiadomo, czy jeszcze coś z tego nie będzie.
 – A potem przyszedł, idąc po morzu, gdyśmy się mozolili w burzy.
 – Widać miał do was jakiś pilny interes – zaśmiał się Józef.
 Nie docierało do nich nic. Byli wobec Niego na „nie”.
 Obserwował, że Dwunastka, po pierwszym szoku, przygląda się temu, co się dzieje, bawiąc się przy tym pysznie. Jakby w zwierciadle widzieli siebie i nawet wskazywali na kolejnych bohaterów zabawy:
 – O, popatrz, drugi Jakub. Ten wpadł na taki sam pomysł, co i ty!
 – A kto to taki?
 – Nie poznajesz? To przecież nasz kolega. On też był z Janem Chrzcicielem. Nie sztuka było zaryzykować naśladownictwo swojego mistrza.
 – A ten! Tomaszu, popatrz, kropa w kropę twój sobowtór: perypatetyk, filozof z Bożej łaski. Patrz na jego wyrozumiałe spojrzenie, jakim obdarza otaczających go idiotów. Patrz na jego dobrotliwe kiwanie głową, oceniające głupotę swoich bliźnich.
 – A kogóż ten mi przypomina? Ależ oczywiście! Nasz kochany Judasz, arbiter elegantiarum. Widzisz jego utrefioną brodę, jego wypielęgnowane dłonie. Jak trzyma starannie ufałdowany płaszcz! A ta czupryna, Boże!  Judaszu! Jesteś pokonany. Nawet ty nie potrafiłeś wznieść się do takiego poziomu. A jak pachnie! W życiu nie poczułem tyle zapachów, co za jednym przespacerowaniem się obok niego.
 – Stary – słyszał, jak mówił Kuba do Piotra. – Ale mnie tylko jedno dziwi: jak ta hołota potrafi głosić Ewangelię.
 – Nie przesadzaj! Ja osobiście nie dostrzegam takich wielkich różnic pomiędzy nimi a nami.
 – No to dobrze. Wobec tego odpowiedz mi na pytanie, jak my, którzyśmy do nich podobni, byliśmy w stanie głosić Ewangelię? Co ludzie potrafili zrozumieć z tego, co mówiliśmy, gdy na nas patrzyli?
 – Tak sobie myślę, że gdy Jezus po swoim – co daj Boże amen – nawet najdłuższym życiu kiedyś odejdzie z tego świata, to wyobrażam sobie, co Jego czcigodni uczniowie, łącznie z nami… Tak, tak, łącznie z nami, co zrobią z nauką, którą On głosił.
 – Myślisz o tym, że wypaczą tezy Jezusa?
 – Nie. Gorzej.
 – Uważasz, że po prostu zaczną nauczać czegoś, czego Jezus w ogóle nie mówił?
 – Boję się, że zaczną siebie samych głosić autorami tego, czego się nauczyli od Jezusa.
 – A czy to takie ważne? Jezusowi chodzi przecież o to, by ludzie żyli w prawdzie.
 – Zgoda. Jest tu jednak coś subtelniejszego, co nie tak łatwo wypowiedzieć. Poszczególną prawdą również można manipulować, interpretować na wszystkie sposoby. Jezus stanowi jakiś punkt odniesienia, jakąś spójną całość, nie tylko gdy chodzi o Jego naukę, ale i Jego życie i na tej zasadzie jest niepodważalnym gwarantem tej całości.
 Słuchał tego, co Kuba mówił, i musiał przyznać, że znakomicie wypowiedział to, co wypowiedzieć należało w tej kwestii.
 – A jak ty do tego doszedłeś?
 – Na podstawie tego, co się dzieje. Czy zauważyłeś, że te bałwany, ten cały nasz kretyński Sanhedryn, który tu się powoli schodzi wraz ze swoimi uczniami, nawet nie bardzo się kwapi, by poprosić Jezusa o wygłoszenie jakiegoś kazania do ich owieczek? To przynajmniej pod tym względem nie byliśmy aż tacy bezczelni.
 Po południu pojawili się, oprócz wciąż napływających Jego uczniów – jak to ich Tomasz nazywał kpiąco „sanhedrynistów” – nowi przybysze. Gdy ich Piotr z daleka już zobaczył, mruknął do Niego:
 – No i mamy to, czego się należało spodziewać: szpiedzy Heroda.
 – A po czym tak sądzisz?
 – Wystarczy spojrzeć na ich łodzie. Nasze morze to marne jezioro. Szewcy rozpoznają ludzi po butach, krawcy po ubraniu, a rybacy po łodziach. To łodzie z Tyberiady, Jezu.
 – A skąd naraz twoje twierdzenie, że to muszą być szpiedzy Heroda?
 – A że to szpiedzy, to wystarczy popatrzeć na gęby. Chyba doszło do nich, że Cię tłum chciał obwołać królem, i już są.
 Przybysze szli od brzegu ku nim w górę, nie śpiesząc się. Stwarzali wrażenie, że są uczestnikami rozmnożenia chleba, szukającymi Jezusa. Przy okazji pragnęli wyjaśnić na pozór drobne nieścisłości. Nie chcieli „kręcić Jezusowi głowy” – jak się wyrazili, dlatego zwrócili się z tym do Piotra:
 – Widzieliśmy na własne oczy, że na przystani nie było żadnej łodzi, tylko wasza krypa.
 – Tak, zgadza się – odpowiedział Piotr.
 – My jesteśmy z Tybieriady. Gdy nie znaleźliśmy Jezusa, popłynęliśmy do Kafarnaum, sądząc, że tam poszedł. Ale gdy i tam Go nie było, udaliśmy się do Betsaidy. Tu jest. Jakim sposobem?
 – Jeżeli wam powiem, że przyszedł do nas w nocy, idąc po wodzie, gdyśmy byli od brzegu dobrych parę kilometrów, to nie uwierzycie. Zgadza się?
 – No… Nie uwierzymy.
 – No, to by było na tyle. Żadnych innych wyjaśnień nie mogę wam dostarczyć, bo ich po prostu nie znam – Piotr był wyraźnie najeżony. – I z pewnością wiecie, że byli tacy, którzy po rozmnożeniu chleba chcieliby Mistrza z Nazaretu mieć na tronie zamiast Heroda.
 – No… przypuśćmy, że o tym też wiemy. I co z tego? – rozmówca zakończył zaczepnie.
 – To z tego – z tym samym impetem Piotr ich zaatakował – że jako dobrzy szpicle powinniście i to wiedzieć, że Jezus takie pomysły kategorycznie odrzucił i uciekł przed pomysłodawcami tutaj, do Betsaidy.
 – No… powiedzmy, że ta druga wiadomość do nas nie dotarła.
 Zauważył, że nadchodziła kolejna fala ludzi. To byli ci, którzy uczestniczyli w rozmnożeniu chleba. Poznał niektórych. Już się zbliżali, zaskoczeni, że tu Go odnaleźli, uradowani, że Go odnaleźli.
 – Rabbi, kiedy tu przybyłeś?
 Nie odpowiedział im na pytanie. Nie chciał już tkwić w tym jałowym dopytywaniu się. Zdecydował się wykorzystać ich obecność i wejść w temat, który byłby odpowiedzią dla Jego zbuntowanego Sanhedrynu. Napłynęła na Niego ta sama fala samoświadomości jak wtedy, gdy Jego Dwunastka powróciła z wyprawy apostolskiej. Znowu widział tę rosnącą odległość pomiędzy sobą a nimi. Uwyraźniało się w Nim z szybkością błyskawicy poczucie, że jest ich bratem, a przecież kimś innym, innością nie różnicy, ale nasilenia światła, które w Nim trwało, ale jasnością widzenia spraw Bożych i ludzkich, rozróżniania prawdy od fałszu, najdrobniejszych odchyleń, ale najściślejszego zjednoczenia z Ojcem, które stanowiło element istoty Jego osobowości. Rosło w Nim przeświadczenie, że nadeszła godzina prawdy, w której On musi wypowiedzieć swoje słowo do końca, a oni albo je przyjmą, albo odrzucą – że nie można dłużej chodzić we mgle niedopowiedzeń, uników. Musi zażądać od swoich uczniów, by określili swoje stanowisko, bo już za dużo usłyszeli Jego kazań i za dużo zobaczyli znaków. Nawet jeżeli takie postawienie sprawy mogłoby spowodować ich odejście. Powiedział spokojnie:
 – Szukacie mnie dlatego, żeście jedli chleb do sytości. Troszczcie się nie o ten pokarm, który ginie, ale o ten, który trwa na wieki. A który da wam Syn Człowieczy.
 Zauważył, że gdy tylko zaczął mówić, natychmiast Jego Sanhedryn zareagował: przychodzili. Znaleźli się w Jego pobliżu Kleofas z Józefem, wyraźnie agresywni, zaczepni, podśmiewający się. Ten pierwszy wyrwał się z ironią w głosie:
 – Cóż mam czynić, abyśmy wykonywali dzieła Boże?
 – Na tym polega dzieło zamierzone przez Boga, abyście uwierzyli w Tego, którego On posłał – odpowiedział mu dobitnie.
 Otrzymał na to od Kleofasa zaskakujące żądanie – pytanie:
 – Jakiego więc dokonasz znaku, abyśmy go widzieli i Tobie uwierzyli? Cóż zdziałasz? Ojcowie nasi jedli mannę na pustyni. Jak napisano: Mojżesz dał im do jedzenia chleb z nieba.
 Mówił to z miną idioty, który już nic nie wie, niczego nie rozumie, ale natychmiast wszystko przyjmie i we wszystko uwierzy, gdy tylko usłyszy odpowiedź.
 Poczuł się znowu zaskoczony bezczelnością czy niewiarą, a właściwie jednym i drugim: nie uznali rozmnożenia chleba czy też nie chcą tego dostrzegać. Już dłużej postanowił nie zwlekać. Odpowiedział podniesionym głosem, żeby Go słyszano:
 – Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: nie Mojżesz dał wam chleb z nieba, ale dopiero Ojciec mój da wam prawdziwy chleb z nieba. Albowiem Chlebem Bożym jest Ten, który z nieba zstępuje i życie daje światu.
 Uświadomił sobie, że nigdy dotąd nie mówił o sobie. Bywało tak, że czasem ludzie, zaskoczeni czy zachwyceni tym, co do nich mówił, czy wręcz przerażeni dokonaniami, jakie działy się przez Jego ręce, pytali: „Kim Ty jesteś, że to mówisz” czy też: „że takie cuda czynisz”? Z reguły nie odpowiadał. Teraz słuchał siebie mówiącego o sobie i miał uczucie zażenowania. Ale coraz wyraźniej był świadomy, że Ojciec tak pokierował i zmusił Go, aby On sam odpowiedział sobie do końca na pytania dotyczące Jego osoby, żeby się sam przed sobą i przed ludźmi określił, kim właściwie jest. Tylko słowa, które dobierał, były jakoś nie Jego, obce. I zdania, które budował, drewniane, niezgrabne, prawie niezrozumiałe. Próbował je na nowo formułować, ale zamiast lepiej, było jeszcze gorzej. Na pewno powodowała to ta atmosfera nieprzyjaźni, jaką wyczuwał ze strony Sanhedrynu.
 Kleofas na wpół z ironią, na wpół z ciekawością, jakby nie zrozumiał tego, o czym On mówi, a częściowo, aby Go sprowokować, poprosił:
 – Panie, dawaj nam zawsze tego chleba.
 Zaczął mówić jeszcze bardziej podniesionym głosem, ale wolniej i akcentując każde słowo:
 – Chlebem Bożym jest Ten, który z nieba zstępuje i życie daje światu. Jam jest Chleb życia.
 Po króciutkiej przerwie dodał:
 – Kto do mnie przychodzi, nie będzie łaknął, a kto we mnie wierzy, nie będzie nigdy pragnąć.
 Obawiał się, że znowu Kleofas albo Józef wejdą Mu w słowo, ale wtedy niespodziewanie przebił się do Jego uszu głos Janka:
 – Kuba! Głośniej mówi! Głośniej mów, Kuba, ja nie słyszę!
 Krzyk przychodził od strony Dwunastu, zgromadzonych właśnie wokół Kuby, który coś tłumaczył.
 Był nastawiony na to, co mówił Kleofas, dlatego nie dochodziło do Niego nic innego. A tymczasem okazało się, Dwunastka, przysłuchująca się temu, co On mówił, również reaguje na Jego wypowiedzi. Nie wiedział jednak, czy to była akceptacja, czy negacja tego, co On dotąd powiedział.
 Ale powtórzył sobie gdzieś w głębi swojej świadomości: „To jest godzina prawdy dla mnie i moich najbliższych uczniów. Nawet gdyby odeszli”.
 – Wszyscy, których daje mi Ojciec, do mnie przyjdą, a tego, który do mnie przychodzi, nie odrzucę. Ponieważ z nieba zstąpiłem nie po to, aby pełnić swoją wolę, ale wolę Tego, który mnie posłał.
 Dosłyszał, jak Józef „szepcze” Kleofasowi z faryzejskim akcentem:
 – Co to znaczy, co On mówi: „z nieba zstąpiłem”? Czy Jemu coś się nie pomyliło? Ja cię bardzo przepraszam, ale ja znam Jego Matkę, znałem Jego ojca.
 – Ty myślisz: On jest myszygene?
 – Szymek! Siedź jak ci dobrze! Nie ruszaj się! – nagle dobiegł do Niego podniesiony głos Piotra.
 Prawie że nie słyszał tego, co sam mówił. Uwagę Jego przykuwały zdania wypowiadane przez zbuntowanych uczniów. Ale szedł dalej i dalej w tym upiornym dialogu.
 – Szymek, uspokój się! – wystrzelił bas Piotra.
 Znowu uświadomił sobie, że nie śledzi tego, co się dzieje w grupie Jego Dwunastki. A przecież tam wciąż trwały jakieś rozmowy. „Co się tam dzieje, o co im chodzi? Czy oni też przeciw mnie?”
 – Jest wolą Tego, który mnie posłał – mówił dalej, przezwyciężając opory, jakie w Nim wciąż rosły – abym ze wszystkiego, co mi dał, nikogo nie stracił, ale żebym to wskrzesił w dniu ostatecznym. To bowiem jest wolą Ojca mego, aby każdy, kto widzi Syna i wierzy w Niego, miał życie wieczne, a ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym.
 – No to wszystko jest wiadome. On jeszcze ma władzę wskrzeszania zmarłych w dniu ostatecznym. Przyznam ci się, że o to Go nie podejrzewałem.
 Tego już sam nie wytrzymał. Po raz pierwszy wprost upomniał Kleofasa i Józefa:
 – Nie szemrajcie między sobą! – wykrzyknął oburzony.
 Uciszyło się. Ale tylko na chwilę. Kleofas jakby nie usłyszał tego upomnienia, mówił dalej:
 – Uwierzysz – wskrzesi cię. Nie uwierzysz – nie wskrzesi. Teraz już wiesz, na czym stoisz.
 – Kleofas! – naraz posłyszał czyjś okrzyk.
 To Szymek, biały z wściekłości, rozepchnął kolegów, rzucił się na Kleofasa. Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, złapał go pod szyję, uniósł jak piórko w górę i patrząc mu w oczy, dotykając nosem w nos, wycharczał:
 – Ani słowa więcej, bo cię zabiję. Dobrze?
 – Szymek! Puść go! – zawołał, widząc, że Kleofasowi oczy zdają się wychodzić z orbit i twarz sinieje jak burak.
 Szymek opamiętał się. I nie zwracając w Jego stronę głowy, odpowiedział:
 – Już dobrze, Jezu, już dobrze – prawie zawstydzony wypuścił z rąk Kleofasa, ten się zatoczył i chyba by upadł, gdyby go ktoś nie podtrzymał.
 Ciszę przerwał Kuba, mówiąc ni to do Kleofasa, ni to do Szymka:
 – I po co to było? Wolno psu na księżyc szczekać.
 – Ale nie przy mnie! Ale nie przy mnie. Niech sobie to każdy zapamięta – odwarknął Szymek. – A Ty, Jezu, mów, co chcesz.
 Jakby w odpowiedzi Kleofasowi i Szymkowi, jakby wyjaśniając wszystkim słuchaczom to, co dotąd powiedział, zaczął mówić od nowa:
 – Nikt nie może przyjść do mnie, jeśli go nie pociągnie Ojciec, który mnie posłał. Ja zaś go wskrzeszę w dniu ostatecznym.
 Mówił zupełnie inaczej niż poprzednio: bez tamtego napięcia. Teraz swobodnie, na luzie, starał się wyakcentować tamte myśli. Posługiwał się nawet fragmentami poprzednio użytych zdań:
 – Każdy, kto od Ojca usłyszał i nauczył się, przyjdzie do mnie. Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: kto we mnie wierzy, ma życie wieczne. Jam jest chleb życia. Ojcowie wasi jedli mannę na pustyni i pomarli. To jest chleb, który z nieba zstępuje, kto go spożywa, nie umrze. Ja jestem chlebem żywym, który z nieba zstąpił. Jeśli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki. Chlebem, który ja dam, jest ciało moje na życie świata. Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli nie będziecie spożywali Ciała Syna Człowieczego i nie będziecie pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie. Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym. Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a Krew moja jest prawdziwym napojem. Kto spożywa moje Ciało i Krew moją pije, trwa we mnie, a ja w nim. Jak mnie posłał żyjący Ojciec, a ja żyję przez Ojca, tak i ten, kto mnie spożywa, będzie żył przeze mnie. To jest Chleb, który z nieba zstąpił – nie jest on taki jak ten, który jedli wasi przodkowie, a poumierali. Kto spożywa ten Chleb, będzie żył na wieki.
 Naraz Kleofas, wykorzystując przerwę, jaka zapadła, wyszeptał zduszonym głosem:
 – To my się zmywamy. A jeżeli chcesz wiedzieć, dlaczego, Nauczycielu z Nazaretu, to Ci mogę powiedzieć: Trudna jest Twa nowa mowa. Któż jej słuchać może? Przynajmniej nie ja i nie moi koledzy. – Zaraz zwrócił się do Szymka: – Czy ja o coś ciebie mogę spytać?
 Szymek popatrzył na niego bykiem, który nic dobrego nie obiecywał, ale nie odpowiedział słowem. Niezrażony tym Kleofas zaczął mówić:
 – Ja chciałbym od ciebie, Szymonie, usłyszeć opinię. Słyszałeś? Zrozumiałeś, co mówił twój Mistrz? Jeżeli tak, to mi wytłumacz, bo ja, choć słyszałem, to nie zrozumiałem.
 – O co ci chodzi? – warknął Szymek. – Nie nawijaj, tylko mów jak człowiek.
 – Przepraszam. Myślałem, że wyrażam się jasno. A więc wyjaśniam: On, ten Nauczyciel z Nazaretu, którego ty bronisz – tu wskazał brodą na Niego – powiedział: „Jeśli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki. Chlebem, który ja dam, jest moje ciało”. Powiedział tak? – chwilkę czekał na odpowiedź Szymka, ale się nie doczekał, wobec tego odpowiedział sobie sam: – A ty mnie chciałeś zabić. Za co? Za to, że ja wołam na alarm, że ktoś albo zwariował, albo wciska mi głupotę do głowy. No bo mi nie powiesz, że ja mam jeść Jego ciało i pić Jego krew. I że On jest mądry, ma rację i mam Go ślepo słuchać.
 Wyskoczył Kuba:
 – Człowieku, o czym ty mówisz, o jakim jedzeniu ciała Jezusa i piciu Jego krwi?
 – Chwileczkę, było tak powiedziane, czy nie było! – odkrzyknął Kleofas.
 – Spokojnie, spokojnie! Tylko spokój może nas uratować – to był Tomasz. – Emocje nie przekonają nikogo, ani jednych, ani drugich. Tylko argumenty. Ani krzyk, ani pięść. Bo o co chodzi? Jeżeli ja ci powiem, Kleofasie, że jesteś kapuściany głąb…
 – Uważaj, co mówisz – najeżył się Kleofas.
 – Znowu to samo. Czy my nie możemy sobie porozmawiać jak filozofowie? – uspokajał go Tomasz.
 – Ale nie zaczynaj od obrażania.
 – Dlaczego się obraziłeś? Czy się obraziłeś dlatego, że przestałem widzieć człowieka o nazwisku Kleofas, a widzę kapuściany głąb? Nie! Ale ty się obraziłeś dlatego, bo uznałem, że jesteś nieruchawym, tępym, niemyślącym człowiekiem, którego – na jakiej zasadzie, tu nie będziemy tłumaczyć – można porównać do głąba kapuścianego.
 – I ty mówisz, że mnie nie obrażasz?! – wykrzyknął znowu Kleofas.
 Ale Tomasz nie zwrócił na to uwagi i mówił dalej:
 – W tym moim wywodzie najważniejszym słowem jest: „porównać”. Słowo to jest słowem-kluczem do zrozumienia całej sprawy. Jeżeli Jezus mówi, że jest chlebem i napojem, również porównuje, rozumiesz? Po-rów-nu-je siebie do chleba i napoju, które są nieodzowne do życia. Co ma oznaczać, że bez Niego – bez Jego nauki, człowiek nie jest w stanie zrozumieć ani siebie, ani ludzi, ani świata, ani Boga. Nie jest w stanie żyć jak człowiek. Jasne?
 – Nie, nie jest jasne – upierał się Kleofas.
 – Co nie jest jasne? – zdziwił się Tomasz.
 – Bo gdyby nawet tak rozumieć tekst Jezusa, to ja się na niego tym bardziej nie zgadzam. Mnie wcale Jezus nie jest potrzebny do życia. Obejdę się bez Niego spokojnie.
 – I czy tyś mnie zaskoczył? – powiedział Tomasz. – Tyś mnie wcale nie zaskoczył. A może się zdziwisz, czemu ja taki nieczuły?
 Ale Kleofas był nieskory do zadawania pytań Tomaszowi. Najwyraźniej czuł przed nim respekt.
 – Może się nie zdziwisz, ale ja ci powiem: jakeś zmądrzał przy Jezusie, to uważasz, że już się z Nim zrównałeś albo Go nawet przewyższyłeś. Otóż mylisz się, przyjacielu. On kiedyś powiedział: „Nie jest uczeń nad mistrza ani sługa nad pana swego”.
 – Przyganiał kocioł garnkowi, a sam smoli – odciął się Kleofas, który znowu odzyskał grunt pod nogami.
 – Zgoda. Przyznaję się. Ten sam błąd uczyniłem. Ale jeżeli się opamiętałem, chcę cię przed głupstwem, które zrobiłem, zawczasu przestrzec.
 – Zachowaj te rady dla siebie na przyszłość. Mogą ci się jeszcze przydać. Ja wiem swoje i żegnam twojego Mistrza i ciebie.
 Jeszcze chciał coś powiedzieć, ale oni już tego i tak by nie słyszeli. Znowu zabrał głos Kleofas, ale nie zwracał się do Niego: potraktował Go tak, jakby Go nie było, mówił do swoich kolegów:
 – No cóż, co do mnie, to ja – jak powiedziałem – zmywam się. Nic tu po mnie.  Nie widzę miejsca dla siebie. A wy, chłopcy, róbcie, co chcecie.
 A więc nic nie pomogło. Jakby dopiero teraz spostrzegł, że niebo zaciągnięte jest szarymi chmurami, a niżej pędzą ciemne obłoki, że zza horyzontu wyłania się czarna masa zwiastująca idącą burzę.
 „Czy również w taki czas będę kiedyś umierał?” – pojawiło się nagle w Nim pytanie. „Czy zawsze w takim czasie dzieją się wszystkie tragedie?” Patrzył ze smutkiem, jak za Kleofasem odchodzi większość Jego Sanhedrynu. Również chyba z takimi uczuciami Jego Dwunastka obserwowała to, co się dzieje. Właściwie mógł ich oszczędzić. Ale wciąż się w Nim kołatała tamta determinacja: „Teraz jest godzina szczerości. Jeżeli mają odejść potem, niech odchodzą od razu”.
 – Czy i wy chcecie odejść? – spytał spokojnie, zwracając się do Dwunastki.
 Wciąż nie był pewien, jak zareagują, co odpowiedzą. A oni nie spodziewali się, że ich zaatakuje takim pytaniem. Zamilkli jak ścięta porannym chłodem trawa. Odezwał się Piotr:
 – Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego. Myśmy uwierzyli i poznali, że Ty jesteś Świętym Boga.
 Słuchając Piotra, widział, że po stromym brzegu wraca Kleofas i kieruje się w Jego stronę. Twarz obojętna, nie mówiła nic. „Czyżby zdecydował się pozostać ze mną? Niemożliwe”. A ten już był przy Nim.
 – Ty podobno wybierasz się do Kafarnaum. Ich krypa – tu wskazał na Piotra brodą – nadaje się na razie tylko do remontu. Możemy Cię tam podrzucić.
 – Macie jeszcze wolne miejsce? – spytał prawie odruchowo.
 – Ja płynę tylko ze swoimi ludźmi. Zostaje Józef ze swoimi. A Ciebie chcę zabrać na dowód, że nie gniewamy się na Ciebie – dodał, jakby wyjaśniając swoją propozycję.
 Nie przypominał sobie, żeby komuś o tym mówił, że chce udać się do Kafarnaum. Ale nie zastanawiał się ani przez moment. „Może się rozmyślili. Może chcą zmienić decyzję i pozostać przy mnie”. Jeżeli nawet jeden procent takiej możliwości istnieje, gotów był iść na koniec świata.
 – Chętnie popłynę. Ale zanosi się na burzę.
 – Jak nie, to nie, płyniemy sami, a Ty zostań z kobietami i ze swoimi grzecznymi pretorianami.
 – Chętnie zabiorę się z wami, tylko zdaje mi się, że lepiej burzę przeczekać.
 – Co Ty, cieśla, możesz się znać na jeziorze i na pływaniu? Umówmy się tak, że Ty się do tego nie wtrącasz. Zresztą, w razie czego, podobno umiesz chodzić po wodzie. To się uratujesz. O nas nie musisz się martwić. My sobie poradzimy.
 Słuchał tego, co mówił do Niego Kleofas, z przykrością. Nie był przyzwyczajony, by ktoś przemawiał do Niego w takim tonie. Podszedł Piotr, obserwujący – podobnie jak i reszta Dwunastu – i przysłuchujący się wszystkiemu, co się dzieje, z uwagą. Zaczął mówić przyciszonym głosem, by Kleofas nie usłyszał:
 – Nie płyń z nimi. Zanosi się na burzę i będzie bardzo huśtało. Chcą Cię upokorzyć i wyśmiać.
 – Popłynę z nimi – odpowiedział stanowczo.
 – Myślisz, że Ci się uda zatrzymać ich przy sobie?
 – Nie wiem, ale nie chcę rezygnować z żadnej okazji. Jedni odeszli. Wygląda na to, że w sposób ostateczny. Może z tymi uda mi się coś zrobić – dopóki jeszcze chcą rozmawiać.
 – Myślę, że sprawa jest beznadziejna. Ale… Rób, jak uważasz.
 Kleofas, nie czekając na Jego odpowiedź, zaczął szybko schodzić w dół do jeziora, gdzie była przycumowana jego łódź. Szedł powoli za nim, obserwowany przez Dwunastkę ze współczuciem i dezaprobatą. Przystanął z boku i przyglądał się krzątaniu Kleofasa i jego ludzi, przygotowujących łódź do drogi. Śmiali się, dowcipkowali i nie zauważali Go. Jakby Go nie było. Nie spodziewał się aż takiej przemiany swoich chłopców – teraz już nie Jego chłopców, ale obcych mężczyzn, którzy nie chcieli mieć z Nim już nic wspólnego. Było Mu ich niezmiernie żal, bo pokochał ich jak braci – wszystkich razem i każdego z osobna. Nie był w stanie tak po prostu odejść od nich. Wobec tego modlił się do Ojca, przepraszając Go za nich, prosząc Go o nich.
 W powietrzu panowała kompletna cisza. Wiatr zamarł. Nie poruszał się nawet najdrobniejszy listek na krzakach rosnących w pobliżu. Niepokoił Go nadciągający wał chmur, czarny, groźny. Nie trzeba się było znać ani na jeziorze, ani na miejscowym klimacie, żeby stwierdzić ponad wszelką wątpliwość, że idzie burza i to wielka. Na pewno zdawali sobie z tego sprawę i oni sami. Część już była w łodzi. Jedni pośpiesznie wylewali wodę, gorączkowo porządkowali wiosła, wstawiali je w uchwyty. Inni zakładali ster, jeszcze inni w podkasanych wysoko sukniach wchodzili do jeziora, żeby zepchnąć łódź z mielizny na głębszą wodę. On wciąż stał na brzegu. „Zaproszą mnie do łodzi czy też nie” – wciąż nie był tego pewny. „Czy też popłyną sami. Tak do końca trzymają mnie w niepewności, aby mnie upokorzyć?” Wreszcie Kleofas wykrzyknął w Jego stronę:
 – No, co się tak patrzysz? Wsiadasz, czy wolisz zostać? Ale Cię ostrzegam, że burza idzie i będzie kołysało. A dla nieprzyzwyczajonych to oznacza, że pojadą dalej niż do Kafarnaum.
 Prawie wszyscy ryknęli śmiechem. Któryś dorzucił:
 – Byleś siedział z nawietrznej strony, bo inaczej zanieczyścisz łódź i będziesz potem musiał sprzątać.
 Nic nie odpowiedział. Jeszcze nigdy nikt Go tak nie traktował. I to nie był żaden wybuch gniewu – nie było zresztą ku temu powodu – ale spokojne ustawianie Go w nowej roli. Uśmiechnął się, nie patrząc im w oczy, wszedł do wody, podciągając suknię, a potem chwycił rękami za burtę, dźwignął się w górę i znalazł się w łodzi. Nikt Mu nie pomógł w dostaniu się do środka. Stanął na lekko kołyszącym się pokładzie, nie wiedząc, gdzie zająć miejsce.
 – Siądź sobie tam, na dziobie, to przynajmniej nie będziesz przeszkadzał nam w pracy.
 Przekraczał jedną ławkę po drugiej, balansując rękami, by nie stracić równowagi, obserwowany przez uczniów z uśmieszkami pobłażliwości i złośliwości na ustach. Znowu nikt nie wyciągnął ręki, by Mu pomóc. Dobrnął wreszcie na miejsce i usiadł na zwoju lin.
 – Tam Ci będzie dobrze, jak kukułce w gnieździe.
 Znowu kolejny wybuch śmiechu – niedobrego, złośliwego. A więc oni byli u siebie, a On był kimś obcym, nawet niebezpiecznym dla nich, przed którym należy się mieć na baczności.
 – Do wioseł! – zawołał Kleofas i zasiadł przy sterze. – Jak się przyłożymy, to będziemy w Kafarnaum zanim rozpęta się burza. A Ty, Jezusie, możesz się przespać. Pod naszą opieką włos Ci z głowy nie spadnie.
 Znowu krótki wybuch śmiechu. Łódź ruszyła ociężale, napędzana energicznymi, rytmicznymi uderzeniami wioseł.
 Śpieszyli się. Nie dziwił się temu. Choć popisywali się przed Nim – człowiekiem nieobeznanym z jeziorem – pewnością siebie, oni, stare wygi morskie, ludzie zżyci z kunsztem wioślarskim, to przecież, a nawet tym bardziej, musieli być świadomi niespodzianek, które potrafi sprawiać to kapryśne jezioro. Niejeden śmiałek życie położył, lekceważąc to „bajoro tyberiadzkie” – jak to czasem pogardliwie nazywano jezioro Genezaret. Opowiadano sobie w późne zimowe wieczory o tych lekkomyślnych wioślarzach, których ciała wyławiano – albo nie wyławiano – jak to pojawiają się jako wampiry, upiory, mamidła, jak to wodzą rybaków w mgłach, pluchach, że trudno trafić do portu. A więc śpieszyli się. Nie dawał im wytchnienia Kleofas, pohukując rytmicznie, narzucając im szybkie tempo. Wyglądało na to, że mogą jeszcze zdążyć. Przecież to było tak niedaleko. Z łatwością można było widzieć bielejące wzgórze, na którym rozłożyło się miasteczko. Przymknął oczy. Wydawało Mu się, że zaśnie, kołysany rytmicznymi skokami łodzi, rytmicznym pohukiwaniem.
 Obudził Go z chwilowej drzemki wiatr, który się zerwał nieoczekiwanie, pokrywając wciąż jeszcze nieruchomą taflę wody drobniutkimi, niespokojnymi falkami. Rozglądnął się. Zapadał mrok, jakby nadchodziła już noc. Znikło białe wzgórze na brzegu, ku któremu zdążali. Z minuty na minutę pogłębiała się ciemność, ciężkie, idące coraz niżej chmury zaciągały niebo. Na horyzoncie co chwilę pojawiały się białe błyskawice. Nad jeziorem przetaczały się coraz bliższe grzmoty. Jeszcze może dałoby się wrócić do brzegu. Choć i na to było już za późno, bo wiatr, który wiał z północy na południe, nasilał się coraz bardziej. Burzyło się jezioro. Widział, że wkrótce będą musieli zrezygnować z płynięcia w stronę Kafarnaum, bo to oznaczało utrzymywanie łodzi wzdłuż fali. Ale Kleofas nie zmieniał kierunku, pomimo że fala była coraz ostrzejsza, że groziła wywrotką. Pojawił się drobny, ostry deszczyk niesiony wiatrem, siekący jak uderzenia szpilkami, utrudniający widoczność. Szybko zamieniał się w huraganową ulewę. Za chwilę już ściana deszczu waliła z góry potokami. Niebo połączyło się z ziemią. Już Mu trudno było odróżniać czy jest zalewany wodą jeziora, czy deszczu. Woda dostawała się wszędzie, wpychała się, pędzona huraganem, do oczu, do uszu, do nosa, do ust. Czasem zdawało Mu się, że Go udusi. Łódź chybotała się nerwowo na boki. Pomimo to w dalszym ciągu chłopcy pracowali zapamiętale. Od czasu do czasu, gdy wiatr zmiótł na moment zasłonę deszczu, widział ich twarze czerwone z wysiłku. Nie poddawali się. Wiosłowali, ile tylko jeszcze mieli sił w mięśniach. Chcieli zbliżyć się do Kafarnaum, jak tylko się da. Ale widział ich błyski oczu w stronę atakujących prawą burtę fal. Łódź coraz bardziej kołysała się to w jedną, to w drugą stronę, do tego stopnia, że zaczęła nabierać prawą burtą wodę.
 Pierwszy wioślarz nie wytrzymał nerwowo:
 – Dziobem na falę! – wykrzyknął.
 Kleofas posłuchał tego okrzyku. Ster zmusił łódź do zmiany kierunku i zamiast do Kafarnaum, leżącego na północno-zachodnim brzegu, odwróciła się dziobem przeciw fali, a więc w stronę południową. Był to czas najwyższy, bo szły już wały wody zwieńczone na szczycie białymi grzywami piany i waliły się na nich z taką siłą, że wyglądało na to, że pod następnym uderzeniem łódź rozpadnie się w kawałki. Ale nie. Dzielnie wspinała się, trzeszcząc, na kolejną ścianę, przebijając ją swoim ciężarem, zapadała się w otchłań morską, z której zdawało się, że nie potrafi się podźwignąć i coraz częściej już jej się to nie udawało, a wtedy biła w nich góra wody, zalewając ich prawie do pasa. Wioślarze zwolnili tempo i tylko ostrożnymi ruchami wioseł pomagali utrzymywać łódź w poprzek fal.
 – Wybierać wodę! – kolejny okrzyk Kleofasa skierował część załogi do czerpaków.
 Uśmiechnął się na moment do siebie, bo przyszło Mu do głowy, że jeszcze któryś z „Jego chłopców” może wpaść na pomysł, aby Go wyrzucić do morza, jak kiedyś w czasie burzy żeglarze wrzucili proroka Jonasza, dla przebłagania Boga.
 To już nie był szum, ale bezustanny ryk fal: huk zwałów wody spadających z wysokości jednego czy nawet dwóch pięter w dół i wznoszących się w górę z czeluści na poprzednią wysokość. Wciąż zajmował to samo miejsce co od początku – na dziobie, w pozycji półleżącej, z głową opartą o niepotrzebny nikomu zwój liny. Dziób łodzi, wystający ostro w górę, który w początkowej fazie burzy chronił Go przed uderzeniami fal, teraz nie stanowił żadnej osłony. Waliły się na Niego tony wody, za każdym razem grożąc, że Go zmyją z pokładu i wrzucą do jeziora. Był zmoczony od stóp do głów i czasem przy kolejnym uderzeniu nie mógł złapać oddechu. Woda była wszędzie, bo trwał ulewny deszcz, istne oberwanie chmury, ściana deszczu przesłaniała wszelki widok, można było sięgnąć wzrokiem na odległość paru metrów, jedyną orientację dostarczały fale, idące prawdopodobnie bez zmiany od południa. Obserwował swoich uczniów przy ich wioślarskiej pracy, wypatrując, w czym mógłby im pomóc albo zastąpić, ale nie widział wciąż możliwości, a poza tym był przekonany, że nie przyjęliby Jego pomocy w żadnej formie. Przynajmniej w tej chwili.
 Burza jakby nad nimi stanęła. Pioruny biły raz za razem. Przerażające błyski i ogłuszające suche trzaski grzmotów rozlegały się, zdawało się, w odległości paru metrów. Miał wrażenie, że każde następne uderzenie padnie w nich samych. Modlił się do Ojca o ratunek, równocześnie powtarzając: „Ale niech się stanie nie jak ja chcę, tylko jak Ty chcesz”. Była w Nim i tamta prośba o oświecenie Jego chłopców, by przejrzeli, by stali się prawdziwymi głosicielami słowa Bożego. Wciąż wydawało Mu się, że to jeszcze nie chwila śmierci, że tak nie może odejść z tego świata, ze zbuntowanymi uczniami, że Ojciec do tego nie dopuści. Przyszło Mu do głowy, że ta łódź miotana przez fale akuratnie odzwierciedla sytuację, jaka się rozwinęła w tej małej społeczności, którą zbudował. Ale się poprawił: „Tylko jest ta drobna różnica, że burza się uspokoi wcześniej czy później, ale to nie będzie znaczyło, że uspokoi się burza wśród moich uczniów”.
 Nagle stało się. Łódź, mimo pracy wioseł i steru, by utrzymać ją dziobem do fali, pod naporem bocznego uderzenia wiatru i chyba wirów wody niespodziewanie zmieniła kierunek i znalazła się bokiem do frontu fal. Zobaczył z lewej strony górę wody, która poszła po burcie jak topór i odrąbała wiosła. W panującym wciąż huku fal nawet nie usłyszał trzasku. Zobaczył tylko przerażone twarze wioślarzy i odłamane rękojeści wioseł w ich rękach. Zrozumiał, że to jest koniec. Łódź, wykręcona bezwładnie bokiem do fali, zaczęła zjeżdżać w dół. Kolejna fala powinna ją wywrócić do góry dnem. Ale jeszcze rozpędem zdołała się skierować sterem do fali. To była ostatnia chwila życia darowana struchlałym ludziom, którzy jak sparaliżowani już tylko trzymali się kurczowo burty, czekając na najgorsze. Na nic więcej nie było ich stać. I wtedy, gdy łódź znajdowała się w pozycji prawie pionowej, Kleofas spadł na Niego, wołając:
 – Panie, ratuj nas, bo giniemy!
 Już na nic nie było czasu, teraz łódź waliła się w śmierć. Jak w błyskawicy, która rozbłysła w Jego świadomości, zobaczył, co powinien zrobić, jaka jest wola Ojca. Dźwignął się na równe nogi, jakby nie był skostniały, przemoczony i umordowany tą burzą, która się nad nimi tyle czasu znęcała. Wyciągnął w górę rękę i rozkazującym tonem zawołał:
 – Milcz! Zamilknij!
 W tej samej chwili zobaczył coś, czego przecież chciał, ale co Jego samego napełniło zdumieniem. Z dalekiej przeszłości nadszedł na Niego obraz przemarszu Izraelitów przez Morze Czerwone. Bo chyba tak i wtedy się stało: jakby ktoś położył rękę na falach. Jakby ktoś wśród skalistych gór utworzył jeziorko. Jeszcze wokół pieniły się fale białymi grzywami, przewalały się rozszalałe bałwany, huczało morze. Ale tu już było spokojnie. Krypa kołysała się na wodzie jak w przyjaznej zatoce. W łodzi trwała cisza. Uczniowie, wciąż z rękami wczepionymi w burty, ogłupiali patrzyli oczami pełnymi zdumienia na to, co się wokół nich działo. Niektórzy przecierali sobie oczy, jakby nie dowierzali temu, co widzą, łapali się za głowę. Ale wcześniej czy później kierowali wzrok na Niego, który znowu siedział na swoim miejscu i przyglądał się morzu. Bo i morze wokół powoli uspokajało się. Cichł wiatr. Przestawał padać deszcz. Chmury rozstępowały się, wyjrzało słońce. Rozglądnął się. Znajdowali się w pobliżu wschodniego brzegu jeziora, ale to nie była okolica Betsaidy. Burza zepchnęła ich daleko na południe, w okolice chyba Gergezy. Poznawał strome zbocza gór spadające do jeziora. Dopiero teraz dosłyszał pierwsze słowa wypowiedziane przez kogoś bezbarwnym głosem:
 – Kto jest Ten, któremu i morze, i wiatry są posłuszne?
 Skierował wzrok na ludzi w łodzi. Przypomnieli Mu się słudzy z Kany Galilejskiej, którym polecił zanieść do stołu wodę, przemienioną w wino. Tak jak tamci, tak i ci patrzyli teraz na Niego jakby na kogoś, kogo nigdy w życiu nie spotkali.
 Pierwszy oprzytomniał Kleofas:
 – Do wioseł! Dopłyniemy do brzegu.
 Teraz dopiero, gdy natknęli się na strzaskane drzewca kilku wioseł, jakby na nowo uprzytomnili sobie, że burza to nie był zły sen. Bo można by teraz i tak myśleć. Już słońce świeciło i grzało, wiał lekki wiatr. Tylko jeszcze nie wyschli na dobre. Mieli wciąż skudłaczone, mokre włosy i brody, mokre szaty. Jeszcze łódź była ciężka, mokra od wewnątrz, na dnie pływało sporo niewyrzuconej wody. Zabierali się powoli, ostrożnie do przekładania połowy wioseł na drugą burtę. Jakby nie dowierzali, po której stronie rzeczywistości się znajdują: co jest jawą, a co snem, czy nagle nie wybuchnie znowu burza i nie trzeba będzie walczyć o życie. Nie patrzyli Mu w oczy. Teraz byli chyba najbardziej zadowoleni ci, którzy zasiedli do wioseł, bo siedzieli tyłem do Niego. Zaczęli gorliwie wiosłować, jakby to była najważniejsza czynność w życiu. Tu się czuli pewni, na tym się znali, to zwalniało ich, choćby na chwilę, od myślenia na temat wydarzenia, które co dopiero przez nich się przetoczyło. I faktycznie, rytmiczny ruch przy wiosłach – powrót do normalnych funkcji, robił swoje, przywracał ich do rzeczywistości: już odezwały się pierwsze polecenia, upomnienia, rozkazy.
 Zbliżali się szybko do brzegu. Czuli ciepło ciągnące od białych skał, raził ich blask. Kleofas sterował w stronę małego portu, usytuowanego wśród kamieni, gdzie tkwiło kilka łodzi. Widać było postacie ludzkie porządkujące przystań po burzy. Kleofas wypatrzył na samym początku przyjaznej zatoczki wolne miejsce i tam zdecydował się cumować. Za chwilę dno zaszurało o piasek. Odkładali wiosła, wskakiwali do wody jeszcze po pas, ale nie przejmowali się tym, byli przecież mokrzy. Wysiadł i On. Pomagał im wypychać łódź na mieliznę. Nie zabraniali Mu. Zgadzali się na to Jego uczestnictwo w ich robocie. Dopiero gdy wysiedli na ląd i przycumowali łódź, pierwszy Maciej przełamał barierę obcości. Rzucił Mu się na szyję, mówiąc:
 – A ja cały czas sobie myślałem, że jak będziesz chciał, to nas uratujesz.
 Drugi był Kleofas. Powiedział do Niego krótko:
 – Dziękuję, że nas wybawiłeś.
 Potem przychodzili inni. Jeden po drugim. Bez słowa albo mówiąc coś do Niego bardziej lub mniej zrozumiale, obejmowali Go, jakby witając się z Nim po długiej, dalekiej podróży. Odzyskiwał ich – tych, których o mało utraciłby na zawsze, a których przecież tak bardzo nie chciał stracić. Trwała w Nim radość i wdzięczność Ojcu za to, że Go wysłuchał, że uciszył zawieruchę, która wybuchła w sercach Jego chłopców, przez uciszenie morskiej nawałnicy. Powitali z daleka ludzi pracujących przy łodziach. Ale byli zbyt zmęczeni, by nawiązywać z nimi bliższy kontakt. Przeszli przez pokrytą grubym szutrem plażę i wspięli się w górę aż natrafili na trawę. Rzucili się na nią i tak leżeli wyciągnięci na piasku i wydychali zmęczenie. Położył się i On. Jeszcze Mu się jakiś czas zdawało, że trwa kołysanie morza, że wznoszą się z łodzią w górę i zapadają w dół. Ale wiedział, że to nieprawda i cieszył się, że ma pod plecami stały grunt: ziemię.
 Było cicho. Nad nimi rozciągało się ogromne, niebieskie niebo, po którym z rzadka wędrowały białe obłoki. Wiał lekki wiatr. Morze dawało o sobie znać pluskaniem o brzeg. Aż się wierzyć nie chciało, że przed chwilą szalało nad nimi, grożąc śmiercią. Leżał i był szczęśliwy. Modlił się cały czas, dziękując Ojcu za odzyskanie swoich chłopców. Wiedział, że za chwilę wstaną i pójdą do miasteczka, przy którym wyrzuciło ich morze. Od czasu do czasu dochodziło pokrzykiwanie pasterzy pasących w jakiejś odległości od nich świnie na łące schodzącej ku morzu łagodnym stokiem, zakończonym nagłym urwiskiem.
 „Gergeza – myślał sobie. – Jeśli, Ojcze, tu skierowałeś mnie, czy to ma znaczyć, że chcesz, abym podjął głoszenie Ewangelii wśród tych pogan? Tak z marszu, bez przygotowań? Z tymi co dopiero odzyskanymi uczniami?”